fbpx

Niczym mleczna plama uniósł się nad nią, opasając całą począwszy od głowy aż po palce stóp. Rozpływał się zaglądając do jej nieruchomych oczu, wnikając do otworów usznych i nosa. Nie dawała żadnych oznak życia, była martwa, a on wariował. On- cień ducha albo duch cienia nie dowierzał, nie tak miało być. Miała tyle wspaniałych planów, była taka młoda. Gdy zobaczył krew wyciekającą zza głowy, wiedział, że to prawda. Jednak!

Nieważne były światła reflektorów i tłum ludzi wokół, ważna była ona, nawet teraz. Piękna jak zawsze. Teraz jakby uśpiona. Uśmiechała się przez sen. Leżała tak nieruchomo na środku jezdni, a on  nieustannie krążył wokół niej z nadzieją, że ona nagle wstanie i odejdzie swoim pięknym krokiem… że odejdą razem…Ale nie, ona ciągle leżała w kałuży krwi. Krwi przybywało.

Potem przyjechał samochód z namalowanym czerwonym krzyżem na drzwiach, bez krzyku i wrzasku, po cichu, i dwóch mężczyzn w białych kitlach zabrało ciało na noszach do karetki. Cały czas był przy niej, miał nadzieję, że otworzy oczy, ożyje…Złudna nadzieja!

Usiadł na jezdni w miejscu czerwonej plamy. Samochody trąbiły, a on siedział. Płakał, jak nigdy dotąd  rzewnymi łzami. Co teraz pocznie bez niej, gdzie się podzieje?

Gdy tak rozmyślał, usłyszał słowa nadchodzące z oddali : ,,ona żyje, jest ciężko  ranna”. Szybko uniósł zapłakane oczy i ujrzał swoim dalekosiężnym wzrokiem dziewczynę w karetce. Otworzyła oczy, oddychała. Sanitariusze podłączyli jej różne rurki i aparatury. Była nadzieja…

Siedział przy jej łóżku cały czas. Trzymał za rękę, gładził dłoń. Nawet nie wiedział, jak bardzo dodawał jej otuchy i wiary. Ona to wszystko czuła, czuła podświadomie. Mijały dni, jesień się kończyła, z nią było coraz lepiej. 

Szła krokiem powolnym jednak pewnym. Czuła się dobrze. Uśmiechnięta jak zawsze, wracała do domu. A z nią jej duch…wierny towarzysz doli i niedoli!