+48 736-84-84-44

Nic nie zostanie zapomniane

,,Nic nie zostanie zapomniane…”.

Robin z Sherwood

,,Zawsze niech będzie słońce, zawsze niech będzie niebo, zawsze niech będzie mama, zawsze niech będę ja”.

(L. Oszanin)

 

Wiosna się spóźnia. Według kalendarza niby już jest, ale jakaś taka nie w humorze. Zziębnięta i kichająca. A jednak kwitnie. Na balkonie można już chwilę posiedzieć w fotelu. Wychodzę więc – owinięta w pluszowy koc, ściskając w dłoni kubek gorącej herbaty z imbirem i sokiem żurawinowym:

 „– Z imbirem?” – spytał kiedyś przerażony synek.

 „– Tak, a co?”

 „– A nic, pomyliło mi się z bimbrem!” – śmieje się.

„– A skąd ty znasz takie słowa?”

„– <<Z Samych swoich>>”.

Chmury są nabrzmiałe, słońce nieśmiałe. Ptaki głośne i zdecydowane. Patrzę na rozłożystą, cudną forsycję i nasycam myśli. Fluorescencja. Przywołuję ,,film” z dzieciństwa. Zatrzymuję się przy niektórych obrazach i robię ,,screeny”. Wracam do mojego rodzinnego miasta, do Pszczyny, z jej  a więc też moim  – pięknym zamkiem i parkiem. Łyżeczką, jak magiczną różdżką, mieszam przeszłość z teraźniejszością. M, dziewczynka obcięta na pazia, ta która patrzy na mnie z wyblakłej fotografii w przedpokoju, mieszka na osiedlu Piastów, w bloku pokrytym pomarańczowymi płytami. I azbestem. Na szóstym piętrze, niemal pod dachem nieba. Stąd jest bliżej do gwiazd. Z tego powodu zdarzało jej się spać na balkonie. I bujać w obłokach. Wewnątrz M4, które M zajmuje z rodziną, są wytapetowane pokoje. Gdy dotyka wypukłych wzorków, wracają wspomnienia, zapisane jakby alfabetem Braille’a.

          Rozkładam półkotapczan w małym pokoju, kładę się na nim i zasypiam. Śni mi się życie sprzed lat. Później składam łóżko, rozkładam stolik i zapisuję to, co widziałam.

Wtedy w bloku wszyscy się znali. Niektórzy mieszkają tam do dziś. M lubi odwiedzać rodzinne strony. Dawni sąsiedzi zawsze miło na nią reagują. Niestety wielu z nich już zmarło. Kiedy jest daleko, tam gdzie teraz mieszka, zapomina o tym. W jej głowie każdy z tych ludzi wciąż zajmuje swoje lokum, wywieszają na balkonie kapiące pranie, stukają miotłą w sufit, niechcący zalewają jedni drugim mieszkania lub przychodzą pożyczyć szklankę cukru czy jajko. Rankiem w bloku na wycieraczkach – mała M wierzy, że za sprawą elfów – pojawiają się dwie butelki mleka, jedna ze srebrnym kapslem – to ,,chude”, druga ze złotym – ,,tłuste”. Obydwa przepyszne. Kiedy M jest starsza, zakupu mleka trzeba już dokonywać samemu, ale pękate butelki zostały i można je potem sprzedawać w skupie. Wpadnie przy tym jakiś grosz – wystarczy na kakaowe albo pomarańczowe draże z Olzy. Albo na dropsy. M kolekcjonuje małe ,,święte” obrazeczki. Jej ulubione, to dwa Jezusy – jeden w cierniowej koronie z głową przechyloną i uniesioną ku niebu, wykrzywiony takim bólem, że aż skóra ciepnie. I ten drugi, z otwartym gorejącym sercem, o spokojnym, łagodnym spojrzeniu. Tak dziwnie ściska ją w środku, gdy na nie patrzy. Pewnej nocy łzy z oczu mych otarł dłonią swą Jezus i powiedział mi nie martw się, jam przy boku jest twym (…) Powiedz ludziom, że kocham ich, że się o nich wciąż troszczę, jeśli zeszli już z moich dróg, powiedz, że szukam ich… Jak ta pieśń szarpała jej całe dziecięce wnętrze! Jak ciągle szarpie! I chyba zawsze już będzie. M lubi Boże Ciało – udekorowane wstążkami i obrazami okna. No i chłopak, który jej się wtedy bardzo podobał, był ministrantem. Będą mogli się na siebie porządnie napatrzeć. Przez całą mszę i całą procesję po osiedlu. Lubi też roraty. Przy wejściu do kościoła dostaje się obrazki. Czasem to on je rozdaje, muskając przy tym delikatnie jej dłoń. Na roratach panuje niezwykły klimat, trochę jak w filmach grozy. Wchodzi się z lampionem w dłoni do przyciemnionego kościoła. Spuśćcie rosę niebiosa z góry, a obłoki niech spuszczą z deszczem, Sprawiedliwego, Niech się otworzy ziemia, niech się otworzy ziemia i zrodzi Zbawiciela. Światło zapala się dopiero na ,,Chwała na wysokościach”. W kościele czasem rozdawane były dary z zagranicy – najsmaczniejszy jest pomarańczowy holenderski ser i to słodkie mleko w proszku, które podjada się potem z kuchennej szafki, aż do sklejenia ust. Aż zemdli. Można też dostać ciuchy – sukienki, swetry albo buty z innego świata. O specyficznym zapachu. Wyglądają jak z amerykańskich filmów. Jak z Dynastii. (Później podobne wrażenie robiły na niej paczki z Francji, które ciocia podawała przez Polka Service). Raz na święta rozdawane były też zabawki. Żeby coś otrzymać, trzeba było tylko zaśpiewać kolędę. M za fałszowane z przejęcia ,,Pójdźmy wszyscy do stajenki” dostała grę planszową – ,,Leśne przygody”. Gra się w nią podobnie jak w ,,Chińczyka” lub ,,Wyścig” – zwycięża ten, kto jako pierwszy dotrze pionkami do bazy. Najlepsze było w niej to, że gdy otwierało się planszę, to na środku rozkładał się domek, zupełnie taki jak Baby-Jagi. Prześliczny, kolorowy poruszający delikatne struny w duszy. Dużo wtedy grali. Całą rodziną. W bierki, ,,Eurobusiness”, ,,Państwa-miasta”, ,,Statki” lub zwykłym pudełkiem zapałek, które stawiało się na brzegu stołu i podbijało palcem wskazującym do góry. Pudełko było opisane: 5 punktów i 2 po niższych bokach, 10 – gdy stanie na baczność i 0 – gdy przewróci się ,,na plecy”. Zdobyte punkty zapisują na kartce. Grają też w ,,Kosmolotka” (raz rano w Święta M podejrzała, jak mama podkłada tę grę pod choinkę – że niby ,,od aniołków” – co było dla niej wielkim wstrząsem – straciła wówczas naiwność. A przynajmniej jej część). Gra była okrągła, z kulą ziemską w środku, wokół kosmos i planety (wtedy jeszcze uznawano ich 9: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i P…? Podpowiedz:

