+48 736-84-84-44

Biała zagłada

Winda najpierw wydała z siebie serię dziwnych odgłosów, raczej niepokojących niż przywołujących nadzieję, choć przypominały bardziej konający jęk maszyny niż normalną pracę urządzenia. Po sekundzie rzępolenia ruszyła ślimaczym tempem w górę. Jej podejrzane piski aż zgrzytały w uszach, przypominając, że to ustrojstwo ledwo zipie. Była to winda towarowa, teoretycznie wyłączona z użytku, przerobiona prowizorycznie w miejsce przewozu „specjalnych” dostaw…

Długonoga blondynka w krótkiej, srebrzystej sukience utkwiła wzrok w lustrze, raz po raz zerkając na migający licznik kolejnych pięter. Każda zmieniająca się cyferka budziła w niej narastający lęk. Podświadomie zaciskała dłonie, mimowolnie szukając oparcia w metalowej poręczy. Miała wysiąść na ostatnim piętrze, a zważywszy na tempo windy, czekało ją kilka niepotrzebnie długich minut rozmyślań. Wspomnienia i paskudne obrazy napływały teraz same, jak złośliwy program bez opcji wyłączenia.

Została w końcu wybrana na dzisiejszą „damę do towarzystwa” dla syna Głównego Generała, człowieka de facto rządzącego całym Miastem. Brzmiało to prestiżowo, ale wcale jej nie uspokajało. Otucha? Cóż, raczej nie…

Biała była świetnie wyszkolona w swoim fachu – fachu dziwki. Jako mała dziewczynka została ,,uratowana” z ulicy. Oficjalnie – żeby pomóc, dać warunki do życia; w praktyce – stała się własnością opiekunek. Nie miała wyboru, więc przyjęła układ: bezwzględne posłuszeństwo za namiastkę bezpieczeństwa i dach nad głową.

To, co szumnie nazywano „treningiem”, było w gruncie rzeczy brutalną tresurą – wyniszczającą psychikę dziecka. Białej od początku wmawiano, że robi postępy, że jest wyjątkowa. Po latach zrozumiała, że chodziło głównie o ukształtowanie jej ciała i umysłu tak, by stała się towarem klasy premium. W końcu wyrosła na piękną kobietę o nienagannej sylwetce, idealną do usług dla bogaczy.

Kabina gwałtownie szarpnęła, głośno zgrzytając mechanizmami, wyrywając Białą z ponurych rozważań. Myśli od razu powędrowały do obecnego klienta.

Ayan – syn największego Generała – zasłynął w wielu ekskluzywnych domach publicznych jako brutal. Niektórzy twierdzili, że to przesada, lecz Białej wystarczyło spojrzeć na Nicki, koleżankę po fachu, która poprzedniego tygodnia ledwo wyszła z podobnej „usługi” żywa. Jej zapuchnięte oczy i posiniaczone ciało pokazywały jasno, że mają do czynienia z sadystycznym brutalem.

Gdyby właścicielka szanowała bezpieczeństwo dziewczyn, zapewne wycofałaby je ze zleceń dla tego oszołoma. Niestety, zimna i pazerna zwierzchniczka wychodziła z założenia, że żaden pieniądz nie śmierdzi. Ba, chciała nawet ugrać jakiś rodzaj stałego kontraktu, dlatego teraz posłała właśnie Białą, swoją najlepszą „uczennicę”, która miała zachwycić jedynego syna przywódcy Miasta.

Winda zatrzymała się z przeciągłym piskiem. Drzwi rozsunęły się ospale, wypuszczając Białą na korytarz. Rozglądając się dookoła, upewniła się, że nikogo tu nie ma. Wzięła głęboki wdech i ruszyła przed siebie. Tak dotarła do niewielkiego przedsionka, w którym stało dwóch ochroniarzy. Nie odezwali się, nie zadawali pytań. Jeden z nich  nacisnął tylko przycisk, by otworzyć drzwi do kolejnego pomieszczenia. Kobieta wygładziła odruchowo sukienkę i weszła do środka. Po chwili stanęła w półmroku sporego pomieszczenia oświetlonego tylko gdzieniegdzie mdłym światłem e-świec.

Na środku czekał on – Ayan. Siedział na kanapie za niewielkim stołem, w rozpiętej koszuli, sącząc jakiś trunek ze smukłego kieliszka. Blond włosy i stalowe oczy nadawały mu zimny drapieżny wyraz. Przeszywające spojrzenie mierzyło Białą od stóp do głów, jakby oceniał jej możliwości. Stanęła w wyuczonej pozycji, pozwalając mu na to. Uśmiechnął się, najwyraźniej zadowolony z tego, co widzi.

– Biała, tak? Słyszałem o tobie. Proszę, podejdź bliżej – rzucił szarmanckim tonem, a zaraz po tych słowach drzwi za dziewczyną zamknęły się z sykiem. Biała drgnęła, zaciskając usta, gdy uświadomiła sobie, że oto została pozbawiona możliwości ucieczki.

– Usiądź, napij się i powiedz coś o sobie. Wy… wy kobiety z Miasta macie zawsze takie fascynujące życia, nie to, co ja.

Mówił nieprzyjemnie słodkim głosem.

Skinieniem ręki zaprosił ją do stołu. Nie miała ochoty do niego podchodzić, ale mimo to jej długie, zgrabne nogi poniosły ją do przodu.

„Rób zawsze to, co każe klient” –  brzmi pierwsze i najważniejsze przykazanie w tym fachu. Swoista instrukcja przeżycia. Byle tylko nie zdradzić własnych emocji. Mógł ranić jej ciało, bo za to zapłacił, ale nie powinien sięgnąć jej duszy.

