+48 736-84-84-44

Coś dziwnego mnie dręczy…

Czasami rodzą się nowe uczucia, które spadają na facetów z siłą gromu. Tak było w czerwcu 1982 roku. W bloku koło nas mieszkał wtedy Lech z Gdyni – inżynier mechanik  o specyficznym charakterze, który starał się wszystko, co mówi, uzasadniać pseudonaukowym żargonem. Potrafił błyskawicznie doprowadzić słuchaczy do furii graniczącej z rękoczynami. Państwo Lechowie posiadali samochód, malucha, który wyglądał, jakby dopiero co wrócił spod  Berlina. Brudny, poobijany, brak mu było nie tylko sprawnych hamulców, ale nawet szyby. Zamiast której w prawych drzwiach miał wstawioną dyktę.
            Lech był też znany z osobliwego poczucia humoru. Często z własnych dowcipów, śmiał się jedynie on sam. Słyszałem jego opowieść o tym, jak wracali z żoną Małgosią z ZSRR. We Lwowie Leszek kupił wirówkę do miodu. Ten sporych rozmiarów metalowy baniak zamocował na dachowym bagażniku malucha. W czasie odprawy celnej, gdy przekraczali granicę podszedł do nich radziecki celnik i spytał: 

 – Что это?[1]
 Leszek z właściwym sobie dowcipem odpowiedział:
 – Это ракета Першинг! [2]

Odpowiedź tak się ruskiemu celnikowi ,,spodobała”, że kazał zjechać samochodem na bok i zabrał się do jego demontażu. Odprawa celna nie przebiegła wesoło, jak шутник[3] założył, rewizja samochodu oraz towarzyszące jej „przyjemności” trwały kilka godzin. Żona Lecha, Gośka, wygląda na umęczoną uczonymi wywodami męża i jego poczuciem humoru.

            Lech postanowił rozstać się z Hutą Stalowa Wola i został pierwszym w Stalowej Woli roznosicielem mleka. Budził nas codziennie rano brzękiem butelek ustawianych pod drzwiami.

Ale to właśnie jego żona Małgosia przypadkiem przyczyniła się do mojego nowego zawrotu głowy. Choć nie tak, jak zapewne podejrzewacie!

Otóż kilka miesięcy wcześniej, któregoś jesiennego dnia, przyszła do nas prosić, abym ją zawiózł na ślub koleżanki do klasztoru w Rozwadowie. Sama jeździ dobrze samochodem i jak twierdziła, przyzwyczaiła się już do jazdy ich autem, które ma niesprawne hamulce, ale nie potrafi i boi się jeździć bez widoczności z prawej strony. Gdy przyszła do naszej pracowni jubilerskiej, miałem na sobie starą kurtkę narciarską z bogatym koronkowym wykończeniem. Te ,,koronki” stanowiły dziury wypalone przez kwas siarkowy, z których wychodziły dmuchawce białej ociepliny. Wielokrotne trawienie w kwasie, to jedna z podstawowych czynności w czasie wyrobu srebrnej biżuterii. Właśnie miałem jakąś pilną robotę w srebrze, a wizyta była niespodziewana. Trudno się dziwić, że nie byłem zbyt szczęśliwy. Stanęło jednak na tym, że odwiozę ją do kościoła naszym samochodem, a za godzinę po nią pojadę. Nie przebierałem się więc, aby nie tracić czasu. W czasie tych kilku minut jazdy Gośka zasypywała mnie pytaniami wynikającymi z jej skąpej wiedzy religijnej. Pytała, jak się powinno mówić do zakonnika:
 – Proszę pana? Panie bracie? Panie ojcze? Zdążyłem rozwiać jej wątpliwości, gdy podjechaliśmy pod klasztor. Prosiła, żebym na wszelki wypadek poczekał, a sama weszła do kościoła. Po kilku minutach wróciła zdezorientowana faktem, że kościół nieprzystrojony, ciemny i nie odbywa się w nim żaden ślub. Domyśliłem się, o co chodzi. Panna młoda była córką wysoko postawionego partyjnego dygnitarza, co stanowiło powód ślubu konspiracyjnego. Wiedziałem ze słyszenia, że jest taka niejawna kaplica za ołtarzem. Na prośbę Gośki wszedłem z nią do kościoła i zapytałem młodego zakonnika o ślub.
–  A to państwo na ślub? – spytał. – Proszę za mną.

I tak niechcący znalazłem się zupełnie przypadkowo na tej jakże dziwnej uroczystości.
W kaplicy: państwo młodzi, rodzice młodych, jeszcze dwie inne osoby i my z Gośką. Zapowiadało się trochę nietypowo, panna młoda w granatowej sukni. Zaczyna się celebra ślubna, msza św., której przebieg mocno mnie zaskakuje. Oto pan młody przyjmuje chrzest, pierwszą komunię i ślub. Takie trzy w jednym. W takim wydarzeniu uczestniczę pierwszy raz w życiu. Ksiądz przykrywa głowę pana młodego chusteczką, która ma symbolizować białą szatę. Widać wyraźnie, że wszyscy uczestnicy uroczystości stawiają swoje pierwsze, bardzo nieporadne kroki na religijnej ścieżce. Zakonnik odprawiający mszę sam wypowiada formuły, które należą do ludu bożego. A ten dzisiejszy lud boży, pożal się Boże, zachowuje się w sposób zupełnie przypadkowy. Szczerze mówiąc, głupio mi, że jestem uczestnikiem tej historii przed ołtarzem. Zamyśliłem się dłuższą chwilę i uklęknąłem w ławce. Sam też źle i niekomfortowo się czułem, nie tylko z powodu dziwnej mszy. Klękając, chciałem również ukryć dziury zdobiące moją kurtkę. Gdy po dłuższej chwili ocknąłem się, zauważyłem, że wszyscy uczestnicy uroczystości naśladują mnie i cały czas klęczą. Zapewne po tym, gdy jako ministrant odpowiadałem księdzu, zostałem uznany za eksperta. Zauważyłem także rozmodlone oczy matki panny młodej, śledzące moje zachowanie znad książeczki do nabożeństwa. Gdy spostrzegłem, że niewiasta trzyma modlitewnik do góry nogami, pomyślałem sobie:
– Co byście zrobili, gdybym położył się teraz krzyżem?
Błyskawicznie jednak porzuciłem ten pomysł. W końcu niezależnie od okoliczności byłem na mszy, a ponadto był to ślub. Zaraz po tej dziwnej ceremonii zostaliśmy przez matkę panny młodej zaproszeni na wesele. Nie skorzystaliśmy jednak i uciekaliśmy sprzed kościoła, aż się za nami kurzyło. Po ślubie wróciliśmy z Gośką do domów, w efekcie czego – do pracowni już nie poszedłem. Byłem maksymalnie wkurzony i ręce mi chodziły z nerwów jak u paralityka. O precyzyjnej, jubilerskiej robocie nie mogło być mowy.

Opowiedziałem tę ślubną historię, bo pośrednio za przyczyną Gośki wkrótce zbudzi się we mnie nowe uczucie. Chyba z racji rewanżu za kuriozalny ślub, w który mnie wpakowała, przyszła poinformować, że jadą z Leszkiem nad zalew w Janowie Lubelskim, dokąd zabierają deskę windsurfingową i zapraszają też mnie, żebym mógł spróbować.

Przyjeżdżamy na miejsce. Leszek traktuje mnie jak powietrze. Nie mówiąc ani słowa, takluje sprzęt i zaczyna pływać. Tego dnia wieje bardzo słabo, taka jedynka, chwilami mizerna dwójeczka według skali Beauforta. Leszka takie pływanie nie rajcuje i schodzi z deski już po kilkunastu minutach. Gośka zachęca, żebym spróbował. Wciąż mam w pamięci Oslo Fiord i dziwne łódki żaglowe, które tam pierwszy raz widzieliśmy kilka lat temu. Gdy statek, którym z Grażyną płynęliśmy, zbliżył się do nich, okazywały swoje nowe, inne od spodziewanego oblicze. Widziałem w oczach facetów z Norwegii, ślizgających się na deskach windsurfingowych, pasję, i chciałem być jak oni.