,, – Jak nazywa się pies Myszki Miki?”

 ,,– Guffi?”- sondaż uliczny w TV).

Puszczało się metalową kulkę, a ona krążyła wokół i wpadała do dołka z odpowiednią liczbą punktów. Czasem ujemnych. Była też ,,Telegra” – takie pierwsze ,,memory” z postaciami z dobranocek ze Studia Filmów Rysunkowych w Bielsko-Białej: Reksiem, Pampalinim i Kangurkiem Hip-Hopem. M wymyśliła też wersję do grania samodzielnie – zawsze potrafiła sobie zorganizować czas. Rozdzielała pary, jedną część układała w szeregu na stoliku, a następnie dokładała obrazki z drugiej, pod spodem, też w szeregu. Później odwracała i sprawdzała, ile par udało jej się ułożyć. Odkładała je i grała, póki wszystkie karty nie zniknęły. Wiele lat później nauczyła tej zabawy także inne dzieci. Spodobało im się. Może mogłaby ją opatentować?

Nie mogąc doczekać się bożonarodzeniowych podarków wraz z rodzeństwem płatali sobie psikusy – owijali ładnie pudełka w kolorowy papier i budzili siebie nawzajem, wykrzykując radośnie, że już są prezenty. Przeszukiwanie szafek przed świętami (gdy już aniołki odleciały z jej dzieciństwa) przypłaciła kiedyś upadkiem ze stołka postawionego jeden na drugim na ,,cztery litery” i urażeniem kości ogonowej. Co zresztą nie powstrzymało jej przed szperaniem w następnych latach.

          A bombki na choince! Najładniejsze były trzy mikołaje – jeden miał czerwoną czapkę, drugi różową, a trzeci złotą. Był też mieniący się brokatem bałwanek. I te wszystkie pojedyncze egzemplarze – wklęsłe z cudnymi, misternymi wzorkami! Łańcuchy z kolorowego papieru, do tego rozkładana szopka, chyba z Niemiec – coś pięknego! M przenosiła się wraz z nią do Betlejem. Za gwiazdą betlejemską świecącą jasno na ciemnogranatowym papierowym niebie.

To były czasy, gdy zima była dokładnie taka, jaką ją pięknie namalował M. Kwacz w ,,Literach”.

          Na osiedlu M są fajne górki – dzieci zjeżdżają z nich na sankach i nartach. Do domu wraca się po kilku godzinach, z rumianymi licami, zziębniętym i przemoczonym, zwłaszcza jeśli chodzi o stopy – tym nie pomagają nawet buty Relaksy. Ale nie choruje się z tego powodu…

Na osiedlu często organizowano kuligi – sanki przyczepione do samochodu mknęły między blokami. Sztuką było nie wywrócić się i nie spaść. Zabawa była przednia i zdawało się nieraz, że gdzieś obok przemyka sama Królowa Śniegu w swoich pięknych ogromnych saniach zaprzężonych w białe konie. W pobliżu bloku rośnie lasek – fantastyczne miejsce na zabawy, zwłaszcza w chowanego. Kto się bawi? Palec pod budkę, bo za minutkę budka się zamyka… Stawało się z zamkniętymi oczyma przy rozłożystym drzewie i liczyło: (…) jedyna, dwana, trzyna… Lasek to w istocie tylko kilka starych dębów i krzaków. Całe Sherwood! À propos – był weekend, (choć wtedy tak tego nie nazywano), M zjeżdża windą na niższe piętro do swojej koleżanki G, która wybiera się na ,,Robin Hooda” w kolorze. Najlepszego z najlepszych – z Michaelem Prądem w roli głównej (wszystkie kolejne ekranizacje to profanacja). Już sama czołówka filmu – cudna mistyczna muzyka i człowiek w kapturze – Rooobin, the Hooded Man… – sprawiała, że dusza robiła w środku fikołki. Rodzina M ma wtedy tylko czarno-biały Helios – co i tak nie było najgorsze. Kiedyś w ,,Wieczorze z wampirem” Cezary Żak opowiadał, że jak był mały, to nie mieli w domu odbiornika i nawet nie wiedział, jak taki wygląda. Dopiero jak urodził mu się brat, to mama powiedziała, że…, że… to telewizor?” – wtrącił szybko i bez namysłu W. Jagielski.

