Byłem albatrosem królewskim – sylwetką rozpiętą nad światem. Czytałem w falach i bezkresie wód jak w starożytnych mapach. Szybowałem majestatycznie, pozwalając oceanicznym pasatom unosić mnie niczym pieśń śpiewaną przez błękit. Czułem moc skrzydeł i wolność podniebnego wzlatywania.
Moje szczęście stopniowo przysłaniały cienie rzucane przez klan. Współplemieńcy krytykowali to, co we mnie najwłaściwsze: indywidualny styl lotu, sposoby łowieckie, a nawet rozpiętość skrzydeł, które były moim naturalnym prawem natury. Z poszumem wiatru docierały do mnie bezlitosne szepty, a jarzmo ocen krępowało ruchy i odbierało lekkość lotkom. Moje wewnętrzne pisklę kurczyło się z bólu. Coraz trudniej było mi cieszyć się życiem niezależnego ptaka.
Ciężar ich słów przygniatał jak kamień, zmuszał do złożenia skrzydeł i wylądowania na ziemi. Osiadłem na wydmie, a wraz z pierwszym dotknięciem piasku przemieniłem się w człowieka. W nowym ciele nie radziłem sobie z odcieniami i bezmiarem emocji. Z czasem pogodziłem się z tym doświadczaniem, zaakceptowałem swoją obecność w świecie ludzi.
Wciąż jednak spoglądałem w niebo i tęskniłem do poprzedniego życia – do bycia królewskim albatrosem.
Aż pewnego dnia poczułem lekkość i ponownie stałem się ptakiem. Poszybowałem wyżej niż kiedykolwiek, ponad mleczne chmury. Otoczyli mnie skrzydlaci towarzysze, wolni od ocen, bo ja sam stałem się inny – świadomy, zakotwiczony w miłości do siebie.
Wtedy ktoś z rodziny stwierdził: „Nie sztuka latać wyżej – sztuką jest stać się samym lataniem”. Wskazał na jednego z nas, który zalśnił, przemienił się w kulę czystej energii i z prędkością światła zniknął za horyzontem, jakby wracał do źródła wszelkiego lotu.