+48 736-84-84-44

O cmentarnym aniele

,,Za życia byłaś aniołem i po śmierci nim zostaniesz. Odebrali nam szczęście i życie wspólne. Niech ten anioł, ukochana, trzyma w ramionach nasze dziecię nienarodzone. Niech twa dusza ma mnie w opiece, bym w rozpaczy się nie pogrążył. Nie przeklinam i nie złorzeczę, jeno smutek dusi mnie straszliwy. Skrwawionymi dłońmi mojemi na twej mogile anioła postawię. By wszyscy widzieli, żem po śmierci cię równie mocno, co przed jej nastaniem, kochał”monolog Władysława płynął z ust jak potok. Ciągnął na wózku ogromnego anioła wykonanego z piaskowca. Ludzie zatrzymywali się i patrzyli na pogrążonego w żałobie mężczyznę. Poznaczony bliznami, w rozchełstanej białej koszuli, spocony i pogrążony w żalu, cały parował z wyczerpania.

Gdzieś w drzewach za cmentarną bramą zakrakały kruki. Ksiądz Baranowski biegł w stronę cmentarza. Jedna z bab doniosła mu, że młody Tarka stawia pomnik swojej szwagierce. Ponoć lata rozgogolony po cmentarzu, w samej koszuli, i gada do siebie niczym obłąkany. Ksiądz schował do kieszeni dumę, zadarł sutannę i puścił się biegiem, by choć trochę załagodzić skandal, który wielkimi krokami zbliżał się do parafii.

***

Listopadowy poranek, zimno. W głowie lekko pulsuje wrażenie po wypitej wczoraj wódce. Idziemy przez cmentarz, potykamy się o zbyt ciasno stłoczone nagrobki. Mijamy marmur, granit, piaskowiec i lastryko. Pomiędzy nimi niedbale wetknięte zwykłe krzyże z tabliczkami, niektóre bez. Są krzyże drewniane i spróchniałe, nowe i pachnące żywicą, są też krzyże stalowe, proste i ozdobne. Mijamy groby postawione za życia – niektóre bez imion, inne z imionami i datami urodzin, czekające na te ostateczne cyfry.

Mniej kłopotu dla rodziny – myślę sobie. I pomnik taki, jaki sami chcieliśmy. Pragnę, by pochowano mnie pod drzewem, spalono, zrobiono ze mnie pożywkę dla leśnej grzybni. Kawałek kamienia i tyle. Byle było na nim moje imię. Żeby dzieci mogły położyć kwiaty, gdy sobie o mnie przypomną.

Docieramy do pierwszego rodzinnego nagrobka i zapalamy znicze. Ręce grabieją od lodowatego wiatru. Powietrze pachnie tak, jakby zaraz miał spaść śnieg. Ale nie pada. 

,,Wieczny odpoczynek” – chwila zadumy i wykład dla dzieci o tym, kto i z jakiej przyczyny leży w  mogile. No i kim był dla nas. Idziemy dalej. Grób pradziadków, stryjka i ciotki, dalszych i bliższych krewnych z rodziny mojego męża, których znam tylko z opowieści i wyblakłych fotografii.

            Robi mi się niedobrze. Wódka nie jest tym, co lubię, nie służy mi, ale w Polsce stoi na każdym stole i ciężko odmówić. Wyciągam z kieszeni gumę do żucia, wkładam do ust i zaczynam mielić, by odpędzić mdłości. Idziemy w głąb cmentarza. Mijamy miejscowych, którzy patrzą na nas ze zdziwieniem. Tym nachalnym oczom mówię dzień dobry. 