Później M i G będą też oglądały drugą serię, z Jasonem Connerym, i mimo że to już nie to samo, to serial wciąż broni się swoim klimatem i kiedy w ostatnim odcinku ,,biały” Robin żegna się z Marion – M rzewnie płacze. Nagrała sobie ten odcinek na kasetę magnetofonową i słuchała (tylko audio). Nothings forgotten. Nothings ever forgotten…

          Wiele lat później, dzięki internetowi, włącza serial swoim dzieciom – chwyta. Mimo iż są już po ,,Władcy Pierścieni” – to chcą go oglądać i to nie raz. Prosimy, chociaż pół odcinka! (Bierki też chwytają i oczywiście ,,Eurobiznes”! Znów każdy chce mieć Wiedeń lub Innsbruck.). Z rozrzewnieniem i współczuciem dla samej siebie wspominała to długie czekanie na kolejny odcinek. W wielkim napięciu, z obgryzanymi paznokciami. ,,Powrót do Edenu”, Stephanie Harper poszarpana przez krokodyla, ,,Niewolnica Isaura” przypięta do pręgierza, ,,Szogun”, ,,Północ-Południe”, podglądana ukradkiem ,,Pogoda dla bogaczy”, po której miała koszmary senne. Nie było powtórek czy zatrzymania akcji. Nikt wtedy nawet nie marzył o maratonach serialowych. Za to M często wyobrażała sobie, że gra w filmie. Sama wymyślała fabułę lub odgrywała te, które znała: np. w nowych śnieżnobiałych tenisówkach tańczyła jak Jennifer Grey z Patrickiem Swayze – tak jej się przynajmniej wydawało. Podobne jak z jazdą figurową na łyżwach – do dziś więcej dzieje się w jej głowie niż w rzeczywistości. Zawsze lubiła zamykać się w pokoju i ,,odstawiać balety”, choć brakowało tam przestrzeni, to udawała wtedy, że jest jak córka Meggie z ,,Ptaków ciernistych krzewów”, która tańczyła w stodole. Mała M organizowała sobie z G także kino. Mając rzutnik, wyświetlały bajki na dolnej części białych drzwi: ,,Farbowany lis”, ,,Trzy świnki”, ,,Kwiat paproci”, ,,Wędrówki szyszkowego dziadka”, ,,Panienka z okienka”, ,,Zabłąkany kotek”… Trzeba było tylko uważać, żeby nie przegrzać rzutnika, bo można urwać film.

Później dorosła M wyświetla bajki swoim dzieciom. Podobają się. Bardzo. Z G grały też często w ,,Mastermind” czy Makao albo bawiły się w sklep, bo G miała super kasę zabawkową z Pewexu. Zachwycały się Modern Talking i Shakin’ Stevensem (ten teledysk ze statkiem!). Poza tym G podkochiwała się w George’u Michaelu, a M w Limah Lu (nieświadome ich preferencji. Gdyby były starsze, obaj złamaliby im serca). Rodzina M często spędzała niedziele w Katowicach. Był przemarsz obok Kopalni Wujek. Były kryształy u cioci. W niektórych plastikowe owoce. Na talerzach dymiące kluski śląskie i rolady. Do tego modra kapusta. Boskie! Albo bigos. Dużo bigosu. Rivers of Babylon.

          Najlepszy, długo wyczekiwany dzień w roku, to śmigus-dyngus, kiedy to woda leje się strumieniami – klatkami schodowymi i z mieszkań. Korytarzem. Nikt się nie oburza. Oblewają się i dorośli, i dzieci. Woda leje się strumieniami całym osiedlem. Nawet z okien. Jak dopisze pogoda, to M przychodzi do domu, by  kilkanaście razy się przebrać. Ubrania wykręca się i wiesza na balkonie. Pełnia szczęścia. Kiedyś, wracając z kościoła, M nie chciała jednak ,,zmoknąć”, więc uciekała przed grupą chłopaków z butelkami i wiadrami z wodą. Podbiegła do starszego, eleganckiego pana, chwyciła go pod ramię, a on najpierw się zdziwił, a potem zaśmiał. I zrozumiawszy odprowadził ją pod blok. Zabawa z wodą trwała dłużej. Do szkoły przynosiło się strzykawki, które na przerwie napełniało się wodą, a w trakcie lekcji można było kogoś ,,delikatnie” skropić. Blok daje wiele możliwości, np. na zabawę windą – jedno trzyma, drugie dzwoni do drzwi jakiegoś mieszkania i potem uciekają, albo jedno trzyma drzwi od klatki schodowej, a drugie dzwoni po czym uciekają. Wstyd się przyznać, ale było fantastycznie! Szalony pęd w dół, przeskakiwanie po kilka stopni i obrót – swoisty piruet w powietrzu – z rękami na barierce. Euforia, jakby się obrabowało bank. Nadchodzi sobota rano, bardzo ważny moment, kiedy to wyrusza się na łowy – obchód od kiosku do kiosku w poszukiwaniu ,,Zielonego Sztandaru” lub ,,Dziennika Zachodniego” – bo będzie plakat Kajagoogoo, Wham, Kim Wilde, Sandry czy Judas Priest, (którego M akurat nie słuchała, ale ciekawie wyglądają). Za takim skarbem potrafiła obejść niemal całą Pszczynę. Pamięta tę radość, gdy się wreszcie udało. I krokodyle łzy, i niedowierzanie, gdy już inni ,,potworni” ludzie wykupili wszystkie egzemplarze. Ból był większy, niż przy nadepnięciu bosą stopą na LEGO. Taki plakat to był luksus, ale M przeglądała też z wypiekami na twarzy czarno-białe gazety ze zdjęciami jak obrazy z ziaren maku, gdzie twarz można było dostrzec dopiero z dystansu. Fatalna jakość, a przecież tak cieszyły. Jak to zdjęcie Gary’ego Linekera, jej ulubieńca od pamiętnego hat tricka na mundialu. Tak, tak – nieładnie, wiem, ale była mała. A że jej to zostało, ta Anglia, to inna sprawa. Na cały esej. Później były też plakaty z ,,Bravo”. Inna jakość – błyszczący papier, powiew Zachodu. Wind of change… M kupuje też ,,Świat Młodych”. Jest niebiesko-zielono-żółty. Wnosi tyle koloru w jej życie.