– Dziękuję, nie przywykłam do takiej ogłady – odezwała się tonem lekkiej kokieterii.

Rzuciła mężczyźnie zalotne spojrzenie i przycupnęła na kanapie. Dokładnie w takiej odległości, by nie naruszyć jego osobistej przestrzeni, a jednocześnie nie wyglądać na przerażoną. Nicki musiała chyba przy nim rozkleić się emocjonalnie i skończyło się to tragicznie. Prawdziwi sadyści – tacy jak Ayan – podniecają się cierpieniem ofiary. Szukają w niej najgłębszych lęków. To dlatego teraz pytał o jej historię. Chciał złamać ją w środku.

Nieważne, ile luksusu i forsy można zgarnąć w tym fachu, na końcu i tak zostaje się brudną dziwką – taką samą jak każda inna prostytutka czy tzw. playgirl. Nazewnictwo niczego nie zmienia, upokorzenie pozostaje.

Biała przełknęła łyk alkoholu, choć miała wrażenie, że jej gardło jest zaciśnięte jakimś potrójnym węzłem.

– To twoje imię… Biała? – Ayan przeciągnął każdą sylabę, po czym uniósł brew z kpiącym uśmieszkiem. – Słyszałem już różne pseudonimy w waszym fachu, ale akurat „Biała” brzmi jak nieśmieszny żart. Matka ci je nadała?

– Niezupełnie – odparła spokojnie, choć czuła, jak serce wali jej coraz szybciej. – A co cię w nim tak śmieszy?

Ayan wykrzywił wargi, odsłaniając białe zęby w ironicznym uśmiechu.

– Bawi mnie, jak ludzie rodem ze ścieku próbują podnieść własną wartość przez taką pseudo- ,,czystość”. Biała… Zawsze mnie to fascynowało. Człowiek taki jak ty rodzi się w błocie, a potem myśli, że wystarczy zmienić ksywę, żeby stać się kimś lepszym.

,,Człowiek taki jak ty” – prostytutka przełknęła gorycz tych słów i uśmiechnęła się promiennie.

– Nie ja wybierałam sobie imię – mruknęła, próbując obrócić wszystko w żart, ale głos jej zadrżał. Siedziała na kanapie, jednak cały jej umysł, każdy zmysł – wzywał  ją do ucieczki.

– No dobra, dość – odparł syn Generała, wolno wstając ze swojego miejsca. Na jego twarzy pojawił się błysk drapieżnej ekscytacji. – Ładna jesteś, pewnie marzysz, że uwiedziesz jakiegoś fagasa i wyciągniesz z niego kasę, co? Ha, znam takie jak ty. Chcesz poczuć, jak to jest być naprawdę kimś? Kimś lepszym niż zwykły rynsztok?

Biała już miała na końcu języka gładkie słowa, by odmówić, nie urażając klienta, jednak zanim zdołała zaprotestować, Ayan bezceremonialnie usiadł obok. Przysunął twarz do jej ucha, a ona poczuła mocny zapach alkoholu i jakiejś ostrej woni – ,,miętówki” – ulubionego narkotyku bogaczy w Mieście.

– Patrz, nawet tu widać, że jesteś śmieciem.

Zaśmiał się cicho, uderzając palcem w niewielkie gniazdo, które miała w uchu. Większość ludzi w Mieście wykorzystywała tego typu porty choćby do drobnych implantów czy prostej łączności. Prostytutki posiadały nośniki z pustymi slotami, aby klienci mogli wgrywać im zachowania, których pożądali.

– Takie modele jeszcze istnieją? Skąd ty to wzięłaś? Z muzeum? Ja byłem bardziej zaawansowany już w przedszkolu… Ale może się uda. Chcesz spróbować poczuć się kimś lepszym, co mała?

– Nie – kobieta  usiłowała się wyswobodzić, czując, że coś jest naprawdę nie w porządku.

– Bez zezwolenia…

– O właśnie. Bez mojej zgody… – Ayan zadrwił i nie puszczając jej ramienia, drugim ruchem sięgnął do własnej głowy, tuż za małżowiną. Coś zaświstało i w jego palcach mignął nieduży chip, lśniący kilkoma migotliwymi diodami.

– Kto powiedział, że potrzebuję czyjejś zgody? – Przestań, co ty wyprawiasz? – Biała wyczuwała śmiertelne zagrożenie. Zrobiła gwałtowny ruch, lecz mężczyzna był silniejszy. Przytrzymał ją, a potem niemal przygwoździł do oparcia kanapy. Jego kolano zaczęło wbijać się w materiał spódnicy tuż przy jej udach.

– Dam ci zasmakować lepszego życia.

Zaśmiał się ponuro Ayan.

– Poznasz największe tajemnice tego Miasta. Wystarczy zobaczyć, co kryje się w czyjejś głowie… w mojej głowie.

Zanim zdołała zaprotestować, poczuła zimny, metaliczny nacisk w okolicy własnego portu. Chip kliknął z cichym trzaskiem – i nagle blondynkę przeszył ostry ból. Miała wrażenie, że ktoś wwierca rozgrzane ostrze bezpośrednio w jej czaszkę.

– Aaaaa! – wydała z siebie stłumiony krzyk, automatycznie zginając się wpół. Ręce wbiła w ramię Ayana, ale on nawet nie drgnął. Wpatrywał się w nią tylko z chorą fascynacją.

