rozdział IX
Już wieczorem poczuł się źle. Ciągnęło go do łóżka, więc położył się i przykrył kocem. Babcia jak zwykle krzątała się za kotarą, a mama jeszcze nie wróciła z miasta.
Zamknął oczy i wpadł w niespokojny sen. Śniło mu się, że dwóch esesmanów weszło do jego domu i czegoś szukali. Wiedział, że szukają pierścienia. Na szczęście był on poza ich zasięgiem, ponieważ przy ostatniej wizycie dał go Szymonowi. Była to bowiem jego kolej na odwiedziny.
Zdawali się być wściekli i otwierali każdą szufladę babcinego kredensu. W powietrzu fruwały jakieś przepisy zapisane na pożółkłych kartkach i zepsute liczydełka. Jeden z nich wysypał z woreczka kolorowe koraliki, które cicho rozsypały się po drewnianej podłodze.
– Wo hast du ihn versteckt?! [1] – krzyczał jeden z nich. – Wir wissen, dass du ihn besuchst![2]Babcia siedziała wystraszona w kącie na taborecie i patrzyła na całą scenę.
– Co tu robicie? Przecież dawno już skończyła się wojna! – krzyknęła. – Wynocha z mojego domu! Przecież widzicie, że Kubuś jest chory!
Chłopiec usiadł z krzykiem i otworzył oczy. Obok łóżka stała mama z babcią. W mdłym świetle żarówki wyglądały jak ogromne demony, które zastanawiały się nad jego losem.
– Kubuś jest chory, to pewnie znowu angina – mama pochyliła się i dotknęła jego czoła. – Ma gorączkę.
– Zaraz zrobię mu herbatę – babcia zniknęła za kotarą, a mama usiadła na brzegu łóżka i patrzyła na niego z troską.
– Kolejna angina, kiedy ty z tego wyrośniesz? Jak w zegarku, co trzy tygodnie. Najlepiej jak zaśniesz, sen jest najlepszy na chorobę.
Kuba nie miał siły odpowiadać. Leżał bez ruchu i patrzył w sufit. Posłusznie zamknął jednak oczy i udawał, że śpi.
– Przetrzymać noc, a jutro rano trzeba iść po lekarza, żeby mu coś przepisał – usłyszał stłumiony głos mamy zza kotary.
Mimo że był przykryty kołdrą i kocem, trzepały nim dreszcze. Mama zgasiła światło i siedziała z babcią w kuchni.
Przy łóżku pojawił się nagle jakiś młody żołnierz w niemieckim mundurze. Miał nie więcej niż dwadzieścia lat. W ręce trzymał pistolet, który przykładał do głowy wystraszonego Szymona.
– Jak nie powiesz, gdzie ukryłeś pierścień, obaj wylądujecie w Płaszowie! A tam, to już od was wyciągną! – krzyczał po niemiecku, ale Kuba wszystko rozumiał.
– Nic nie mów! I tak wszyscy tam kiedyś zginiemy – usłyszał spokojny głos przyjaciela.
– Jak sobie życzysz! Już teraz zabieram cię do obozu! – rzucił szorstko żołnierz.
– Możesz mnie zabrać, a tajemnicy i tak nigdy nie zdradzę.
– Zdradzisz! Ja też chcę się tak przenosić jak wy. Tu nie ma wojny… A ja wcale nie chciałem iść do wojska.
Ostatnie słowa zostały wypowiedziane błagalnym tonem.
– Nie wierzę ci – odparł zuchwale Szymek i wyszarpnął się z ręki żołnierza. –Wy zawsze kłamiecie! Mówiliście, że bierzecie ludzi do pracy, a wy ich tam mordujecie!
– Nigdy nie zabiłem człowieka i nigdy tego nie zrobię! W obozie rządzi hauptsturmfuhrer Amon Göth. To on zabija! Mówiono mi, że codziennie rano, gdy wstaje, wychodzi na balkon swojej willi i zabija jakiegoś przypadkowego Żyda. O tak – młody żołnierz wycelował w sufit i strzelił.
Kuba znowu z krzykiem usiadł na łóżku.
– Mówiłam, żebyś ciszej wyciągała garnki – usłyszał głos mamy strofującej babcię. – Jak bierzesz jakiś spod spodu, to przecież jest do przewidzenia, że reszta wypadnie, a hałas obudzi Kubę.
