fbpx
Zaznacz stronę

Kwadryptyk miejski

Morowy chłopak

W tramwajach spędzam średnio dwie godziny dziennie, dziesięć godzin tygodniowo, czterdzieści miesięcznie, co  plus-minus daje 480 rocznie. Pewnie są tacy, którzy spędzają go w transporcie publicznym więcej, ale dla mnie, to i tak niemało. A w każdym razie wystarczająco dużo, by wyostrzyć zmysł obserwacji.

Każdego poranka tym samym kursem linii nr 6 jeździ ze mną współpasażer, nieświadomy zapewne mego istnienia, którego nazywam sobie w myślach: morowym chłopcem. Już sam przymiotnik ,,morowy” jest bardzo intrygujący, a nawet  można powiedzieć, że po językowych metamorfozach. I tak śledząc go choćby pobieżnie, zauważymy, że u Dąbrowskiej czy Żeromskiego: ,,morowe powietrze” znaczyło tyle, co ,,ciężkie, niezdrowe, gnuśne”, a już w znanej wojennej piosence ,,Pałacyk Michla”, oznacza coś zgoła odmiennego: ,,Za to dowództwo jest morowe, bo w pierwszej linii nadstawia głowę, A najmorowszy z przełożonych, to jest nasz „Miecio” w kółko golony..”, czyli wspaniały, odważny, mężny.

Słowa jak ubrania podlegają modzie.

Młody mężczyzna z tramwaju, na nogach rozhasanego pasikonika, zwraca na siebie uwagę właśnie tym nietypowym krokiem i morro(wym) ubraniem. Kurtka – morro, spodnie takież, buty przystające do kapitału, maseczka nieodmienna, chlebak takowyż.

Z chlebakiem wiąże się pewna anegdota. Otóż nasz przesympatyczny znajomy, na moje pouczanie syna, że lizak jak sama nazwa wskazuje jest do lizania, nie do chrupania, takie oto dictum rzucił: ,,a chlebak do granatów”…

A chłopak zdaje się cały umorowiony.

Kwitnący Żoliborz

Tuż za tablicą Żoliborz, u zbiegu ulic Jana Pawła i Popiełuszki, przed skrętem w Rydygiera, krok przed rondem Grunwaldzkim, płyną dywanem dwa pasy zieleni usłanej żonkilowym kwieciem. Dziewicze, nietknięte, nieskalane, niedoścignione, niedostępne. Rosną jakby pośrodku ulicy, nie można do nich podejść od strony chodnika. Ochronione. Pewnie z tej nieograniczonej wolności kwitną długo, dobrowolnie  i w bujnej  dorodności, skąpane w późnym słońcu wyciągają do niego ufnie czupurne główki. Budzi się w nich wiosenna nadzieja.

Zazieleniło się wokoło, poczerniało w sercach.

I wciąż tylko deszcz…

A deszcz dzwoni o szyby, gra na cienkiej nucie mojej nadwątlonej cierpliwości, łka w zimnym zaułku bezbronny z nieproszenia, stuka miarowo w daszek, przedziera się przez senny taras. Przegonił już ptaki z drzew i robotników z rusztowań. Psu na budę taka wiosna. Skarżą się napęczniałe wodą ulice, oskubane tynki kamienic skulone w dylemacie: rozpaść się czy rozpuścić, chylą się  w nieboskłonie.

A w taflę kałuż wbity zmęczony wzrok Bazyliszka zdziwionego upływem lat.

W kącie łypią smutnie kalosze, na których spacer zabrakło dziś czasu. Przeciągle ziewa dostojny parasol niemający ochoty ruszać się z domu. Wesoło merda pies, którego tylnie łapy wyprzedziły przednie w slalomowym biegu ku niezależności.

Spóźnione w niskim jaskółczym locie orędowniczki mokrej mary, chełpią się zwycięstwem.

Jaka szkoda, że deszczysko  nie zmyło: psich kup, hejtu i zawiści. Kreda z malowanych na murach szubienic, ku rozpaczy optymistów,  popłynęła wąziutkim ściekiem wprost do światłowodu. Zwiedza portale niczym zgorzkniały turysta.

Zimne krople  pomstują w szarej czeluści zgarbionego dnia.

Komu przeszkadzało słońce?

Ranek

  Rondo Lubomirskiego  wita błyskiem zbitych szyb, mówią, że klątwa, że sygnalizacja, że Słoiki. Niechętnie przeganiam płatki snu z nadwątlonych skrzeniem powiek. Skumulowana  wieczorna energia, bezwolnie umyka porankom. Miast eskalować, uchodzi jak powietrze z dawno związanego balonika.

Nie mam ochoty wychodzić z domu, miarowo oswoiłam tu świat w cichym kąciku między szafą a stołem, i nikomu nie pozwalam burzyć  tego,  co tworzy mój postojowy constans.

Żegna mnie miarowy oddech pączków śpiących w  sielankowym maśle.

Mijam spowity cieniem park, rozglądam za starym skrzypkiem, co zniknął zeszłego lata, lękam barierek z innego wymiaru, omiatam wzrokiem kipiącą spokojem okolicę.

Zmuszona burzyć granice nieufności introwertycznym kilofem, ciskam gromy rozdanych nieudolnie kart losu. Dlaczego muszę, gdy inni ledwie mogą?

Mijam: wyprowadzaczy psów, wielbicieli porannej prasy, koneserów taniego wina, domu naznaczonego bambetlami noszonymi stylem ślimakowym.

Rozbłysłam  za wcześnie dojrzałością południa zamkniętą w przykrótkim ja.

Teraz mijam bezpowrotnie poranki wiosny i lata.

Skip to content