– Odpręż się, Biała. Jeszcze ci się spodoba – powiedział kpiąco. – Jeśli twój mózg się nie usmaży do końca…

Ostatkiem sił próbowała zapanować nad oddechem. Przed oczami miała plątaninę migoczących cyfr, chaotyczne obrazy – obce wspomnienia, strzępy danych. Całe jej ciało zaczęło drżeć konwulsyjnie, a z ust wypłynął cichy jęk. Ból rozsadzał czaszkę, a w gardle czuła metaliczny posmak krwi. Śmiejąc się cicho, mężczyzna oblizał wargi. Przysunął się jeszcze bliżej, szepcząc jej do ucha:

– Widzisz? Mogłabyś być kimś więcej niż tylko gównem ze slumsów. Teraz masz w tej ślicznej główce dane warte fortunę, a i tak nie zdołasz ich nikomu wyznać – twój umysł zaraz się zagotuje.

Gdzieś w tym wszystkim Biała czuła, że traci świadomość, zapada się w czarny wir wirujących liczb, wyrwanych z kontekstu planów, wojskowych projektów i obcych wspomnień. Nawet jej płuca nie mogły złapać oddechu. Nie bacząc na to, mężczyzna jedną ręką zaczął rozpinać sukienkę, mrucząc z zadowolenia.

Ayan przycisnął kobietę mocniej do oparcia kanapy. Czuła, że się dusi. W zamroczeniu nawet nie potrafiła ocenić, czy to już realny ból, czy efekt makabrycznego odrętwienia. Strumień danych, obrazów i cyfr – zapisanych gdzieś w tym cholerstwie, które wepchnął jej do portu – wciąż iskrzył za powiekami, przez co nie mogła skupić się nawet na najprostszej myśli. Słyszała własny przyspieszony oddech i czuła ocierającą się o jej udo dłoń Ayana, która przesuwała się coraz wyżej, wślizgując się bez pardonu pod kusą sukienką.

– Mogę tu z tobą zrobić wszystko, zdajesz sobie z tego sprawę? – zachichotał ochryple, zsuwając cienki materiał majtek na bok.

Kobieta zadrżała, gdy poczuła, jak dopada jej najbardziej intymnego miejsca. Jej ciało reagowało jak w transie, bezwiednie, nie wiadomo czy to bunt, czy paraliż. Była dziwką – w teorii znała to wszystko od podszewki, lecz teraz nie miała nawet kontroli nad własnym umysłem.

– Nieźle, jeszcze żyjesz, co? Może nawet jesteś świadoma. Tym lepiej – wyszeptał obleśnie, pochylając się nad nią tak, że jej policzek otarł się o szorstki materiał jego koszuli. W nozdrza znów uderzył ją zapach narkotyku oraz wina, którego Ayan musiał wypić sporo. – Cóż, niestety, ta historia nie ma happy endu. Nawet jeśli jakimś cudem przetrwasz to, co ci zrobię… i tak skończysz z kulą w głowie za kradzież tajnych danych wojskowych – parsknął drwiąco. – Biedna, nic nieznacząca suka…

Zamrugała gwałtownie, oszołomiona i półprzytomna. W głowie wciąż pędził niekontrolowany ciąg liczb i rozmazanych scen wojskowych projektów. Biała desperacko chciała się skupić, ale jedyne co czuła, to wdzierające się między jej uda palce Ayana i narastający szum w uszach. Spróbowała się im oprzeć.

Mężczyzna ryknął gniewnie i chwycił prostytutkę za ramię, po czym cisnął nią z całej siły o ziemię, jakby była szmacianą lalką. Biała runęła na podłogę, lądując na brzuchu. Nawet nie zdążyła jęknąć, gdy Ayan przygwoździł ją własnym ciałem.

– Pokażę ci, dziwko, że upadek może nie mieć końca… – wyszeptał tuż przy jej uchu, nadzwyczaj spokojnym głosem.

Tym razem ból w głowie oraz wżynające się w jej skórę dłonie faceta mieszały się z oszałamiającymi wizjami kodów i wojskowych plików.

Wtem za drzwiami rozległy się krzyki oraz wystrzały z broni. Ayan poderwał głowę, gwałtownie napiął mięśnie i syknął:

– Co do chuja…?!

Na korytarzu rozległ się głośny trzask wyważanych drzwi, po czym do pomieszczenia wkroczył wysoki mężczyzna o nienaturalnie pięknej twarzy. Nad jego głową unosiła się jasna, pulsująca aureola – w rzeczywistości emiter pola ochronnego, który odbijał drobinki kurzu i migotał w półmroku. Długowłosy szatyn miał na sobie jedynie obcisłe spodnie i dopasowany top, odsłaniający umięśnione ramiona i zarysowany sześciopak na brzuchu. Wyglądał jak typowy macho z okładek holograficznych romansów.

– Zawsze chciałem zagrać rolę rycerza, który ratuje damy z opresji. Tylko zamiast rumaka mam glocka – powiedział z kpiącym uśmieszkiem. Nim Ayan zdążył przekręcić głowę, intruz uniósł broń i pociągnął za spust.

Pocisk śmignął przez pokój, trafiając syna Generała w nogę. Ten wrzasnął, puszczając Białą z impetem i zwijając się na podłodze. Próbował doczołgać się do stolika, na którym zapewne leżała kolejna broń, ale Anioł doskoczył do niego jednym długim susem.

– Raczej nie dziś, kolego – wymamrotał zimno, wycelowawszy wprost w pierś mężczyzny. Potem wystrzelił ponownie.

Tym razem Ayan nie zdołał już krzyknąć – zacharczał, próbując jeszcze coś powiedzieć, lecz żywotność uciekała mu z oczu. Opadł na bok, tuż obok roztrzęsionej Białej, aż w końcu znieruchomiał.