          M pamięta ferie zimowe i babcię cerującą skarpety naciągane na tłuczek do ziemniaków. Piękny wzór w kratkę. W przerwie między cerowaniem babcia też czytuje ,,Świat Młodych”. Najbardziej podobały jej się te opowiadania na końcu. Szkoda, że nigdy nie miała okazji przeczytać ciągu dalszego. Jednej tylko zimy, po feriach, odwiózł ich do Pszczyny dziadek. Później woził ich na sankach po mieście. Ach! To było lepsze niż osiedlowy kulig!

M oglądała ,,Dempsey i Makepeace na tropie”. Ma nawet epizod z taką fryzurą. Dość śmiałą wtedy – z tyłu krótszą, z przodu dłuższą. Jednak prawdziwą odwagą to wykazała się jej przyjaciółka A, która zdobyła się na ścięcie swoich pięknych, gęstych włosów na króciutko – według zdjęcia, które wynalazła M, lecz której zabrakło kurażu na tak radykalny krok. Ale A to A, najlepsza przyjaciółka na świecie! Z nią można było wtedy –  i dalej można teraz  –  konie kraść. A konkretniej agrest. Ale o tym ciii. (Najlepszy rósł na działkach. Tam, gdzie był zaczarowany świat z minidomkami i miniogródkami jak dla krasnali).

Wśród skarbów M jest komiks ,,Tytus, Romek i A’Tomek” i seria z Thorgalem. Pięknym Thorgalem, dla którego to ona jest Aaricią. A jak! Później podkochuje się w Atreyu z ,,Niekończącej się opowieści”!

Jej ulubione miejsce to Biblioteka Publiczna ,,Nad stawem”, w której wypożycza głównie baśnie i bajki. Odkrywa inny świat. Przez jej ręce i serce przewijają się m.in. ,,Apolejka i jej osiołek”, ,,Przygody Filonka Bezogonka”, ,,Szewczyk Dratewka”, ,,Baśnie braci Grimm”, Andersena, ,,Baśnie z dalekich mórz i oceanów”, ,,Zajączek z rozbitego lustra”. Pamięta tamte regały i zapach książek. Pamięta ilustracje, zwłaszcza J. M. Szancera – one same wystarczały za opowieść, tak były bajeczne! Wyprawy tam to były ekspedycje po przygody. Przechodzenie przez Złotą Bramę. Do ,,Domu pod kasztanami”, w którego ogrodzie chował się Kolczatek. Sąsiad milicjant, jadąc do Tychów, zawsze pukał i pytał, czy kupić nam jakieś bajki, jeśli tylko będą (wtedy był to towar deficytowy). Tak, tak, nieważne jakie, kupić! ,,Brzechwa dzieciom”, ,,Kozucha Kłamczucha”: ,,Nic nie jadłam, nic nie biłam, cały dzień bita byłam…”, ,,O małym wędkarzu i wielkim leszczu” – przepiękna opowieść, prawdziwy wyciskacz łez. I wiele, wiele innych, na czele z  niezapomnianą serią wydawniczą: ,,Poczytaj mi mamo”, seria z wiewiórką, ,,Miś” i ,,Świerszczyk”.

          Do szkoły M chodziła na dwie zmiany, dlatego często – zwłaszcza zimą  wracała do domu po ciemku, co miało swoje uroki – choćby nacieranie śniegiem. Były też bitwy szkół: osiemnastki i jedynki. Na kije lub śnieżki. Na serio lub na żarty.

Krążyła wtedy miejska legenda o czarnej wołdze. I o ubranych na czerwono trollach w lesie. Kiedyś wybrali się tam odważnie grupką przyjaciół. Ale gdy tylko zobaczyli w oddali fragment czerwonego materiału, zahaczony o gałąź drzewa; uciekali, gdzie pieprz rośnie. Z lasu ma też bardzo miłe wspomnienia – wypady całą rodziną, zwłaszcza w niedziele. Tata rozpalał wtedy ognisko i smażył ryby. Grali w badmintona. Kiedyś w lesie, jeszcze w Paprocanach – dzielnicy Tychów,  w której wówczas pomieszkiwali, czekając na wybudowanie bloków w Pszczynie. Kiedy M bała się przeskoczyć rów, tata ją delikatnie przerzucił, a potem musiał nieść ,,na barana” do domu, bo skręciła kostkę. Na osłodę kupiono jej wtedy pluszowego pieska. Czerwonego w liście!

Nieraz przyjeżdżali z Paprocan ,,doglądać” budowy bloków. A kiedy się wreszcie wprowadzili, w małym pokoju dzieciaki znalazły wetknięte za kaloryfer czarno-białe gołe zdjęcia. Raczej nie pokazały ich rodzicom. M bardzo się bała wyjść na balkon, trzymała się progu i wystawiała pomału najpierw jedną nogę, potem drugą. Była przekonana, że gdy tylko opuści próg i stanie za, balkon runie w dół. W pierwszych latach w bloku M, pod opieką wujka, który przysnął ,,na chwilę”, pięknie i dokładnie umyła mamie ogórki mydłem.