Dochodzimy do pomnika żołnierzy poległych podczas wojny. Nie wiem, której. Ból głowy narasta. Marzę jedynie o paracetamolu i butelce zimnej coli zero. Naciągam najmłodszemu kaptur na głowę. Chłopcy ustawiają znicze. Ojciec opowiada im o tym co, kto i dlaczego, a oni rewanżują się zadając pytania. Gdy są pochłonięci rozmową, oddalam się i idę zwiedzać na własną rękę. Nie odchodzę zbyt daleko, ciężko stawia się stopy między stłoczonymi pomnikami. Trafiam na jakiś stary rodowy grobowiec. Masywna, ciemna, wilgotna i obrośnięta mchem bryła pochłania większość przestrzeni, wsysa w siebie całą energię otoczenia. Ciężkie ozdobne łańcuchy, które go okalają, pulsują wrogością. Czuję złość, rozpacz i nienawiść. Muszę dotknąć płyty, poczuć pod palcami ten chłód, miękkość mchu i chropowatość kamienia. Marzę o tym, by uklęknąć i przyłożyć głowę do zimnej marmurowej płyty. Wtulić ucho w omszały kamień i wsłuchać się w dawno zapomniane ostatnie wole zmarłych. 

– Eliza! Chodź! – wyrywa mnie z zamyślenia głos męża. Chłopcy się o coś kłócą.

 – Jeszcze chwilę – odpowiadam, odrywając rękę od kamiennej płyty.

Idziemy główną alejką, która kończy się w najmniej oczekiwanym momencie. Pośrodku niczego stoi tablica. Zawracamy i idziemy do najstarszej części cmentarza. 

Nad tą częścią, oprócz drzew, góruje sylwetka jasnego anioła. Przyglądam mu się, widzę postać ustawioną na wysokim cokole. Idąc ku aniołowi, mijamy groby z końca dziewiętnastego wieku. Przystajemy i czytamy na głos wyryte na nich sentencje, daty śmierci i urodzin. Już nawet nie zwracamy uwagi na autochtonów, których w starej części cmentarza i tak jest mniej. 

Docieramy do anioła z piaskowca. Siedzi na nagrobku otulony albo otulona skrzydłami. W ramionach trzyma śpiące dziecko. Na pomniku pęknięte wzdłuż zdjęcie młodej kobiety okrytej futrem w cętki. „Świętej Pamięci Janina z Jagielskich Tarka. Żyła lat 23. Zmarła 10 stycznia 1920. Pokój jej duszy. Stroskana rodzina prosi o Zdrowaś Mario”.

            Podchodzi mój mąż, przytula mnie i streszcza historię zamyślonej kobiety z pękniętego zdjęcia.

– Ciekawa historia. Podobno było w niej zakochanych dwóch braci. Rodzice kazali jej wyjść za tego, którego nie kochała. Ten, z którym chciała być, wyjechał na wojnę. Szybko zmarła, pozostawiając po sobie dziecko, które żyło tylko kilka tygodni. A ten, który wrócił, postawił na jej grobie tego anioła. Pisałem kiedyś w gazecie – wyjaśnia.

Robię zdjęcie nagrobka i roztrzaskanego zdjęcia. Wracamy zmarznięci do samochodu. 

***

Janina siedziała przy oknie i szydełkowała. Jan wyszedł z domu wcześnie rano. Widziała, jak bardzo się stara. Jemu też to małżeństwo nie było w smak. Ojciec wcale jej nie słuchał, gdy tłumaczyła mu, że kocha Władysława i to za niego chce wyjść za mąż.

Z Janem prawie wcale się nie widywali. Jedynie kolacje jadali wspólnie. Śniadania podawała jej Marysia, która tak naprawdę miała na imię Rachela, ale nie mówili tak do niej. Marysia brzmiało ładnie i kojarzyło się swojsko. Jan nie był zadowolony, gdy Janina oznajmiła mu, że zatrudniła żydowską pomoc domową. Marysia miała czarne oczy i włosy. Była czysta i szybka. Janina nigdy nie miała do niej zastrzeżeń. Zabroniła też kucharce Jadwidze krzyczeć na dziewczynę.