Wchodzę na deskę i błyskawicznie doznaję ślizgu, nie na niej, ale z niej. Gramolę się na nią z powrotem, a kilka sekund później robię jeden czy dwa kroki po chwiejącym się pokładzie i ryję twarzą wodę. I tak za każdym razem. O podniesieniu pędnika z wody nie ma mowy. Miotam się, a deska traktuje mnie jak nieujeżdżony koń kowboja. Na początku zmagań, gdy jestem bliżej miejsca, w którym zacząłem toczyć swoją walkę o przetrwanie, słyszę, jak Gośka mówi do Leszka:
– No powiedz mu coś, doradź!
– Co mu będę doradzał i tak nie będzie tego robił, więc po co?
No to zobaczymy, pomyślałem z wściekłością. Każde rozstanie z nieprzyjaznym pokładem i następujące po tym głośne chlup, oddala mnie od brzegu. Jestem już na środku zalewu i moja walka z nieprzyjazną deską przyciąga wzrok wielu obserwatorów. Każdemu upadkowi do wody towarzyszy głośny śmiech i komentarze dochodzące z brzegu. Z każdym kolejnym upadkiem zbliżam się też do przeciwległego brzegu akwenu, gdzie siedzą nad wodą wędkarze. Doskonale słyszę każde ich słowo, każdy docinek pod moim adresem. Goście są wyraźnie rozbawieni i szczęśliwi, że znalazła się „sirota”, na której można sobie do woli poużywać. Wśród nich jeden zaczyna się wyraźnie popisywać, zdobywając poklask pozostałych. W moją stronę zaczynają iść niewybredne, chamskie komentarze. K…wy, jedna za drugą przecinające powietrze, niosą się jak kaczki, odbijane od powierzchni wody. Wreszcie następuje moment kulminacji. Facet z wędką wydziera się do mnie:
– Ty …ju!  Ja cię chyba z tej wody k.…wa wyciągnę.

 Usiłuję mu bezskutecznie wyjaśnić, że nie przypominam sobie, abyśmy wypili bruderszaft. Dzieli nas spora odległość wodą i to, jak  mniemam, sprawia, że wędkarz czuje się odważny i bezkarny. Po kolejnej serii wyzwisk rzucam się do wody i szybkim kraulem dopływam do niego. Przechodzę na jego język – tak czasem trzeba, aby ludzie jego pokroju zrozumieli – aby dotarło. Podpływam do niego blisko i nie wychodząc z wody, wrzeszczę:
– K…wa, wchodź do wody, jeżeli jesteś pewny, że z niej wyjdziesz. Gość szybko zwija wędkę i oddala się w pośpiechu. Zapewne należał do tych mało wodoodpornych lub nie umiał pływać. W wodzie wciąż czuję się pewnie. Treningi piłki wodnej w Klubie Płetwonurków w Krakowie zrobiły swoje. Wodne zapasy z podtapianiem i ucieczki pod wodą na resztkach oddechu, które miały nas przyzwyczaić do dynamicznych sytuacji pod wodą, dały zaprawę na długie lata. Nasi instruktorzy wiedzieli, co robią.
            Wracam do deski i płynę wpław, pchając ją przed sobą do miejsca, w którym zacząłem z nią walczyć. Na brzegu siedzą na kocu: Gośka, Leszek i dzieci. Minęło prawie dziesięć godzin beznadziejnej walki. Lewa noga w kostce, w miejscu dawnego złamania, daje mi się mocno we znaki. Wracam do domu, a w myślach widzę Oslo Fiord i gości ślizgających się po falach. Chciałbym ich naśladować. Chcieć to móc, ale rzeczywistość jest „nieco” przeciwna moim planom.

W domu dwie małe córeczki: Agnieszka i Paulinka, która dopiero co się urodziła, wydatki spore za nami i przed nami. Do pracowni jubilerskiej kupiłem walcarkę do srebra. Pojechałem po nią: z plecakiem, w stanie wojennym, aż do Pruszkowa. Kosztowała cztery moje inżynierskie pensje. Była kopią znanej szwajcarskiej marki. Jej producent życzył mi, abym po następną maszynę przyjechał już samochodem. Taksówkarz, podając mi plecak – w którym, z racji jego wagi, można było  wyczuć żelastwo – zapewniał, że mnie nie wyda. Na moje wyjaśnienia, że to tylko walcarka, powtarzał wciąż jak katarynka:
 – Ja nie chcę nic wiedzieć, ja nie chcę nic wiedzieć!

 Stan wojenny trwał dalej. Dopiero co zapłaciliśmy za przekładkę karoserii w maluchu, który po zaledwie 3 latach parkowania przed blokiem zgnił na wskroś. Krótko mówiąc, nie przechodziło mi wtedy przez gardło, aby powiedzieć Grażynie, że właśnie wpadłem na pomysł, „żebyśmy sobie kupili” deskę. Nie opuszczała mnie jednak myśl, aby ją samemu zrobić. Zacząłem o tym rozmawiać z różnymi ludźmi, aż wreszcie rozmowy trafiły na podatny grunt. Podczas wyjazdów na narty, organizowanych przez dobrą „matkę hutę”, poznałem Antka Konstruktora i Wieśka Brodatego. Wydają się być gośćmi z „cohones”, szukającymi czegoś więcej niż uprawa działki i picie gorzały. Z Antkiem mamy już za sobą pewną arcyśmieszną i ciekawą sytuację. Jest nią ,,wielka katastrofa” na ścieżce rowerowej, wiodącej od trzeciej bramy huty. Stalowa Wola jest, jak holenderskie miasta, pełna rowerzystów jadących do i z pracy. Gdy o piętnastej otwierają się bramy huty, na ścieżkę rowerową wzdłuż ul. Orzeszkowej wylewają się tysiące ludzi na rowerach. W tamtych latach w hucie pracowało ponad trzydzieści tysięcy ludzi.

Antek codziennie wracał z pracy na piechotę i gdy go mijałem na rowerze, witałem się głosem „kochających inaczej”:
 –  Dzień dobry panie inżynierze, co pan dzisiaj zrobił dobrego dla kraju, a co dla macierzystego zakładu pracy?
Gdy się spotykamy, tak sobie na głos dworujemy, wzbudzając zawistne spojrzenia hucianej załogi jadącej na rowerach. Tego pamiętnego dnia, w którym nastąpiła katastrofa, też pytałem pana inżyniera o zdrowie i jego wysiłki czynione w kierunku tego „aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”.
Gdy odpowiedział mi zwyczajowym:
–  A co u pana, panie magistrze?  Za plecami usłyszałem dziwny dźwięk i zobaczyłem rowerzystę, który wjechał w drzewo rosnące przy ścieżce rowerowej. Facet zjeżdżał po pniu, trzymając go oburącz jak miś koala. Rower owijał się wokół pnia, aż upadł na ścieżkę. Na leżący na ścieżce rower najechali następni. Łomot, krzyki, przekleństwa. Obraz typowy dla Wyścigu Pokoju, gdy przewracający się kolarz powoduje kraksę całego peletonu. Ten pierwszy, który upadł, gramolił się, oszołomiony, spod góry rowerów i leżących na nim ciał, gdy jeden z nadjeżdżających spytał:
–  Edek, co ci się stało?