Kobieta z trudem łapała oddech, wciąż czując na skórze ciężar, jaki przed chwilą przygniatał jej ciało. Chciała wstać, choćby czołgać się, uciec w kąt, ale za każdym razem, gdy próbowała choćby skupić wzrok, z ukrytego w uchu chipa napływała kolejna transza bólu. Zalewała ją gorąca fala przepalających się danych. Miała wrażenie, że mózg jest rozgrzaną do czerwoności płytą, która za chwilę pęknie.

Kątem oka zdołała zobaczyć, jak Anioł – wciąż z tym drwiącym uśmieszkiem – pochyla się nad Ayanem, sprawdzając, czy ofiara faktycznie przestała oddychać. Potem skierował spojrzenie na nią. Jego błękitne źrenice były piękne… I zarazem zimne jak lód.

Biała czuła, że traci kontrolę nad własnym ciałem, a oślepiająca jasność wokół aureoli intruza zaczynała zlewać się z mrowieniem i wirującymi cyferkami, które kłębiły się wewnątrz jej głowy. Nie była pewna, co stanie się za sekundę – czy ją też dobije, a może zemdleje pierwsza, albo też wreszcie jej świadomość spłonie zupełnie razem z obcymi danymi.

– Ale kaszana… – mruknął przybysz, zaglądając Białej w oko, jakby próbował ocenić stan jej źrenic. Na jego twarzy odbijała się nadal ta mdła, anielska aureola, tyle że teraz, z tak bliska, widać było, że to rodzaj zaawansowanego projektora chroniącego nosiciela przed pociskami i atakami sensorycznymi. – Stary chip portu 3235XX1000 wgrany w taki sposób do AI-213? Co za psychopatyczny pomysł. Że też tacy zwyrodnialcy rządzą tym światem…

Biała spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek. Mężczyzna wyglądał zdecydowanie zbyt dobrze, by uchodzić za naukowca: muskularne, odsłonięte ramiona, przyjemna, wręcz modelowa twarz. „Anioł” – pomyślała zaćmionym umysłem, słysząc poszum jego pola ochronnego. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa, dygotała w konwulsjach od przeciążenia chipsetu.

– Spokojnie, jestem doktorem, a właściwie profesorem. Przepraszam, że nie jestem w białym kitlu, ale nigdy nie lubiłem schematyzacji – oznajmił, sprawdzając puls na jej szyi. – Nazywam się profesor Origo. Tak, wiem, brzmi to mało przekonująco przy takim wyglądzie. Cóż, cuda cyber-inżynierii. Chodź, skarbie, musimy cię szybko odłączyć od tego syfu, zanim usmaży ci mózg.

Biała nie reagowała na jego słowa, tłumiła jedynie ciche jęki, jakby niewidzialny prąd co sekundę wstrząsał jej ciałem. Gdzieś w zakamarkach umysłu wciąż rejestrowała liczbowe sekwencje, które płonęły pod czaszką, próbując przepisać się na jej układy nerwowe.

– Aj, aj… Wytrzymaj jeszcze moment – mruknął Origo, biorąc ją na ręce z zaskakującą łatwością. Przeszedł przez korytarz w stronę dużych, przeszklonych drzwi prowadzących na balkon, jakby w ogóle nie zwracając uwagi na trupa Ayana i chaos w apartamencie.

Zimne powietrze nocnego Miasta musnęło twarz Białej, kiedy przekroczyli próg. Na balkonie czekał pojazd przypominający podniebną taksówkę – tyle że miał kształt aerodynamicznej kropli i wydawał się bogatszy w różnokolorowe panele oraz wskaźniki niż zwykłe autonomiczne drony. Origo jednym gestem otworzył boczne drzwi, a wnętrze zaświeciło dyskretnymi światłami.

– Pospieszmy się – rzucił pod nosem, układając półprzytomną Białą na tylnym siedzisku, po czym sam wskoczył za ster. Komputer pokładowy zaszumiał cicho, dając znak gotowości. – Naprawdę nie chciałbym, byś wykitowała, zanim nie wydobędę cię z tego chipowego więzienia.

Maszyna oderwała się płynnie od posadzki balkonu, a potem błyskawicznie wzniosła się w górę, ignorując wszelkie obowiązujące w Mieście przepisy o ruchu na powietrznych autostradach. Światła i panoramy nocnych wieżowców mignęły za szybą, gdy pojazd pomknął dalej z prędkością, od której nawet wprawionym pilotom mogło zakręcić się w głowie.

Biała poczuła jednak tylko kolejne ukłucie bólu, rozchodzące się od portu przy uchu. Była na skraju przytomności – nie mogła mówić, nie mogła walczyć, pozostawało jej jedynie odruchowe zaciśnięcie palców na krawędzi fotela i zdanie się na nieznanego anioła o nazwisku Origo.

Kobieta raz po raz traciła przytomność. Miała wrażenie, że jej świadomość błądzi gdzieś między dwoma światami – chaosem rozżarzonych danych a złowrogą ciszą własnego organizmu. Krótkie przebłyski przytomności łapały ją w najmniej spodziewanych momentach.

Najpierw czuła gwałtowny podmuch mroźnego powietrza: może wylatywali ponad wieżowce, tam, gdzie wicher hulał swobodniej? Potem urywek innej sceny – jarzeniowe, sterylne światło i pospieszne kroki, odbijające się echem w metalowym korytarzu. Czyjś głos, matowy, zduszony… nie była pewna, czy to profesor Origo, czy ktoś jeszcze.

