fbpx

Profesor Marian Kamil Dziewanowski

II CZĘŚĆ POWIEŚCI

poświęcona Marianowi Kamilowi Dziewanowskiemu – polskiemu historykowi

(I CZĘŚĆ PRZECZYTASZ TUTAJ)

II WIELCY – ZASŁUGUJĄ NA PAMIĘĆ

Jednym z tych, którzy zasługują na pamięć potomnych, jest Jakub (1725-1786)- kanonik warszawski. Otrzymał staranne wykształcenie w kolegium jezuickim, władał biegle kilkoma językami.

Kiedy powołano do życia Korpus Kadetów został jego dyrektorem duchownym. Wygłaszał kazania, wykładał logikę, etykę, prawo kanoniczne i prawo polskie. Od 1783 roku stał się cenzorem dzieł duchownych, promotorem szpitala  św. Ducha i jego hojnym opiekunem. Zapewne niejeden wychowanek Szkoły Rycerskiej ukształtował swoją postawę moralną dzięki kazaniom Jakuba.

Dziewanowscy powiększali dobra ziemskie oraz z dużym oddaniem służyli Rzeczypospolitej na Mazowszu i na jej kresach.

Od połowy XVII wieku gniazdem rodzinnym stał się majątek Płonne, w powiecie rypińskim.

“Herbarz Polski” wspomina Łukasza Franciszka- pisarza ziemskiego, kamienickiego (1662 r). i starostę dźwigrockiego, który dał początek linii wołyńskiej; oraz Andrzeja- z gałęzi chełmińskiej, który zaszedł wysoko w hierarchii administracji państwowej. W 1699 r. został kasztelanem rypińskim, a w 1704 r. kasztelanem słońskim. W 1713 r. otrzymał godność Kasztelana Dobrzyńskiego. Majątek otrzymał prawdopodobnie drogą dziedziczenia lub darowizny, ale o jego powołaniu, świadczą czyny. W dniu  1 września 1713 roku zwołał do Lipna sejmik, gdzie szlachta wybrała go marszałkiem tegoż sejmiku, tam też uchwalono  nowy podatek na utrzymanie wojska. Sejmik wybrał Andrzeja również marszałkiem sądów fiskalnych.

Kolejnym właścicielem Płonnego został bratanek Andrzeja – Juliusz vel Julian Dziewanowski, będący od 1765 roku chorążym malborskim. W tym samym roku również kasztelanem elbląskim, a  rok później kasztelanem chełmińskim. Był również posłem Ziemi Chełmińskiej do sejmu Rzeczypospolitej. Wspierał hojnie Ojców Karmelitów w Oborach.

Jego spadkobiercą ziemskim i kontynuatorem dzieła służby państwu został syn – Dominik (1759-1827). Dominik był  żołnierzem i rolnikiem. Zdobył staranne wykształcenie. Doskonale władał językiem francuskim i niemieckim.

Ponieważ znaczna część majątku ojca, po pierwszym rozbiorze przeszła pod panowanie Prus, karierę wojskową rozpoczął właśnie w wojsku pruskim.

Po dwóch latach służby, będąc w stopniu chorążego, podał się do dymisji i przeszedł do wojska polskiego, jako porucznik w pułku ułanów królewskich – mianowano go tam adiutantem księcia Józefa Poniatowskiego.  Po kilku latach porzucił służbę wojskową i zajął się wyłącznie rolnictwem. Ponownie wrócił do wojska w czasie insurekcji kościuszkowskiej, w stopniu majora pracował w sztabie gen. J.H. Dąbrowskiego. Po upadku powstania ponownie wrócił do rolnictwa, lecz kontaktów z Legionami Dąbrowskiego nie zerwał – wspierał finansowo, a jednocześnie studiował dzieła dotyczące strategii wojskowej. Przełożył i opatrzył uwagami pracę kpt. Grand-Moisona: ,,Mała wojna, czyli opis służby lekkich pułków w czasie wojny”. Praca miała dwa wydania, w 1808 r. i w 1812 r.

Dominik Dziewanowski przyłączył się do legionów w 1806 roku, dzieląc  trudy kampanii napoleońskiej. Z dezerterów, z armii pruskiej utworzył pułk kawalerii i został jego dowódcą. Brał udział w walkach o Pomorze, w oblężeniu Gdańska, w zajęciu Zamościa i Lublina. W kampanii 1812 roku, w stopniu generała stał na czele 28 brygady kawalerii Wielkiej Armii. Podczas odwrotu Napoleona, w bitwie pod Borysowem, 12 października 1812 roku zostaje ciężko ranny i wzięty do niewoli rosyjskiej. Po powrocie z niewoli wraca do swojej rodzinnej miejscowości Płonne i znowu zajmuje się rolnictwem. Za służbę w wojsku odznaczony zostaje Legią Honorową  i Krzyżem Kawalerskim Orderu Wojskowego Polski. Jest światłym, odważnym dowódcą, dobrym strategiem i przykładnym patriotą.

