+48 736-84-84-44

Jestem innym TY

Dzień 296. – luty 2016 roku

  – Anno, pytasz mnie kiedy po raz pierwszy zauważyłam, że Natalka lubi bawić się moimi rzeczami. Powtórzyłam jej pytanie,  ponieważ nie byłam pewna, o co tak naprawdę mnie pyta. Wzruszyłam ramionami i ściągnęłam usta. – W sumie to… od samego początku, odkąd pamiętam, Beniu lubił przesiadywać w moim pokoju. Dotykał wszystkiego z zainteresowaniem i jakąś irracjonalną czułością. Podniosłam brwi i potarłam nos, który akurat mnie zaswędział. – Wiesz, buzia aż mu jaśniała, kiedy dotykał miękkich materiałów, zarzucał sobie na głowę  kolorowe apaszki, przymierzał buty …  Uwielbiał przekładać zgromadzone w pudełkach rzeczy.

Odleciałam we wspomnieniach i przypomniałam sobie, jak to było, czy też może raczej jak bywało. Owszem, Beniu miał swoją sypialnię, a w niej mnóstwo zabawek dla chłopca, bo tak rodzice wyposażyli jego pokój. Kiedy był niemowlakiem, mama i ja bawiłyśmy się z nim w salonie, później, kiedy Beniu zaczął raczkować i ściągać wszystko, co napotkał na swojej drodze, mama zaczęła nas wysyłać do pokoju Benia na piętrze. Wydawał się być tam bardziej bezpieczny, a raczej nasze bibeloty i rzeczy poustawiane w salonie i jadalni. Jego pokój zajmowało łóżeczko i fotel, wykładzina rozłożona była na całej podłodze, a na środku rozpościerał się niewielki miękki dywan. Z czasem doszedł jeszcze dużych rozmiarów kojec. Pod ścianą stał regał z Ikei z wyciąganymi kolorowymi pudłami, w których piętrzyły się pluszowe zabawki, klocki, autka, zwierzaki, książeczki, kolorowanki. Z czasem pojawił się też mały stolik z krzesłami. To przy nim później Beniu rysował. Zwykle w moim towarzystwie,   ponieważ ja także lubiłam twórcze zajęcia z bratem. Miałam ubaw, kiedy mały Beniu stawiał swoje pierwsze kreski. Patrzyłam, jak trzymał kredki, jak się dziwił, że spod jego ręki coś wychodzi, coś się pojawia, coś czego tam wcześniej nie było… Obok stolika miał wielkie pomarańczowe pudło ze skarbami do wszelkich  działań plastycznych. Często tak się zdarzało, że Beniu buszował po podłodze, na której rozkładałam mu różnej wielkości poduszki, bawił się tam pluszakami  lub klockami,  a ja siedząc na jego fotelu z tabletem na kolanach, robiłam swoje zadania domowe.  Opieka nad młodszym bratem nie była przykra. Robiłam to z radością. Mama przecież pracowała w tak różnych godzinach! Tato również. Musiałam im pomagać, choć nikt mnie do tego nie zmuszał. Lubiłam to robić. Często wykorzystywałam stolik Benia do wykonywania z nim większych prac plastycznych albo własnych  projektów na biologię czy  geografię.

