+48 736-84-84-44

Grudzień jest naznaczony kolorem czerwonym.

Drzwi zamknęły się za nim z chrzęstem, już na klatce schodowej usłyszał, wracające niczym echo słowa:

„Nie trzaskać drzwiami!”

Niespecjalnie przejmował się zdaniem innych, pozostawał w hełmie astronauty, przez który przebijały się tylko poniektóre słowa, tworząc przezroczyste dziury w misternej konstrukcji psychiki dziecka. Krople potu kryły się pod zwichrzoną grzywką, szalik szczelnie przylegał do puchowej kurtki, nawiązującej krojem do tych, które nosili amerykańscy żołnierze stacjonujący w Arktyce.

Czekając na windę, kręcił się w miejscu tak długo, aż osłabł mu błędnik – wtedy szpitalna zieleń ścian zaczęła wirować, a tylko skrupulatnie utkana pajęczyna pozostawała chwilami nieruchoma w tym rozedrganym obrazie. Gdy dźwig wreszcie przyjechał, wszedł do środka, nacisnął chropowaty, metalowy guzik z cyfrą 0, po czym poślinił palec, czując na ustach posmak żelaza przypominający nieco krew.  Na myśl o tym, co zrobi, zaczerwienił się. Wyglądał teraz jak typowe dziecko z typowego Miasteczka – jednego z szesnastu, tworzących wspólnie twór zwany górnolotnie państwem. Wybiegł z klatki schodowej, przypominającej prostokąt zbudowany z szarych betonowych klocków i ruszył przed siebie z misją, czując dumę mieszającą się z podnieceniem. Świat pomalowany został na podobieństwo zimy – kolorami białymi i czarnymi, wszystko dookoła wydawało się smutnie monochromatyczne. Krajobraz stracił na wyrazistości. I tylko chłopiec zyskiwał na tym zjawisku, gdy świat tracił swą ostrość, nabierał ją za pośrednictwem rumianych policzków smaganych przez mroźny, ostry wiatr. Kolor jego włosów zmieniał się w jednej chwili z blond anielskich w ciemnobrązowe, tęczówki pomniejszały się i płonęły blaskiem ciemnej barwy, jak gdyby w tej jednej chwili ktoś wstrzyknął mu w oczy mililitr atramentu.

Szedł szybkim krokiem podnieconego dziecka, pokonywał strome schody zwinnie, czując na sobie wzrok mężczyzny siedzącego na różowej poduszce wypełnionej piórami. Te wysypywały się na czarno-biały chodnik i przez kilka sekund wirowały jeszcze w powietrzu, prezentując swoje wyćwiczone akrobacje, pragnąc poklasku i zainteresowania. Nikt ich jednak nie dostrzegał, choć znakomicie widać je stąd, z góry. Siedzący obrócił głowę w drugą stronę, kiedy chłopiec go mijał. Jego ostre rysy twarzy i zbyt długi, spiczasty nos nie budziły nadmiernej sympatii. Przechodząc obok niego, poczuł zaniepokojenie. Dziecko mocno chwyciło klamkę sklepowych drzwi, uwieszając się na niej. Te otworzyły się delikatnie, uchylając przestrzeń ciepłą, pełną zapachów owoców, warzyw oraz śledzi moczonych w octowej zalewie, sprzedawanych na wagę w foliowych woreczkach. Lada sklepowa, kiedyś biała, dziś jak cały świat szara, miejscami czarna, a na niej przesuszone, zaniedbane kobiece dłonie, wypełnione tandetnymi pierścionkami z butelkowozielonym i burgundowym oczkiem. Postać kobiety z perspektywy lady wydawała się chłopcu niewyraźna, rozmazana, na dłoniach skupił całą swoją uwagę, to one powitały go przyjaznym gestem, zapraszając do zakupów. Nie odrywając wzroku od dłoni sprzedawczyni, wycedził wyuczoną wcześniej na pamięć  formułkę:

„Papierosy proszę, dla dziadka”.

Palce kobiety najpierw zamknęły się, tworząc pięść, by po chwili otworzyć się w porozumiewawczym geście. Rozmazana postać oddaliła się na moment tylko po to, żeby położyć na brudnej ladzie biało-czerwoną paczkę papierosów. Dłoń na ladzie uchyliła się w ten sposób, żeby można było położyć na niej jeden banknot i kilka cięższych monet. Wychodząc, spostrzegł, że przy witrynie sklepu leży pusta różowa poduszka, a obok niej wirują w rytm podmuchów wiatru białe pierze. Ruszył w stronę wysokiego, dziesięciopiętrowego bloku, kiedy, przechodząc obok strzeżonego parkingu, usłyszał, jak ktoś wypowiada jego imię. Głos dochodził z parkingowej budki – blaszanej bryły z jednej strony wykończonej szklaną szybą, za którą dostrzegł cień postaci. Gdy się zbliżył, okienko delikatnie się otworzyło. Usłyszał dźwięk podnoszonej szyby, a  jego oczom  ukazały się wyraźnie męskie dłonie – spracowane i zaniedbane, z czarnym brudem pod paznokciami. Głos wypowiedział jego imię w sposób entuzjastyczny, zawierając pewną prośbę:

