fbpx

„Maria, Rampampula i kapelusz”

Rampampula – tak nazywała się ciocina koza. Ja i moje trzy siostry, nazywałyśmy potem w ten sposób również ciocię Marię, dla odróżnienia jej od innych cioć w naszej rodzinie, o tym samym imieniu. Koza była młoda i narowista. Kiedy tylko widziała mnie  na podwórku, nadstawiała swoje małe rogi i ganiała mnie wkoło domu. Unikałam jej jak ognia, a ona mimo to zawsze mnie gdzieś wypatrzyła. Wbiegałam szybko po schodach i ekspresowo znajdowałam się  w cioci bezpiecznym mieszkaniu. Lubiłam je, nie było duże, ale pachniało magią. Często czułam słodkie zapachy ciocinych wypieków, którymi mnie namiętnie częstowała, pytając nim skończyłam jeść, czy chcę dokładkę?! Oczywiście chciałyśmy, i ja i moje siostry, które ze mną często chodziły odwiedzać ciocię.
W tajemniczym mieszkanku cioci rządziły różnorodne bibeloty. Były to kolorowe wstążki, czapeczki, kwiatuszki, porcelanowe figurki, kryształowe dzwoneczki i inne mieniące się cudeńka. Przyglądałam się im, a cioteczka często opowiadała ich historie. Najbardziej jednak podobały mi się kapelusze. A było ich kilkanaście, każdy inny, jeden piękniejszy od drugiego. Ciocia Maria je przymierzała spoglądając w lustro. Przymierzałam i ja, za przyzwoleniem cioci, ale moja głowa tonęła w ich wnętrzu – były za duże. Ciocia powiedziała na pocieszenie, widząc mój smutek:
– Masz buzię stworzoną do kapeluszy Mireczko.
Uśmiechnęłam się, bo sama też tak pomyślałam. Lubiłam kapelusze.
– Jak będziesz duża, kupisz mi kapelusz? – zapytała ciocia, na co  ja przytakująco skinęłam głową. Podeszła do mnie i przytuliła moją głowę do swojego łona.

Mijały lata. Ciocia postarzała się, ja wydoroślałam. Wyjechałam do miasta, by pobierać nauki w szkole średniej. Ciocię odwiedzałam już rzadziej, aż któregoś dnia dowiedziałam się od taty, że ciocia Maria zmarła. Było mi strasznie przykro. Lubiłam ciocię, lubiłam nawet Rampampulę, a nade wszystko lubiłam kapelusze i sentymentalne opowieści, których w życiu cioci Marii nie brakowało. Dom cioci wraz z Rampampulą został sprzedany. Wszystko się zmieniło. Ja zamieszkałam w mieście, założyłam rodzinę, i podobnie jak moja ciocia Maria, pokochałam kapelusze – wszystkie! W swoim dorosłym świecie poczułam ich smak, ujrzałam romantyczność, szyk, elegancję i magię. Często w zamyśleniu lub we śnie widziałam ciocię, spacerującą po swoim małym miasteczku, przyodzianą w kapelusz. Kobiety oglądały się za nią albo w podziwie i zachwycie, albo z zazdrości –  jak to kobiety. Panowie natomiast wzdychali, nie spuszczając z niej oczu. Dopiero teraz dotarła do mnie prawda, że ciocia Maria była prawdziwą damą!

Wiele lat później, któregoś pięknego lata znalazłam się w Austrii, w krainie nad Jeziorem Bodeńskim. Był to pierwszy rok, kiedy Polacy mogli podróżować po Europie bez wiz. Skorzystałam z zaproszenia znajomej o imieniu Hanni, i pojechałam do niej. Mieszała w Alpach. Inny kraj: piękny, bogaty, żyjący beztrosko, i całkiem inaczej niż socjalistyczna wówczas Polska. Jakże wszystko mnie zachwycało, jakże byliśmy sponiewierani i oddaleni od normalności, niestety…Podziwiałam wszystko to, czego u nas nie było. Oczy otwierałam szeroko, że może być tak pięknie, że to wszystko jest dla ludzi, takich jak my.
Któregoś popołudnia Hanii powiedziała, że musi kupić sobie kapelusz na pogrzeb kuzynki. Opowiedziała mi o niej. Były w podobnym wieku, miała jakieś sześćdziesiąt lat, chorowała. Łączyła je wieloletnia przyjaźń, i moja znajoma czuła się w obowiązku wyglądać dla niej dostojnie. Wyruszyłyśmy po obiedzie. Wyobrażałam sobie, że pojedziemy do jakiegoś małego, wiejskiego sklepiku, gdzie Hanni zakupi czarny, pospolity kapelusz. Ot, transakcja kupna-sprzedaży, nic specjalnego. Lecz nie, to co mnie spotkało, i co zobaczyłam, było wielkim, pozytywnym zaskoczeniem, a właściwie oczarowaniem. Wielki sklep!!! Hurtownia z tysiącami różnych, najróżniejszych kapeluszy. Nigdy nie widziałam  tylu kapeluszy w jednym miejscu. A między kapeluszami lustra do przeglądania się, oraz krzesła i fotele, by wygodnie spocząć do przymiarki. Wszystko z dbałości o komfort pań i podniesienie sprzedaży, by kupić ich jak najwięcej…

Byłam oczarowana, moje oczy biegały po sklepie we wszystkich kierunkach, przypatrując się różnym modelom. Były kapelusze z dużymi i małymi rondami, wytworne, w różnych kolorach, były dżokejki i takie zwykłe: szare i pospolite. Nie mogłam skupić się na żadnym, każdy był inny i wyjątkowy, każdy miał swój urok.

– Mira, a może Ty poprzymierzasz kapelusze?! – zapytała  Hanni wskazując mi miejsce z lustrem dla przymiarek. 

Z  nieśmiałością chodziłam po hurtowni, przyglądając się kapeluszom. Brałam je delikatnie w dłonie i przymierzałam. Wyglądałam pięknie w każdym, potem mierzyłam następny i jeszcze następny. Z wrażenia wydawałam ciche okrzyki podziwu i uśmiechałam się do siebie. Grała mi dusza. I nagle spostrzegłam ten jeden – jedyny, najpiękniejszy. W kolorach złotej jesieni, z upiętymi u boku żółto-brązowymi kwiatkami. Wisiał na wieszaku uśmiechając się do mnie. Aż prosił, bym po niego sięgnęła i przymierzyła. Tak zrobiłam. Gdy nałożyłam go na moją głowę, dodał jej czaru. Rozświetliły się wszystkie lampy wokół, a ja promieniałam złociście. W konstelacji rudych włosów wyglądał bajkowo, jakby mówiąc: ,,Czy mogę być twoją Rampampulą?”
I wtedy pomyślałam, że taki kapelusz kupiłabym mojej cioci Marii. Spojrzałam na cenę. Kosztował, jak dla mnie, o wiele za dużo. W tym momencie podeszła Hanni. Widząc mnie w tym kapeluszu, uśmiechnęła się i powiedziała, chwytając za ramię: 
– Wunderbaar Mira, ich mochte dir diesen Hut kaufen
Nim zaprzeczyłam i cokolwiek powiedziałam, kapelusz już  został zapakowany w piękne pudełko i leżał na moich kolanach.