W bloku każdy miał swój kawałek korytarza, za który odpowiadał i który sprzątał. M i A mieszkały obok siebie, więc ich część wspólna była dość spora. Często bawiły się tam lalkami i pluszakami. Kiedy były nieco starsze M na klatce schodowej udawała Limahla i śpiewała ,,Too Shy”, a A musiała słuchać.  Zachwycać się  i domagać bisów. M od małego lubiła muzykę. Choć nie zawsze od razu się na niej poznawała. Oglądała ,,Wideotekę…” i ,,Przeboje Dwójki”. Oburzała się na ,,Piosenkę młodych wioślarzy”, plasującą się na pierwszym miejscu. Jak to? To się ludziom podoba? Co to jest? Jakieś ,,ojojojojojojojoj”. To chyba żart! Albo ten jakiś Cohen – Dance me to the end of night? – dla dziadków.

          Podczas przerwy M siedzi na szkolnym korytarzu i przegląda z koleżankami pocztówki, które każda przechowuje w specjalnym pudełku, podzielone na kategorie – miasta, kwiaty, bajki, święta itd. Raz jakieś licho podkusiło M, żeby wymienić się tak, by oddać te ładniejsze, trójwymiarowe i zagraniczne. No, a potem, gdy to się wydało, była w domu awantura i M musiała iść ,,odmienić”. Kartka na imieniny od cioci to kartka na imieniny od cioci, nieważne, czy ładna, czy nie! Mama kupowała też M serię z dziewczynkami (głównie D. Muszyńskiej-Zamorskiej), którymi to wykleiła całe drzwi swego pokoju. Zbierała też opakowania z czekolad! (a potem kody kreskowe, zwłaszcza te zaczynające się od 4). I obrazki z gum – Donald czy Turbo – do dziś pamięta ten słodki zapach. Do prostokątnego, sztywnego tornistra M wkładała kredki z Misiem Uszatkiem, zeszyt papierów kolorowanych, niebieskie cienkie zeszyty lub grube, brązowe bruliony, gumę arabską w słoiczku, strugaczki z żyletką (!), chińskie piórniki – plastikowe pudełeczka z obrazkami, a w nich pachnące gumki. Wtedy Made in China – czytało się tak, jak było napisane i znaczyło najlepsze. Powód do dumy i zazdrości. Prawdziwe wow. W przegródce tornistra było też pióro na atrament, który kiedyś wylał się tam,  niszcząc książkę ze szkolnej biblioteki. Była to ,,Czarna owieczka J. Grabowskiego. M ponaklejała kawałki papieru na granatowe rogi. I kiedy przyniosła ją do zwrotu, pani bardzo krzyczała. Przy wszystkich. M zanosiła się wtedy płaczem. Jak pani ochłonęła, to powiedziała, że widzi, iż M próbowała ratować książkę, ale i tak musi ją odkupić. Na przerwach grało się w gumę. Chłopaki stoją – ,,trzymają”, a dziewczyny skaczą. W szkole i przed blokiem gra się też w kapsle na krawężnikach. Każdy kapsel ma inną flagę w środku. Ach, co tu tłumaczyć!

          ,,Przepraszamy za usterki” – śnieżący ekran, który likwiduje się uderzaniem dłonią z góry. W telewizor. I wtedy witały nas Krystyna Loska, Bogumiła Wander czy Jan Suzin. Albo ,,Piątek z Pankracym”, ,,Teleranek” i ,,Tik-Tak”. Byli też Kaczor Donald i Myszka Miki. Rozbawiał ją do łez Charlie Chaplin, chociaż był czarno-biały i Flip i Flap. No i Louis de Funès oczywiście też. Bohaterowie M to także Winnetou – z twarzą Pierre’a Brice’a, Pippi, Kapitan Klos, Czterej pancerni. I pies, pies też.

           Jest listopad. M jest wtedy w drugiej klasie. Ogląda Colargola. Ale niewiele widzi. Obraz jej się rozmazuje – ma 40 stopni gorączki. Leczono ją na anginę, ale okazało się, że to wirusowe zapalenie opon mózgowych. Dostaje wysypki. Prosto z przychodni karetka zabiera ją do szpitala w Tychach. Spędza tam miesiąc. Punkcja w kręgosłup była trzykrotnie. M zaciska zęby i ręce. Pielęgniarki są zdziwione, że nie płacze; chwalą, że jest taka dzielna. Są kroplówki, igła ,,na stałe” wbita w lewą rękę, bo na prawej nie ma już miejsca  – całość usztywniona deseczką i owinięta bandażem. Pierwszą noc była sama na sali, chciała pójść do łazienki, ale nie miała jak zawołać, żeby ktoś ją odpiął. W końcu przysnęła, przykucnięta pod łóżkiem. W mokrej piżamie.

Gdy już czuje się lepiej, chodzi do szpitalnej szkoły. Uczy się na pamięć wierszyka, robi górniczą czapkę na Barbórkę, opiekuje się młodszymi dziećmi.

Tata przywoził jej sok porzeczkowy. W butelkach, ciemnych z różową etykietą. Ten smak! Raz nawet odwiedziła ją koleżanka z bloku. Ta z niższego piętra, G. Mama jest w domu z noworodkiem. Nie ma jak przyjechać.

Od swojej klasy M dostaje pięknie ilustrowane ,,Bajki z kobiałki” z podpisami wszystkich kolegów i koleżanek. Z całego pobytu w szpitalu pamięta tylko jeden posiłek – zupę szpinakową, piękną, zieloną. O okropnym smaku. Po tej zupie na długie lata zostało jej przeświadczenie, że szpinak jest ble.