W Płonnych urodził się również bratanek generała Juliusza – Jan Nepomucen Dziewanowski. Jest on jedną z najwspanialszych i zarazem najtragiczniejszych postaci w rodzie. O jego wczesnej młodości wiadomo niewiele. Jedynie tyle, że  przyjaźnił się z rodzicami Fryderyka Chopina. W kwietniu 1807 roku podawał nawet  do chrztu Ludwikę, starszą siostrę Fryderyka. 

Znał doskonale język francuski i rosyjski. Generał J.H. Dąbrowski wykorzystywał jego zdolności wywiadowcze oraz wiedzę  o wojskach rosyjskich stacjonujących w Warszawie.

5 czerwca 1807 roku dekretem cesarza Napoleona został mianowany dowódcą 3 kompanii pułku polskich szwoleżerów Gwardii Cesarskiej. Dowódcą owego pułku był Wincenty Krasiński.

Podczas wkraczania wojsk napoleońskich do Hiszpanii, wraz z 3 szwadronem osłaniał samego cesarza. 30 listopada 1808 roku, od rana pełnił właśnie służbę przy cesarzu. Na przeszkodzie w zwycięskim marszu na Madryt stanęła ufortyfikowana droga górska z załomami, licząca około 3 kilometrów. Przejście, które historycy nazywają wąwozem Samosierra, z natury trudne do przebycia, bronione było przez 4 baterię artylerii, z których każda miała 4 działa. Artyleria obsługiwana przez 120 artylerzystów. Zbocza bronione przez strzelców piechoty. Przeszkoda nie do przejścia.

Hiszpanie liczebnie posiadali dużą przewagę. Ze względu na wąskość drogi, niewielu atakujących mogło się na niej zmieścić. Teoretycznie wszystkie arkana sztuki wojennej powinny uznać ten odcinek  za niemożliwy do zdobycia. Tak też myśleli francuscy dowódcy i tak relacjonowali to naczelnemu wodzowi. Podobno cesarz miał wtedy odpowiedzieć:  ,,Zostawcie to Polakom, dla nich nic nie jest niemożliwe”.

Kiedy Jan Kozietulski otrzymał rozkaz szarżowania na hiszpańskie armaty, 2 kompania Dziewanowskiego zajęła miejsce na przodzie. Kozietulski zdążył wydać tylko jeden rozkaz i padł po stracie konia.

W tej sytuacji dowództwo przejął kapitan Dziewanowski – najstarszy rangą. Zdobył dwie baterie i ciężko ranny padł przy trzeciej. Po nim dowództwo objął porucznik Andrzej Niegolewski, który doprowadził szarżę do zwycięstwa. Szarża trwała zaledwie kilka minut. Połowa atakujących poległa. Hiszpanie nie spodziewali się tak zmasowanego ataku. Szybkość i napór szarżujących nie pozwoliły kanonierom na oddanie więcej, niż jednego strzału. Szaleństwo polskich szwoleżerów potwierdzało geniusz “Boga wojny”. Niemożliwe stało się możliwe. Otworzył armii drogę na Madryt, bardzo małym kosztem (mniej niż 100 zabitych i rannych). Na placu boju cesarz odznaczył Dziewanowskiego Legią Honorową. Jako jedynego z Polaków wymienił z nazwiska w 13 Biuletynie armijnym, dotyczącym szarży. Kapitan Jan Nepomucen Dziewanowski zmarł w kilka dni po bitwie, 5 grudnia 1808  roku w madryckim szpitalu. Porucznik Niegolewski przeżył i po latach tak opisywał szarżę: ,,Z pewnością, jeżeliby kto chciał udział w szarży dzielić, jemu (Dziewanowskiemu) największy udział przypada, ale nie wskutek komendy, którą atak z zatrzymanym szwadronem miał ponowić, tylko wskutek stanowiska, jakie w szwadronie zajmował, nie ustępując nadto hufca, mimo ran odebranych,  aż dopóki siły mu tylko starczyły i ciężko ranny nie padł, porwał za sobą szwadron, który do niego, jak do ojca był przywiązany. (…) Jak po ustąpieniu Kozietulskiego, tak i teraz lubo Dziewanowski leżał zwalony z konia, przecież resztki szwadronu nie zatrzymały się, ale tym samym pędem zdobyły czwartą baterię”.

Wszystko więc świadczy, że to Dziewanowski był największym bohaterem spod Samosierry. Ale dla niego, historia jest okrutna – okradła go z chwały i stworzyła mit Kozietulskiego.

Niewiele pamiątek pozostało po dzielnym szwoleżerze – nie wiadomo też, gdzie jest pochowany. Dowódca pułku, do którego należał 3 szwadron – Wincenty Krasiński, sprowadził jego serce i serce innego szwoleżera Stanisława Gorajewskiego, do Polski i umieścił w grobie rodzinnym w Krasnym. Pozostała jedynie podobizna J.N. Dziewanowskiego na obrazie ,,Samosierra”. Wincenty Krasiński zamówił podobiznę w galerii Horacego Verneta. Tej podobizny nie można potraktować, jako dokumentu historycznego, ponieważ Krasiński nie brał udziału w szarży, a sam Dziewanowski ciężko ranny nie mógł po bitwie wystąpić w paradnym mundurze.

