+48 736-84-84-44

Artur Krajewski fot. Keiji Matsumoto

fot. Keiji Matsumoto

Sztuka to przestrzeń oporu wobec uproszczeń świata

Z prof. Arturem Krajewskim rozmawia Sylwester Kurowski

Artur Krajewski (ur. 1971 w Żyrardowie) jest jednym z najbardziej interdyscyplinarnych polskich twórców współczesnych. Malarz, rysownik, performer, muzyk, pisarz, poeta, autor projektów artystycznych oraz profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Od wielu lat łączy działalność artystyczną z pracą dydaktyczną i refleksją nad kulturą, pamięcią oraz kondycją współczesnego człowieka.

Jego droga twórcza rozpoczęła się od sztuk wizualnych, jednak szybko zaczęła wykraczać poza malarstwo. Tworzył happeningi, działania interdyscyplinarne, projekty integrujące środowiska artystyczne, a także książki, poezję i autorskie przedsięwzięcia muzyczne. Artur Krajewski jest również wybitnym animatorem i menedżerem kultury. To twórca takich inicjatyw, jak: Integralia, Ogród Sztuk, Festiwal Edukacji Artystycznej artNoble czy Interdyscyplinarny Festiwal Sztuk M{i}aSTO/a Gwiazd w Żyrardowie – jednego z najciekawszych wydarzeń łączących różne dziedziny sztuki i środowiska twórcze w Polsce.

Od 2009 roku buduje tam unikalną przestrzeń spotkania, w której regularnie goszczą najwybitniejsi przedstawiciele polskiej kultury, teatru, filmu i literatury. W swojej książce „Mem ignorancji” (2025) stawia bezkompromisową diagnozę współczesnej cywilizacji algorytmów, natomiast w najnowszej publikacji „Dzieło” (2026) przywołuje fundamentalne pojęcia związane ze światem sztuki, które mimo przemian kulturowych nie utraciły znaczenia. Podejmuje refleksję nad tym, kim jest artysta, czym jest jego komunikat – dzieło – oraz jaką rolę pełni krytyka sztuki jako narzędzie interpretacji i dookreślania sensów obecnych w twórczości.

Rozmawiamy nie tylko z artystą i profesorem, lecz także z animatorem kultury, który od lat tworzy przestrzenie spotkania ludzi poprzez sztukę.

 

Początek to płótno

Dziś jesteś jednocześnie malarzem, pisarzem, profesorem, organizatorem festiwalu i autorem książek o kulturze i sztuce. Gdybyśmy cofnęli się do młodego Artura Krajewskiego z lat dziewięćdziesiątych, gdy zaczynałeś budować własny język artystyczny poprzez kolejne cykle malarskie, zwieńczone dyplomem „Kreator” w 2000 roku – która z tych dróg była wtedy dla Ciebie najważniejsza? Sądziłeś, że malarstwo rzuci Cię na tak szerokie tory? Jakie były początki?

— Zaraz po maturze nie miałem pojęcia, co będę robił w życiu. Wydawało mi się wtedy, że raczej zostanę lekarzem. A jako że mój kolega jechał zawieźć swoje dokumenty na SGGW, na Wydział Weterynarii, ja w chwili niezastanowienia, młodzieńczego przebłysku, wręczyłem mu moje dokumenty, prosząc, żeby je również zawiózł. To był impuls, który sprawił, że wśród tysiąca kandydatów dostałem się na weterynarię. Później planowałem, że po roku będę zdawał na medycynę, ale jak to często bywa, życie napisało inny scenariusz.

Moje stypendium wystarczało ledwie od miesiąca do miesiąca, a niestety mogłem liczyć tylko na nie. Na domiar złego po roku pieniądze straciły na wartości i stypendium nie wystarczyłoby nawet na bilety, nie mówiąc o całej reszcie. Był to więc poważny problem.

Wracając kiedyś pociągiem, spotkałem koleżankę z liceum, która powiedziała mi, że pracuje jako sekretarka w wydawnictwie. Opowiadała, że spotyka tam różnych autorów przynoszących teksty, ale także rysowników przygotowujących ilustracje. Jakoś mnie to olśniło i zacząłem dopytywać, jak wygląda praca takich rysowników.

Kiedy przyjechałem do domu, poszedłem do swojej dziewczyny i zapytałem, czy ma kartony, ołówek i długopis. Długo się nie zastanawiałem. Usiadłem przy biurku i zacząłem wymyślać sytuacyjne scenki, które rysowałem. Wtedy wydawało mi się, że umiem rysować. Dziś raczej nie pomyślałbym tak o sobie z tamtego czasu. Ale wiadomo, jaka jest młodość.