„Zapytaj (tutaj pada kolejne imię), czy ma pożyczyć 100 zł do końca miesiąca. Wiem, tamtego nie oddałem – nie było okazji, miałem pecha, wiesz, kiepski miesiąc, ale teraz będzie inaczej. Widzisz, odegram się, znam jego patent, proszę ja ciebie”.

Młody odpowiedział nieśmiało, znów się zarumienił:

„Że on nie wie, musi zapytać, to znaczy na pewno przekaże”.

Wyrazu twarzy mężczyzny nie mógł dojrzeć, albowiem szyba zaparowała. Wyraźnie widział jedynie, że zielonkawe żyły na chudych przedramionach zaczęły się poruszać. Nawet tatuaż, rysowany tym samym żylastym kolorem, drgnął kilkakrotnie, unosząc ku górze znak przypominający kotwicę przechodzącą w literę P. Odwrócił wzrok od niego, kierując się w stronę wybranej klatki schodowej, z wejściem zabezpieczonym domofonem, którego plastikowe przyciski zostały nadpalone papierosami. Dotknięcie tych guzików sprawiało ból, przeszywający dreszczem elektrycznym całe ciało, paraliżujący kończyny i powodujący spalenie nerwów i ścięgien.

Tym samym przekroczenie progu klatki schodowej zdawało się niemożliwe. Chłopiec wyraźnie zbladł, wśród padającego obficie śniegu jego policzki utożsamiały się z grudniowym opadem. Nie mógł wrócić do domu. Z góry widziałem, jak pierwsze łzy pociekły z jego ciemnych oczu. W chwili spadania na biało-czarną powierzchnię asfaltu natychmiast zamarzały, zmieniając się w minimalistyczne sople lodu, tak przejrzyste, że prawie niewidocznymi dla niewprawnego obserwatora. Gdy rozbijały się o brudny bruk, słychać było dźwięk przypominający pękającą skorupkę jajka. Stał tak chwilę, wyobcowany i nieobecny, niczym nieruchoma marionetka, a płatki śniegu znów rozpoczęły kolejną część swoich swawoli w podmuchach lekkiego wiatru. Aż nastała zmiana. Słońce pożegnało się z szeroką widownią, odchodząc za horyzont i ustępując miejsca rogalowatemu księżycowi. Wtedy nastąpił przełom.  Stan wszechogarniającego marazmu przerwał przypuszczalnie mężczyzna – rozmazana postać w śnieżnej wichurze. Głęboka czerń jego ubioru wyraźnie kontrastowała z zimowym krajobrazem. Stanął nieoczekiwanie obok chłopca, z góry wyglądał niczym olbrzym przy dziecku przypominał swą sylwetką Podstrychonia.

Poczuł na wątłym ramieniu silną, niczym niedźwiedzia łapa, rękę. Obrócił się, jednak jego wzrok pozostawał rozmazany przez łzy i silny wiatr muskający rzęsy. Widział przed sobą ciemną, wysoką postać, na tyle jednak rozmazaną, że nie potrafił dostrzec jej szczegółów. Prawdopodobny mężczyzna odezwał się cienkim, nieco syczącym głosem, jak gdyby zmagał się z wadą wymowy:

„Czemu tu stoisz?”

 Chłopiec poślinił zastygłe od mrozu wargi, po czym odpowiedział:

„Nie mogę wejść do domu”.