Według przysłowia, iż sukces ma wielu ojców, byli tacy, którzy chcieli przypisać sobie ów udział w szarży i zasługi. Ci, co polegli, zaświadczyć już o niczym nie mogli. Tak narodziła się legenda, przypisująca chwałę Kozietulskiemu… piękna, ale niestety nie do końca prawdziwa.

O rzeczywistym bohaterze pamiętają jego rodacy, późniejsi wnukowie. Są ulice w wielu miastach nazwane jego imieniem, jest i tablica pamiątkowa ufundowana przez hiszpańską Polonię.

W Płonnem stoi obelisk wystawiony w 1925 roku na miejscu zniszczonego pomnika i jest Szkoła Podstawowa, której  6 grudnia 2008 roku nadano imię bohaterów: Jana Nepomucena i Dominika Dziewanowskich. Bratankiem bohatera spod Samosierry był kolejny właściciel Płonnego i Szafarni Dominik-Henryk, zwany Donusiem. Znany przede wszystkim, jako serdeczny przyjaciel Fryderyka Chopina. Podczas nauki w warszawskim liceum mieszkał na pensji prowadzonej przez rodziców kompozytora, a później dwukrotnie gościł młodego Fryderyka w Szafarni, na wakacjach.

Chopin pisywał do niego z Paryża zawsze ciepłe listy, dzieląc się troskami wygnańczego życia.

Warto przy tym wiedzieć, że Dominik wziął udział w powstaniu listopadowym, a po upadku powstania, dokończył w Berlinie rozpoczęte na Uniwersytecie Warszawskim studia prawnicze, oraz zaangażował się w działalność polityczną i publiczną. Był członkiem i prezesem Towarzystwa Dobroczynności na powiat lipnowski, radcą Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego guberni płockiej, członkiem Towarzystwa Rolniczego, a w latach 1859-1861 członkiem delegacji przygotowującej oczynszowanie chłopów w powiecie lipnowski.

Od 30 lipca 1862 roku do 18 lipca 1863 roku był gubernatorem cywilnym – płockim. Doświadczony wydarzeniami z 1831 roku, zdecydowanie przeciwstawiał się takim działaniom, jak powstanie styczniowe, popierał politykę ekonomiczną Aleksandra Wielopolskiego.

W późniejszych latach XIX i XX wieku aktywizowała się działalność wołyńskiej linii Dziewanowskich. Założył ją według istniejących dokumentów – Łukasz-Franciszek Dziewanowski, rotmistrz wojska polskiego na Podolu. 

Kiedy Polska traciła niepodległość wielu członków rodu pana profesora znalazło swoje miejsce w carskim wojsku.

Wykształceni i bardzo ambitni zdobywali: stopnie oficerskie, stanowiska w urzędach administracji carskiej, lecz nigdy nie zapominali swojej tożsamości i przynależności narodowej. Dawali tego dowody, gdy była sprzyjająca temu chwila. Płacili za demonstrację patriotyzmu wysoką cenę. Wielu internowano na Syberię, niektórym udało się uciec przed prześladowaniami i przed zsyłką, do Ameryki.

Powstanie styczniowe podzieliło Dziewanowskich w politycznych poglądach. Bardziej doświadczeni zajęli się działalnością gospodarczą, ale młodzież raz jeszcze złożyła daninę z krwi. Stanisław Dziewanowski przystąpił do powstania nie mając jeszcze ukończonych dwudziestu lat. Pełnił funkcję “żandarma narodowego na powiat lipnowski”. Po klęsce osądzony i zesłany został na Syberię, do guberni jenisejskiej. Za udział w powstaniach narodowych wielu uczestników pozbawiono szlachectwa, a ich majątki zostały skonfiskowane.

Był jeszcze jeden z rodu Dziewanowskich – Józef Dziewanowski, chłop z Ośmiałowa – za uczestnictwo w powstaniu, zesłany do Pskowa, Leona Dziewanowskiego z Malanowa, za takie samo “przestępstwo” oddany pod nadzór policji, na okres trzech lat.

Pięknym przykładem patriotyzmu jest wojskowa kariera Wacława Dziewanowskiego. Urodził się 3 października 1870 roku w Olchowcu na Kijowszczyźnie. Zawodowo służył w armii carskiej, w artylerii i w Sztabie Generalnym. W roku 1899 ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Petersburgu.

Znaczną część służby spędził w Królestwie Kongresowym, w sztabie w twierdzy Modlin. Podczas I wojny światowej pełnił funkcję szefa transportu, w sztabach wielu armii, na wielu frontach.

W czasie rewolucji październikowej 1918 roku zgłosił się do II Korpusu Polskiego, ale służby nie objął. Oficjalnie został przyjęty  do Wojska Polskiego dnia 01.05. 1919 roku, w stopniu generała brygady. Do 1926 roku był zastępcą dowódcy Okręgu V w Krakowie. Doświadczenie wojskowe wykorzystywał jako komendant Doświadczalnego Centrum Wyszkolenia w Rembertowie w latach 1926-1930.