Teraz kiedy jest już dorosła, odkrywa go na nowo. Szpinakos bambukos – jak to mówią. Teraz go uwielbia.

          Ze szpitala wychodzi do domu 6 grudnia, na Mikołaja. Ma na sobie zrobioną przez mamę na drutach zieloną, wełnianą czapkę, na którą pada gęsty śnieg. Jest bardzo szczęśliwa. To najlepszy Mikołaj, jakiego mogła sobie wymarzyć!

 „Dlaczego były za ciebie msze w kościele?” – słyszy po powrocie.

W maju M idzie do komunii w pięknej haftowanej sukience z Ameryki, którą zachwycają się obcy ludzie, gdy dumna maszeruje do kościoła. Dostaje od chrzestnej zegarek elektroniczny na łańcuszku do zawieszenia na szyi. Zgubi go za kilka lat na wycieczce szkolnej – wpadnie do wody podczas spływu Dunajcem w Pieninach.

 Często sama szyje z mamą ubrania: ona projektuje, fastryguje, a mama zszywa wszystko na maszynie. Wymyślne bluzki z poszewek na poduszki i jedyne w swoim rodzaju sukienki z zasłon.

Jeżdżą też razem do ortodonty w Tychach. Lubi te wspólne wyprawy. Jest tam dużo sklepów. Pamięta autobusy, przystanki. Często strugi deszczu. Podobne do siebie szerokie ulice. Raz kupiły dla M katanę – czarną, długą. I dekatyzowaną spódnicę! M marzyła o komplecie na zimę – czapeczka z kangurkiem, do tego szalik. Najlepsze były różowe. Mamie udało się taką kupić, tylko ma trochę brzydsze kolory pasków – bez zielonego. Ale M i tak jest szczęśliwa.

Prenumerują kurs j. francuskiego na kasetach.

W starszych klasach, kiedy miłostki są już poważniejsze, wśród koleżanek i kolegów nagminne było popychanie się na przerwach na swoje sympatie. Niby niechcący. Krążył też zeszyt obarczony tytułem ,,Złote myśli”, który dawało się innym do wpisywania. Były tam nieistotne pytania typu: ,,Jaki lubisz kolor?” czy ,,Jaki jest twój ulubiony film?” I te najważniejsze przyprawiające o palpitacje serca: ,,Podaj inicjały dziewczyn/chłopaków, które/którzy ci się podobają”, ,,Kogo z klasy lubisz?” oraz ,,Czy ci się podobam?”

          W autobusie podczas szkolnych wycieczek kwitł flirt towarzyski. Były też pamiętniki, które M trzyma do dziś: ,,Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki” czy ,,Na ostatniej stronie wpisał się mąż żonie, nic nie narysował, bo obiad gotował…”.

          M nosiła granatowy szkolny fartuszek z białym kołnierzykiem. Lubiła ten zrobiony na szydełku. Nikt takiego nie ma! W czerwcu, na długiej przerwie, wymykają się na czereśnie do B – koleżanki, która mieszka w pobliżu. Wdrapują się na drzewo i napychają buzie, a potem kieszenie. Kieszeń przesiąka owocami, będzie plama. Fartuszek jest długi, zakrywa ubranie, więc nieistotne jest, w co się ubieramy. Raz A ,,zgubiła” w łazience spódnicę i dopiero później się zorientowały, że jej nie ma. Tylko one. Tarzały się ze śmiechu. M pamięta ogródek przy szkole, który pielęgnowali wspólnie z nauczycielami.

          Obiady na stołówce, które jedli wszyscy.

 I zielnik – liście wklejane do zeszytu i opisywane. Na technice robiło się kanapki. Albo sałatki. Uczniowie pracowali w grupach, dzielili się przyniesionymi składnikami, później częstowali nauczycieli i siebie nawzajem.

          Było też wtedy straszne słowo – Czarnobyl. I picie jodu. Zdarzało się, że szli do szkoły w soboty. M nie pamięta tego dokładnie, ale raz ktoś puścił plotkę, że w telewizji będą ,,Gwiezdne Wojny”, więc nauczycielka włączyła im telewizor. Pamięta tylko czekanie w napięciu i śnieżący ekran. To jedyne, co udało im się wtedy zobaczyć. Kosmos.

          Jednego lata M pojechała na kolonie na Węgry – do Miszkolca. Te baseny! Soki z cytrusów. W plastikowych butelkach. I czekolada z orzechami, ,,Afrikana”, w pomarańczowym opakowaniu z palmą. Całe rzędy czekolad w sklepach! Pet Shop Boys, Sabrina i Samantha Fox rozlegające się z głośników na otwartym basenie. Malowniczy, klimatyczny Eger z zamkiem, który wydawał się jak z baśni.

          A pewnej zimy M z A wsiadają w pociąg do Zwardonia. Wysiadają na końcu świata. A na pewno Polski. Bajkowa, siarczysta zima, piękny górski krajobraz. Nie sądzę, że powiedziały rodzicom o tej wyprawie. Żyły w szczęśliwej erze bez komórek. Miały chyba termos z gorącą herbatą i kanapki. Raczej tak, w każdym razie powinny były wziąć. Nasyciwszy oczy widokiem gór, postanowiły wracać. Nie było jeszcze pociągu, a im było już zimno, zdecydowały się więc iść na piechotę do następnej stacji. Torami. W śniegu po kolana. Gdy jechał towarowy, uskakiwały w zaspy. Na następnej stacji stwierdziły, że przejdą jeszcze kawałek. Na tej kolejnej A już chciała zostać, a M nie. Rozdzieliły się więc. M poszła dalej, A została i czekała na pociąg. A potem M co prawda zdążyła na czas, ale pociąg nie zatrzymał się na tej stacyjce. Mignęła jej tylko za szybą twarz zdziwionej A. M pobiegła szybko na przystanek autobusowy i złapała jedyny pekaes, który jakimś cudem akurat jechał w tamtą stronę. A ponieważ pociąg stał dłuższą chwilę na następnej stacji – to zdążyła! Do domu wróciły całe i zdrowe.