Kiedy Marysia najmowała się na służbę u Tarków, ciotki mówiły jej, że młoda pani jest dziwna i ma nieszczęście nad sobą. Dziewczyna jednak polubiła panią Janinę. Lubiła się jej przyglądać już wtedy, gdy ta przychodziła do sklepu jej ojca po sprawunki. Zawsze elegancka, nieco wyniosła, ale wesoła. Zagadywała do matki i ojca. Ubrana zawsze w płaszcze lamowane cętkowanym futrem, na nogach miała buty na obcasie, na głowie kapelusz i torebkę przewieszoną przez ramię. Kiedyś w sklepie powiedziała, że wychodzi za mąż i szuka pokojówki. Rachela przez dwa dni błagała, by ojciec zarekomendował  ją u pani Janiny.

Ojciec nie był temu przychylny, ale matka zdołała go przekonać. W domu było ciasno, więc luźniej się zrobi, a dziewczyna i grosz do domu przyniesie i roboty się nauczy, zanim za mąż pójdzie. Ojciec lamentował, że nikt nie zechce żony, co u gojów na służbę się najmowała. Ale matka odpowiedziała mu, że drugiej takiej swatki jak ciotka Anika nie ma, i że jej męża choćby z maku ukręci  –  i to jeszcze z majątkiem. Tym stwierdzeniem wytrąciła już ojcu wszystkie argumenty.

            – Nalej mi herbaty. Sobie też – poleciła Janina, po czym nachyliła się nad dziewczyną, której ze strachu zabrzęczała w ręku filiżanka. – Mam do ciebie prośbę. Otóż chodzi o sprawdzenie, czy pewna bliska mi osoba żyje… i czy ma się dobrze… Rozpytywałam już tu i ówdzie, ale wszyscy milczą. A od pewnej znajomej z Iłowa dowiedziałam się, że wy Żydzi macie swoje sposoby na zobaczenie tego, czego nie da się dowiedzieć. Słyszałam też, że twoja ciotka Anika mogłaby mi pomóc, gdyby chciała. Nie mogę sama jej zapytać, dlatego ty zrobisz to za mnie – powiedziała, wpatrując się w Marysię swoimi bladoniebieskimi oczami.

–  Kiedy ja nie mogę… Mnie wspominać o tym nie wolno, a co dopiero pytać. 

– Więc tylko skontaktuj mnie z ciotką, a ja sama zapytam. Najdalej za czternaście dni chcę coś wiedzieć.

Janina skierowała wzrok w stronę okna i łyk za łykiem opróżniła filiżankę. 

 ***

,,Kochany mój Władysławie!

Już pół roku mija, odkąd nie mam wieści od Ciebie. Rodzice Twoi, a moi teściowie zbywają moje pytania, odpowiadając bym się mężem swym zajęła i zapomniała o Tobie. Lecz ja nie mogę. Serce mi krwawi i nie raz, tęskniąc, w ustach czuję smak tej krwi… 

Napisz choć jedno słowo, bym wiedziała, że żyjesz”.

***

,,Kochana Janino! 

Listy me bez odpowiedzi pozostają, lecz ja z uporem dalej pisać będę.

Odpisz mi proszę, bym wiedział, że żyjesz i choć myślisz o mnie… ”

***

– Zna mama historię tego anioła z cmentarza? – spytałam teściową. 

– Kiedyś babcia z Czerniewa mi opowiadała. Mówiła, że to wielkie nieszczęście było. Rodzice ożenili dzieci nie tak, jak trzeba, żeby gospodarka działała. Wiem, że ona nieszczęśliwa była. Ludzie gadali po Kiernozi i Osmolinie, ale to stare dzieje. Kto tam wie, jak to wszystko naprawdę było… Ludzie gadali, że ta młoda Janina oszalała z miłości. Że najpierw dzieciaka, a potem siebie otruła. Mówili też, że chodziła do Żydów, by jej kabałę stawiali i to przez to takie nieszczęścia ją spotkały. Ale dla mnie to takie tam gadanie. Nieszczęśliwa była, bo ją za mąż wydali na siłę. Jakby się rodzice nie wtrącali, to by inaczej było. Ale takie czasy.