            Kiedy Beniu poszedł do szkoły i wiedziałam już, że jest Natalką, odrabialiśmy przy tym stoliku jego lekcje. Lubiłam z nim spędzać czas, a on ze mną.  Czasem wystarczało, że czuł moją obecność i sam zajmował się zabawkami. Niekiedy domagał się mojej aktywności, a ponieważ i ja to lubiłam, bawiliśmy się wówczas razem.  Mama mogła swobodnie brać dyżury w szpitalu bez tłumaczenia, że temu czy tamtemu nie da rady podołać, bo ma małe dziecko w domu. Kiedy szła na dyżur, Beniu zostawał pod opieką moją lub taty. W gimnazjum nauka przychodziła mi z łatwością i nie musiałam spędzać wiele czasu nad książkami czy ćwiczeniami. Lubiłam czytać i jak mi się wydaje, przerzuciłam to zainteresowanie na Benia. Zaczęłam od tego, że czytałam mu na głos jego książeczki. Króciutkie, dziecięce historyjki, bajeczki ubarwione mnóstwem ilustracjami. Opowiadałam mu historię i pokazywałam na obrazkach poszczególnych jej bohaterów. Beniu uwielbiał te chwile! Lubił też kiedy mama mu czytała, ale nie zdarzało się to zbyt często. Wiadomo, szpitalne dyżury! Za to nigdy nie chciał, aby tata mu czytał. Pewnie nie potrafił zmieniać intonacji głosu, no i czytał swoim basującym, burkliwym głosem, co nie podobało się dziecku. Z czasem zaczęliśmy przeglądać, a później też czytać trudniejsze opowiastki. Poznane historie wykorzystywaliśmy przy tworzeniu rysunków. Robiłam też z Beniem teatrzyki, kiedy już lubił rozbudowywać zasłyszane historie. Uwielbiał to! Ja zresztą też. Wyobraź sobie, że czytałam mu też swoje lektury! Zmieniałam i modulowałam głos, robiłam miny, a on się zaśmiewał w głos i sam próbował mnie naśladować, choć przecież nie rozumiał tekstu! Wkładałam w czytanie wiele entuzjazmu i wykorzystywałam do tego wszelkie możliwe  i znane mi metody, a wszystko po to, aby go zainteresować. I o dziwo, udało się, bo Beniu często prosił nie tylko o wieczorne czytanie. Odtwarzaliśmy poznane historie, udając ich bohaterów albo rysując ich twarze. Planowaliśmy też nowe opowieści i teatrzyki. Beniu wymyślał, ja spisywałam – i tak powstawały nasze scenariusze. Przedstawienia pokazywaliśmy rodzicom, kiedy udało się zastać ich oboje w domu. Robiliśmy oczywiście własne dekoracje. Kilka razy zdarzyło się, że mieliśmy wielki pokaz przed całą rodziną, bo akurat odwiedzili nas kuzynowie i kuzynki, albo ciotki i ich mężowie. Raz zrobiliśmy nawet wielki pokaz teatralny dla koleżanek mamy. To dopiero była wyśmienita zabawa! A ile śmiechu! Koleżanki mamy nie mogły się nadziwić, ile pasji w małym Beniu! To prawda, uwielbiał ten rodzaj zabaw. Dziecko lubi się znaleźć w centrum zainteresowania, nieprawdaż? Wszyscy mu gratulowali i ściskali ręce, a on promieniał i śmiesznie się kłaniał. Prawdziwy artysta! Do  przedstawień zwykle się przebieraliśmy. Posługiwaliśmy się nie tylko narysowanymi wcześniej dekoracjami, ale też zakładaliśmy na siebie wygrzebane z szafy szale, sukienki mamy albo jakieś  peleryny, płaszcze czy kurtki. Zamienialiśmy je w  stroje. Nie muszę chyba wspominać, że Beniu lubował się w dziewczęcych fatałaszkach. Czasem wystarczyła tylko jakaś szarfa, szalik, apaszka czy kolorowa wstążka. Najlepiej, aby się błyszczała. Do tego fryzury i makijaże, których samo tylko wykonanie dostarczało wielokrotnie więcej przyjemności niż później samo przedstawienie. Beniu w takich chwilach z radością przeistaczał się w Natalię. Mój pokój zamienialiśmy w garderobę teatralną, a wspólną łazienkę wykorzystywaliśmy do robienia makijaży. Dziwiło mnie tylko jedno. Dlaczego Beniu nie chodził do łazienki rodziców? Przecież w szafkach mamy mógł znaleźć  znacznie więcej ciekawych kosmetyków. Czy Beniu czegoś się obawiał?  Może od początku wolał właśnie ze mną dzielić swoją odmienność? Przed mamą  początkowo skrywał się trochę i krępował. Nie potrafię teraz tego określić ani podsumować. Mamie chyba nie zadałby takiego pytania, jakim mnie poczęstował któregoś dnia: Stefciu, jaki kolor ust jest najlepszy dla mnie? Prawie siedmiolatek trzymał w dłoniach trzy różne odcienie szminek i z powagą oczekiwał na odpowiedź. Każde opakowanie otworzył i przykładał po kolei do ust, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Siedział po turecku na przystawionym do toaletki krześle. Szerokie, nierówne brwi wskazywały niedawną aktywność z kredką.