W 1930 r. przeniesiony w stan spoczynku służbowego, lecz obowiązek moralny nakazał  mu wziąć udział w powstaniu warszawskim.

Zmarł we wrześniu 1944 roku w Szpitalu Wolskim w Warszawie. Za męstwo i wzorową służbę otrzymał odznaczenia: rosyjskie, japońskie, czarnogórskie, rumuńskie, francuskie i polskie.

Największy wpływ na kształtowanie się postawy moralnej i obywatelskiej Mariana Kamila Dziewanowskiego miał ukochany stryj Władysław – żołnierz, historyk, człowiek czynu, a jednocześnie wybitny naukowiec. Bratankowie i stryj byli bardzo blisko ze sobą, właśnie poprzez działalność wojskową i naukową, jak również biznesową. Łączyła ich wielka więź emocjonalna, aż do śmierci stryja w Argentynie w 1951 roku.

W Armii Czerwonej znalazł się również, urodzony w 1907 roku w miejscowości Berdyczów – Longin Dziewanowski  Z zawodu technik garbarski. W radzieckiej armii służył od 1941 roku. Początkowo na Froncie Kalinińskim, później na Zachodnim.

W Dywizji Generała Berlinga był kapitanem i dowódcą batalionu. Walczył pod Lenino,  zginął na przedmieściach Warszawy, której tak naprawdę nigdy nie zobaczył, a do której od zawsze tęsknił i miał nadzieję, iż ją kiedyś zobaczy i… przejdzie się ulicami tego pięknego onegdaj miasta. Nie doszedł do centrum, tam przyjęła go ziemia – został pochowany, na którymś z warszawskich cmentarzy.

Rozdział III

ODYSEJA

WINCENTEGO DZIEWANOWSKIEGO

Historia Wincentego Serafina Dziewanowskiego jest, co najmniej tak dramatyczna, jak romantyczna i patriotyczna. Jego dzieje mogły być gotowym materiałem na scenariusz do filmu przygodowego lub westernu.

Tę postać odkrył dla historii, w  sto lat po jego przybyciu do Ameryki, a pięćdziesiąt po jego śmierci – ksiądz Wacław Kruszka – autor ,,Historii Polskiej w Ameryce”.

Odkrywanie życia Wincentego Dziewanowskiego w Ameryce jest fascynujące. Ksiądz Kruszka przeglądając ,,Żołnierzy wojny domowej”, przesyłanych na jego prywatny adres, przez Mieczysława Hajmana – twórcę Muzeum Polskiego w Chicago, natrafił na nazwisko Mikołaja Dziewanowskiego. Pomyślał, że musiało istnieć jakieś polskie osiedle, z którego wywodził się Mikołaj. Jednak początkowo nie drążył tej sprawy. W niedługim czasie otrzymał od super intendenta Stanu Wisconsin, Towarzystwa Historycznego, Josepha Schafera książkę pt.: ,,Wisconsinska Kraina Ołowiu”, a w niej znalazł informację: ,,W roku 1837 roku przetapianiem ołowiu zajmował się Wincenty Dziewanowski, potomek polskiej rodziny szlacheckiej, wygnaniec nieszczęsnego powstania z 1831 roku, który później ożenił się z siostrzenicą Generała Charlesa Brackena z Minerał Point i osiadł na farmie, blisko Avoca, stając się wysoce poważanym obywatelem i twórcą wykwintnej rodziny”.

Z innych Kwartalników Historycznych ks. Kruszka dowiedział się, iż istotnie Mikołaj był synem Wincentego, i że żyje jeszcze córka Wincentego – Maria Estera Dziewanowska, zamężna z doktorem medycyny Eugene Walbridge i jest ona w posiadaniu dzienniczka swego ojca, pisanego w języku polskim, którego sama nie potrafiła odczytać.

Ksiądz Kruszka napisał list do Marii Estery z prośba o udostępnienie owego dzienniczka, 83 letnia wówczas pani Walbridge, po upewnieniu się, że oddaje rodzinny skarb we właściwe ręce, pozwoliła odczytać i wykorzystać ów dzienniczek.

W roku 1868 pani Wiliam F Allen przeprowadziła bardzo długą rozmowę z Wincentym (coś na zasadzie wywiadu). Wywiad w całości został opublikowany przez Towarzystwo Historyczne dopiero w 1923 roku. Obydwa dokumenty wzajemnie się uzupełniają, dopełniają i pozwalają odtworzyć wielce ciekawe i chwalebne dzieje naszego rodaka-patrioty na amerykańskiej ziemi.

Według tych źródeł Wincenty Serafin Dziewanowski urodził się 5 kwietnia 1804 roku na Podolu. Był najmłodszym z czworga dzieci Serafina i Salomei Dziewanowskich. Wychowaniem dzieci zajęła się pani Salomea, mąż zmarł, gdy Wincenty kończył zaledwie dwa lata. 

Kiedy wybuchło powstanie listopadowe Wincenty był już studentem prawa. W tym samym czasie jego szwagier został skazany przez sąd wojskowy na śmierć. Wyrok wykonano w obecności oddziału.