***

Janina, jak zwykle, szła dumnie przez kiernoski rynek. Za nią, z koszykiem przewieszonym przez ramię, dreptała Marysia. Janina, pochłonięta swoimi myślami, bezwiednie przeglądała towary na straganach. Marysia pakowała do koszyka jajka, pieczywo i warzywa. Podziwiała dystyngowaną postać Janiny, która maszerowała przed nią. I lubiła cotygodniowe wyjścia z panią. Na kiernoskim rynku zawsze wiele się działo. Stragany i warsztaty były szeroko otwarte i gwarne. Pachniało przyprawami, skórą i mokrym pierzem. Przekupki darły się do klientów, zachwalając swoje towary. Kwakały kaczki, gęgały gęsi i gdakały kury w chórze razem z bydłem i rozwrzeszczanym ludzkim tłumem. Przeszły przez rynek i weszły do sklepu ojca. Ten dostrzegłszy chlebodawczynię swojej córki, wystrzelił zza kontuaru i już zaczął się kłaniać z przymilnym uśmiechem. Podsuwał mięciutkie cielęce rękawiczki, misterne koronkowe kołnierzyki i flakoniki z perfumami. Matka zawołała Marysię na zaplecze. Dziewczyna spojrzała na swoją panią, a ta porozumiewawczo skinęła głową. Matka pociągnęła Marysię w głąb izby i przyłożyła usta do jej ucha. Ledwie słyszalnym szeptem wymamrotała:

– Ciotka czeka w domu Estery. Ojciec wie, choć nie pochwala. Powie w razie czego, że pani jest u krawcowej.

            W pomieszczeniu, do którego poprowadziła je matka, było ciemno; na stole przykrytym czarnym całunem stało pięć świec ustawionych w kole. Za stołem siedziała ciotka Anika. Była szczupła i drobna, zawinięta w kilka chust i spódnic. Nikomu nie odmawiała pomocy: ani chłopom, ani panom, a każdy się jej bał. Anika pomagała też Niemcom, którzy upodobali sobie Kiernozię i jej okolice. Miasteczko trzech cmentarzy – tak o nim mówili. Anika nie wiedziała tylko, że za dwadzieścia lat ci sami Niemcy wywiozą jej trupa przywiązanego do krzesła, na wozie wraz z innymi Żydami, podczas likwidacji kiernoskiego getta. 

– Czego chce taka gojka jak ty od takiej starej Żydówki jak ja? –  zapytała Anika.

– Przyniosłam, co mi polecono. Plaster miodu z zimowego ula, guzik zaginionego i swoje paznokcie. Znajdź go, proszę. Nikt niczego nie mówi. Od Niemki słyszałam, że nasi chłopcy pojechali walczyć. Chcę tylko wiedzieć, czy żyje – błagała rozpaczliwym szeptem Janina.

Anika podała jej białą, lnianą ścierkę, miedzianą miskę i kubek z gęsim smalcem. Wsypała do miski paznokcie i wrzuciła łyżkę smalcu. W moździerzu zmieliła plaster miodu i przełożyła papkę do miski. 

We wsi mówili, że Anika nie jest wcale taka stara, na jaką wygląda, choć nikt nie umiał powiedzieć, ile ma lat. Mówili, że młodość z niej wyciągnęły żydowskie czary i że za skórą nosi Dybuka, który przez nią przemawia. Anika nie przejmowała się tym. Kto miał przyjść i tak przyszedł. 

Ksiądz Antonii Zawado mówił, że całe kiersnowskie żydowskie plemię wzięło się stąd, że do ziemi kiernoskiej nie sięgała jurysdykcja gnieźnieńskich arcybiskupów. Żydzi korzystali na potęgę, by się tu osiedlać. Ksiądz nie był antysemitą. Pogodził się z faktem, że połowa mieszkańców jego parafii to Żydzi. Robili mu buty i sprowadzali zimowe kożuchy. A reb Mierzwinower sprowadzał mu po cichu bezcenne cymelia.