Z każdym kolejnym zrywem jej ciało odcinało się coraz mocniej, jakby nie chciało przyjąć do wiadomości tego, co się dzieje. A w głowie nadal kłębiła się mordercza plątanina liczb, rozgrzanych, jak płonące odłamki kodu. W końcu jednak strumień danych osłabł i powoli zaczął całkiem cichnąć. Zapanowała ciemność.

Z ciemności wyłonił się tunel: odległe, nierzeczywiste światło kojarzące się z granicą bytu i niebytu. Biała płynęła ku niemu, rozdarta, czy to sen, czy jej ostateczny koniec. Kiedy już zaczynała mieć pewność, że po drugiej stronie znajdzie spokój, nagle brutalny podmuch wyrwał ją z tego pół-snu, pchnął wstecz, jakby wstrząsem defibrylatora.

Kobieta czuła, jak rzuciło nią w stronę bólu, ciężaru i chłodu realnego świata. Szarpało jej klatką piersiową, jakby ktoś na siłę wtłoczył powietrze w płuca. Oczy kobiety otworzyły się gwałtownie, rozszerzone ze strachu i dezorientacji. Zapach sterylnego powietrza uderzył w nozdrza, a tuż obok usłyszała miarowy syk urządzeń do pomiaru funkcji jej ciała.

Biała spróbowała skupić wzrok. Przez moment wszystko było rozmyte, jakby patrzyła przez mgłę, lecz po chwili kontury nabrały ostrości. Znajdowała się w ogromnej grocie – skalne ściany ciągnęły się wysoko ponad głowę, a ich chłód kontrastował z potężną ilością technologii, która zdawała się wyrastać wprost ze skał. Mimo tej surowej scenerii wewnątrz panowała jasność – mnóstwo lamp i jarzących się paneli zalewało przestrzeń chłodnym blaskiem.

Przed wielkim monitorem, ustawionym na masywnej konsoli w samym centrum laboratorium, stał profesor Origo. Rozpoznawała jego sylwetkę po ścięgnistych ramionach i pewnym, sprężystym sposobie, w jaki się poruszał. Teraz był do niej odwrócony plecami, zgarbiony nad panelem, jakby pracował intensywnie. Gdzieś w pobliżu migotały holograficzne ekrany, naszpikowane danymi.

Biała zauważyła, że jest zupełnie naga, a jej skóra była wolna od brudu czy śladów upokorzeń sprzed kilku godzin. Jedynie na posadzce, parę kroków od łóżka, zauważyła kilka kropel zaschniętej krwi, które nie pasowały do sterylnej bieli całego wnętrza.

Wokół poruszało się kilka humanoidalnych robotów – przypominały ludzi w skórzanych kombinezonach, ale przy bliższym spojrzeniu widać było syntetyczną powłokę na twarzach i precyzyjnie zsynchronizowane ruchy. Ignorowały jej obecność, skupione na swoich zadaniach: jeden przytwierdzał do ściany jakieś rury, drugi przekazywał metalowe probówki stacji laboratoryjnej.

Biała powoli unosiła się z łóżka, czując w ciele osłabienie i nieprzyjemne mrowienie. Pewnie jakieś środki znieczulające – przebiegło jej przez głowę, lecz od lat była uodporniona na rozmaite narkotyki i dopingujące mikstury, więc wciąż mogła trzeźwo myśleć.

Krok za krokiem, ostrożnie, zsunęła się na chłodną podłogę, rozglądając się wokół. Nikt nie zwracał na nią uwagi, a Origo nadal wystukiwał coś na klawiaturze – głównie komendy, które pojawiały się na wielkim monitorze w postaci długich ciągów znaków.

– Alfa, poproszę raport aktualnego stanu uzbrojenia typu G – powiedział nagle, podnosząc głos, by przebić się przez monotonny szum urządzeń. – Dzięki chipowi bękarta Generała uzyskaliśmy dostęp do niemal wszystkich kluczowych baz danych… – dodał z zadowoleniem.

Ton profesora był spokojny, wyrachowany. Nie zdawał się przejmować tym, że Biała właśnie odzyskała przytomność. W tej chwili największą uwagę poświęcał tajemniczemu systemowi zwanemu „Alfą” – i informacji o broni, którą wyraźnie zamierzał wykorzystać.

Biała otworzyła oczy szerzej. Świat wokół niej był rozmazany, jakby umysł wciąż próbował zsynchronizować obraz z rzeczywistością. Najpierw dostrzegła światło – intensywne, ale nieoślepiające. Miało inny charakter niż neonowa poświata Miasta, bardziej sterylne, sztucznie idealne. Stopniowo kontury zaczęły nabierać ostrości.

Grota, w której się znajdowała, była ogromna. Gładkie, lodowe ściany lśniły pod wpływem wszechobecnych reflektorów wydobywających z przestrzeni więcej jasności, niż naturalnie powinno tu istnieć. Wśród surowych, skalnych struktur wznosiły się rzędy komputerowych paneli, holograficznych wyświetlaczy i skomplikowanych systemów przewodów, splątanych w misterną sieć technologii.

Origo stał na tle wielkiego ekranu pełnego przesuwających się schematów i linii kodu. Muskularne ramiona napięły się lekko, gdy manipulował danymi wyświetlanymi na interaktywnym panelu. Cała jego postawa zdradzała skupienie, niemal fascynację tym, co widział przed sobą.

Kobieta poruszyła palcami. Skóra była gładka, czysta – jakby właśnie wyszła spod prysznica. Dotyk na obojczyku potwierdził najgorsze przypuszczenia. Naga.