Następnego dnia, z mapą w ręku, pojechałem do kilku wydawnictw prasowych i przedstawiłem się jako rysownik, pokazując swoje prace. Pierwszy opublikowany rysunek przedstawiał człowieka stojącego tyłem, ze spuszczonymi spodniami, przed biurkiem, zza którego wyłaniał się inny człowiek z ogromnymi oczami. Nad rysunkiem widniał napis „Lombard”, a postać mówiła w dymku: „Chcę zastawić interes!”.

To był czas, gdy wszystko zmieniało się tak dynamicznie, że powstawały lombardy i inne nowe zjawiska przychodzące do Polski z Zachodu. Właśnie wtedy zamarzyłem o dostaniu się na Akademię Sztuk Pięknych, na Wydział Grafiki – wówczas najważniejszy i najbardziej oblegany wydział związany ze sztukami plastycznymi w Polsce.

Akademia przekształciła mnie z rysownika, który zdobywał nagrody na świecie, miał liczne wystawy indywidualne i prowadził Galerię Rysunku Życia BRE Banku, do której przyjeżdżała telewizja, aby przeprowadzać wywiady ze mną lub z prezesami banku, w artystę poszukującego własnego języka wypowiedzi. To był również czas współpracy z „Kurierem Polskim” oraz prowadzenia stałej rubryki w „Rzeczpospolitej”.

Był to także okres, gdy zostałem przyjęty do SPAK-u jako najmłodszy wówczas rysownik przez mistrzów związanych z kultowymi „Szpilkami”, a później wszedłem do zarządu stowarzyszenia. Po dwóch kadencjach, obserwując różne niekoleżeńskie zachowania, postanowiłem jednak zrezygnować. Podczas jednego z zebrań podarłem legitymację członkowską, powiedziałem kilka gorzkich słów pod adresem władz stowarzyszenia i rzuciłem ją w stronę prezydium.

Ta scena była później opisywana w prasie. Pamiętam nawet dziennikarza z „Super Expressu”, który pobiegł za mną i postawił mi piwo, próbując wyciągnąć ode mnie informacje o całym zajściu.

Był to jednak przede wszystkim symboliczny moment pożegnania z tamtym etapem życia. Właśnie wtedy na poważnie rozpoczęła się moja prawdziwa przygoda ze sztuką.

Z Akademią Sztuk Pięknych jesteś związany od ponad trzydziestu lat – najpierw jako student, potem asystent, dziś profesor prowadzący własną pracownię i kierujący katedrą. Widzisz kolejne pokolenia wchodzące w ten świat. Jak na Twoich oczach zmienił się student sztuki? Czy dawniej na ASP szukało się przede wszystkim mistrza i rzemiosła, a dziś młodzi ludzie szukają tam raczej schronienia, terapii albo tożsamości w tym potwornie chaotycznym świecie?

— Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie to największa publiczna uczelnia artystyczna w Polsce. Wielość wydziałów i różnorodność dróg rozwoju pozwalają znaleźć dla siebie miejsce – trzeba tylko chcieć. Oczywiście dzisiejsze pokolenie studentów i pokolenie mojego młodego „ja” dzieli prawdziwa przepaść. Jako rodzice jesteśmy zresztą współodpowiedzialni za obecne pokolenia, które często dostają wszystko na tacy i otoczone są swoistym kokonem opieki rodzicielskiej. Co nie zawsze jest to dla nich dobre.

Mimo to w naszych pracowniach relacja mistrz–uczeń nadal pozostaje najlepszym modelem pracy. Prowadzę autorski program w Pracowni Kompozycji Projektowej i Rysunku, którego celem jest umożliwienie studentowi podążania za własnym głosem. Problemem na początku jest często zrozumienie tego głosu i odpowiednie ukierunkowanie młodego człowieka, a czasem wręcz pomoc w jego wydobyciu. Jest w tym pewien aspekt psychologiczny – zrozumienie, że to, co chce się powiedzieć, jest ważniejsze od sposobu, w jaki się to później komunikuje.

W swojej książce „Dzieło” wskazuję, że przypadek oraz wielokrotne potknięcia, czyli błędy, mogą wpływać na samorozwój, a w konsekwencji na sztukę, a nawet na historię. Historyczności zdarzeń zawsze życzę swoim studentom. Od pierwszych zajęć w mojej pracowni słyszą, że „ładne” nie istnieje i że czasem trzeba coś zepsuć, aby zrozumieć, iż estetyka jest wynikiem wielu różnych czynników. Nad gustem trzeba pracować tak samo, jak nad własnymi zdolnościami, które dzięki wysiłkowi i konsekwencji przekształcamy w talent.