Anika mamrotała w jidysz. Kiwała się coraz szybciej, mieszając palcem w miedzianej miseczce. Dwa razy w lewo, trzy w  prawo. Nagle wyprostowała się, wyciągnęła palec w stronę Janiny.

– Obliż i zjedz – wychrypiała nienaturalnym głosem.

Nagle wyprostowała się i cała jej postać wraz z krzesłem uniosła się nieco nad podłogą. Otworzyła oczy, które całe, wraz z białkami, były czarne jak smoła.

– Widzę sterty trupów. Widzę trupy na taczkach – chrypiała przez ściśnięte gardło, patrząc wprost na Rachelę.

– Widzę Moskali i sterty trupów… – ciągnęła pogrążona w transie.

– Gdzie, gdzie to jest?! Widzisz go? – pytała rozpaczliwie Janina, osuwając się na krześle.

– Nieeee… Jego tam nie ma. Nie wśród trupów. Widzę Moskali przebiegłych, widzę wojnę i rozpacz. Ale to jeszcze się nie wydarzyło. On przeżyje, ale nigdy go już nie zobaczysz. Leży na łóżku poturbowany, ale nie wróci do ciebie… – chrypiała Anika.

– Ty… – zwróciła się do Racheli. – Ty bez butów na tamten świat pójdziesz. Oddasz swoje nogi… Swojej pani oddasz i już nigdy spokojnie po ziemi nie będziesz chodzić, aż do śmierci.

***

Słysząc przeciągły sygnał w słuchawce, Eliza bazgrała na kartce gwiazdki i kółka. Robiła tak zawsze w oczekiwaniu na głos rozmówcy.

– Dzień dobry panie Władysławie, dzwonię zgodnie z umową. Udało się coś znaleźć? – zapytała Eliza.

– Aha, czyli o dziecku nic nie wiadomo? Archiwum w Płocku. Tak zapisałam. A – k – t zgonu. – Eliza notowała obok gwiazdek i kwiatków. W słuchawce przetaczał się słowotok dobiegający z drugiej strony. 

– Żydówka. Dobrze, sprawdzę. Gdyby pan wysłał mi to mailowo, byłabym bardzo zobowiązana. Dziękuję. Eliza rozłączyła się.

Podobno było dziecko, ale do tej pory żadnych śladów się nie doszukała. Miejscowy historyk też nie. Pozostało jeszcze przejrzeć archiwa w Płocku. Otworzyła komputer i zabrała się do pisania wiadomości. 

***

Władysław wyszedł na zewnątrz, by się przewietrzyć. Zapalił papierosa. Niedawno wysłał kolejny list do Janiny. Nadal bez odpowiedzi. Matka nic o niej nie wspominała, a pytana zbywała go wymownym milczeniem. Pisała jedynie, że Jan dobrze sobie radzi i że ojciec życzy mu rychłego powrotu. 

Stał i wydychał ciężki dym. Było zimno. Wszystko przyprószone lekkim śniegiem, ściśnięte mrozem. Prawa ręka zwisała bezwładnie w temblaku. Zaciągnął się potężnie. W rozwiewającej się chmurze dostrzegł suchą, kobiecą twarz. W twarzy tkwiły czarne oczy. Twarz zbliżyła się do niego i wykrzyknęła: Ona umiera! Spiesz się Tarka! Żywych ich już nie zobaczysz!

Władysław odskoczył i wpadł na ścianę. Po czole spływał pot. Serce łomotało w piersi.

Rozejrzał się dookoła, rzucił papierosa i szybko wrócił do lazaretu. 

***

,,Kochany mój Władysławie!