„Tu mieszkasz? O widzisz; to wejdziemy razem, w końcu jesteśmy sąsiadami”, rzekł nieznajomy. Nie kojarzył, nie mógł sobie przypomnieć, z którego piętra był ten człowiek. Jednak gdy jak w dziecinny sposób sforsował domofon, szybkimi ruchami przyciskając – jak mogło się wydawać – niedziałające guziki, ogarnął go tak nadzwyczajny podziw, że zapomniał o swoich początkowych wątpliwościach. Bez wahania przekroczył próg klatki schodowej, oddychając zwycięsko, ponieważ znajdował się w miejscu, które tak dobrze znał. Chłopiec szybkim tempem przebiegł po kamiennych schodach, zatrzymując się tuż przy windzie, wychylił się nieco, żeby zobaczyć, co w tym czasie robi mężczyzna. Nieznajomy otworzył drzwi piwnicy i zniknął, nie zamykając ich za sobą. Szpitalna zieleń kolejny raz zamknęła go w sobie, teraz rozpływał się w niej. W tym czasie dzień ustąpił nocy, a kartka z kalendarza wiszącego na korkowej tablicy, oznaczona czarną cyfrą pięć, oderwała się samoistnie. Pod nią ukazała się rzucająca się w oczy czerwona szóstka. Odzyskał przytomność i znów otworzył oczy, żółtawe światło z niedoczyszczonego klosza padało wprost na niego. Przywołał windę metalowym przyciskiem, a zimny chłód metalu przeszył go na wylot. Zrobiło mu się zimno, a podmuch ostrego wiatru odbił się od ściany budynku, podzielił na kilka mniejszych, które przez niedocieplone szpary w oknach dotarły na klatkę schodową. Gdzieś w kącie zawirowała jeszcze pomięta kartka papieru z cyfrą pięć, kurz osiadający na obdartych skrzynkach pocztowych uniósł się ku sufitowi. Jasne światło kabiny dźwigu dotarło wreszcie na parter dziesięciopiętrowego bloku. Poczekał jeszcze moment na charakterystyczne zgrzytnięcie, po czym nieśmiało uchylił ciężkie drzwi, wszedł do środka i znów zamknął na jakiś czas oczy. Palcem wskazującym lewej dłoni odnalazł pulpit z przyciskami, jednak ku jego zdumieniu wszystkie plastikowe guziki zostały nadpalone, nie nadawały się do użytku. Mimo to winda ruszyła, początkowo wznosząc się ku górze, by nagle stanąć na jednym z półpięter i wrócić na parter. Gdy gotów był opuścić kabinę i udać się schodami do mieszkania, dźwig nagle zjechał niżej. Zaczął się zastanawiać, co się dzieje. Przecież parter stanowił najniższy punkt windy – pod nim ulokowane były już tylko piwnice, ale do nich winda nie docierała.

Kto i kiedy uruchomił to połączenie? I dlaczego on nic o tym nie wiedział?

Zdarzało mu się schodzić do piwnicy w towarzystwie dorosłych, ale nigdy samemu. Dźwig zjechał poniżej parteru i zatrzymał się gwałtownie, a on popchnięty ostrym procesem hamowania, przyparł plecami do ściany windy. Chwilę stał nieruchomo, niczym marionetka bez lalkarza, po czym postanowił uchylić drzwi windy i zobaczyć, co dzieje się  w piwnicy.

Otoczyła go ciemność, gdzieniegdzie przebijana przez wpadający w czerwień pobłysk. Przypominał on dziecięcą zabawę w teatr cieni, gdzie z dłoni formowało się postacie mające przedstawiać zwierzęta. Poszedł za uciekającym kształtem przypominającym płomień, mijał kręte korytarze z rzędami drzwi zabitych deskami i przesyconych zapachem zbutwiałego drewna. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tu był. Pamiętał tylko, że zanosili  z Dziadkiem sanki.

Podłoga, po której stąpał, zaczęła robić się grząska, więc trzymał się ściany, żeby nie osunąć się w ciemną otchłań. Przyciskał do niej swoje dziecinne, wątłe ciało z całych sił i kroczył za kształtem płomienia na suficie. Zbliżał się do celu swej piwnicznej wyprawy, a zapach zbutwiałego drewna przechodził w tym miejscu w mieszaninę ostrej woni piżma połączonego ze spalającą się gwałtownie zapałką. Zauważył ją w ciemności. Postać przypominająca sylwetką mężczyznę stała tyłem do sporych rozmiarów wiklinowego, zamykanego kosza, upychając kolorową poduszkę, która w blasku stojącego w kącie kaflowego pieca wydawała się różowa. W powietrzu zawirowały cztery pióra, które przylgnęły do brudnych kafli. Postać obróciła się do dziecka, nie pokazując twarzy, schowanej pod czarnym kapturem.

„Czekałem na ciebie”, zabrzmiał syczący, nieprzyjemny głos.

Chłopiec nie odpowiedział.

„Robię dla ciebie miejsce”, wskazał na wiklinowy kosz.

Wypowiadając te słowa, postać ściągnęła kaptur, a oczom dziecka ukazała się twarz zdeformowana, pokryta bruzdami, ze spiczastym, długim nosem, głową zakończoną kępką końskiego włosia, z pod której wystawały dwa minimalistyczne rogi, jeden z nich ewidentnie ułamany przy końcu.

„Właź”, syknął przerażająco czarci pomiot, wskazując na wiklinowy kosz.

Chłopiec w somnambulicznym nastroju, powolnym krokiem zbliżył się do stworzenia, mocniej zamykając drgające powieki. Posłusznie wykonał polecenie, wszedł do kosza, po czym zwinął się w kłębek, a ciemna postać zamknęła wieko, dopychając ciało drewnianą pokrywką.

 

Przejdź do treści