– Przepraszam, chciałam po cichu – odparła babcia wyraźnie speszona sytuacją.
Mama wyszła zza kotary.
– Nie śpisz? – Obudził mnie jakiś huk.
– To babci wypadły garnki z kredensu, spróbuj jeszcze zasnąć, jutro rano pójdę po lekarza.
Jednak Kuba nie zdołał już zasnąć. Leżał z zamkniętymi oczami i myślał o żołnierzu, który pojawił się w jego majakach. Może faktycznie nie wszyscy byli źli. A może to tylko sen? W snach wszystko wydaje się lepsze, takie, jakie chcielibyśmy, żeby było. Szymon też był takim snem. Z tą różnicą, że Kuba mógł odwiedzać ten sen, kiedy chciał. Czekał na przyjaciela.
Popatrzył na wiszące na ścianie koło łóżka obrazy. Szczególnie jeden przyciągał jego wzrok. Było duży i bardzo ciemny. Mama nazywała go „Wiatrem”, przedstawiał człowieka w jakichś łachmanach, który z wyciągniętą do przodu ręką walczył z podmuchami. Kiedyś Kuba podsłuchał rozmowę mamy z babcią, w której mama tłumaczyła, że ten człowiek na obrazie jest symbolem i walczy z przeciwnościami losu.
Inne obrazy były małe, wielkości kartki pocztowej. Słyszał, że nazywane są miniaturkami. Jedna podobała mu się szczególnie. Przedstawiała jakiś port z łodziami i statkami. Oprawiona była w szeroką, rzeźbioną ramę. Wszystkie namalował dziadek Włodek.
Szymek pojawił się rano. Popatrzył na Kubę uważnie.
– Chory jesteś?
Kuba kiwnął tylko potakująco głową.
– Mama poszła po lekarstwa, chyba się dzisiaj nie pobawimy. Śnił mi się jakiś esesman i wcale nie był zły. Znał nasz sekret.
– To tylko sen. W snach dzieją się różne rzeczy. Ja ostatnio nie mam snów, nie mam czasu śnić, bo ciągle się budzę i nasłuchuję, czy nie idą do nas. Pan Kohen, który z nami mieszka, powiedział, że nie znamy dnia ani godziny… Chłopiec przerwał i zamyślił się.
– Mam pomysł, poczytam ci Talmud, będziesz tylko słuchał, a ja ci będę opowiadał. Ta księga może wyjaśnić dużo niezrozumiałych rzeczy.
– Możemy spróbować, ale jeśli zasnę, to mnie nie budź.
Szymon zamilkł na chwilę, podniósł palec wskazujący i zaczął tonem nauczyciela:
– To na początek coś łatwego, posłuchaj uważnie, „Człowiek pozostaje tak długo mądry, dopóki szuka mądrości; odkąd wyobraża sobie, że ją już znalazł, staje się głupcem”[3].
Popatrzył na Kubę.
– I co ty na to?
– Fajnie powiedziane.
– Bo to Mądrość. Ale jestem ciekawy, jak ją rozumiesz.
– Chyba tak, że należy ciągle szukać i uczyć się. – Od mądrzejszych – dopowiedział Szymek. – Ale nie zawsze tak jest – ożywił się Kuba. – Kiedy rysuję kredkami obrazek i siedzę nad pustą kartką, to wtedy sam muszę zdecydować, co narysować i jakimi kolorami. Przecież nie będę za każdym razem pytał jakiego koloru mam użyć. – Pewnie, to przecież twój obrazek. Jednak jak narysujesz, to nie zaszkodzi spytać, czy się podoba. Może ktoś podpowie, co dodać – znowu zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, ale po chwili mówił dalej: – Nieraz słyszałem, jak mama i pani Bertiig gotowały coś w kuchni i radziły się siebie wzajemnie, jak przyrządzić potrawę. A dwie córki pani Bertig, Hania i Franciszka, uważnie słuchały kobiet, żeby się czegoś nauczyć. Tak samo mój tate, niby wszystko rozumie ze swoich mądrych ksiąg, ale bardzo często idzie po poradę do innych rabinów, bo przecież każdy z nich może coś mądrego doradzić.– Moja babcia jak gotuje obiad, to się nikogo nie pyta.
– Spróbujemy, masz jeszcze siłę? – Szymon nie chciał się zagłębiać w dalszą analizę.