Ze źródeł wiarygodnych i wiernych, opłaconych ceną wysoką, wiem, że żyjesz i żyć będziesz długo. Wiem też, że nigdy już nie będzie nam dane się spotkać. 

Tęsknię i rozpacz me serce rozdziera.

Dziecko we mnie rośnie, lecz nie Twoje.

Myślę o nim jednak, jakby było nasze.

Widzę duchy wokół. Woła mnie zastęp kobiet nieszczęśliwych, które kochać nie mogły i tych, które kochały, lecz niezrozumiane były.

Władysławie, nie żałuj mnie.

Powrotu Twego z wojny nie doczekam. Wspomnij mnie, gdy wrócisz, a i synem moim się zajmij. Wiem, że ojciec go nie pokocha. Nie może, gdy ja nie miłuję jego, lecz Ciebie. 

 List ten posyłam przez Marysię, odpowiedź na jej imię odeślij”.

***

Mały Władysław, jak nazwała go matka, urodził się grudniowej nocy, najdłuższej w roku. Janina obojętna na resztę świata, zwracała uwagę jedynie na dziecko. Obojgiem opiekowała się Marysia.

Z dnia na dzień Janina coraz mniej mówiła. Marysi poleciła znaleźć we wsi mamkę, obojętnie Polkę, Niemkę czy Żydówkę. Całe dnie i noce spędzała z synem. Śpiewała mu i bujała. Opowiadała o Władysławie, który z Moskalami walczy. O aniołach i diabłach. Historię o kochance Napoleona. Mówiła, że kiedyś pójdą zobaczyć pałac. Przychodził ksiądz Zawado, by dać ukojenie duszy pani Janiny, lecz ta patrzyła na kapłana jedynie pustym wzrokiem. Marysia podawała pani zioła przygotowane przez ciotkę Anikę, ale nie pomagały na ból, którego nic nie mogło wyleczyć. 

10 stycznia Janina przestała się ubierać na dzień. Siedziała z rozpuszczonymi włosami, w nocnej koszuli, i nieustannie trzymała dziecko w ramionach. Styczniowy śnieg padał bez przerwy. Chłopi mówili, że dawno tak nie padało i ledwo saniami dawali radę dojechać do domu. 

Marysia do późna drzemała w fotelu przy kominku, by być na każde wezwanie pani. W pewnej chwili poczuła okropny ziąb. Trzaskający mróz przenikał do domu otwartymi drzwiami ogrodowymi.

Dziecko spało w kołysce opatulone kocami. Marysia wróciła do okna z lampą. Widząc w śniegu głębokie, bose ślady prowadzące w stronę Kiernozi, wybiegła w pośpiechu z pokoju i popędziła do służbówki. Narzuciła na siebie kożuch, drugi biorąc dla pani. Podniosła alarm w całym domu. 

– Januszek wstawaj! Wstawaj leniu patentowany i konie w sanie zaprzęgaj! Pani Janina wyszła na mróz. Trza nam, jak najszybciej jechać po nią, bo zemrze na tej zimnicy. Marysia potrząsała śpiącego parobka. Ten podniósł się i otworzył jedno oko. Marysia trzasnęła go w zapijaczoną gębę. Wiedziała, że tego pożałuje, ale teraz liczyła się tylko pani Janina.

–Juszzz… juszz wstaje. Pana obudź. Leć! – wydał polecenie oprzytomniały parobek. 

Januszek już stał przed domem. Marysia wskoczyła na sanie i wskazała parobkowi, dokąd ma jechać. W ręku trzymała lampę. Głuchy, cichy szelest sań i dźwięk dzwoneczków rozdzierały styczniową, mroźną noc. 

Dojechali do parku w Kiernozi. Park okalał pałac Łączyńskich, ślady urywały się przy murze. Widać –  pani Janina jakiś cudem wdrapała się na niego. Januszek podsadził Marysię, a ta wpadła w śnieżną zaspę. Pani Janina niczym zjawa brodziła po śniegu. Stała tuż nad stawem. Kiwała się wprzód i w tył, wciąż mamrocząc do siebie. 