          M mieliła mamie i tacie kawę w młynku, co za aromat! Podjadała przy tym ziarenka, rozgryzała je. I żuła. Za kawą i innymi dobrami wystawali nieraz w długich kolejkach. To czas, gdy towar był na kartki. Wydzielany. Cukier, mięso, czekolada, alkohol…

          Pod blokiem stanęła karuzela. Metalowa. Huśtawki. Też metalowe. Pod nimi ubita twarda ziemia. Huśtali się na stojąco i na siedząco. Do nieba. Trzeba tylko uważać, żeby nie spaść, nie przebiec obok, nie dostać w głowę. Najwyżej wróci się do domu rannym. Jak wtedy, gdy oberwała przypadkowym kamieniem i na schodkach od parteru, aż po 6. piętro zostawały czerwone plamki – ślady jej nieszczęścia.

          Na katechezę chodzili do salek na rynku, a potem do nowych na osiedlu. Było fajnie, naprawdę fajnie. Lubiła obrazki do kolorowania z Jezusem. I nie tylko takie. Można było dostać wtedy w papierniczym takie zestawy w małych teczkach – (Obrazki do kolorowania kredkami – Reksio, ludowe – Beskid Śląski i najlepsze – niebieskie z takim niby krasnalem w czerwonej czapie, z dużym nochalem i pędzlem w ręce na okładce).

          Wyciągam z szuflady piękne chusteczki do nosa.  M sprawiało przyjemność prasowanie ich, z namaszczeniem wygładzała żelazkiem te duże kraciaste i te małe dziecinne, zwłaszcza taką z osiołkiem, na którego grzbiecie siedział zajączek. Później wyszyła ten obrazek, a raczej wydziergała razem z bratem specjalną, dużą igłą na szarym płótnie. Wyglądało to podobnie do dywanu – nauczyła ich tego sąsiadka. Wydziergali też obrazek do filmu animowanego ,,Mali mieszkańcy wielkich gór” – przedstawiał Dżekiego i Nukę. W szkole też robili takie prace i serwetki za pomocą wełny naciąganej na gwoździki, powstawały piękne wzory. W domu do dziś są zrobione przez nich zielona i fioletowa. M gustowała w robótkach – robiła na drutach swetry i szaliki. W Pszczynie ,,na rogu” przez wiele lat był jej ulubiony sklep, Cepelia.

Wspomnień jest więcej, ale herbata powoli stygnie, więc jeszcze wrzucę kilka słów-zaklęć, po których motylki w brzuchu latają: pieczątki ze zwierzętami, skok przez kozła, herbata. Ta ostatnia obowiązkowo w szklance z koszyczkiem.

Malutkie telewizorki, do których się przykładało oko i kręciło malutkim pokrętłem z boku.

Czerwona maść z kotem – rozgrzewający specyfik z Chin, solniczka pomidor, czerwony lizak kogut, Bobo Frut, Vibovit, ciepłe mleko w kubku z napisem ,,mleko”, proszek do prania ,,Cypisek”, szampon ,,Zielone Jabłuszko” (ten zapach!), prodiż, syfon, goździki lub frezje z kwiaciarni na osiedlu na Dzień Nauczyciela lub na koniec roku szkolnego. I kisiel domowy – z G bawiły się w ,,spadnie czy nie spadnie?”, unosząc łyżeczkę z kisielem do góry. (Kiedy nie było jeszcze wybudowanego nowego kościoła, to wraz z innymi dziećmi stojącymi na balkonach, patrzyli na samochody dojeżdżające do skrzyżowania i bawili się w „Skręci, czy nie skręci?”). Były słone ogórki ze sklepu ,,Nad stawem” (nad którym była ,,jej” biblioteka) – takie prosto z beczki – palce lizać. Tamte lata smakują też ptysiami od Brzęczka i lodami od Szendzielorza lub tymi z rynku! Zapiekankami z uliczki w centrum lub na dworcu kolejowym w Tychach. Warto było wsiąść do pociągu byle jakiego, byle jak (czytaj: na gapę) i przejechać te 2-3 stacje tylko dla tych zapiekanek. Oczywiście z A. Oczywiście bez wiedzy rodziców.

Były pochody pierwszomajowe, długie i nużące ćwiczenia do nich na boisku szkolnym, wpłacanie oszczędności do SKO, ,, Wiesiołyje Kartinki”, zabawki, które dostawali z ZSRR, ,,Przygody Elektronika”, ,,Fantomas”, szary harcerski mundurek z niebieską chustą. Była ufność w to, że kiedy świat jest złym Rumburakiem, wystarczy zaczarowany pierścień i można stać się niewidzialnym lub uwierzyć, że się jest piękną i dobrą Arabelą.

           Blokowe dzieci z kluczami na szyi. Wolne i szczęśliwe. Chodziliśmy po budowach, czołgaliśmy się w betonowych rurach. Raz A rozcięła sobie piętę o siatkę ogrodzenia (albo stłuczoną szybę? Albo jedno drugie?). Przez pewien czas w pobliżu ,,lasku” była sadzawka, chcieliśmy się w niej kąpać, ale jak tylko zobaczyliśmy kijanki, uciekaliśmy z piskiem, ociekając wodą – gdzie pieprz rośnie. Prześladowały nas potem w snach te małe, czarne, obślizgłe paskudztwa.