Wincenty zaciągnął się do wojska, jako zwykły szeregowiec, ale już  w wieku 27 lat dosłużył się stopnia oficerskiego. Został majorem. Krótko potem, wraz ze swoim oddziałem dostał się do niewoli – udało mu się jednak zbiec z miejsca zatrzymania. Długo ukrywał się w lasach, potem na dworze przyjaciela. Aż pewnego dnia rozpoznany przez popa, agenta carskiego, musiał uciekać. Tym razem udało mu się zbiec do Austrii. Austriacy internowali Dziewońskiego w Bernie ( Berno – po niemiecku Bruen) wraz z innymi zbiegłymi powstańcami. Tam przesiedział do 6 lipca 1833 roku.

Rosja zażądała zwrotu zbiegłych powstańców. Dziewanowski, jakimiś swoimi sposobami dowiedział się, że w okolicy przebywa książę Ferdynand i prosi o widzenie się z Księciem. Będąc szlachcicem, hrabią, został przyjęty. Na prośbę Wincentego, Książę wstawił się za powstańcami. Austriacy po naradzie z carem Mikołajem zdecydowali się na odesłanie 235 żołnierzy do Ameryki. Majątek rodzinny został  skonfiskowany, a siostra i matka wywiezione na Syberię.

Podróż z Berna do Triestu trwała trzy i pół miesiąca. Wincenty zanotował w swoim dzienniczku informację:  ,,Ja niżej podpisany, będąc ustnie zawiadomiony od rządu austriackiego, że jakoby dwory: francuski i angielski, słowem wszystkie dwory europejskie wyłączając Rosją i Polskę (Królestwo Polskie z carem, jako królem polskim – przyp. autora) i Prusy, miały odmówić nam przytułku, przeto zadość czyniąc naleganiom tutejszej władzy, poddaję się do Ameryki Północnej w Stanach Zjednoczonych”.

Tułaczom obiecano wygody na statku, a po dotarciu na miejsce  100 ryńskich w srebrze.

Z Triestu do Nowego Yorku płynęli cztery miesiące i sześć dni. W Nowym Yorku nie otrzymali obiecanych pieniędzy. Zostali oszukani.

Wincenty w swoim pamiętniku pisze: ,,Zostawiono nas na brzegu, bez gotówki, bez uwiadomienia rządu amerykańskiego i bez żadnej rekomendacji”.

Po amerykańskiej interwencji u włoskiego konsula, sprawę załatwiono polubownie. Dano Polakom po 50 dolarów i zostawiono własnemu losowi. Każdy z nich zaczął organizować swoje życie na własną rękę, wynajmując kwatery i szukając zarobkowej pracy.

Wincenty Dziewanowski pieszo przemierza duże odległości – z jednej miejscowości do drugiej. Chwytał się różnych prac: najmował się do kopania ziemi, rąbania drewna, wycinania lasów, pracował w drukarni, uczył się tokarstwa.

21 maja 1835 roku ,,puścił się w podróż do Illinois”. Słyszał, iż w tamtym stanie Kongres Stanów Zjednoczonych obiecał polskim powstańcom, ziemię. Szedł od farmy do farmy, najmował się do prac polowych, gospodarskich.

W Pensylwanii spotkał wędrownego kupca-domokrążcę, który przyjął Dziewanowskiego do spółki. Wincenty sprzedawał: igły, szpilki, tasiemki, miski, talerze i widelce. Za uskładane  pieniądze kupił konia i dryndulkę, aby prędzej dotrzeć do ,,ziemi obiecanej” w Illinois. Przybywszy do Galeny, usilnie rozpytywał o tę ziemię. Znalazł ją w powiecie Stephenson, w miasteczku Kent, była już niestety zajęta przez innych osadników. Nie chcąc się procesować, wrócił do Galeny, gdzie spotkał syna Aleksandra Hamiltona. Zaprzyjaźnili się, został zatrudniony przy wytapianiu ołowiu. Szybko nauczył się zawodu, zostając nadzorcą pieców do wytapiania ołowiu. Interes rozwijał się znakomicie, więc wysłano go do Muscody, nad rzeką Wisconsin, aby tam  zakładać i nadzorować nowe piece.

Ziemia w okolicy była wyjątkowo farmerska. Gospodarował na niej niejaki John Booth z Kentucky, który mawiał, iż jest królem na tym pustkowiu, a zdołał zagospodarować jedynie wąski pasek ziemi, nie był w stanie przetrwać  jesiennych opadów  deszczu i wylewów rzeki, która w krótkim czasie zamarzła, pozbawiając farmę egzystencji.

Dziewanowski zaczął swoje życie od początku. Za pieniądze zarobione przy wytopie ołowiu 4 września 1838 roku kupił farmę Bootha położoną w pięknej dolinie rzeki Underwood, między górami, trzy mile na południe od rzeki Wisconsin i dwie mile od miasteczka Avoca. Podjął się gospodarstwa uprawiając przykładnie ziemię i hodując bydło. Powiększał areał farmy i doskonalił metody gospodarowania. Wybudował mleczarnię, która została  wymieniona w spisie pierwszych zakładów przetwórczych. Pobudował duży dom z nieociosanych belek, który często służył kobietom i dzieciom z okolicznych farm, za schronienie przed napadami Indian.