Marysia podeszła cicho, żeby nie wystraszyć zrozpaczonej kobiety. 

– Pani Janino. Pani Janino, chodźmy, zimno tu. Przyniosłam kożuch. Januszek czeka przy bramie na saniach. A i mały Władzio niedługo się obudzi – próbowała przekonywać swoją chlebodawczynię. Janina jednak wciąż tylko kiwała się rytmicznie. Nagle runęła wprzód, wprost do stawu. 

Lód wytrzymał, a Janina puściła się biegiem, jakby ją coś gnało. Była znacznie szybsza niż Marysia. Dziewczyna dogoniła ją dopiero przy furcie kościoła. 

Krzyki widocznie obudziły księdza Antoniego. W długim kożuchu i szlafmycy stał na progu plebanii i próbował zrozumieć, co się dzieje. 

– Apage Satanas! – wrzeszczał na całe gardło. Widać ksiądz Antonii nie dowierzał, że biegające po terenie kościoła postaci to żywe istoty.

– Idź! Przepadnij! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Odejdź i zaznaj spokoju! – krzyczał nieustraszony kapłan, za nim stała Marianowa z kropidłem i wodą święconą.

– Proszę  księdza, to my –  Marysia i pani Janina. Niechże ksiądz idzie po Januszka, czeka w saniach przy bramie do pałacu – wykrzyknęła Marysia, brnąc przez śnieg w stronę swojej pani.

Janina dobiegła do krypty Marii z Łączyńskich Walewskiej. Z impetem otworzyła zamknięte na łańcuch odrzwia. Wyrwała kratę i rzuciła się do trumny Marii. 

Marysia dopadła do Janiny i narzuciła jej na plecy kożuch. Kobieta była sina z zimna. Marysia szybko zdjęła swoje buty i założyła na zmarznięte stopy Janiny. 

– Tu mnie pochowajcie, bom też nieszczęśliwa była. Marysiu, list wysłałaś? Masz odpowiedź? Przeczytaj mi proszę jeszcze ostatni raz. Do trumny mi włóż, pod suknię wsadź, na sercu ułóż… – błagała Janina.

***

Była druga w nocy. Eliza siedziała przy komputerze. Przeglądała papiery i kopie dokumentów, które przesłano jej z płockiego archiwum.

W pamiętniku księdza Antoniego Zawado zachowały się fragmenty z nocy, kiedy Janina Tarka zmarła. „(…) Wystraszonego parobka zastałem przy pałacowej bramie. Pognałem z Januszkiem pod kryptę pani Marii z Łączyńskich Walewskiej. Tam zastałem wystraszoną służącą pani Janiny, Żydówkę Rachelę, zwaną Marysią, i nieprzytomną panią Janinę. Wciągnęliśmy na sanie omdlałą nieboraczkę i biedne, bose dziewczę. Marianowa już wracała z lekarzem. Januszek pogonił kobyłkę pod drzwi plebani i ułożyliśmy przy ogniu panią Tarkową.. (…) Gdy doktór zajmował się biedaczką, ja wróciłem obejrzeć drzwi do naszej cennej krypty. Drzwi i krata wywalone, jakby je jaka siła nieczysta przemogła. Łańcuch zerwany całkiem. Wieko trumny Walewskiej otwarte. Zdziwionym był, bo przecie tak wymizerowana pani Janina sama nie dałaby rady uczynić tego. Może to ta żydowska służąca magią swoją uczyniła, choć nie dowierzam, by zabobony żydowskie miały moc przy Domu Bożym. Chociaż ciotkę jej wszyscy znają z konszachtów z siłami nieczystymi, to wiadomym jest, że na poświęconej ziemi siły nieczyste działać nie mogą. Widać, musiał to być dopust boży lub kościelny nie zamknął krypty, jakem go prosił (…)”

Eliza uśmiechnęła się do siebie. Nigdy nie gardziła błyskotliwym komentarzem. Przeciągnęła się i zapaliła papierosa. Zgasiła lampkę i weszła do ogrodu.