– Jeszcze trochę mam.
– To weź księgę i otwórz na przypadkowej stronie, zobaczymy na co trafisz.
Kubie spodobała się ta zabawa, wziął więc książkę, położył na kołdrze i otworzył. Pochylili się razem nad tekstem.
– ,,Droga do piekła jest prosta, droga do raju wije się jak wąż”[4] – przeczytał.
Obaj zamyślili się nad tymi słowami.
– Można by długo się nad tym rozwodzić, to pasuje do każdej sytuacji, nieźle trafiłeś.– Wytłumacz mi, jak ty to rozumiesz, a ja posłucham; jestem dziś trochę słaby.
Szymon usiadł na brzegu łóżka.
– Ja to rozumiem tak, że czynić zło jest zawsze o wiele prościej, bo jest silniejsze. Ale złe uczynki zawsze prowadzą do piekła. Weźmy na przykład moje życie w getcie. Codziennie obserwuję ludzi walczących o przetrwanie. To nie jest łatwe. A Niemcy czynią zło i przychodzi im to bardzo łatwo. Wystarczy, że jakiś Żyd się któremuś nie spodoba. Wystarczy nacisnąć spust… W twoim życiu jest chyba łatwiej czynić dobro.
–To może dlatego ludzie rzadko to robią. Teraz nie ma wojny, a może gdyby ją znali… –chłopiec zamyślił się na chwilę. – No ale przecież babcia i dziadek znają wojnę, bo już wtedy żyli. Zawsze też mówią, że wtedy było ciężko o wszystko, tak jak u ciebie.
– Ludzie, którzy przeżyli ten koszmar są inni, wiedzą co to zło. Kuba zamknął oczy. Przez głowę przelatywały mu zdarzenia z całego dotychczasowego życia. Dobrych było mniej, a złe pchały się nachalnie na pierwszy plan. Wybita ze złości szyba, talerz z zupą na podłodze, bo gdy nie chciał jeść, mama wpychała mu ją na siłę. Ile to razy nie posłuchał, kiedy wołały go do domu.
Pomyślał na usprawiedliwienie, że jego złe uczynki wynikały ze złych sytuacji, do których go zmuszano – jedno wynikało więc z drugiego.
Kiedy poczuł ciepłą dłoń na czole, otworzył oczy i zobaczył nad sobą zatroskaną twarz mamy i jakiegoś obcego mężczyznę. Szymon zniknął.
– Ma gorączkę od wczoraj, w nocy majaczył.
– To angina, piramidon pomoże, no i niech dużo pije. Jak się wypoci, to gorączka szybciej minie. A teraz dam mu zastrzyk wzmacniający.
– Ciągle te anginy, regularnie raz w miesiącu.
– Wyrośnie, taki organizm, no obróć się na brzuch kawalerze.
Kuba posłusznie spełnił polecenie i po chwili poczuł ukłucie w pośladek.
Leżąc na brzuchu, włożył rękę pod poduszkę i wyczuł znajomy kształt. Szymon wyraźnie dał do zrozumienia, że teraz jego kolej.
Po zastrzyku i gorącej herbacie zasnął.
Znowu przyszedł, ubrany w wojskowy mundur i oficerki, nie różnił się od innych żołnierzy, których Kuba widział w drodze do apteki.
Usiadł na brzegu łózka i spojrzał na niego.
– Nie chcę być wojskowym – zaczął cicho. – Wcielili mnie na siłę do Wermachtu. Studiowałem medycynę w Heidelbergu, chciałem leczyć ludzi. A teraz muszę stwarzać pozory, że jestem dobrym żołnierzem.
Kuba wiedział, że to sen, ale przecież od pewnego czasu jego życie zaczęło się przeplatać z inną rzeczywistością. A wszyscy, których spotykał po tamtej stronie, żyli w innym świecie i mieli inne priorytety. Dlaczego los chciał, żeby Kuba to wszystko poznał i zobaczył?
Odruchowo włożył rękę pod poduszkę i ścisnął pierścień. Stał na pierwszym piętrze, przed drzwiami mieszkania pani Gomółkowej i jej syna Jurka. Ciemny korytarz był pusty, ale za drzwiami słychać było jakieś głosy. Jednak nie była to gospodyni, strofująca jak zwykle swego syna.
