fbpx
Zaznacz stronę

Tryptyk tramwajowy

Czytelniczki

“Człowiek, który nie czyta dobrych książek,
w niczym nie jest lepszy od tego,
który w ogóle nie umie czytać.”
Mark Twain

Jadąc bladym świtem tramwajem linii numer 17 usłyszałam pewnego dnia zaskakującą rozmowę, a raczej jej strzępy, bo terkoczący pojazd, skutecznie ją zagłuszał. Zdołałam jednak wychwycić, że dwie kobiety w średnim wieku rozmawiały o książkach. To dziś tak rzadkie zjawisko, że zaczęłam uważniej im się przysłuchiwać.

Jedna  z pań w gorączkowym przejęciu opowiadała drugiej, jaką wspaniałą siedmiotomową serię książek odkryła. Rzecz dotyczyła siedmiu córek, z których każdej był poświęcony jeden tom. Pierwsza została żoną króla, druga cesarza, trzecia szejka, czwarta jakiegoś rozbitka na wyspie, pozostałych nie dosłyszałam, bo tramwaj uparcie tarł metalowymi elementami o tory, aż dzwoniły szyby. Usłyszałam dopiero o siódmej ostatniej córce, że ten tom już słaby, bo miała zwyczajne życie. No tak, wszak prowadzić zwyczajne życie, to jednak  nie to samo, co królewskie  czy cesarskie.

Przypomniałam sobie wtedy,  jak kiedyś Harry Potter- książka, moim subiektywnym zdaniem, niewysokich lotów, osiągała szczyty popularności. Sprzedaż każdego z nowo ukazujących się na rynku tomów szła znakomicie, rozchodziły się na pniu. Dzieciaki przychodziły w nocy do księgarń, by czytać wspólnie przedpremierowe fragmenty. Nazywano to zdaje się potteromanią. A nasza profesorka na studiach mówiła z pobłażliwością, która właściwie  nigdy jej się nie zdarzała, iż lepiej, że dzieciaki czytają to, lepiej że czytają cokolwiek; niż nic.

I nachodzi mnie taka refleksja,  którą  tu pozostawiam, czy rzeczywiście lepszy ten czytelniczy rydz…

 

Ale jazda…

Ot i nadeszła wiosna. Sezon na kłótnie w tramwajach uznajmy za otwarty. Każda jednostka uzurpuje sobie prawo do absolutnego rozkwitu  roszczenia.

Nie lubiąc wszystkich każdy złorzeczy, anemiczni ludzie- pandemiczne śmieci.

Tramwaj nawiewa od zgiełku i wstydu,  nabiera pędu. Ogranicza go ciasnota myślenia i przystanków. Jaka szkoda, że ludzie nie hamują.

Rowerzyści nastają na pieszych, krótkorękawkowcy na ciepłolubnych, skryci w kapturach na rozwianowłosych,  skuleni na rozpartych, niemo-cisi na tych z rozgłośni…a wszystko w bezradności wspólnej przestrzeni.

Okna zaś największą kością niezgody.

Szeptać, wrzeszczeć, czy nie odbierać? Czytać czy ulec lokomocyjnej niemocy?

Nie lubiąc wszystkich każdy złorzeczy, mali dorośli, dorosłe dzieci.

 

Wczesnoporanny song

Pełznie po torach ospale poranne spaghetti. Dżdżownic korowodem rozpycha  przeciągle swoje długie cielsko. W środku europejskiej stolicy straszy kurzem zardzewiałej podłogi, chłodem plastikowych krzesełek, bilbordem zakładów pogrzebowych i nieszczęsnością zmrożonych szyb. Uśmiechając się szczerbatym zębem spróchniałego czasu, spowalnia bieg. Spóźnienie to jego alter ego.

Nauczyłam się cenić  tę niespieszność, która przenosi mnie do świata, w którym na nic nie mając wpływu, za nic nie odpowiadam i poddaję się rozmyślaniom. Tkwię w letargu zbudzona dopiero słowem: ,,ostatni”.