 

***

Władysław wiedział, że Janina nie żyje. Z pociągu wysiadł w Łowiczu. Gwarna stacja, aż huczała od plotek. Zaraz wskoczył na wóz jadący do Osmolina. 

Wściekły wparował do domu. Pędem otwierał wszystkie drzwi, póki w gabinecie nie znalazł brata. Wskoczył za biurko, chwycił go i zaczął okładać pięściami. Bił mocno i na oślep. Połamał mu okulary. Wszystko odbyło się w milczeniu, słychać było jedynie stęki bitego i bijącego. Rumor przewracanego krzesła przywołał parobka, który odciągnął Władysława na bok. 

Jan, zakrwawiony, z rosnąca już opuchlizną, wychrypiał:

– Sam ją zabiłeś…

Podszedł do biurka i z szufladki wyciągnął plik listów, które cisnął z całych sił w Władysława.

***

Władysław siedział przy kominku z obandażowanymi rękoma. W obolałych dłoniach trzymał listy. Czytał jeden po drugim, a łzy spływały mu po policzkach i wąsach. Zatrzymywały się na chwilę w bliźnie na brodzie, po czym kapały gęsto na koszulę. Władysław siedział w fotelu i twarz skrywając w dłoniach szlochał. 

***

Marysia obserwowała Władysława. Jan nie zwolnił jej ze służby, miała nadal opiekować się małym Władziem. Mimo zatrudnienia mamki ze wsi, dziecko nikło w oczach. Przychodzili doktorzy i znachorzy. Babka, którą starsza pani przywiozła gdzieś z nadwiślańskiej wioski, powiedziała, że dziecko chce dołączyć do swojej mateczki. Jan nie odwiedzał syna. Władysław poruszony stratą Janiny, postanowił czuwać przy chłopcu. 

            To stało się nagle i po cichu. Marysia siedziała właśnie w fotelu i haftowała, gdy zorientowała się, że chłopczyk nie oddycha. Natychmiast zbudziła pana Władysława, który spał przy kołysce. 

Oboje zobaczyli kobiecą postać z dzieckiem na ręku, która nie spojrzawszy nawet na nich, odwróciła się i odeszła, tuląc do piersi dziecko. 

***

„Za życia byłaś aniołem i po śmierci nim zostaniesz. Odebrali nam szczęście i życie wspólne. Niech ten anioł miła trzyma w ramionach nasze dziecię. Niech twa dusza ma mnie w opiece, bym w rozpaczy się nie pogrążył. Nie przeklinam i nie złorzeczę, jeno smutek dusi mnie straszliwy. Skrwawionymi dłońmi mojemi na twej mogile anioła postawię, by wszyscy widzieli, żem po śmierci cię równie mocno, co przed jej nastaniem, kochał”.

Władysław mruczał tak pod nosem, gdyśmy przyszli z księdzem Baranowskim, by go do opanowania wezwać. Zamachnął się na nas szpadlem i kazał iść w diabły. Ksiądz Baranowski z racji starszeństwa próbował mu jeszcze coś tłumaczyć, ale pociągnąłem go delikatnie za rękaw i odeszliśmy od młodego Tarki. Wspólnie żeśmy potem z księdzem mszę za spokój duszy Janiny i małego Władzia odprawili.

Ludzie powiadali, że latami widywali Tarkową na cmentarzu, choć ja żem się za nią dzień w dzień przez pięć lat modlił. I nadal w modlitwach moich tę nieszczęsną kobietę wspominam.

***

Eliza zamknęła plik opatrzony nazwą „Pamiętniki księdza Zawado – Kiernozia”. Zeszła do męża na wieczornego drinka, a w radiu leciała piosenka „Moje buty już tam są” Arka Zawlińskiego.

Przejdź do treści