Wincenty został pierwszym osiedleńcem, w kręgu nazwanym z szacunku dla Dziewanowskiego – “Pułaski Tawn” (Tawn, to okręg ziemi, 36 mil kwadratowych) w południowej części powiatu Iowa.

W 1863 roku ożenił się z córką kupca z Iowo, a siostrzenicą generała Bracken, mery Jane Mckown, urodzoną w 1810 roku w Virginii. Małżonkowie tworzyli wzorową rodzinę – mieli dwóch synów –  Mikołaja i Gilberta  oraz córkę – Marię. Jeden z synów, Mikołaj – urodzony w 1843 roku brał udział w wojnie domowe, po stronie Unii. Zaciągnął się jako szeregowiec w roku 1861. Dosłużył się stopnia pierwszego sierżanta baterii artylerii lekkiej.

Wincenty nazwał swoją farmę ,,Warszawą”. Zajmowała ponad  300 akrów gruntu. Stał się ogólnie szanowanym obywatelem, zasiadał we władzach miasteczka. W latach 1855- 1856 i w 1857 pełnił funkcję asesora, zaś w 1867 był jednym z dwóch członków prezydium rady.

Religia stanowiła ważny elementem życia osadników, jednakże Dziewanowski odszedł od wiary katolickiej i został przewodnikiem metodystów, do metodystów  przystąpiła również w wierze, jego żona. Oboje zapoczątkowali regularne nabożeństwa w obrządku metodystów.

The Wisconsin Magazine of History często na swoim stronach wspomina Wincentego Dziewanowskiego, jako człowieka o nienagannych manierach, miłośnika muzyki, śpiewaka, posługującego się doskonałą mową w kilku językach. Jego dzienniczek zawiera ciekawe informacje i wrażenia z wielu podróży. Autor dzienników interesował się ogromnie architekturą tych miejscowości, które odwiedzał. Interesował się na równi obyczajami ludności, gospodarką i kulturą.

Jako emigrant w pierwszym pokoleniu starał się wtopić w nowe środowisko. Nigdy nie podjął się nauczania swoich dzieci, języka  polskiego. Najmłodsza córka Mary często ubolewała, iż nie jest w stanie odczytać pamiętników ojca.

Wincenty był pionierem osadnictwa w Ameryce. Według informacji ks. Kruszki pierwszym polskim osadnikiem w Wisconsin.

Zmarł w swoim domu dnia 5 kwietnia 1883 roku. Zarówno on, jak i jego rodzina znaleźli miejsce spoczynku na miejscowym cmentarzu w Awoca. Tutaj żyli, więc i ta ziemia ich przyjęła.

Potomkowie Wincentego doskonale wtopili się w naród amerykański,  niewiele wiadomo o losach innych członków rodu. Zapewne rozjechali się po różnych stanach, zakładając rodziny, pędząc życie wagabundy, lub zajmując wysokie stanowiska w administracjach państwowych.

Rozdział IV

DWIE ZOFIE

 Siostra zakonna Zofia Dziewanowska – córka Leona Dziewanowskiego urodziła się 23 kwietnia 1879 roku. W 1902r. wstąpiła do Zgromadzenia Szarytek. Opiekowała się w szpitalach niedołężnymi starcami i kalekami. Ostatnim takim miejscem dla Zofii był Zakład pod wezwaniem Św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niemcy niechętni byli tym zakładom, w nich często ukrywali się Żydzi.

Siostra Anna Jarciak próbowała wiele lat później odtworzyć losy ośmiu sióstr zakonnych, wśród których egzystowała Zofia Dziewanowska. ,,Było, to najprawdopodobniej 29 sierpnia 1944 roku, po zajęciu przez Niemców Wytwórni Papierów Wartościowych. Po wejściu na teren zakładów, hitlerowcy zachowywali się brutalnie. Wszystkich wyrzucili z piwnic i pognali w kierunku Cytadeli, po stosach gruzów ze zwalonych domów. Noc wyrzuceni spędzili w gmachu szkolnym na Stawkach. Następnego dnia popędzono ich na ulicę Okopową. Tutaj w ogrodzie, przedzielonym siatką – po jednej stronie umieszczono ludzi zdolnych do pracy, a po drugiej osoby niedołężne, chore i wiekowe. Siostry ze swoimi podopiecznym, znalazły się właśnie po  stronie tych drugich. Po pewnym czasie wraz z niewielką grupą zostały poprowadzone w nieznanym kierunku. Niektórzy twierdzą, że w okolicę Powązek – zostały prawdopodobnie rozstrzelane, a ich zwłoki spalone. Nikt z grupy – ani żywy – ani martwy, nigdy nie został odnaleziony. Żadna z sióstr nie ma swego drzewa w Yad Vashen”.