  – Co ty wyprawiasz Króliczku? – roześmiałam się, ale on nagle spoważniał, co natychmiast wytarło uśmiech z mojej twarzy. – No dobra, Natalko, myślę, że na początek trzeba ci poprawić brwi.

  – A co jest z nimi nie tak?

 Przyjrzał się sobie, przekrzywiając głowę kilka razy.

-Są…nierówne… kochanie – chciało mi się śmiać, ale udawałam powagę i aby zatuszować rozbawienie, szybko chwyciłam kredkę i pochyliłam się nad twarzą brata. Postarałam się wyrównać brwi, wykonując zdecydowany ruch. Zmarszczył je. Spojrzeliśmy na siebie i oboje parsknęliśmy śmiechem.

 – Nooo…teraz lepiej…wyglądasz, jak jeden z braci Marx.

– A kto to jest? – zaciekawił się Beniu i podniósł teraz już szerokie brwi do góry. Faktycznie przypominał mi Juliusa Henrego Marxa z charakterystycznymi wąsami i szerokimi brwiami. Wytłumaczyłam mu, kim był Groucho Marx, a w laptopie pokazałam zdjęcie aktora i jego braci. Beniu zaciekawił się komikami. Później zaobserwowałam, że próbował charakterystycznie ruszać brwiami. Naśladował też miny Groucha. Czułam ciepłe łaskotanie w ciele z dumy, że dzięki mnie Beniu znów zainteresował się czymś nietuzinkowym.

– Super! Podoba mi się. Wiesz, zostanę aktorem. Z dumą uniósł głowę i wypiął wątłą jeszcze pierś starszego przedszkolaka. – To który kolor jest dla mnie najlepszy? Nie zapomniał o pomocy w wyborze odcienia szminki.

– Myślę, że ten – wskazałam ciemnoróżową i pomogłam mu nałożyć ją pędzelkiem. – A wiesz, że aktorzy często używają makijażu? Podkreślają w ten sposób wyrazistość mimiki twarzy. W filmie nazywa się to charakteryzacją.

– Podoba mi się to! – Beniu aż podskoczył  z wrażenia na krześle. Podniósł się, ukląkł  i wsadził głowę najpierw do jednej, później do drugiej wielkiej kosmetyczki. Długie włosy opadły mu na policzki i nie mogłam zobaczyć, co robił, ale usłyszałam, że wciąga zapach kosmetyków. Anno! On je wąchał! I to z wyraźną przyjemnością. No dobra, dziewczyny też tak robią. I płeć nie ma tu nic do rzeczy – wzruszyłam ramionami. – Ale kiedy zbierasz sporo takich, powiedzmy to szczerze, dziwnych, choć  na pozór normalnych sytuacji, to zaczynasz się zastanawiać. Czyż nie, Anno? W sumie to rzuciłam to pytanie ot tak w przestrzeń, gdyż wiedziałam, że terapeutka mi nie odpowie.

– Faktem jest, że kochałam brata całą sobą – kontynuowałam. Nie pomyliłam się, Anna milczała, choć słuchała z uwagą. Nie chciała dokonywać żadnych podsumowań.

 –  Nie dlatego, że tak trzeba, bo należy do rodziny, a rodzina powinna się kochać. Ja naprawdę kochałam Benia całym sercem. Był mi najbliższą osobą w całym wszechświecie. Wcześniej – kiedy tylko się urodził i później – kiedy zaczęłam obserwować jego dziwne zachowanie. Oddałabym wszystko, aby mógł się uśmiechać, być szczęśliwy, beztroski i by mógł się rozwijać tak, jak tego pragnie. Bez ingerencji świata.

– A teraz? Jakie żywisz do Benia uczucia? – zapytała Anna, świdrując mnie wzrokiem.

– Teraz kocham go jeszcze bardziej,  o ile to w ogóle możliwe! Przecież wreszcie się wybudzi, a ja stąd wyjdę i zaczniemy wszystko od nowa. A nasza miłość siostry i… siostry tylko się pogłębi.

Przejdź do treści