Miała pewne dłonie, gdy eleganckiej pani zawiązywała szaliczek na szyi, wiedźmie poprawiała brodawkę na nosie, a wiewiórce mocniej upinała ogon. Od wielu lat przygotowywanie lalek do spektaklu było dla niej jeszcze przyjemniejsze niż sam występ.
Jej cicho pracujące, zajęte wszystkim naraz ręce znały każdą lalkę lepiej niż ona sama. Zgrabne palce przeciągały igłę z nitką przez materiał rozprutego fartucha babci, poprawiały szwy na ubraniu kominiarza i gładziły z czułością porcelanowy policzek baletnicy. Choć nie wszystkie miały dziś wystąpić, wszystkie były gotowe.
Tylko wilk leżał jeszcze z otwartym, drewnianym pyszczkiem na blacie wysokiego stołu. Z tą samą cierpliwością wsunęła patyczek w miejsce, gdzie co kilka występów wypadał kieł, aby go zamocować. Nigdy nie używała kleju. Nie potrafiła przekonać się, by wlać chemiczną substancję do środka jego paszczy.
W pracowni stało duże lustro, w którym mogli przeglądać się razem — ludzie i lalki. Trzymając wilka, sprawdzała, czy futro błyszczy, jak powinno. W końcu to miał być jego wielki dzień, bo wystawiano „Przygody pełni księżyca”.
Wtedy spojrzała na swoje odbicie. Jedną ręką dotknęła ust, jakby chciała je ustawić, wyrównać, przywrócić coś, co nie chciało już wrócić. Od tamtego dnia, już zawsze jedna strona twarzy nie nadążała. Była gładka, zastygła, nieruchoma. Zupełnie jakby jeden z policzków miała z porcelany.
— Ach, jak pani się z nimi… — zaczęła pani Krystyna, z którą znały się od lat, choć nigdy nie poczuły się na tyle sobie bliskie, aby przejść do mówienia do siebie po imieniu. — Z widowni tego i tak nie widać. To tylko lalki… — dodała ciszej, urywając zdanie, jakby nie chciała sprawić przykrości jego zakończeniem.
— Więcej niż lalki — westchnęła, wciąż wpatrzona w odbicie wilka w lustrze.
Po chwili pani Krystyna powtórzyła już ciszej:
— Coś więcej niż lalki…
Znała je wszystkie. Każdy szew i drobiazg do poprawienia, nawet gdy był jeszcze zbyt mały, by reagować, ale już widoczny, jak blaknące rumieńce na policzkach krasnali.
W rzędzie siedziały zaczarowane postacie zwierząt i ludzi z mitów i baśni. Te, które dziś nie występowały, ustawiała starannie na półkach twarzami do wnętrza pomieszczenia. Wszystkie miały spokojne, nieruchome oblicza, jakby nic ich nie dotyczyło. Jednak pozostało jedno puste miejsce.
Kota w garniturze już w teatrze nie było. Pewnego wieczoru, po jednym z występów, zniknął i nikt nie potrafił powiedzieć, co się z nim stało. Lalkarka zostawiła dla niego fragment półki, który wcześniej zajmował. Czasem zatrzymywała się przy niewypełnionej przestrzeni, jak gdyby kiedyś miał wrócić.
— Czy mogłaby pani ściszyć radio?
— Zupełnie nie wiem, jak pani może nie interesować się światem. Zwłaszcza teraz, w takich czasach!
Nie miała nic przeciwko muzyce, ale nie mogła znieść wiadomości. Głos spikera podającego kolejne smutne lub straszne przypadki, jakby były interesujące, lecz pozbawione znaczenia, sprawiał, że chciała usiąść obok lalek i zastygnąć w bezruchu. Zresztą tylko wśród nich była naprawdę szczęśliwa.
Gdy wróciły do garderoby po udanym występie, pierwszą, która zauważyła, że coś może być nie tak, jak powinno, była pani Krystyna. Ocierając pot z czoła, westchnęła:
— Och, zostawiłam radio włączone… — dodała po chwili. — Ale zaraz, one tak zawsze? — wskazała na rządek lalek w nieładzie. — Nie myśli pani, że żyją własnym życiem?
Wcale nie była tego pewna. Zatrzymała się przy jednej. Rzeczywiście były jakby porozkładane, wzburzone. Pamiętała dobrze, że jak zawsze zostawiła je w równym porządku. Teraz ich ręce zachodziły na siebie, niektóre miały głowy oparte na innych, a nogi większości zamiast spoczywać spokojnie, były rozrzucone w nieładzie.
— Ja tego nie zrobiłam — powiedziała pani Krystyna, jakby broniąc się na wszelki wypadek. — Może przeciąg.
Choć ciężko było uwierzyć, że lalki zostały rozrzucone przez wiatr, po prostu je poukładała. Nie był to pierwszy raz, gdy zauważyła, że wcale nie są tak nieruchome, na jakie wyglądają.
Niedługo później, jak zwykle po spektaklu, pani Krystyna przebrała się, spakowała torebkę i wyszła, sprawiając wrażenie, że ucieka. Lalkarka również miała wyjść, gdy wzdrygnęła się na dźwięk radiowego głosu, znów podającego najnowsze wiadomości. Wtedy kątem oka zauważyła, jak smutna dama mrugnęła oczami.
Wtem zwróciła uwagę, że jedna z nich poruszyła ręką, inna tupnęła nogą, chociaż patyczki i sznurki odchodzące od ich ciałek wcale nie były poruszane. Miała wrażenie, że czarownica również zareagowała na dźwięk głosu spikera, a osiołek wstrząsnął głową.
Wraz z kolejnymi wiadomościami z radia coś zmieniało się w ułożeniu każdej z lalek, chociaż samej chwili zmiany nie widziała. Głos podnosił się i opadał, a z nim zmieniały się ich twarze — napięte, skupione, jakby słuchały. Gdy zapadała cisza, znów były spokojne.
Prędkim ruchem wzięła radioodbiornik, wyniosła go na śmietnik i postanowiła stanowczo zakazać włączania wszelkich wiadomości przy lalkach, które potrzebują spokoju. Zwłaszcza w takich czasach. Gdy wróciła z zaplecza, zauważyła, że Kot w garniturze siedzi spokojnie na swoim miejscu i wcale nie zdziwiła się jego powrotem.
Wzięła go na ręce i mocno przytuliła. Spojrzała w lustro. Jej własny kącik ust opadał tak samo jak koci policzek z wąsami. Spróbowała go poprawić, jak zawsze, palcami, delikatnie. Poczuła radość, że był tak samo miękki jak materiał lalek.