Usłyszał kroki na schodach, po chwili zobaczył esesmana ze swojego snu. Szedł powoli i co chwilę zatrzymywał się, nasłuchując. Na półpiętrze ostrożnie wyjrzał przez okno. W ręce miał jakiś niewielki pakunek. Podszedł do drzwi, przy których stał Kuba i wszedł bez pukania.
W słabo oświetlonym przedpokoju stał mężczyzna z długą siwą brodą i patrzył ze strachem w oczach. Był o wiele niższy od żołnierza.
– Guten Morgen, Herr Aleksandrowicz, ich habe Ihnen etwas gebracht[5] – minął starca i wszedł do pokoju.
Położył zawiniątko na stole i usiadł, rozprostowując nogi. Pokój był ciemny. Stojący na środku okrągły stół był głównym meblem, pod ścianami stały łóżka ze zwiniętą pościelą, a pod nimi leżały walizki i tekturowe pudła.
– Es ist für euch, freust du dich nicht?[6]Westchnął ciężko.
– Trochę wędliny, herbata, masło, ser, jajka, cebula, czosnek, olej – kontynuował łamaną polszczyzną z wyraźnym niemieckim akcentem. Wypakował wszystko na stół.
– Nie ma Sary? – spytał nagle.
– Sara poszła do sklepu, musimy wykupić kartki. – To poczekam na twoją córkę, tymczasem zrób mi herbatę. – Nie wiem, czy pan oficer zdaje sobie sprawę, że jak będzie rewizja… i to u nas znajdą… to przecież wyrok śmierci – mówił pan Aleksandrowicz, idąc do kuchni. – Musisz to dobrze schować. Wy Żydzi jesteście sprytni i pomysłowi, więc na pewno coś wymyślisz. Dobrze, że jesteśmy sami, im mniej osób o tym wie, tym lepiej.– Tylko ja zostałem w domu, boję się wychodzić, stawy mam chore, a takich jak ja…– To lepiej nie wychodź, masz dobrą córkę i bardzo ładną.– Pan oficer młody jest i może nie zdaje sobie sprawy, że naraża siebie i nas – powiedział pan Aleksandrowicz stawiając na stole szklankę z herbatą. – Nie chciałem iść do wojska; wolę leczyć ludzi niż ich zabijać.– Szkoda, że tak niewielu z was myśli w ten sposób… Świat byłby piękniejszy. Jaką przyszłość przygotowujecie sobie wy młodzi? Jesteś w wieku mojej Sary… całe życie przed wami. – Nie ja to piekło rozpętałem. I wcale nie jest mi z tym dobrze.Dalszą wymianę zdań przerwało wejście trzech młodych dziewcząt. Wszystkie czarnowłose i podobnie ubrane. Każda w szarym, zniszczonym płaszczu z siatką zakupów w ręce. Jedna z nich wyróżniała się szczególną urodą, którą podkreślał długi warkocz.– Jestem tate, musiałyśmy trochę postać w kolejce.Weszły do kuchni i zaczęły wypakowywać wszystko na stół. Nie było tego dużo, dwa bochenki chleba, cukier i marmolada.
Zdjęły płaszcze i stanęły w progu pokoju.
– Jurgen, mówiłam ci, że nie możemy się spotykać – twarz Sary spochmurniała.
– Przyszedłem przede wszystkim na kontrolę, przydzielono mi pod opiekę waszą kamienicę. A że przy okazji cię zobaczę, to chyba nie jest grzech.
– Narażasz i siebie, i nas, po co to robisz? – zapytała, patrząc mu w oczy.
W pokoju zaległa cisza, zakłócana tylko głośniejszymi oddechami. Pan Aleksandrowicz pośpiesznie spakował rzeczy przyniesione przez Jurgena i wyniósł je z pokoju.
– Chodźmy gdzieś, chcę z tobą porozmawiać – uśmiechnął się.
– Dokąd mielibyśmy pójść? Wystarczy, że pokażemy się razem na ulicy, a grozi nam śmierć. Dlaczego chciałby mnie pan narazić na śmierć?
– Chodźmy na półpiętro, albo lepiej na strych, tam nie ma okien. O nic więcej nie proszę.
Przez twarz Sary przebiegł cień. Spuściła na chwilę oczy.
– Dobrze, pójdę, ale najpierw opowiem, co stało się z moją matką – wzrok dziewczyny był zdecydowany i twardy.
