Mieszkałyśmy w pomieszczeniu, którego ściany udekorowano czerwonymi dywanami w polne kwiaty. Za dnia z okien rozchodził się widok na bukowy las, nocami towarzyszyło nam skomlenie wilków, które biegały w poszukiwaniu padliny, a potem zabijali je myśliwi.
Co wieczór zakradałyśmy się do łóżka Anieli, tylko na nim mieściłyśmy się wszystkie. Wielkość tego, co posiadałyśmy, przydzielano nam zgodnie z kolejnością narodzin. Rytuał rozpoczynały oczekiwania, przysłuchiwanie się szelestom domu. Na początku nasze spojrzenia błądziły w ciemnościach, póki nie przywykły do mroku. Milczenie zmiękczało krawędzie, otulało mgłą kontury przedmiotów, za dnia będących przyczyną naszych sporów. Drzwi do komnaty, za którymi kąśliwe pokojówki nadstawiały ucha, rozmazywały się, niknęły w podekscytowaniu. Zapominałyśmy o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu minionego dnia. Przeszłość stawała się mętna i powolna, jak powietrze w rzadko wietrzonym pomieszczeniu. Wyraźnie czułyśmy dotyk flanelowych koszul nocnych i pościeli, ale udawałyśmy przed sobą nawzajem, że śpimy, jakby tego dnia zmęczenie zwaliło nas z nóg. To były tylko pozory, bo kiedy któraś z nas się roześmiała, zaczynałyśmy żyć płynącym z zabawy podnieceniem. Delikatnie zsuwałyśmy z siebie ciężką pościel z pierza, najpierw Klara, a potem ja, bo miałam do pokonania mniejszą odległość. Szłyśmy na palcach, żeby żadna ze strzelających desek nie zbudziła służby. Rozwiązywałyśmy koszule nocne i spuszczałyśmy je na podłogę, rozplątywałyśmy warkocze, które zapleciono nam przed snem. Nagie, leżałyśmy obok siebie, stykałyśmy się biodrami i kładłyśmy dłoń na brzuchu drugiej, tak, by zakrywała pępek. Nuciłyśmy wówczas pieśni, których uczono nas za dnia.
Tak naprawdę nie byłyśmy siostrami, nie prawdziwymi. Przyszłyśmy na świat z łon różnych kobiet. Splatały nas grzeszne geny ojca, buńczuczne i awanturnicze. Dzięki nim wszczynałyśmy kłótnie, kończone ramię przy ramieniu w ciasnym uścisku. Wtedy najlepiej czułyśmy swoją woń: pachniałyśmy mlekiem. Byłyśmy traktowane jak trzy pąki wzbijające się z ciernistego krzewu róży. Strojono nas w identyczne sukienki, czesano jedną szczotką, wypuszczano na wspólną kąpiel w strumyku. Jadłyśmy wszystkie tymi samymi ustami. Najbardziej przepadałyśmy za knedlami, które kucharki posypywały cynamonem. Nierozłączne kochałyśmy wszystko, co podsuwała nam wyobraźnia. Wygłupiałyśmy się, popisywałyśmy, dorabiałyśmy rogi tej trzeciej, bo zawsze któraś była nie do pary, podkładałyśmy nogę w wąskich korytarzach. Korzystając z przykurzonego lustra, potrafiłyśmy obejrzeć swoje myśli.
Radość naszego dzieciństwa spaliła się wraz ze śmiercią matki Klary. Ja i Aniela traktowałyśmy ją jak własną, nasze nie przeżyły porodów. Kiedy Konstancja ciężko zachorowała, ojciec mówił nam: zróbcie to, zróbcie tamto, a my siadałyśmy na jej łóżku z laurkami, recytowałyśmy wiersze. Miałyśmy dumne oczy i silne ręce i wierzyłyśmy, że nasza przyjaźń ją uzdrowi. Po pogrzebie ojciec się załamał, cały posiwiał, a kręgosłup wygiął mu się na kształt muszli. Zostałyśmy same, wilcze siostry.