– Pada odpowiedź:
–   K…wa, to wszystko przez tego p…lonego magistra. Wskazanie w moim kierunku stanowiło sygnał, że muszę wiać i to natychmiast.
 Wkrótce dowiedziałem się, że była jeszcze jedna katastrofa, podobna do przywołanej przeze mnie na ścieżce. Spowodował ją nieustalony sprawca, który w stanie wojennym wywiesił nad ścieżką transparent z napisem ,,Solidarność”. Nadjeżdżający rowerzyści z oczami zapatrzonymi w ten ważny wówczas znak, wpadali na siebie, tworząc kotłowisko rowerów i ludzi.
            Drugi z potencjalnych deskarzy, Wiesiek Brodaty, był wprawdzie jak najbardziej za i wydawał się do idei całkowicie przekonany, ale zgłosił chęć późniejszego przystąpienia do projektu, ponieważ był wówczas zaangażowany w budowę dużego małżeńskiego łoża. Wyglądało na to, że jego „komendant” może nie zaakceptować zmiany priorytetów poszczególnych zadań.

            Był jeszcze trzeci kandydat, który natychmiast przystąpił do naszej windsurfingowej spółdzielni – Bronek Lisek z Rozwadowa. Poznałem go na prototypowni Ośrodka Badawczo Rozwojowego, gdy rodziła się spycharka TD-40. Bronek był od nas starszy i posiadał bardzo ważne umiejętności. Był kiedyś modelarzem i jego dawna pasja okaże się teraz niezwykle przydatna dla wspólnego projektu.
            Przywożę z Krakowa, pożyczoną od Ewy i Jacka, nowiusieńką deskę windsurfingową ,,Windglider” – ostatni krzyk mody tego młodego sportu. Ten typ deski stanie się w 1984 roku klasą olimpijską. Zdobywamy świeżo wydaną książeczkę typu „Zrób to sam”, adresowaną do harcerzy, w której opisano proces budowy deski. Teraz pora załatwić materiały. Potrzebny będzie twardy styropian na rdzeń deski, tkanina z włókna szklanego i żywica epoksydowa – na razie tyle. W ,,matce hucie” jest wszystko. Gdy już wiemy, gdzie są skarby, których nam potrzeba, piszemy podania o możliwość zakupu materiałów. Tkanina z włókna szklanego wyśmienitej jakości jest używana w produkcji wojskowej.

            Dumni i szczęśliwi z kupionych w HSW materiałów, zaopatrzeni w odpowiedni styropian, nabyty w „płynnym barterze” u majstra na budowie, zaczynamy robotę w naszej ,,stoczni”. Załatwienie materiałów zajęło sporo czasu.
 Nastała późna jesień, pojawiły się już nawet pierwsze przymrozki, a ja prawie codziennie po pracy jeździłem ,,do stoczni”, która mieściła się u Bronka w piwnicy, w domu w Rozwadowie. Żona Bronka nie wygląda na szczęśliwą. Gość już nie pierwszej młodości, pięćdziesiątka na karku, a facetowi zupełnie odbiło. W domu, jak to w domu, mnóstwo ważniejszych rzeczy do zrobienia. Bronek zaczyna jednak pracować sam, w konspiracji przed swoim ,,komendantem”. Klei płyty styropianu żywicą, według planów z harcerskiej książeczki. Powstały w ten sposób blok próbuje następnie formować w kształt odpowiadający rdzeniowi deski. Wkrótce okazuje się, że mogę być wdzięczny żonie Bronka za brak entuzjazmu dla naszego projektu. Autor druhowej broszurki na pewno fizycznie nie wykonał deski według własnego projektu. Jego „Zrób to sam” zawiera poważne błędy konstrukcyjne. Spoiny z żywicy, które łączą bloki styropianu, są od niego dużo twardsze i bardzo trudne do obrobienia. Trudno jest zachować właściwy kształt rdzenia. Bronek męczył się przez dwa tygodnie, robota szła mu jak krew z nosa, a z góry dochodziło bez przerwy:
– „A wziąłbyś się za jakąś sensowną robotę, a nie czas marnował!”.
            Z dwutygodniowym produkcyjnym poślizgiem zacząłem przyjeżdżać do Bronkowej ,,stoczni”. Bronek miał już swój styropianowy czyściec za sobą. Mój rdzeń robimy ze styropianu sklejonego za pomocą miękkiego akrylowego kleju. Prostokątny styropianowy blok przycinamy drutem oporowym, a potem przycieramy tarką do jarzyn. Tak łatwo się to teraz mówi; ale wówczas, aby wymyślić taką technologię, byliśmy zmuszeni dokonywać wielu prób. Początkowo kształt boków deski przypominał poszarpane, nieregularne zęby piły. Użyliśmy dziecięcych wrotek, do jednej z nich przymocowując drut oporowy i jeden przewód prostownika akumulatora. Drut oporowy obciążyliśmy ciężarkiem i podłączyliśmy drugi kabel prostownika. Jadąc wrotkami po kresce szablonu uzyskaliśmy piękną, równiuteńką krawędź jak w fabrycznej desce. Obok leżał na kobyłkach kopiowany oryginał Windglider’ a, z którego co chwilę zdejmowaliśmy wymiary. Zostaje najbardziej precyzyjny, modelarski etap prac. Bronek osobiście szlifuje ostatnie milimetry styropianu na kawałku drewnianej deszczułki drobnym papierem ściernym. Rdzeń deski wygląda jak z fabryki, jeszcze tylko szpringery, które umieszczamy w rdzeniu deski. To takie podłużne żebra z tkaniny szklanej nasączonej żywicą, które nadadzą wzdłużną sztywność desce. Pozostaje laminowanie kadłuba, które wymaga temperatury co najmniej 20°C, aby żywica związała. W piwnicy zimno jak w psiej budzie. Bronkowa ,,komenda garnizonu” nie pozwalała marnować węgla na głupoty. Gdy wracałem codziennie późno do domu, przemarznięty na kość, wchodziłem od razu do wanny z gorącą wodą, w której powoli rozmrażałem się i jadłem kolację.

Pewnego dnia postanawiam więc uiścić u Bronkowej pani należną opłatę za węgiel.
 Grzejemy, aż żelazna koza, ogrzewająca piwnicę, czerwieni się ze… wstydu. Laminujemy rdzeń – wygląda super, przy okazji odkrywam w sobie nowe talenty szkutnicze,
o których istnieniu nie miałem pojęcia.
            Teraz czas na deskę Antka, który dowiaduje się od Bronka, że jestem dobry w laminowaniu. Rdzeń deski Antka też jest wreszcie gotowy. Otrzymuję zaproszenie do jego ,,stoczni”, która powstała w ich mieszkaniu. Antkowie, podobnie jak my, mieszkają w bloku, w którym piwniczki są maleńkie. Antek wykorzystuje okazję, że huta podała termin kolejnej dwudniowej wycieczki na narty i zachęca żonę Martę, aby wyjechała z chłopakami odpocząć. Sam w tym czasie umeblowuje pokój, przykrywa podłogę tekturami.                                              Wtedy zjawiam się u niego gościnnie, jako sprawdzony już w działaniach szkutnik, fachowiec od laminowania. To nic, że w domu Antków śmierdzi myszami jak cholera, to typowy zapach żywicy epoksydowej. Nic to, przecież się wywietrzy! Kadłub Antkowej deski gotowy.