          Biblioteczka większej M to: ,,Tajemniczy ogród”, ,,Serce”, książki H. Ożogowskiej i M. Musierowicz –  ,,Wakacje z duchami”, ,,Dziewczyna i chłopak”, ,,Szósta klepka”, ,,Inna”, ,,Ten obcy”; seria ,,Portrety”: Maciek, Grażyna, Maja, Irmina itd. Przeczytała wszystkie „Tomki”. Z wypiekami na twarzy. I ,,Złoto Gór Czarnych”, dzięki któremu pokochała Indian. Później, z mniejszymi rumieńcami, ale też, przeczytała „Anie”. Wiadomo skąd.

Większa M na targu kupuje kasety magnetofonowe, przeważnie podróbki z logo Takt. Kasetę, którą wciągnął magnetofon, ratuje się taśmą i przewija na palcu lub na ołówku. M odtwarza muzykę na wspaniałym Kasprzaku.

          Kiedy jest mniejsza, eksploruje teren osiedla i domków jednorodzinnych, tam gdzie jej szkoła, osiemnastka. Później rynek i park. Na schodach pałacu czyta książki, później uczy się do matury. Mój dom to mój zamek, mój zamek to mój dom.

Nastaje era koralików z makaronów, jarzębiny, kasztanów, żołędzi, zasuszonych i pomalowanych ziemniaków. Jest walkman na uszach i spacery po całej Pszczynie, którą przemierza wzdłuż i wszerz. W nocy i w dzień. Kolorowe spódnice do kostek plączą jej się o nogi, a włosy płukane rumiankiem powiewają swobodnie. Są podróże. Już sama jedzie do babci na wieś na południowy wschód lub do cioci – na południowy zachód. O tym, że zajechała bezpiecznie rodzice dowiedzą się za kilka dni z listu, który wrzuciła do czerwonej skrzynki pocztowej. U cioci przesiaduje w ogrodzie z widokiem na Śnieżkę lub w zabudowanym balkonie tuż nad drogą w stronę Jeleniej Góry. Jest tam fotel przy oknie i biblioteczka. Czyta ,,Wyspę Skarbów” i inne książki. Jest lato upalne, słoneczne. ,,La Isla Bonita”. Pieszo wędruje z Kostrzycy do Kowar. Kupuje tam jaskrawe sznurówki i gumki do włosów – ostry róż i ten drugi kolor, seledyn. Szpanerskie. Kupuje czarno-białe zdjęcia Limahla. Idzie do kina na „The NeverEnding Story”.   

Raz w zimie jest tam z tatą. W Kowarach nabywają dywan, który pociągiem zawiozą do Pszczyny. Prawdziwy puszysty dywan. Mieszkanie cioci jest tajemnicze, pełne zakamarków, komórek, tajnych przejść, mieści się w poniemieckim domu pełnym przybudówek. W pobliżu jest piękny zabytkowy szpital Bukowiec.

M jeździ autobusem do Jeleniej. Odkrywa miasto, w którym przyszła na świat (w szpitalu w Cieplicach). Bardzo jej się tam podoba – ten rynek, ratusz, krużganki! Jest zafascynowana festiwalem teatru ulicznego.

          16-letnia M wybiera się autobusem do Paryża. Z Janis Joplin na uszach. Po powrocie za wiersz Paris dostaje szóstkę z francuskiego. Kiedy na lekcji opowiada, że była na Perę-Lachaise, pani się ożywia i pyta: ,,Odwiedziłaś grób Chopina?” – Nie… Jima Morrisona. To era Voo Voo, floty zjednoczonych sił. Do końca świata i jeden dzień, Dżemu i The Doors. Era Wodnika.

M jedzie do Spodka na Ryśka Riedla. I na Metro. Na dworcu w Katowicach, niezapomnianym ,,Brutalu”, razem z przyjaciółką D, z którą M siedziała przez 4 lata w jednej ławce w LO, natykają się na biegnącego J. Józefowicza. Czas spędzony w Chrobrym i przyjaźnie z tamtych lat to jednak inna historia.

Potem pojawiła się telewizja kablowa i MTV. Najlepsza muzyka na świecie, zwłaszcza unplugged i kasety video. M brzdęka na gitarze, gdy nikogo nie ma w domu, nagrywa swoje piosenki. Po latach niektóre z nich zaśpiewa ze swoją melodią Mahen. Wraz z MTV nastaje czas Nirvany, REM i Pearl Jam. Teraz M najchętniej tańczy do ,,Hair” czy ,,Jesus Christ Superstar”. Ale to już także całkiem inna opowieść.

           Idę do kuchni, podjadam oponki serowe i sernik z ciemną kruszonką, którą wydłubuję ukradkiem po kawałku, aż niewiele zostaje. Patrzę w lutro. Widzę ją, pyzatą, obciętą na pazia. Choć zawsze chciała mieć długie włosy, ale jej cienkie piórka nie wyglądały dobrze spięte w kucyki i obwiązane kokardą. ,,Było sobie życie”. Ach, było… Był ,,Wodnik Szuwarek”, ,,Rumcajs”, ,,Krecik”, ,,Makowa Panienka”, ahoj! ,,Zaczarowany ołówek”, zaczarowany długopis, klawiatura, którymi można przywrócić to, co było wczoraj. Tak, wczoraj. I jest cały czas. W środku. Nothing’s forgotten. Ta noc jest tak przenikliwa, że mimo kota drżę.

A kiedyś po prostu był jakiś pośpiech. I po wieczerzy – sen… Zabierz mnie tam, Nacudjo nasza!

Przejdź do treści