Kiedy skończyły się majowe deszcze, Aniela zaproponowała, żebyśmy nocą zakradły się do lasu. Tego popołudnia wydawała się wyjątkowo piękna, siedziała na tle rozżarzonego słońca, a spod koronkowego kapelusza wystawał jej pukiel miodowych włosów. Wyglądała jak anielica, którą dopiero co zesłano na ziemię, a już uczyniła wiele dobrego. Moment, w którym przytakiwałyśmy jej propozycji, był najważniejszą chwilą naszego życia i tak go traktowałyśmy.
Świeczki ukradłyśmy z saloniku służby. Opatulone w kwieciste pledy, wymknęłyśmy się tylnymi drzwiami, przez nikogo nie strzeżonymi. Rześka noc łaskotała nas w nozdrza, w głowach rozbrzmiewała melodia, która przywodziła na myśl, tylko pieśń harcujących w zamku myszy. Głaskałyśmy sarny, polowałyśmy na zające, z korzeni drzew wyrywałyśmy mech. Żyłyśmy wiarą, że to, co po drodze napotkamy, uciszy nasze żądze.
Dni i noce stały się do siebie podobne. Po wieczornych eskapadach spałyśmy do południa. Zdziwionym pokojówkom tłumaczyłyśmy, że powodem jest nadchodzące przesilenie. W tamtym czasie rzadko wychodziłyśmy z domu przed zmrokiem, nasz czas wypełniały fantazje. Oczekiwałyśmy na księżyc. Nocami wyślizgiwałyśmy się z łóżek i pędziłyśmy przez łąkę w stronę lasu, aż raz natknęłyśmy się na gajowego, który zagroził, że powie o wszystkim ojcu. Przekupiłyśmy go wędzonym udźcem. To na chwilę nas utemperowało.
Wraz z czerwcem nadeszły upały. Spałyśmy przy rozwartych na oścież oknach, odkryte i rozebrane, a nad ranem budziłyśmy się pogryzione przez komary. Nocami wilki ujadały jeszcze głośniej. Jedna z pokojówek zdradziła, że to przez zbójców z pobliskiej osady, którzy zastawiają na nie pułapki. Podobno ulewy zniszczyły plony i wsią targa bieda. Spuściłyśmy głowy, czekając, aż skończy wiązać nam pantofle i uciekłyśmy bawić się w ogrodzie. Kiedy nikt nie patrzył, biegałyśmy z rozpuszczonymi włosami i naśladowałyśmy chłopców w pojedynkach na drewniane miecze. Sezon cykad trwał w najlepsze, a każda z nas pod łóżkiem chowała swoje znaleziska. Wymieniałyśmy się ususzonymi kwiatami i skrzydłami, które oderwałyśmy od ciał motyli. Odkryłyśmy, że na naszych wzgórkach łonowych, moich i Anieli, bo Klara jeszcze nie dorosła, pojawiły się ciemne, kręcone włosy. Wyrywałyśmy je sobie nawzajem i prowadziłyśmy ranking, która dłużej wytrzyma ból. Wszystko to wydawało mi się udawane. Byłyśmy w ciągłym napięciu i chociaż nie mówiłyśmy o tym głośno, kombinowałyśmy, jak utorować sobie drogę do lasu.
Wykradałyśmy się na zmianę, jedna z nas zawsze zostawała na warcie. Byłyśmy umówione na sygnał ostrzegawczy ze sztucznych ogni. Tej nocy, kiedy Aniela wypatrywała przy oknie, a ja i Klara pobiegłyśmy do lasu, byłam w nastroju na podlejsze rozrywki. Popchnęłam siostrę, a ta wpadła w kałużę błota. Wiedźma z ciebie, Inga, wiedźma, powtarzała mi. Zakrywałam sobie usta dłonią, żeby się nie roześmiać, bo ktoś mógłby nas usłyszeć. Wtedy po raz pierwszy spacerowałyśmy po lesie innym szlakiem. Klara cały czas wyklinała mnie pod nosem, kiedy w oddali zobaczyłam rosnący, prostokątny kontur. Szturchnęłam ją, żeby podniosła głowę. Znowu zaczynasz, żaliła się. Ale zmrużyła oczy i wiedziałam, że za mgłą widzi to, co ja. Zbliżyłyśmy się do drewnianej chaty, która wyglądała na opuszczoną. Okna zabito deskami, rygle wyłamano. Mimo wszystko zapukałyśmy, ale nikt nie odpowiadał. Wślizgnęłyśmy się do środka, przeszłyśmy przez trzy małe pomieszczenia pozbawione mebli i pozwoliłyśmy sobie zapiszczeć z ekscytacji.