            Uszczęśliwiony faktem, że mam już kadłub, z niecierpliwością czekam na wiosnę.
 Wreszcie ten czas nadchodzi i można się wziąć za malowanie deski pistoletem u Bronka w ogrodzie. Grażyna projektuje piękną szatę graficzną i szablony do malowania. Jak to dobrze, że mój ,,komendant” mnie rozumie i nie próbuje walczyć z moimi marzeniami.
Malowanie za nami, deska raduje moje serce i oczy. Przed nami kolejny, poważny problem. Potrzebujemy lotniczych rur duraluminiowych na maszty i bomy. Wyczytujemy, że potrzebny nam gatunek duralu ciągnionego produkowany jest w Kętach. Dzwonię do fabryki i dowiaduję się, że nie jest na sprzedaż. Ale podobno można czasem kupić niewielkie ilości z odpadów produkcyjnych. To typowe w czasach komuny: przydziały, reglamentacje, kartki. Wiem już jak z tym żyć i jak dać sobie radę. Robimy zrzutkę na koniak, który ma ułatwić negocjacje w fabryce i wyposażony w odpowiednie fanty jadę do Kęt. Na miejscu trafiam do szefa produkcji, który rżnie głupa, twierdząc, że rur nie ma i nie wiadomo, kiedy będą. Widać po nim, że dzięki takim nawiedzonym jak my, żyje i to chyba nieźle. Po przekazaniu środków płatniczych facet rury znajduje, ale nie w takich ilościach, na jakie złożyli się akcjonariusze. Tłumaczę, że to składkowa wyprawa po rury, współfinasowana przez kolegów. Pan po otrzymaniu drogiej zaliczki w płynie staje się niegrzeczny, żeby nie powiedzieć dosadniej. Jego skierowane do mnie:
,,Panie, albo tyle, albo nic” – przecina i kończy wszelką dyskusję.
Dostaję świstek papieru, na którym jest wypisana ilość, której zaszczytu zakupu właśnie  dostąpiłem. Idę więc do miejsca, gdzie rury tną i ważą. Gość nie spuszcza mnie z oczu. Jego wzrok jest tak nachalny, że nawet pracownica tnąca rury to zauważa i pyta:
,, – Co ten drań tak pana obserwuje?”
Opowiadam jej szybko, że przyjechałem do fabryki jako przedstawiciel kilku pasjonatów, którzy złożyli się na zakup rur potrzebnych do budowy desek z żaglem. Biję się w myślach, jak to będzie, gdy wrócę do Stalowej Woli z połową ich ilości. Dochodzi do mnie, że to jedno słowo ,,drań”, określające szefa produkcji, niechybnie świadczy, że nie cieszy się on sympatią wśród pracownic. Kobieta mówi:
,,– Gdy on pójdzie, mogę panu uciąć tyle rur, ile pan potrzebuje!”
Wpadam na szatański pomysł, prosząc ją, żeby wpisała wagę dwa razy większą niż faktycznie zważona. Rury już zważone i mój opiekun znika. Pracownica jest wyraźnie szczęśliwa, nie wiem, czy z tego, że mi pomogła, czy że szefowi mogła się zrewanżować, krzyżując jego plany. Wygląda na to drugie, bo nie chce wziąć żadnych pieniędzy za pomoc. Pokazuje mi kąt poza halą, w którym będzie czekać na mnie wiązka rur. W kasie płacę za rury w pełnej ilości, po jaką przyjechałem. Skradam się do miejsca, gdzie ma na mnie czekać mój skarb. Czuję się, jak szpieg mający przejąć tajną pocztę. Mam oczy dokoła głowy, wypatruję kontrwywiadu w osobie paskudnego typa. Z daleka widzę grubą wiązkę rur, dumnie wyprostowaną, stojącą w kącie. Serce wali mi jak szalone. Błyskawicznie wrzucam cenną zdobycz na bagażnik samochodu i wyjeżdżam z piskiem opon z fabryki. Dumny jak paw z wymyślonego fortelu i szczęśliwy z faktu, że nie będzie konieczne dzielenie rur na makarony proporcjonalne do udziałów wniesionych przez wspólników, przyjeżdżam do Stalowej Woli. Samochód wygląda z daleka jak wielolufowe działo. Pozostaje jeszcze ,,tylko” wygiąć rury w kształt bomu. Giętarka znajduje się w sadzie u Bronka, a jej zasadniczy ustrój nośny stanowi jabłonka. We trzech, z Antkiem i Bronkiem, gniemy rury. Są sztywne jak cholera. Sapiemy z wysiłku, jabłonka trzeszczy, a Bronkowa krzyczy, że złamiemy drzewo. Trzeba też jeszcze skleić miecz z listew drewna, wytoczyć tuleje, dorobić przegub cardana do masztu i kupić żagiel. Czas wodowania zbliża się szybkimi krokami. Całą zimę rozczytywałem się w podręcznikach windsurfingu i uczyłem surfowania na sucho.
 Wreszcie czas do Janowa Lubelskiego na wodę. Po kilku przepływanych niedzielach zaczynamy powoli czuć bluesa. Antkowi i mnie udają się już kilkudziesięciometrowe ślizgi. Za tydzień wybieramy się wspólnie z Antkiem i Bronkiem na świeżo oddany do użytku zalew w Wilczej Woli. Jesteśmy nie lada sensacją, windsurferów jeszcze w Wilczej nie widzieli. Pływanie idzie nam z Antkiem coraz lepiej, ale Bronek nie bardzo daje sobie radę. Chłopi, jadący drogą wzdłuż zalewu na rowerach, zsiadają z nich i obserwują nas z zaciekawieniem. Gdy podpływam blisko brzegu, jeden z nich krzyczy do mnie:
– Panie! Tam w trzcinach, na prawo, waszego instruktora strasznie wypraskało!
Podpływamy z Antkiem do naszego starszego kolegi, który jest wyraźnie speszony tym, że mu nie idzie. Mówi, że na dziś kończy pływanie, a następnym razem przyjedzie z synami. Tylko ten jeden raz pływaliśmy z Bronkiem. Zaczynamy jeździć do Wilczej Woli regularnie od początku do końca sezonu żeglarskiego. Dołącza do nas już na stałe Wiesiek Brodaty. On także zakończył z sukcesem swój projekt. Zbudował małżeńskie łoże, a deskę kupił. Spotykamy się co weekend w Wilczej, nasze dziewczynki bawią się z dziećmi Antków i Wieśków. Żony też mają wspólne tematy. Jesteśmy naprawdę twardymi zawodnikami. Nikogo z nas nie interesuje już pływanie, gdy pędnik ledwo czuje wiatr i faluje na wietrze jak suszące się prześcieradło. Kiedy przyjeżdżam i takluję nerwowo deskę w obawie, że zaraz przestanie wiać, czuję się jak narkoman przed daniem w żyłę. Nic to, że mój osobisty meteorolog –  Grażyna – uspakaja:
–  Dalej będzie wiać!
–  Gdzie ty się tak spieszysz?
 – Zjedz coś, napij się wody!
 – Przecież, jak będzie wiało, to wrócisz za dziesięć godzin! Już ja to wiem!
To święta –  i tylko – prawda, że gdy wieje, pływam, pomimo, że rąk nie czuję.
Raz po raz mam problemy z zapaleniem ścięgien. Zdarza się, że gdy nagle robi się ciemno
i wszyscy pakują się do samochodów, bo lada chwila lunie deszcz; tylko my z Wieśkiem
i Antkiem czekamy na ten wymarzony ślizg na burzowym wietrze. Najczęściej, gdy pioruny walą wokół, a dotychczasowy silny wiatr zamienia się w ulewę, w strugach deszczu jesteśmy już tylko my. My samotni, my trzej muszkieterowie. Roztaklowujemy błyskawicznie pędniki i mokrzy w piankach wskakujemy do samochodów.
            Już wiem, że to nie chwilowa fascynacja ani sztubackie zauroczenie, ale mocne męskie uczucie do nowej partnerki. Już potrafię rozpoznawać jej odruchy, gdy chwilami wierzga nieopanowana. Już wiem, że jak wejdziemy w ślizg, odczuwamy radość wspólnego obcowania. Gdy jej kadłub wychodzi znad wody, zostawiamy za sobą biały warkocz spienionego kilwateru. Ona odwdzięcza mi się swoistym mruczeniem, pokład drży pod stopami, głucho dudniąc, gdy ślizgamy się i skaczemy po grzbietach fal. Kiedy jest jazda, jaka chcę, żeby była, o żadnym myśleniu o czymś innym niż pływanie nie ma mowy. Jest walka, jest ekstaza, jest fascynacja prędkością, z jaką prujemy po wodzie.
W takich chwilach czuję rozdwojenie jaźni i w głowie sprzeczają się dwa ludziki. Jeden mówi:
– Już dość! – jak się wypieprzysz, może być groźnie. Drugi podpowiada:
 – Co ty? Nie odpuszczaj! – nie wiadomo, kiedy znowu będzie tak wiało.
 Na wszelki wypadek, na ukojenie strachu odruchowo tłukę w głowie zdrowaśki. Podobnie, kiedy z Zygmuntem, ratownikiem GOPR-u, zwoziliśmy z Hali Gąsienicowej kontuzjowanego narciarza w akii.
            Marzy mi się pływanie na morzu. Jednak po wielu pływaniach już wiem, że deska jest za śliska, co może być problemem przy morskim pływaniu. Wyczytałem, że kadłub należy podszlifować, pokryć na nowo żywicą epoksydową i posypać cukrem. Gdy żywica wyschnie, cukier trzeba wypłukać, pokład delikatnie zeszlifować i znowu pomalować żywicą. Obawiam się, że to nie wystarczy. Ulepszam po swojemu technologię, zamiast zwykłego cukru używam grubej rafinady. Nie wypłukuję jej i nie szlifuję pokładu. Deska jest szorstka, czuję się na niej jakbym stał na tarce do jarzyn.
            Chyba w 1986 roku pojechaliśmy z dziewczynami do Bułgarii, do Złotych Piasków. Z podróży typowej dla tamtych czasów pamiętam postoje na granicach. Na granicy ZSRR–Rumunia staliśmy 15 godzin, bo podobno jakiś zbiegły Rusek szukał szczęścia w krainie Nicolae Ceausescu. Dojeżdżamy na miejsce. Kemping, który miał być nad morzem (to był warunek wykupu wczasów), leżał od niego daleko. Zrozpaczony, ale niezrezygnowany jadę szukać rezydenta Orbisu. Gościowi dziwnie spodobał się facet, który przyjechał z Polski z deską na dachu samochodu. Zamienił nam kemping na taki leżący nad samym morzem i pokazał dobre na nim miejsce. Przyszedł późnym popołudniem zobaczyć, jak rozbiliśmy namiot. A tu ani namiotu, ani faceta, który prosił o inny kemping. Zapytał więc Grażynę:
– Co się stało z mężem?
– Poszedł popływać na desce.
– A kiedy wróci?
– Pewnie niedługo, bo za godzinę zacznie się robić ciemno – odpowiada żona pochylona nad betami wyjętymi z samochodu. Odnośnie czasu powrotu miała rację. Zjawiłem się wkrótce, lecz w troszkę innym stanie niż gdy wychodziłem pływać. Na mój widok Grażyna krzyczy:
– Boże, co ci się stało?
Z goleni nóg płynęła mi obficie krew. To przez mój własny wynalazek. Niewypłukana rafinada poharatała mi nogi. Działo się tak, gdy wczołgiwałem się dziesiątki razy na deskę, nie mogąc sobie poradzić z krótką morską falą, z którą pierwszy raz przyszło mi się zmierzyć. Te pierwsze morskie wakacje z deską pamiętam w najdrobniejszych szczegółach z kilku powodów: po pierwsze, wyraźne blizny mam na prawej goleni do dziś; po drugie, niedaleko naszego kempingu był kemping naturystyczny, z którego wypływały w naszym kierunku nagie windsurferki z Czech i Niemiec. Budziły mój szczególny zachwyt, bo nie tylko przepięknie pływały na morzu. Nie mogłem od nich oderwać wzroku, gdy pojawiały się niespodziewanie jak zjawy, nimfy wodne z rozwianymi włosami. Ich opalone, nagie ciała, a zwłaszcza krągłości wpadające w rezonans, gdy pochylone w ślizgu muskały grzbiety fal, fascynowały mnie. Od tamtej pory, gdy ktoś cytuje ideały piękna według Honoriusza Balzac’a: ,,kobieta w tańcu, koń w galopie i fregata pod żaglami”, mam swój osobisty, specjalny, niezapomniany wzorzec piękności w oczach. I po trzecie, rezydent okazał się bardzo fajnym człowiekiem i udzielił mi, jak na owe czasy, niezwykle pożytecznych i w dodatku darmowych korepetycji. Nauczył mnie, jak rozróżniać fałszywe dolary i rozpoznać oznaki świadczące o tym, że wymiana pieniędzy może zakończyć się oszustwem. Bardzo szybko, bo już w drodze powrotnej, w Rumuni miałem okazję pomyśleć o moim dobrym nauczycielu ze szczególną wdzięcznością. Jego porady przydały mi się zresztą w życiu wielokrotnie. Czasy są teraz zupełnie inne, ale myk, przed którym ostrzegł mnie wtedy,  okazał się ponadczasowy. Przeczytajcie, jeśli chcecie i oby Wam się nigdy nie przydał!
Wykład rezydenta Orbisu brzmiał następująco:
            Gdy będzie pan kiedykolwiek przeliczał pieniądze za towar, może zdarzyć się, że będzie brakowało do wcześniej ustalonej kwoty. Niech pan wtedy przeliczy banknoty jeszcze raz, nie oddając ich z powrotem do ręki płacącemu.
A teraz niech pan słucha i to uważnie!
            Jeżeli kupujący położy odliczoną kwotę na książce, notesie lub na portfelu, to powinien to być dla pana sygnał alarmowy, że szykuje panu wałek. Mechanizm oszustwa jest następujący: oszust ma na wierzchu kwotę niższą, niż być powinna. A to po to, żeby stworzyć zamieszanie. Pod spodem, pod portfelem lub notesem, jest drugi plik banknotów, w którym tylko okładki pliku są zazwyczaj prawdziwe, reszta najczęściej jest wycinanką z gazet. Gdy będziecie pan przeliczał banknoty na wierzchu notesu, oszust krzyknie milicja lub jakoś podobnie, aby odwrócić pana uwagę. Gdy spojrzy pan w inną stronę, kanciarz odwróci notes, a pan złapie pieniądze na wierzchu notesu i ucieknie, aby nie wpaść w ręce milicji. Gdy już pan ochłonie po ucieczce, zobaczy pan makulaturę, którą ma w rękach.