Druga siostra – Zofia Dziewanowska – Kunert urodziła się w 1939 roku – to córką Stanisława Dziewanowskiego,  poległego w Kampanii Wrześniowej, wnuczka Kazimierza, znanego działacza społecznego i politycznego, ostatniego właściciela Grodkowa. Został on zamordowany w obozie koncentracyjnym w Dachau. Była również kuzynką Kazimierza – ambasadora III Rzeczypospolitej Polskiej w Waszyngtonie.

Zofia poświęciła życie medycynie i badaniom farmaceutycznym. Studia medyczne ukończyła w Warszawie, a specjalizację w dziedzinie fizjologii, w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu. Współpracuje z wieloma placówkami naukowymi w Stanach Zjednoczonych Ameryki, zajmującymi się badaniami w dziedzinie psychiatrii i onkologii. Utrzymuje kontakty z polskimi placówkami naukowymi i kulturalnymi. Kocha muzykę Chopina i promuje polską kulturę. Z godnością nosi nazwisko swoich przodków.

Rozdział V

FENOMENALNY AMBASADOR III RZECZYPOSPOLITEJ 

W WASZYNGTONIE

 15 listopada 1989 roku większość Polaków zasiadło przed telewizorami – zapowiedziano bowiem, iż tego dnia Lech Wałęsa, który w oczach Amerykanów jest uosobieniem patriotyzmu, odwagi i sukcesu, będzie przemawiał w Kongresie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wydarzenie niezwykłe, ulice opustoszały: w Chicago, Milwaukee, w Nowym Yorku i… prawdopodobnie w każdym innym miejscu na kuli ziemskiej, gdzie zamieszkiwali Polacy.  Ulice  rzeczywiście opustoszały, jak w latach sześćdziesiątych, kiedy zaczynała się emisja serialu: ,,Stawka większa, niż życie”. Kto mógł i gdzie tylko mógł, zasiadał przed szklanym ekranem, by zobaczyć i posłuchać ,,naszego człowieka” w Stanach Zjednoczonych.

Stanął na mównicy – połączone Izby Kongresu zamarły w oczekiwaniu. Usłyszano pierwsze słowa: ,,We, the people” – (my naród) przetłumaczone i wypowiadane dźwięcznym głosem przez Jacka Kalabińskiego. Wszyscy wstali z miejsc- zgotowali mówcy długą, bardzo długą owację.

Wałęsa przemawiał – mówił, to, co każdy z nas czuł i zapewne sam użyłby tych słów. Może właśnie wtedy  poczuliśmy się narodem związanym wielką miłością do Ojczyzny,, staliśmy się jedną myślą, jednym ciałem. My Polacy, my Naród”.

,,My naród! Oto słowa, od których chcę zacząć moje przemówienie. Nikomu na tej sali nie muszę przypominać, skąd one pochodzą, nie muszę też przypominać, że ja, elektryk z Gdańska, też mam prawo się nimi posługiwać.

My naród! Staję przed wami, jako trzeci w historii cudzoziemiec, nie piastujący żadnych funkcji państwowych, którego zaproszono, aby przemówił przed połączonymi Izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych. Tego Kongresu, który dla wielu uciśnionych i pozbawionych swoich praw ludzi na świecie, wydaje się być światłem wolności i ostoją praw człowieka. Stoję przed wami, by w imieniu swojego narodu, mówić do Ameryki, do obywateli państwa i kontynentu, u którego wrót stoi słynna Statua Wolności. Jest to dla mnie zaszczyt tak wielki, chwila tak podniosła, że trudno mi to z czymkolwiek porównać. Pojęcie Stanów Zjednoczonych kojarzy się ludziom w Polsce z wolnością i demokracją, ze wspaniałomyślnością i ofiarnością, z ludzką przyjaźnią i przyjaznym człowieczeństwem. Wiem, że nie wszędzie Ameryka jest tak postrzegana. Ja mówię o tym, jaki jest obraz w Polsce, obraz ten został utrwalony przez liczne doświadczenia historyczne, a jest sprawą znaną, że Polacy odpłacają za serce, sercem. Świat pamięta o wspaniałej zasadzie amerykańskiej demokracji, o rządach ludu przez lud i dla ludów. Pamiętam też o niej ja, robotnik z gdańskiej stoczni, który całe swe życie, wraz z innymi członkami ruchu ,,Solidarność”, poświęcił właśnie dla tej zasady rządów ludu, przez lud i dla ludów . Przeciw przywilejom i monopolowi, przeciw łamaniu prawa, przeciw deptaniu ludzkiej godności, przeciw pogardzie i niesprawiedliwości. Takie właśnie, przypominające Abrahama Lincolna i ojców założycieli Republiki Amerykańskiej, przypominające też fundamenty i ideały amerykańskiej Deklaracji Niepodległości i amerykańskiej Konstytucji, są zasady i wartości, jakimi kieruje się wielki ruch polskiej ,,Solidarności”, ruch skuteczny. Wiem, że Amerykanie są ludźmi zarazem idealistycznymi, ale i praktycznymi, ludźmi zdrowego rozsądku i logicznego działania. Łączą te cechy z wiarą w ostateczne zwycięstwo dobra, ale wolą skuteczną pracę, od wygłaszania przemówień.