Wolska. Mijam orszaki barwnych ludzi: małego  chłopca z podeszwami butów złożonymi z ziarenek ryżu, pana w wełnianej czapce i japonkach, pana w filuternym kapelusiku o twarzy i posturze Mrożka z poranną gazetą i parasolem, który zawsze zajmuje to samo miejsce przy oknie.

W niespełna dziesięć minut mijam sześć świątyń czterech różnych religii. Przy katolickich zdarza się ludziom kreślić znak krzyża lub unosić czapkę. Tylu wyznawców, tylu proroków, tylu bogów, tak wiele oczekiwań i nadziei, a tak mało sprawstwa. Skąd to przekonanie o mocy i chęci ingerencji wszechwiecznej? Skąd potrzeba oczekiwania pomocy od bytu niezmaterializowanego, którego istnienie poddawane w wątpliwość, wciąż nie ujawnia swego zaangażowania?

Jehowa, Budda, Mahomet – pozują do zdjęć z dominantą, nie chronią niewinnych, sponiewieranych i   bezbronnych, dają odczuć, że ich faworytem niezmiennie jest zwycięzca, nigdy pokonany. Każdy z nich uzurpuje sobie prawo do tronu, jedynej objawionej prawdy i bycia sędzią sprawiedliwym- skąd więc ten bezmiar oświęcimskich łez, ormiańskich krzyków ludobójstwa, katyńskich grobów? Albo łaska pańska na pstrym koniu jeździ, albo boska miłość nie rozkwitła z nieistnienia, albo też człowiek jest zbyt  mało istotnym stworzeniem, by warto było przejmować się jego losem.

Jamnik sunie dalej ku rozpaczy czerwonych świateł i  frustracji zakorkowanych ulic, majestatycznie rozprężony nastraja struny praktycyzmem. Myśli krążą od listy zakupów po filozofię. Co kupić, co ugotować, co jeszcze załatwić, do kogo zadzwonić, dokąd zmierzamy, jak dalej egzystować? Budzi się z wolna miasto, budzisz się z wolna Ty.

Płocka. To tu stacjonowały oddziały Reinefartha, a tam fabryka Franaszka pokonana nowoczesną developerką. Widzę twarze i miejsca sprzedwojnia, to zawsze znak, że za dużo o tym czytam. Uciekam  w teraz.

– Kup sól peklową, żelatynę i saletrę. Klik

– A co, będziemy bombę konstruować? Klik

– Tak, kaloryczną…Klik

Kolebiemy się dalej w bólu codziennego istnienia. Zatroskani o jutro, stłamszeni wczoraj.

Okopowa. Myślę o dziewczynie napadniętej w parku, która po tym, jak ledwo uszła z życiem, nabyła psa najgroźniejszej z ras. Udała się z nim do szkółki, gdzie usłyszała, że jest niewychowalny. Genów nie oszukasz…

Może ja jestem jak ten pies, na nic się zda tyle pracy, samodyscypliny, kontroli, uginam się pod niewrażliwością, puchnę smutkiem rozpaczy, rozdrapuję do krwi rozgoryczenie, nie lubię obcych i brzydząc się przemocą atakuję. Nie trzymam z nikim, nie trzymam się w ryzach, rozrywam więzi. Genów nie okłamiesz…

Smok kołysze przymilnie, zachęcając do przymknięcia powiek. Zdaje mi się, że na powrót pachnie jaśminem i bzem dzieciństwa. Po brodzie cieknie soczysta truskawka zerwana prosto z krzaczka.  Znów  mam sześć lat i pstro w butach. Biegnę po łące i wdycham zapach świeżo skoszonej trawy. Rwę mlecze, szczaw i chabry…

Unoszę niechętnie zaspaną powiekę. Znów czuję stęchły piwniczny zapach, znów jestem w ulicznej kawalkadzie.

Wysiadka…

Skip to content