Ominęło mnie to dzięki rezydentowi!
 W Rumuni obywatel tego kraju zatrzymał nas, żeby zapytać czy nie mam spodni jeansowych. Tak się akurat złożyło, że miałem. Klient chciał płacić dolarami, które były szmatławo miękkie. Garnitur prezydenta na banknotach nie miał wyczuwalnej pod paznokciem kratki, jak nauczał rezydent. Gostek był wyjątkowo namolny i uparty na kupno. Gdy w pewnym momencie położył kwotę dolarów na portfelu, złapałem go za rękę i błyskawicznie ją wykręciłem. Pod spodem była makulatura pomiędzy jednodolarowymi okładkami. Rumun zareagował polskim: „O, dobry jesteś”.
            Wakacje za nami. Ale na deskę jeździmy w każdej możliwej chwili, czasami gdy prognozy są wietrzne, nawet po pracy.
Na warszawskiej  giełdzie kupiliśmy używanego Poloneza. Był tam ze mną, mój brat Andrzej, tak było bezpieczniej. Na owe czasy to auto, że ho, ho. Niektórzy w pracy przestali wtedy ze mną rozmawiać. Kupiliśmy samochód prawie w całości za pożyczone pieniądze, akonto zapłaty za przyszłe zamówienia na biżuterię ze Spółdzielni Imago Artis. Pamiętam, że miałem straszny sen, po którym obudziłem się cały mokry. Śniło mi się, że złamałem prawą rękę i nie będę mógł pracować. W realu też pojawiły się poważne trudności. Zadzwoniła do mnie mama i powiedziała, że kobieta z działu zamówień Imago nie chciała przyjąć naszej biżuterii, bo jesteśmy spoza województwa krakowskiego. Wszelkie prośby na nic się zdały. Paskudne babsko zrzuciło z biurka położone przez matczysko dokumenty. Mama dzwoniła zapłakana, prosząc mnie:
– Musisz się pogodzić z tym, że nie będziecie już mogli robić biżuterii dla Imago!
– Wcale nie zamierzam się pogodzić ani poddać!
  Biorę urlop i na drugi dzień jestem w Krakowie. Idę na ul. Krowoderską do Imago, aby porozmawiać z prezesem spółdzielni. Nie jestem umówiony, więc wiem, że muszę użyć jakiegoś fortelu, żeby mnie nie odesłano z kwitkiem. Gdy wchodzę do sekretariatu i rozpytuję o prezesa, sekretarka pyta:
– A pan w jakiej sprawie?
– W sprawie segregacji rasowej – odpowiadam.
– Że co?
– W sprawie segregacji rasowej!
– To proszę chwilę poczekać.
Wchodzi prezes.
 – Pani Anno, jest ktoś do mnie?
–Tak, jest ten pan. (Sekretarka boi się wyjawić cel mojej wizyty.)
 – Pan do mnie?
 – Tak panie prezesie!
 – A w jakiej sprawie?
 – W sprawie segregacji rasowej.
Prezes popatrzył na mnie jak na idiotę. Myślę, że chciał się też dodatkowo upewnić, czy jestem trzeźwy. Mógłby pan wejść i dokładniej wyjaśnić o co chodzi, bo nic z tego nie rozumiem. O nic innego mi nie chodziło. Pan prezes wygląda jak fabrykant kiszki, gabinet cały w meblach w stylu Ludwika Filipa. Musiałem go w nietypowy sposób zaskoczyć. Wchodzę do gabinetu i wyjaśniam:
– Podpisałem z pana firmą umowę, zainwestowałem w maszyny i narzędzia. Pański podpis pod umową jest dla mnie gwarancją. (Ta pana firma i podpis, to w ramach pompowania panu prezesowi balona, który widać było, jak rośnie).
– Wszystko było dobrze, dopóki pani Kazimiera nie wróciła z urlopu macierzyńskiego. Teraz nie chce przyjmować moich prac, bo jestem ze wsi – mówię mocnym głosem.
 – Ale jak to? – pyta prezes.
– A tak to! – wyjaśniam…
Pulchny prezes dzwoni do pani Kazi.
– Pan Pietrzykowski będzie z nami współpracował!
– Nie, nie może, bo jest z województwa tarnobrzeskiego! (Baba wydziera się przez telefon).
– Pani się uspokoi. To ja tu jestem prezesem! Na najbliższym zebraniu rozszerzymy obszar działalności spółdzielni.
Pani coś jeszcze wrzeszczy, ale rzut słuchawką wykonany przez Prezesa kończy definitywnie rozmowę.
            Uff! Wróciłem ze wsi do miasta i zostałem uznany za miastowego, poważne kłopoty zostały zażegnane.