Żołnierz stał przez chwilę zaskoczony takim obrotem spraw, następnie skłonił się i bez słowa wyszedł z mieszkania.
Kuba poczuł znajomy zapach perfum, gdy ktoś szarpnął go za ramię.
– Kubuś, obudź się, musisz zażyć lekarstwa. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą twarz babci. – Znowu śniło ci się coś strasznego, majaczyłeś przez sen o jakimś esesmanie.
rozdział X
Leżenie w łóżku było coraz bardziej męczące. Kuba czuł się już znacznie lepiej i z nudów wymyślał nowe zabawy. Rysowanie zdążyło mu się już znudzić, więc wziął się za oglądanie kolorowych książeczek Walta Disneya, które dostawał regularnie od dziadka Włodka i mamy. Nie znał angielskiego, więc traktował je jak komiks, dorabiając do rysunków własne historie, a potem przyglądał się każdemu rysunkowi i dostrzegał nowe szczegóły, które wcześniej mu umykały. Świat w tych książeczkach był kolorowy i wesoły.
U Szymona na razie się nie pokazywał, chciał najpierw całkiem wydobrzeć po chorobie. Planował jednak, co będą robić, gdy go odwiedzi. Co chwilę wpadał na nowe pomysły: wspólne rysowanie, wyścigi guzikami, zabawa autkami, układanie koralików w kolorowe wzory, budowanie z klocków, oj nazbierało się tego. Odrzucił rzucanie kamieniami do butelek i strzelanie z procy, gdyż za bardzo kojarzyły mu się z wojną i przemocą.
Pewnego słonecznego poranka, gdy odzyskał już w pełni siły, postanowił wreszcie odwiedzić przyjaciela. Jak zwykle poprosił babcię o coś do jedzenia. Ta ucieszyła się, że Kubie wraca apetyt, bo w czasie choroby jadł mało, a i tego, co zjadł, żołądek nie tolerował. Jedzenie przeważnie lądowało w stojącym przy łóżku wiadrze.
Kuba doskonale wiedział, że Szymek bardzo lubi chleb z białym serem, a że babcia akurat znów planowała robić ruskie pierogi, to nadarzyła się okazja, żeby takie kanapki dostarczyć koledze.
Chłopiec wziął do ręki leżący pod poduszką pierścionek i przymknął oczy.
Nie było ciemnego korytarza z zawieszoną na dwóch drutach słabą żarówką ani starych, poniszczonych mebli. Zapach też był inny. Zamiast cynamonu poczuł smród stęchlizny i brudu. Otworzył oczy. Stał na ulicy niedaleko bramy getta przy Rynku Podgórskim. Widział spieszących w obie strony ludzi. Już się nie dziwił, że cały tutejszy świat był szarobury. Kobiety z niewielkimi siatkami szły do swoich domów, żeby cokolwiek ugotować dla swoich mężów i dzieci. Kolejki przed sklepami były długie, ale ludzie stali cierpliwie i czekali na swoją kolej, żeby wykupić kartkowy przydział.
Kuba podszedł do stojącej przed sklepem grupy ludzi. Rozmawiali półgłosem i ciągle oglądali się za siebie.
– Słyszałem, że będą nas wszystkich wysiedlać z Podgórza. Nie wiadomo tylko jeszcze dokąd.
– Jak to nie wiadomo? Do Płaszowa, Amon Goeth znowu będzie miał do kogo strzelać. Podobno jak rano nie zabije przynajmniej jednego Żyda, to ma podły humor przez cały dzień. – Teraz szukają ludzi do ciężkich robót, ale ja się nie nadaję, bo mam reumatyzm.
– Nawet cicho o tym nie mów, bo takich jak ty od razu likwidują.
– Mogło być gorzej, jutro podobno znowu będą przyjmować do „Optimy”.
– Moja córka chciałaby się tylko bawić – westchnęła jakaś kobieta. – Niby pracuje u Schindlera, ale część pieniędzy przeznacza na potańcówki.
– Nie dziw się, każdy był kiedyś młody i chciał rzucić świat pod nogi.
– Ale czasy są teraz inne, trzeba myśleć, jak przeżyć, a nie o zabawie.