Zbiegło się to w czasie z wezwaniem każdej z nas na rozmowę z ojcem. Wchodziłyśmy pojedynczo, w kolejności narodzin: Aniela, ja, Klara. Potem zganione wałęsałyśmy się po budynku i zdradzałyśmy sobie słowa, jakie w nas ciosał. Czułyśmy się sztywne i bezbronne. Nasze dobre humory od dawna grały mu na nerwach. Kiedy wyjątkowo uśmiechnięte wychodziłyśmy mu naprzeciw, groził, że zostaniemy rozdzielone do trzech osobnych pokoi. Próbował nas skłócić. Mnie powtarzał, że imię, które noszę, jest ciosane i na pewno pochodzi z ludu. Imiona jego rodu, podobnie jak imiona moich sióstr, mają głoski, przy których należy przykleić język do podniebienia. Wkrótce przestałam się odzywać w jego towarzystwie, na co reagował złością. Przestań, Ingo, ganił mnie. Upodabniasz się do własnej matki. Usta, które wypowiadały zdania takie jak te, nie zatrzymywały się ani na chwilę.
Chodziły słuchy, że jest niezadowolony z trzech dziewczynek i pragnie dziedzica, więc jedną z nas przechrzci na mężczyznę. Tak mówili mieszkańcy wsi. Nie znałyśmy wprawdzie nikogo z osady, ale służba szeptała po kątach. Bez przerwy oscylowałam między pragnieniem zabawy i przygnębieniem, które nie chciało opuścić mojego ciała. Kilka wieczorów z rzędu odpuściłam nocne wędrówki, zgłosiłam się na ochotniczkę do pełnienia warty. Bałam się, że noszone przeze mnie imię podyktuje ojcu rozwiązanie jego problemów.
Jednego z kolejnych dni padało tak bardzo, że popołudnie spędziłyśmy w bawialni, leżąc znudzone na dywanie. Aniela jak zwykle obracała w dłoniach wisiorek z podobizną matki, Klara wydłubywała sobie ziemię spod paznokci. Poprosiłam, żeby nachyliły się w moją stronę, tak, że aż poczułam odurzającą woń ich oddechów i zdradziłam, czym straszy mnie ojciec. Powoli pokiwały głowami. Do nich kierował te same groźby.
Nie pozostało nam nic innego, jak go przechytrzyć. Co wieczór znosiłyśmy kolejne przedmioty do drewnianej chaty. Szkatułki z notatnikami, zapasowe pierze, stare poszwy, z których korzystała służba. Suknie na każdą z pór roku, luźne podomki i halki, wstążki do włosów. Wystrugane z drewna figurki baletnic, które wuj, brat Konstancji, podarował nam po pogrzebie. Aniela raz zsunęła się przez okno, nie chciało jej się targać poduch po krętych schodach. Zanim zdążyłyśmy zobaczyć, jak upada, już pochłaniał ją las.
Jedzenie zostawiłyśmy na koniec, bo wokół chaty zbiegłoby się zbyt wiele wilków, myśliwi nabraliby podejrzeń. To mnie przydzielono włamanie do kuchni. Długo przyglądałam się zwierzęcym tuszom zwisającym z sufitu. Podwędziłam dwa bochny chleba, agrest i suszone dzicze udo. Owinęłam je w kawałek szmaty i związałam sznurkiem.
Zanim doszło do tego wieczoru wszystko brałyśmy za spekulację. Nocą świętojańską po raz ostatni wybiegłyśmy z dziecięcej komnaty, w której byłyśmy siostrami.