            Możemy wrócić do mojej nowej wybranki – deski. Z moją partnerką jesteśmy już bardzo związani, prawie stanowimy jedno ciało. Już wiem, że kiedy jest spełniona, trzyma kurs, nie odpada i nie ostrzy. Taka jazda w długim ślizgu, wibrujący pokład pod stopami i to jej mruczenie podnieca mnie i działa jak narkotyk. Dziobem rzuca lekko na boki, próbuje brykać ku górze jak młody źrebak. To odlot. To chyba coś najpiękniejszego na świecie, zaraz po miłowaniu. Ale im dalej w las, tym więcej drzew. Marzę, aby poznać głębiej tajniki deskowej ,,kamasutry”. W Polsce ma zostać zorganizowany pierwszy kurs dla instruktorów żeglarstwa deskowego. Za pośrednictwem jachtklubu przy hucie mam dostać delegację z HSW.

            Jest koniec września 1988 r. Spełniam warunki przyjęcia na kurs: pływam szósty rok, mam wymagane starty w regatach. Wszystkie formalności mam załatwione i wkrótce wyjeżdżam na Mazury.
            Pierwszy poranny briefing na kursie. Na nim dowiadujemy się, że następnego dnia niektórzy z nas będą mogli już wracać. To nie nastraja optymistycznie. Nazajutrz mamy zacząć od egzaminu wstępnego na wodzie. Myślę sobie: raz kozie śmierć, co będzie, to będzie, ale… spać nie mogę. Za oknem siąpi i jest zimno, w końcu to przecież już październik. Rano trener – instruktor mówi krótko i na temat, i już jesteśmy na wodzie. Jest nas kilkanaście osób, w tym jedna dziewczyna. Płyniemy jak okręty w konwoju, osłonę stanowi nasz trener w motorówce. Ma megafon w ręku, poznajemy pierwsze z jego ulubionych zwrotów:
 – Ciało musi być jak z gumy. Proszę próbować, próbować proszę!

 Instruktor ma koło sześćdziesiątki. Jest z warszawskiego AWF–u,  z Zakładu Sportów Wodnych. Ma ksywę Guma, sam już nie pływa, ale będzie nas trenował przez cały kurs z motorówki.

            Ma dla nas, kursantów, niesamowitą niespodziankę. Jest nią prezenter, który będzie pokazywał, czego mamy się nauczyć na tym kursie. Nasz mistrz jest 19-ty na liście najlepszych windsurferów świata. Ma być trenerem polskiej kadry narodowej i jest na kursie w podwójnej roli, czyli również jako kursant. Nie ma papierów instruktorskich, bo kursów instruktorów windsurfingu dotąd jeszcze w Polsce nie organizowano. Ten nasz jest pierwszy!
            Nasz „pokazomistrz” przyjechał na kurs busem, w którym pełno jest desek rozmaitej wielkości, mnóstwo też rulonów żagli. Jest jeźdźcem fabrycznym firmy Fanatic i „oblatuje” dla nich nowe wzory kadłubów i żagli. Czuję się przy nim biedny jak mysz kościelna, o umiejętnościach nie wspominając. Współcześnie, gdy jestem na targu w Zawierciu i widzę gościa, który sprzedaje dywany i wyjmuje je zrolowane z busa, staje mi znowu przed oczami „oblatywacz” z Mazur.
            Egzamin wstępny za nami. Dwóm osobom, które pływają fatalnie, Guma mówi ,,do widzenia”. Instruktor wraca po nich często motorówką, denerwując się, czy jeszcze żyją. Z daleka można ich rozpoznać po sylwetce sr …jącej antylopy. Zdecydowanie nie mają pojęcia o pływaniu, a te wymagane regaty zaliczyli chyba teoretycznie lub w baliach do prania bielizny. Po pierwszym pływaniu spędzamy drugi dzień nad brzegiem jeziora i wydaje nam się, że Guma gra z nami w gumy i traktuje nas jak dzieci. Chyba zgłupiał lub reumatyzm mózg mu powykręcał. Ręce i nogi można zrozumieć, ale żeby reumatyzm zaatakował głowę, o tym nie słyszałem. Uczymy się chodzić po desce i z niej spadać. Mamy chodzić małymi mikrokroczkami, nie odrywając stóp od pokładu. Mamy je suwać jak japońskie tancerki. Śmieszne, co? A to ci Guma wymyślił.