Prostytutka wstrzymała oddech, zaciskając ramiona na ciele, lecz nie znalazła na sobie żadnych śladów po tym, co wydarzyło się wcześniej. Brak krwi, brudu, potu. Nic, co wskazywałoby, że jeszcze niedawno była w epicentrum koszmaru.

Pod łóżkiem, kilka kroków od miejsca, w którym leżała, lśniły jednak ciemne, gęste krople.

Laboratorium tętniło cichą aktywnością humanoidalnych robotów. Mechaniczne istoty poruszały się płynnie, precyzyjnie wykonując powierzone im zadania. Część manipulowała mechanicznymi ramionami nad ekranami, inne transportowały pojemniki wzdłuż ścian, odgrywając zaprogramowaną symfonię pracy. Żaden z androidów nie zwracał na nią uwagi.

Biała zmusiła się do wzięcia głębokiego oddechu. Ciało było osłabione, wycieńczone, a w żyłach pulsowała obezwładniająca substancja. Medyczna. Kontrolowana. Nie miała wątpliwości, że ktoś podtrzymywał jej funkcje życiowe.

Powoli, ostrożnie, podniosła się na łokciach. Mięśnie natychmiast zaprotestowały, lecz zmusiła je do posłuszeństwa. Zacisnęła zęby i podciągnęła się do pozycji siedzącej, oszołomiona, lecz z każdą sekundą odzyskująca odrobinę jasności myślenia.

Origo nadal nie zwracał uwagi na przebudzenie pacjentki. Jego muskularne, jakby wykute przez dłuto Michała Anioła ciało spinało się i rozluźniało przy każdym ruchu rąk na panelu sterującym.

– Alfa, podaj raport uzbrojenia typu G – głos zabrzmiał rzeczowo, bez emocji.

Biała przymknęła powieki, czując, jak w jej ciele budzi się atawistyczny lęk. Gdzieś w myślach kołatała świadomość, że facet o anielskiej twarzy właśnie eksploruje dostęp do potężnego arsenału.

Elektroniczny sygnał przeszył powietrze, a jeden z ekranów rozbłysnął nową sekwencją danych.

Na ekranie pojawiły się pierwsze raporty.

– Aktywny arsenał klasy G – głos Alfy był zimny, bezosobowy, jak przystało na głos AI. – Dostępne środki rażenia:

– Dwa pociski termonuklearne klasy Posejdon-5. Trzy głowice chemiczne, model Omega-23, zawierające neurotoksyny VX i sarin. Sześć bomb fosforowych serii F-117, przeznaczonych do długotrwałego wypalania obszarów zurbanizowanych. Czternaście jednostek klasy EMP-47, zdolnych do całkowitego unieruchomienia infrastruktury komunikacyjnej i elektronicznej na skalę kontynentalną. Dziewiętnaście modułów broni bakteriologicznej, wektor infekcji: zmienny, adaptacyjny, przeznaczony do celowanego zniszczenia określonych populacji.

Origo przeciągnął się, jakby właśnie zakończył wyjątkowo satysfakcjonującą pracę. Mięśnie napięły się pod skórą w idealnie wymodelowanych proporcjach, które zdawały się niemal zbyt perfekcyjne, by były naturalne. Odsunął się od panelu, pozwalając danym przesuwać się po ekranie własnym tempem.

– Alfa, odpalić we wszystkie strategiczne punkty.

Słowa padły lekko, niemal od niechcenia, jakby nie wydawał właśnie rozkazu unicestwienia miliardów istnień.

– Zaraz się dowiemy, czy moje obliczenia były dobre i czy uda nam się zniszczyć 98% ludzkiej populacji poprzez reakcję łańcuchową.

Biała wciągnęła gwałtownie powietrze. W końcu zebrała w sobie dość siły, by wstać. Ugięte nogi drżały pod ciężarem ciała, ale ignorowała to. Powoli ruszyła w stronę Origo, czując pod bosymi stopami gładką, chłodną posadzkę.

– Czy ty zwariowałeś?

Głos zadrżał jej na ostatniej sylabie, ale mówiła głośno, z wyraźną nutą gniewu. Nie wiedziała, czego się spodziewać – furii? Ignorancji? Szybkiej śmierci?

Origo odwrócił się do niej z rozbawionym uśmiechem. Nie było w nim gniewu ani szaleństwa, przynajmniej nie w klasycznym sensie. Patrzył na nią przeciągle, z rozleniwioną przyjemnością, jak ktoś, kto właśnie spożył najlepszą dawkę swojego ulubionego narkotyku.

Biała znała ten wzrok. Tak patrzyli na nią klienci. Tak patrzył na nią każdy mężczyzna, który uważał ją za swoją własność, choćby na godzinę.

Alfa przerwała ciszę.

– Potwierdzam wystrzelenie wszystkich pocisków.

Profesor klasnął w dłonie, jak gospodarz ogłaszający początek przyjęcia.

– No to pora świętować.

Biała zesztywniała. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, nadal czując pod stopami chłodną, sterylną podłogę laboratorium.

– Co świętować? Czy ja dobrze słyszałam? – głos miała ochrypły, ale gniew przebijał się przez zmęczenie. – Ty… ty właśnie niszczysz nasz gatunek.

Origo przewrócił oczami, jakby zirytowany jej brakiem zrozumienia.

– Nie niszczę, tylko eliminuję uszkodzone genetycznie egzemplarze, by zapewnić naszej rasie jasną przyszłość.

Podszedł bliżej, a jego uśmiech był niemal ciepły, jakby tłumaczył zasady gry komuś, kto kompletnie nie pojmuje strategii.

– Chodź ze mną. Wydajesz się bystra, opowiem ci, co robię.