– Każdy musi jakoś zagospodarować się w tej rzeczywistości, przed wojną też inaczej myśleliśmy. Młodość ma swoje prawa, więc póki jeszcze mogą, niech się bawią. A wiadomo to, co będzie jutro?
– Od kiedy otworzyli tę restaurację przy rynku, to przynajmniej jest gdzie wyjść. Jak się ona nazywa? Nigdy nie mogę zapamiętać.
– Cafe Restaurant Variete Polonia.
– No właśnie, mogli wymyślić coś krótszego i prostszego, co łatwo wpada w ucho.
– Tam wpada w ucho muzyka, to wystarczy.
– Ale bez pieniędzy nie ma się tam po co pokazywać, a nam ledwie starcza na przeżycie – upierała się kobieta.
Kuba posłuchał jeszcze chwilę, po czym poszedł w stronę innej grupki ludzi. Stali przed kolorowym plakatem, na którym widniał rysunek jakichś muzyków. Różnili się od tych kolejkowych, byli odświętnie ubrani. Czarne fraki, białe koszule, na głowie czarne kapelusze z szerokimi rondami. Byli hałaśliwi, machali rękami i śmiali się. Chyba na coś czekali.
– Idą – jeden z nich wskazał ręką grupkę dziewcząt, która wyłoniła się zza rogu. Tak jak oni, były odświętnie ubrane. Sukienki wyciągnięte z szaf i odnowione. Wśród dziewcząt Kuba rozpoznał Sarę, jej długi warkocz rzucał się w oczy.
– Od teraz żadnych smutków – uśmiechnął się Mojsze. – Idziemy potańczyć przy dobrej muzyce, zapraszam.
Przepuścił dziewczyny przodem i weszli do środka. Stoliki stały pod ścianami, żeby było gdzie tańczyć, a na niewielkiej scenie trzech muzyków stroiło instrumenty. Sala powoli się zapełniała, a kelnerzy zbierali zamówienia.
– Dwie butelki wina, a dla pań lody z kremem!
– Dostałeś jakieś ekstra pieniądze Mojsze?
Chłopak rozglądnął się ostrożnie po sali.
– Powiedzmy, że była okazja – odpowiedział zniżonym głosem. – Ale liczę na waszą pomoc
panowie.
Wszyscy sięgnęli do kieszeni.
– Damy radę – uśmiechnął się Aaron Gotlieb. – Jak ty to robisz, że masz pieniądze?
– Trzeba sobie jakoś radzić. Nie zarabiamy tyle, ile nasi rodzice przed wojną. Na szczęście jeszcze mam kontakty wśród Polaków spoza getta, chcą pomagać.
– To zdradź nam tę tajemnicę, na czym ostatnio zarobiłeś.
Mojsze znowu rozejrzał się dookoła.
– Ostatnio były buty i czekolada – powiedział zniżonym głosem, nachylając się nad stolikiem.
Muzycy zaczęli grać, a na parkiecie pojawiły się pierwsze pary. Sara nie mogła się opędzić od adoratorów, chętnych prosić do tańca. Ledwie usiadła, żeby odpocząć, a już przy stoliku ustawiała się kolejka mężczyzn. Nie odmawiała, bo przecież w tym celu tu przyszła. Na szczęście muzycy zrobili sobie przerwę i mogła odpocząć. Sięgnęła po lampkę wina
– Ale masz powodzenie – westchnęła Estera, niska i pulchna koleżanka Sary. – Mnie już tyłek boli od siedzenia, dwa tańce i koniec.
– Przyjdzie czas i na ciebie – odpowiedziała zmieszana. – Nawet się nie zorientujesz, jak wpadniesz w sidła jakiegoś przystojniaka.
Estera popatrzyła smętnie na siedzące obok pary. Wszystkie koleżanki już kogoś miały, chodziły na spacery po ulicach getta, a te, które miały kenkartę mogły nawet pójść do parku albo na Planty. Mieszkała z rodzicami i młodszym bratem w kamienicy przy Węgierskiej, w jednym pokoju z czteroosobową rodziną. Było ciasno i niewygodnie, więc wolała spacerować po ulicach aż do godziny policyjnej. Na początku często legitymowała ją Żydowska Służba Porządkowa. Tylko raz musiała uciekać. Pewnego wieczoru szła już do domu z codziennego spaceru, kiedy natknęła się na trzech odmanów[7]. Byli pijani i chcieli się zabawić. Gonili ją aż do bramy kamienicy, w której mieszkała. Na szczęście nie zdążyli i dali jej spokój, ale przez następne kilka dni bała się wychodzić.