            Gdyby mi ktoś wtedy, w 1982 roku, w Janowie Lubelskim, tak prosto wytłumaczył, jak mam chodzić po pokładzie, to nie orałbym twarzą wody przez te kilka bitych godzin. Nie wysłuchałbym tylu chamskich komentarzy od ekspertów moczących wędki.
Następne dwie godziny lekcyjne uczymy się spadać bezpiecznie z deski i wychodzić spod żagla. Pędnik ożywiony mocnym wiatrem ma niesamowitą siłę, potrafi przebić kilka warstw laminatu pokładu deski. Wiem to doskonale, bo taką lekcję sam wcześniej odrobiłem. Deskarz, który wpada do wody, musi mieć odruch krzyżowania rąk nad głową, aby ją ochronić przed ciosem bomu. Następna umiejętność na wagę życia: gdy przykryje cię żagiel, to z nim nie walcz, nie próbuj wynurzać głowy nad wodę, gdy jesteś pod nim. Musisz nauczyć się odruchowo odpychać pędnik i wypływać spod niego. To ABC bezpiecznego i długoletniego uprawiania tego sportu. Pływamy codziennie po kilka godzin. Mam jeszcze jeden bardzo poważny problem. Pianka, którą pożyczyłem jest za krótka i tnie niemiłosiernie w… Mam trudny wybór: albo będę śpiewał sopranem lub altem, czyli tonacjami kastratów, albo muszę marznąć. Na wszelki wypadek, gdybym miał się jeszcze przydać Grażynie, wybieram to drugie. Pływam więc w swetrze i sztormiaku. Jest ciepło do czasu wpadnięcia do wody, potem trzęsie mnie z zimna do końca pływania. Gdy któregoś dnia pod wieczór, znalazłem martwą rybkę w kieszeni sztormiaka, poczułem się jak Charlie Chaplin. Nigdy przedtem ani nigdy potem tak nie marzłem, jak wtedy na Mazurach. Kursantów „bezpiankowców” nieplanujących śpiewać altem było więcej. Przyłączyła się do nas też dziewczyna. Ona nie miała nic przeciw sopranowi, ale nie lubiła marznąć.
Po kilku dniach wpadliśmy na genialny pomysł. Przed wyjściem na wodę włączaliśmy w ośrodku saunę i wchodziliśmy do niej w mokrych ubraniach wprost po pływaniu.
 Nocami lał deszcz, nic nie schło, w kościach rypało jak cholera. Już wiem, skąd Guma nabawił się reumatyzmu. Jak tak dalej pójdzie, też w niedalekiej przyszłości będę szkolił wyłącznie z motorówki. Dręczy mnie tylko pytanie: skąd ją wezmę?
Kurs wieńczy egzamin końcowy.

25 października 1988 roku zostałem Instruktorem Żeglarstwa Deskowego, jednym z pierwszych w Polsce. Mój patent ma numer 32. Rozpiera mnie duma! Teraz mogę szkolić innych i przekazywać im tajniki mojego miłowania.
Nazajutrz mam wracać do Stalowej Woli. Po południu wieje 6 w skali Beauforta, jezioro wściekle spienione, przypomina sztormowe morze. Wiatr, jeżeli nie nazwać go wichurą, nie pozwala ustać na nogach. Łamie sylwetki ludzi wpół.
Wieczorem mamy oblewać patenty, ale nasz kursowy sztukmistrz chce sobie jeszcze popływać. Startuje z wody tuż koło pomostu, od którego błyskawicznie się oddala, stając się już tylko małym punktem. Potem wyskok na fali, salto w powietrzu z deską i znów rośnie w oczach. Zbliża się z szybkością kutra torpedowego, ciągnąc za rufą warkocz spienionej wody. Pozostawia za sobą kilwater głęboki, jak świeżo zaorane pole. Robi z deską co chce, nie mogę oderwać od niego wzroku. Jest dla mnie jak mistrz świata Robby Naish.
Już wiem, gdzie raki zimują.
            Wkrótce jednak zaczyna się koło mnie dziać inny spektakl. Powoli na pomoście zaczynają zjawiać się niepełnosprawni, wózek za wózkiem. Oni w tym samym czasie co my, mieli turnus rehabilitacyjny w innej części ośrodka. Patrzą na to, co wyprawia na falach sztukmistrz i nie wierząc w to, co widzą. Stanowię specyficzną klamrę pomiędzy niepełnosprawnymi a mistrzem. Tylko ja o tym wiem i każdego z nich rozumiem. Obserwując ich, tak sobie myślę: Boże, jak ci dziękuję i jak jestem wdzięczny wam wszystkim w domu w Krakowie, że pomogliście mi wstać z wózka. A wszystko przez to, że w czasie szkolnego zimowiska chciałem pobić rekord skoczni narciarskiej, którą sami z kolegami zbudowaliśmy.
            Jest też w tej mojej miłosnej deskowej opowieści pewien element biblijny. Na początku pływania, gdy już zbudowałem swoją własną deskę, pojechaliśmy do rodziców Grażyny do Pińczowa. Deski ze sobą nie wziąłem, nie pamiętam, dlaczego. W Pińczowie, tuż koło Nidy, jest sztuczny zalew, za nim łąki, gdzie współcześnie działa lotnisko. Był słoneczny, upalny i wietrzny dzień. Siostra Grażyny, Ewa, powiedziała, że nad zalewem działa Klub Wodny Kon-Tiki. Na cóż było czekać, pojechałem tam, aby wypożyczyć deskę. To coś, co mi wypożyczono, pierwszy raz widziałem na oczy. Była to deska ze sklejki, wypełniona wewnątrz włókniną, z jakiej robi się kapoki. Wypożyczający sprzęt magazynier, widząc w moich oczach, malującą się niepewność, zapewniał:
– Deska jest w doskonałym stanie, nikt na niej od dawna nie pływał!
Otaklowałem pędnik, spuściłem deskę na wodę, złapałem wiatr i zdążyłem przepłynąć parę metrów. Spod moich stóp dochodził bulgot uchodzącego powietrza. Rozeschnięta deska, jak wielbłąd, gwałtownie piła wodę. Widząc, jak bardzo jest spragniona, zrobiłem szybki zwrot przez rufę i starałem się jak najszybciej dopłynąć do brzegu. Najpierw miałem wodę do kostek, potem do kolan. Z daleka było widać, że szedłem po wodzie…

            Pisząc te słowa w grudniu 2024 roku, mam za sobą trzydzieści kilka lat pływania. Deska towarzyszyła mi na bagażnikach naszych samochodów, jak bukłak z wodą przy pasie wędrowca. Opłynąłem na moich kolejnych wybrankach dwukrotnie Mazury. Płynęły za jachtem na holu, jak ukochany pies idzie na smyczy przy nodze swojego pana. Gdy tylko przywiało, cumowałem jacht i wskakiwałem na deskę. Niosły mnie po falach różnych akwenów, w tym Soliny.