Bez czekania na jej zgodę ruszył w głąb laboratorium, a Biała – wciąż naga, lecz teraz o wiele bardziej świadoma swojego stanu – zmusiła się do podążania za nim.

Grota była większa niż początkowo sądziła. Wśród paneli komputerowych oraz pulsujących monitorów znajdowały się szklane klatki, każda skrywająca coś żywego. Przechodząc obok jednej, kątem oka dostrzegła ogromnego, białego węża, który leniwie uniósł głowę, jakby wyczuwając jej obecność. Origo rzucił jej krótkie spojrzenie i uśmiechnął się lekko.

– Genetycznie udoskonalona anakonda. Jeden z moich pierwszych eksperymentów z manipulacji agresją i instynktami łowieckimi.

Machnął ręką, jakby nie było to nic szczególnego.

– Zawsze fascynowało mnie, jak natura selekcjonuje najsilniejsze jednostki. Człowiek powinien robić to samo.

Biała nie odpowiedziała, ale jej oddech przyspieszył. Czuła, że pod tym chłodnym profesjonalizmem kryje się coś znacznie gorszego.

Profesor podszedł do jednego z terminali i nacisnął kilka przycisków. Na ekranie pojawił się holograficzny schemat – siatka genów, wykresy i profile ludzkie, przypominające katalog selekcji hodowlanej.

– Od dawna zbieram wartościowy materiał genetyczny.

Głos miał spokojny, wręcz dumny.

– Mam potomków Da Vinciego, Mozarta, Margaret Thatcher… Właśnie rozpoczynam proces selekcji pierwszej grupy płodów, które zasilą nową cywilizację. Wiesz, że ich narodziny są zaplanowane z precyzją co do godziny?

Biała przełknęła ślinę, czując narastający niepokój.

– Czyli… naprawdę planujesz wyhodować rasę nadludzi?

– Nie „nadludzi” – wartościowych ludzi.

Poprawił ją z lekkim rozbawieniem, jakby mówił o czymś zupełnie naturalnym.

– Pospólstwo musi zostać wyeliminowane, inaczej cywilizacja nigdy się nie podniesie.

Zatrzymali się przy jednym ze zbiorników – wielkim, podświetlonym od dołu basenie. Dopiero po chwili Biała dostrzegła, co kryło się w wodzie. Dziesiątki piranii poruszających się leniwie, jakby ich drapieżna natura była uśpiona, ale tylko do momentu, gdy wyczują ofiarę.

Origo bez ostrzeżenia chwycił ją za dłoń i delikatnie odciągnął od krawędzi.

– Uważaj.

Jego ton był niemal troskliwy.

– Są bardzo głodne i potrafią wyskoczyć z wody, jeśli zobaczą smakowity kąsek.

Biała zadrżała. Nie była pewna, czy chodziło mu o nią, czy mówił o czymś innym. Mężczyzna puścił jej dłoń i przesunął wzrokiem po jej nagim ciele.

Biała znała to spojrzenie. Widziała je setki razy.

– Wiesz… chociaż tego nie planowałem, myślę, że chętnie wezmę udział w procesie naturalnego zaludniania naszej planety.

Jego uśmiech był niemal łagodny, jakby mówił o czymś zupełnie zwyczajnym.

 – Twoje geny fizyczne w połączeniu z moim genotypem mogą dać naprawdę doskonałe rezultaty.

Biała poczuła lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z temperaturą w laboratorium. Cofnęła się o krok i poczuła lodowaty dotyk strachu na karku. Gniew wybrzmiał w jej głosie, gdy uniosła głowę i powiedziała:

– Jesteś nienormalny. Co z tego, że masz piękne ciało i rozszerzony umysł, skoro twoje serce jest wyłącznie karykaturą ludzkiego serca?

Origo uniósł brew z kpiną, jak gdyby słowa stanowiły kolejną część badania, a nie rzeczywistą obelgę. Zrobił ruch, jakby chciał coś odpowiedzieć, jednak Biała nie dała mu czasu. Zmrużyła oczy i zacisnęła pięści.

– Ale w jednym się z tobą zgadzam.

Pozwoliła, by jej stwierdzenie zawisło w powietrzu, po czym przyjrzała mu się z pogardą. – Błędy ewolucji naszego gatunku trzeba czasem usunąć, gdy nie da się ich naprawić.

Nie czekając na reakcję, rzuciła się gwałtownie w bok, jednocześnie uderzając barkiem w pobliski panel. Wykorzystała chwilę zaskoczenia i chwyciła chłodny, metalowy pręt. Zamachnęła się z całą mocą i trafiła mężczyznę w splot słoneczny. Mężczyzna zachwiał się bardziej zdziwiony niż obolały i cofnął o krok.

Biała spojrzała przelotnie na mechanizm zabezpieczający basen z piraniami, a potem wcisnęła nogą wystający przewód. Dźwignia drgnęła, wywołując gwałtowną reakcję systemu. Zbiornik zatrząsł się, a panele ochronne otworzyły z głośnym zgrzytem. Origo stracił równowagę i wpadł prosto w spienioną wodę.

W laboratorium na krótką chwilę zapanowała cisza, a potem rozległo się dzikie bulgotanie. Piranie, do tej pory uśpione, momentalnie wyczuły potencjalną ofiarę. Ruchy profesora stały się spazmatyczne i pełne desperacji, jednak cofnięcie się z basenu okazało się niemożliwe. Szkarłatna poświata rozbłysła tuż przy powierzchni, gdy woda nasyciła się krwią.

Wszystko trwało kilkadziesiąt sekund, po czym tafla uspokoiła się, jakby dopiero co zniknęła tam niegroźna kropla. Biała stała bez ruchu, oddychając płytko. Eksperyment ostatecznie dobiegł końca.