Orkiestra znowu zaczęła grać.
Kilka par od razu pojawiło się na parkiecie. Były to nieliczne z beztroskich chwil w getcie, w których zapominano o szarej rzeczywistości.
Otworzyły się cicho drzwi wejściowe i weszło dwóch niemieckich żołnierzy. Na ich widok muzycy na chwilę zwolnili tempo dźwięków, a tańczące pary stanęły wyczekująco. Jeden z esesmanów skinął ręką, usiedli przy stoliku. Kelner od razu podszedł do nich i postawił cztery lampki wina.
– To na koszt lokalu, panowie oficerowie – uśmiechnął się blado.
Jeden z nich patrzył dyskretnie w kierunku Sary. W jego wzroku można było zauważyć nutkę smutku połączonego z zazdrością.
Kuba poznał go, to on był w mieszkaniu Aleksandrowiczów i przyniósł paczkę z żywnością. Widać, że nic oprócz Sary go nie interesowało.
– Da ist ein Orchester, Jürgen[8] – przyjaciel trącił go łokciem i pokazał brodą na scenę.
Zmieszał się i przyłożył kieliszek do ust. A wzrok jego kolegi powędrował za wzrokiem Jurgena.
– Nie dziwię się, że wpadła ci w oko – gwizdnął cicho. – Jest chyba najładniejsza na tej sali. I do tego dobrze grają, szkoda tylko, że to nie jest niemiecki zespół.
– Jak im każemy, to zagrają naszą muzykę, to zawodowi muzycy więc pewnie potrafią.
Jurgen jednak nie słuchał, tylko pożerał wzrokiem Sarę. Patrzył, jak rozmawia ze swoim towarzystwem, śmieje się z jakichś słów. Kilku chłopców poprosiło ją do tańca, więc tańczyła i nie zdawała sobie sprawy, że ktoś na nią patrzy.
– Idź, poproś ją do tańca, widać, że to lubi.
– Hans! Przecież to Żydówka – próbował zachować pozory Jurgen.
– Idź, nie zdradzę cię, przecież jesteśmy przyjaciółmi.
Jurgen przez chwilę się wahał. Wychylił kieliszek do dna, wstał, obciągnął mundur i…
Drzwi otworzyły się z hukiem i weszło czterech mężczyzn w mundurach Służby Porządkowej. Orkiestra przestała grać. Sala ucichła. Wszyscy popatrzyli na przybyłych.
Czterech mężczyzn stanęło na środku parkietu i patrzyło wrogim wzrokiem na wszystkich.
– No i co tak cicho? Orkiestra grać, chcemy się zabawić!
Wystraszeni muzycy ani drgnęli. Bali się nawet głośniej oddychać.
– Czy mam jeszcze raz poprosić? – jeden z nich popatrzył groźnie w stronę podestu.
Jurgen uważnie obserwował całą scenę.
– Nie wtrącaj się – szepnął mu do ucha Hans. – Poradzą sobie.
Orkiestra zaczęła grać walca Sommerfelda, ale parkiet był pusty.
– No co jest? Nikt nie ma ochoty tańczyć? – obrzucił siedzących prowokującym wzrokiem. Udawał, że nie widzi Jurgena i Hansa, ale oni wiedzieli, że chce się przed nimi popisać.
Jurgen od początku nie darzył ich sympatią, byli to przekupieni Żydzi, którzy na rozkaz Hansa Franka mieli utrzymywać porządek wśród swoich współbraci.
– Czego to człowiek nie zrobi dla pieniędzy – westchnął cicho.
Hans spojrzał na niego uważnie.
– To nie nasza sprawa, sami się pilnują, a my mamy spokój.
Jurgen nie kontynuował już tematu. Obserwował jednak dalsze poczynania mężczyzn.
– No to zaraz wam pokażemy, jak się bawić – wodzirej tego zamieszania podszedł do stolika Sary, bez pytania wziął kieliszek z winem i wypił jednym haustem, a potem złapał warkocz dziewczyny i pociągnął do góry.
– Chodź ślicznotko, zatańczymy – przysunął się do niej na tyle blisko, że Sara poczuła pijacki odór z jego ust. Zamknęła oczy i dała się poprowadzić w tańcu.