Dwukrotnie żeglowała razem ze mną na spienionym jeziorze Garda. Wcześnie rano, gdy wiał Peler – wiatr z kierunku północnego, zostawialiśmy za sobą wschodni brzeg jeziora. Początkowo żwawo reagowała na zmienny wiatr, do czasu aż ten utrwalił swój kierunek bliżej środka jeziora i przybrał na sile. Brzeg stawał się prawie niewidoczny, zasłaniany przez fale. Garda przypominała rozwścieczone, rozhulane bałwanami morze. Wiedziałem, że mój żagiel 8 m2. jest za duży na takie warunki, ale mniejszego nie miałem. Walka z wiatrem i falą pochłaniała mnie całkowicie, to nie były żarty, ale bój o szaleńczy ślizg na falach i szczęśliwy powrót do brzegu. Byłem maksymalne skoncentrowany na każdej chwili z osobna. Na utrzymaniu się na desce, na przeskoczeniu na następną spienioną grzywę wody i wyciśnięciu
z deski maksymalnej prędkości ślizgu. Pruliśmy po wierzchołkach fal, zostawiając głęboką bruzdę kilwateru za sobą. Wisiałem w trapezie u bomu i plecami parowałem każdy atak wiatru, pochylając pędnik ku rufie. Pędnik złowrogo trzeszczał, gdy zmuszałem go do posłuszeństwa. Jezioro kipiało i syczało wściekłością jak morze w sztormie. Warunki były w okolicach 6 w skali Beauforta. Toczyłem zaciekły bój ze sztormem i sobą. Mój instynkt samozachowawczy walczył z adrenaliną i ekstazą, jaką dawała mi prędkość. Gdy gnany wiatrem, śmigałem w kierunku brzegu, wiatr słabł. Uciszały go wysokie wierzchołki gór południowo wschodniego brzegu jeziora. Gdy wiatr cichł i zmęczony kończyłem pływanie, wychodziłem na brzeg. Potem wygrzewaliśmy się razem w słońcu, patrząc na gładź jeziora, które jeszcze niedawno przypominało wściekle spienione morze. Gdy z jego tafli uszedł gniew wiatru, mamiło słońcem odbijanym od nielicznych zmarszczek na wodzie. Mrużyłem oczy, aby w pamięci analizować najcięższe momenty dopiero co zakończonego boju. Byliśmy sami, samiusieńcy. Nie mogłem o tym opowiadać Grażynie. To z deską dzieliłem mój strach. W ciągu dwóch tygodni naszego pobytu nad jeziorem Garda, gdy solidnie wiało, powtarzałem te nasze szaleństwa wiele razy. 

 Codziennie, gdy mijało południe, zaczynała się nowa odsłona pięknego spektaklu. Zacumowane przy brzegu łódki zmieniały kierunek i stawały się niespokojne. Kołysały biodrami burt, oczekując na młodzieńca, który zwie się Ora i jest wiatrem z kierunku południowego, wiejącym do północnego krańca jeziora. Jest nieco słabszy niż Peler i z uwagi na wysokie góry nie dociera do samego brzegu. Dlatego wymusza pływanie w jeszcze większej od niego odległości.
            Na pewno mocno przeżywała to Grażyna, której sylwetka wraz z postaciami dziewczynek bawiących się na brzegu, stawały się niemal codziennie coraz mniejsze, a potem zapałczanej wielkości, aby zniknąć zupełnie zasłaniane grzbietami fal.
            Swoją pasję starałem się przekazać młodym ludziom. Dwa lata pod rząd,
w czasie wakacji, szkoliłem harcerzy w Sulejowie. Tam były wtedy na obozie nasze córki, Agnieszka i Paulinka – obie zrobiły patenty żeglarskie.
            Minęły lata, nasze dziewczynki stały się kobietami i zaczęliśmy już sami z Grażyną kilkanaście razy po rząd jeździć do „mojej Chorwacyjki”. To piękny kraj, określany: „Małym krajem na wielkie wakacje”. Nie rezerwowaliśmy nigdy wcześniej campingów ani kwater.
            Deska ma swoje specjalne wymagania. Lubi odpoczywać otaklowana tuż nad brzegiem morza, w cieniu namiotu, aby poderwać się do ślizgu, gdy powieje wyczekiwana bryza. Gdy nie powieje, w rezerwie jest rower. To też mój stały towarzysz chorwackich wakacji. Jeździmy razem, odwiedzamy dzikie plaże, które kuszą, aby ponurkować w błękitnej wodzie. W plecaku oprócz wody zawsze czuję na plecach płetwy, maskę i fajkę. Ten często ledwie widoczny brzeg nad jeziorem Garda, rozochocił mnie i odebrał rozum do tego stopnia, że popełniłem największą głupotę w swojej długiej deskowej przygodzie.
            Pewnego dnia, na campingu na wyspie Brač w Chorwacji, panował upał i ani zmarszczka nie postarzała morza. Z nudów lustrowałem je przez lornetkę. Daleko w morzu wypatrzyłem znak nawigacyjny, który z daleka wyglądał jak mała latarnia morska. Żądza jej opłynięcia zmąciła mi rozum. Gdy wypłynąłem w ten poznawczy rejs, a płynąłem już około godziny, odwróciłem głowę, a majaczący gdzieś w oddali brzeg wywołał strach, który wymusił zwrot. Następnego dnia wypłynąłem znowu i jeszcze raz popełniłem ten sam błąd, odwracając głowę. W nocy tajemnicza, tkwiąca w morzu „latarnia” nie pozwalała mi zasnąć. Kolejnego dnia wypłynąłem ponownie, walczyłem ze sobą, aby nie odwrócić głowy. Gdy wróciłem szczęśliwy ze spełnionego rejsu, Grażyna wykrzyczała: ,,Tyś już chyba zupełnie zidiociał! Widziałam chwilami twój żagiel znad fal. Maszt miał wymiar zapałki!”

Nie mam cienia wątpliwości, że moja żona miała rację. Jedynym bardzo słabym, wręcz lichym usprawiedliwieniem dla mnie był fakt, że wiatr wiał od morza w stronę brzegu,
z którego wypływałem.

            Teraz moje deskowe miłowanie nabrało już cech platonicznych. Gdy myślę o swej oblubienicy, to szczerze mówiąc, nie wiem, czym mnie zawojowała. Wielokrotnie chciała się mnie pozbyć, była małomówna, szorstka, ostra i w dodatku płaska jak… deska. A mimo to wciąż, gdy jestem gdzieś nad jeziorem czy morzem i bryza zaczyna znaczyć zmarszczki na wodzie, w myślach ustalam wirtualny kurs. Wybieram miejsce, gdzie zrobić zwrot, a potem następny hals, i znów jestem w świecie, który jest bardzo moim. Grażyna często pyta:
– Czy coś ci jest? W co się wpatrujesz?
Ona na wodzie widzi coś innego. Ja na twarzy czuję wiatr. W pamięci odtwarza się film, którego klatki zapisały tysiące godzin wypływanych na różnych akwenach. Ponownie widzę bliki świateł na wodzie, odczuwam podniecenie, dreszcz i drżenie stóp.

            To, że szczęśliwie mogę dziś o moim miłowaniu pisać, zawdzięczam też Gumie.
Był świetnym instruktorem! A doskonały instruktor uczy odruchów. Gdy coś się dzieje i na myślenie nie ma czasu, to one decydują!

            Niestety, PESEL jest nieubłagany, a liczne kontakty z ortopedami (jakże im jestem wdzięczny za wyniki ich zmagań) sprawiły, że windsurferów mogę jedynie obserwować.

Znalazłem nowe miłowanie – jest nim żeglarstwo morskie. Ani się nie obejrzałem, a sześć tysięcy mil morskich zdążyłem zapisać na swoim logu. Dalej spełniam swoje marzenia i kreuję nowe! Walczę ze sobą – nie chcę zardzewieć!

            Pisząc te słowa teraz, dedykuję je specjalnie mojej żonie, Grażynie. Ona te moje liczne pasje rozumiała, godziła się z nimi i z anielską cierpliwością znosi je nadal, choć na pewno denerwuje się, gdy w kolejnym rejsie wychodzę w morze.

Spieniony kilwater cudnej windsurfingowej przygody pozostał za mną…

 

[1] Co to jest?

[2] To jest rakieta Pershing!

[3] żartowniś

Przejdź do treści