Biała zadrżała, kiedy elektroniczny dźwięk przeciął ciszę laboratorium. Bolesne wspomnienie świeżej krwi jeszcze nie wyblakło, a umysł nadal tkwił w szoku po tym, co zaszło w basenie z piraniami.

Alfa, główny system sterujący obiektem, odezwała się beznamiętnym tonem:

– Brak wykrywalnych funkcji życiowych profesora Origo. Rozpoczynam poszukiwanie nowego decyzyjnego osobnika gatunku Homo sapiens.

Roboty, które jeszcze chwilę wcześniej krzątały się w tle, nagle zamarły. Mechaniczne ramiona zawisły w powietrzu, a sensorowe „oczy” skierowały się w stronę Białej, jakby czekały na kolejny rozkaz.

Biała poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.

– Co… co teraz? – wyszeptała, sama nie wiedząc, czy zwraca się do Alfy, czy może tylko do siebie.

Alfa potwierdziła monotonnym głosem:

– Jesteś jedyną dorosłą jednostką ludzką w obrębie placówki. Najwyższa ranga decyzyjna przypisana użytkownikowi: Biała.

Biała zamrugała gwałtownie, czując ogarniającą ją dezorientację. Nie tego się spodziewała, z pewnością nie przejęcia dowodzenia nad całym laboratorium. Mimo to wyprostowała ramiona i spróbowała przełknąć rosnącą gulę w gardle.

– Czy… można powstrzymać ataki bombowe? – zapytała, chociaż doskonale przeczuwała odpowiedź.

Alfa wydała krótki, sygnalizacyjny trzask, po czym wyświetlacz na głównym panelu zalała lawina cyfrowych symboli.

– Negatywne. Proces został uruchomiony. Przebieg detonacji w fazie finalnej.

Biała zacisnęła mocno powieki, starając się nie dopuścić do powrotu koszmarnych wizji z Miasta, które w tej chwili pogrążało się w globalnym kataklizmie. Głośno wypuściła powietrze i przetarła skronie, czując narastający ból głowy.

Roboty poruszyły się nieznacznie, jakby przywołane do życia przez jej reakcję. Kilka z nich wykonało krok naprzód, ustawiając się w półkolu za plecami Białej. Futurystyczne sylwetki maszyn wprawiały ją w jeszcze większą trwogę, ale żadna z istot nie wykonała agresywnego ruchu.

– A więc… świat właśnie umiera, a my jesteśmy bezpieczni? – zapytała gorzko, spoglądając w chłodny ekran. – Czy to koniec?

– Obiekt jest autonomiczny – odparła Alfa. – Wyposażony w zapasy oraz systemy podtrzymania życia. Syntetyczne uprawy: pszenicy, warzyw i owoców funkcjonują w zamkniętym obiegu. Klonowane mięso wieprzowe zapewnia coroczne dostawy protein. Niezależne źródła energii i recykling wody umożliwiają długoterminowe funkcjonowanie placówki.

Biała nie mogła uwierzyć, jak chorobliwie racjonalny był ten projekt Origo. Mężczyzna, który jeszcze niedawno planował zagładę 98% ludzkości, zatroszczył się jednocześnie o pełną infrastrukturę pod nową cywilizację.

– A co z płodami? – zapytała po chwili, odsuwając od siebie rozpacz i skupiając się na kolejnej myśli, która nadciągnęła z siłą ciosu w brzuch.

Ekran rozbłysnął projekcją embrionów i opisem faz rozwojowych.

– Zygoty i embriony podzielone na partie po sto. Pierwsza grupa zaprogramowana do narodzin za pięć miesięcy, kolejne roczniki w cyklu trzydziestoletnim. Obiekt dysponuje pełną kadrą robotów przeznaczonych do opieki nad nowo narodzonymi jednostkami.

Kolejne roboty zbliżyły się do nagiej kobiety, jakby chciały podkreślić swą gotowość do dalszych instrukcji. Biała przyglądała się ich metalicznym, beznamiętnym twarzom i poczuła ścisk w żołądku.

– Mogę… mogę zniszczyć cały ten projekt, prawda? – zapytała cicho, przełykając rosnący w niej strach.

– Oczywiście. Decyzja należy do ciebie – odparła Alfa, modulując głos tak, by brzmiał niemal przyjaźnie.

Biała zacisnęła dłonie w pięści. Zniszczyć – i ocalić świat od chorej wizji Origo? Czy pozwolić, by te genetycznie wyselekcjonowane płody jednak się narodziły, by ocalić rasę ludzką? Głęboki wdech pomógł jej uspokoić przyspieszone serce.

Roboty stanęły w równym szeregu, oczekując werdyktu. Kobieta przymknęła powieki, wciąż mając w głowie wizję umierających miliardów ludzi. Nie mogła nic dla nich zrobić. Za to mogła zrobić COŚ dla tych, którzy dopiero mieli pojawić się na świecie.

Biała westchnęła i po dłuższej chwili ciszy uniosła głowę, spoglądając prosto w główny ekran.

– Dobrze… mamy pięć miesięcy.

Zawahała się, a potem przełknęła ślinę i odezwała się stanowczo:

– Wasz poprzedni szef nie wydawał się mocny w pragmatyce. Mamy sporo roboty. Dostosujemy ten obiekt i zamienimy to przeklęte laboratorium w żłobek.

Kilka humanoidalnych maszyn błysnęło synchronicznie diodami, przyjmując rozkazy grzesznicy, która wzięła na siebie rolę zbawicielki ludzkości.

Przejdź do treści