Parkiet powoli się zapełniał.
Jurgenem targały emocje, ale był bezsilny. Nie mógł stanąć w obronie Żydówki, ponieważ byłoby to bardzo podejrzane. Musiał grać przed Hansem, ale przyjaciel wyczuł, że coś dzieje się w jego duszy.
– Chyba lepiej wyjdziemy na zewnątrz, niech sami sobie z tym poradzą. I prawie siłą wyciągnął Jurgena z lokalu.
– Wiem, młodość swoje prawa ma, ale nie afiszuj się z tym, bo w najlepszym razie wylądujesz na froncie wschodnim – powiedział przed wejściem. – Zresztą zrobisz jak uważasz.
Jurgen popatrzył na przyjaciela. Widać było, że twarz mówi więcej niż słowa, ale musiał grać nawet przed nim.
– Po prostu nie lubię chamstwa.
– No cóż, radzę ci, żebyś trochę stwardniał. Oni wszyscy tacy są – tego nie zmienisz. Za pieniądze zrobią prawie wszystko.
Zapalili papierosy i w milczeniu obserwowali ulicę.
– Przynajmniej jest porządek – Jurgen podjął grę. – Odkąd jest Służba Porządkowa, mamy mniej roboty. Przydałoby się więcej takich, jak ten ich komendant. Jak on się nazywa?
– Symche Spira.
– No właśnie.
Jurgen nie chciał już kontynuować tego tematu. Nie do końca wierzył też Hansowi. Niedawno widział jego zaangażowanie podczas jednej z łapanek.
Wciąż chodziło mu też po głowie jedno zdanie Sary: ,,Dowiedz się, co stało się z moją matką”.
– Słyszałem, że szukają w getcie młodych kobiet do pracy na Wawelu – powiedział nagle Hans. – Podobno Hans Frank dobrze im płaci, jeżeli jest zadowolony.
– W jakim charakterze?
– Sprzątaczek, pokojówek, służby – roześmiał się.
Przydepnął niedopałek butem.
– Jutro o dziewiątej w Judenracie mają wybierać kilka dziewcząt. Mówiąc to, popatrzył na Jurgena.
– Po co mi to mówisz?
– Na pewno znasz takie.
– Getto niby małe, ale nie można znać wszystkich, zresztą po co mam sobie tym zaprzątać głowę.
Dalszą rozmowę przerwało gwałtownie otwarcie drzwi lokalu. Muzyka wdarła się na ulicę, a wraz z nią zapach kawy pomieszanej z dymem papierosów. Usłyszeli brzęk tłuczonego szkła, a po chwili z pomieszczenia wyszli funkcjonariusze Służby Porządkowej. Chwiejnym krokiem skierowali się w boczną uliczkę.
– Chodźmy do kawiarni przy Rynku, dość mam tego żydowskiego chamstwa – Hans pociągnął przyjaciela w kierunku bramy getta.
Kuba stał jeszcze przez chwilę na ulicy i starał się to wszystko zrozumieć. Nie bez powodu znalazł się tu zamiast w mieszkaniu Szymka. Poznał nową stronę życia getta.
W jednej ręce cały czas trzymał kanapki z białym serem dla Szymona, a w drugiej pierścionek z czerwonym oczkiem.
– No i co tak stoisz? – usłyszał słowa babci. – Nie jesz tych kanapek?
– Jakoś mi się odechciało babciu, chyba poczekam na pierogi.
– Dopiero zaczęłam je robić.
– Nie szkodzi, nie jestem głodny.
[1] Gdzie go schowałeś?
[2] Wiemy, że go odwiedzasz.
[3] Sanhedryn 4,5
[4] Horacy Safrin, Przy szabasowych świecach…, op. cit., s. 190
[5] Dzień dobry panie Aleksandrowicz, coś wam przyniosłem.
[6] To dla was, nie cieszysz się?
[7] Jüdischer Ordnungsdienst (dosł. Żydowska Służba Porządkowa, potocznie policja żydowska albo tzw. odmani) – w okresie II wojny światowej podległe częściowo Judenratom, kolaborujące z nazistowskimi Niemcami, żydowskie jednostki policyjne wewnątrz gett, obozów pracy oraz obozów koncentracyjnych.
[8] Tam jest orkiestra Jurgen