Ja też nie kocham się w przemówieniach, wolę fakty i pracę, cenię skuteczność“.

 Słuchając owacji po przemówieniu Wałęsy, narodowi  urosły skrzydła, to tak jakby w tej chwili stał się narodowym Pegazem. Dopiero później, po wielu miesiącach dowiedzieliśmy się, że przemówienie dla Lecha Wałęsy napisał ówczesny ambasador polski w Waszyngtonie, spadkobierca wielkich tradycji patriotycznych, obywatel znakomitego rodu – Kazimierz Dziewanowski, wnuk Kazimierza żyjącego w latach (1879-1942), właściciela Grodkowa i pierwszy po odzyskaniu niepodległości starosta płocki, odznaczony orderem Polonia Restituta, działacz społeczny i gospodarczy, aresztowany przez Niemców w 1940 roku, który w dwa lata później zostaje zamordowany w obozie koncentracyjnym w Dachau.

Kazimierz Dziewanowski – ambasador żył w latach (1939-1998). Uczył się na tajnych kompletach w Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego w Warszawie. Bardzo wcześnie zadebiutował w roli dziennikarza na łamach pisma ,,Młoda Rzeczpospolita”. Jego powołaniem od zawsze była publicystyka, a wyborem z moralnego obowiązku, polityka. Współpracował z wieloma pismami, jest autorem tak znanych reportaży, jak: ,,Biblia i karabin”,  czy ,,Księga zdziwień”. Pisał eseje: ,,Złom żelazny”, ,,Śmiech pokoleń” oraz prace publicystyczne: ,,Brzemię białego człowieka”, ,,Paradoks niewoli”, ,,Polityka w sercu Europy” i wiele innych. Tymi tekstami wykuwał nową ,,Solidarnościową Rzeczpospolitą”. W sierpniu 1980 roku przebywał w Stoczni Gdańskiej. Był członkiem komisji reform politycznych Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Brał udział w Obradach Okrągłego Stołu.

W 1990 roku wyleciał do Waszyngtonu, aby zmienić spojrzenie Ameryki na Polskę. Symbolem tych zmian było usunięcie krat w oknach ambasady i otwarcie frontowych drzwi do budynku polskiej ambasady. Ambasada stała się nie tylko budynkiem reprezentującym kraj, ale prawdziwym Domem Polskim, w którym pachniało polskim chlebem, czuło się klimat polskiej kultury i polskiej sztuki. 

Ambasador Kazimierz Dziewanowski poprzez swój takt, polityczną mądrość i osobisty urok, przywracał Polskę Zachodowi.

Jego dorobek pisarski i wkład w tworzenie nowoczesnego świata, nie są jeszcze doceniane. On był współtwórcą tych wszystkich nowych wydarzeń.

Trochę podobne do losów założyciela klanu Dziewanowskich – Wincentego, są losy jego krewnych: Władysława, Antoniego i Mariana.

Władysław pracował dla Polski i polskiej armii – piórem, a gdy trzeba było, stawał w szeregach obrońców ojczyzny.

Dla Mariana Władysław był wzorem doskonałości, przyjacielem, któremu można zawierzyć w każdej życiowej sytuacji, wreszcie doradcą w trudnych i łatwiejszych sprawach.

Po klęsce wrześniowej, nie mogąc wrócić do kraju, pan Władysław wyemigrował do Argentyny i tam wraz z bratankiem Antonim -,,cichociemnym”, próbował sił na niwie gospodarczej.

Zmarł w 1951 roku.

Co do Antoniego, to nie zostawił dziedzica z nazwiskiem Dziewanowski, jego wnuki nie są związane z losami Polski i z pozostałymi, którzy mają w herbie “Jastrzębca”. Ich losy potoczyły się w innym kierunku, utożsamiły się  z miejscem swoich urodzin. 

Wielu potomków wspaniałego rodu żyje gdzieś, rozsianych po świecie, noszą często inne nazwiska, pracują w różnych dziedzinach, ale zachowują polską tożsamość. Marian Dziewanowski po wojnie realizował swoje pasje historyka – dokumentalisty i popularyzatora wiedzy historycznej, szczególnie o Europie Wschodniej. Pisał o niej i w Stanach Zjednoczonych i w wielu miejscach na kuli ziemskiej.

Ostatnie lata życia poświęcił na gromadzenie materiałów dotyczących przeszłości rodziny. O wielu bohaterach noszących nazwisko Dziewanowskich, nic mu nie wiadomo. Nie zdążył zgłębić historii zapoczątkowanej przez kobiety tego rodu.

Rodziny: Strumiłłów, Mieczkowskich, spokrewnione z Dziewanowskimi zapisały bogatą historię. Może ci, którzy otrzymali od Mariana rodowe pierścienie, bliżej się zainteresują własnymi korzeniami?

Ciekawe bowiem to losy,  ciekawi bohaterowie, warto   historię tego rodu zamieścić na stronach książki i pozostawić pamięci ludzkiej.