Dla mnie są to rzeczy oczywiste, jednak wielokrotnie przekonuję się, że trzeba o nich mówić i stale przypominać. Na początku lat dwutysięcznych, gdy zostałem na uczelni jako asystent, od razu zainicjowałem studencki festiwal „Integralia”. Podczas jednej z jego edycji zbudowałem symboliczny ołtarz sztuki z chleba. Składał się z sześciu kolumn, z których najmniejsza była wykonana głównie z przypalonego pieczywa. Konstrukcje miały różną wysokość – od kilku metrów do około jednego metra – a w ich wnętrzach ukryte były reflektory.

Później studenci Akademii Muzycznej, dzisiejszego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, dopełnili tę instalację dźwiękiem. W rytm muzyki studenci Akademii Teatralnej rozdawali chleb uczestnikom wydarzenia i przechodniom spacerującym Krakowskim Przedmieściem. Cały dziedziniec pachniał świeżym pieczywem. Wieczór, muzyka, ludzie jedzący chleb, dzielący się nim i rozdający go innym – to właśnie jest dla mnie magia sztuki. Happening niosący różne wartości, a przede wszystkim nieustanną wiarę w człowieka.

Zanim powstało M{i}aSTO/a Gwiazd, były inne festiwale – projekty łączące studentów różnych uczelni artystycznych. Czy właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałeś, że sztuka może nie tylko wyrażać świat, ale również budować wspólnotę między ludźmi?

— Integralia, a później Ogród Sztuk, były festiwalami, których celem było przede wszystkim łączenie ludzi. Oczywiście były to przedsięwzięcia bardzo różne. Integralia były festiwalem skierowanym do studentów, a jednym z ich trwałych efektów było powstanie gazety trzech uczelni artystycznych – „Integralia”.

Później, kiedy przestałem organizować festiwal, gazeta została przekształcona we wspólne pismo trzech uczelni. Ukazywała się jako kwartalnik, jednak jej formuła nie do końca odpowiadała mojemu myśleniu o integracji środowisk studenckich. Ostatecznie pismo przestało istnieć, mimo że było finansowane przez te uczelnie.

Dziś wróciłem do tych korzeni. Moi studenci, wspólnie ze studentami Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, Uniwersytetu Warszawskiego – Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii – oraz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, tworzą kwartalnik „Kolaż”. Sami piszą teksty, ilustrują je, składają, projektują i wydają gazetę pod moim okiem. Ukazuje się ona w formacie nawiązującym do gazet z lat dziewięćdziesiątych – dużej papierowej płachty, która ma jeszcze ten charakterystyczny zapach drukowanej gazety.

Ogród Sztuk był z kolei projektem integrującym środowiska artystyczne i prezentującym ofertę uczelni artystycznych, również niepublicznych. Festiwal odbywał się w hali EXPO. To właśnie tam powstała pierwsza nagroda, którą przyznawaliśmy za działania mające wpływ na kulturę i edukację – Złoty Art-Ogrodnik.

Dziś prowadzę Festiwal Edukacji Artystycznej artNoble wraz z konkursem skierowanym do najlepszych dyplomantów uczelni plastycznych. Wcześniej obejmował on również uczelnie muzyczne, jednak z różnych powodów, przede wszystkim finansowych, nie udało się utrzymać tej formuły. Mimo to sam festiwal ma już wieloletnią tradycję. Wkrótce osiągnie pełnoletność.

Od początku wszystkich tych przedsięwzięć interesowało mnie nie tylko prezentowanie sztuki, ale przede wszystkim tworzenie przestrzeni spotkania. Sztuka jest dla mnie rodzajem wspólnego języka, który pozwala ludziom przekraczać podziały, poznawać się i budować relacje. Być może właśnie dlatego animowanie festiwali stało się dla mnie tak samo ważne jak własna twórczość.

 

Słowo, które pęka

Na początku lat dwutysięcznych wszedłeś bardzo mocno w przestrzeń słowa – wydałeś debiutancki tomik „Wiersze”, nagrałeś też płytę „Ja Głupota”. Co malarzowi daje poezja, czego nie jest w stanie wyrazić nawet najdoskonalsza plama barwna czy kreska? Czy słowo potrafi dotknąć czegoś głębiej?

— Mój pierwszy tomik poetycki zawierał wiersze napisane jeszcze w liceum. Nie wiedziałem wtedy, że zostanę artystą plastykiem i że sztuki wizualne staną się najważniejszym filarem mojej twórczości. Rysunek był dla mnie czymś naturalnym, wręcz oczywistym. Rysowałem od dziecka, więc nie postrzegałem tego jako czegoś wyjątkowego, choć byłem za to chwalony.

Pierwsze opowiadanie napisałem jednak już w szkole podstawowej. Okres licealny to nie tylko wspomniany tomik poetycki, ale również zbiór opowiadań „Conceptus est Homo”. W tamtym czasie przede wszystkim czytałem. Czytałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Zdarzało się, że budziłem się w środku nocy, brałem kartkę i zaczynałem pisać.

Dziś, gdy wracam do tych wierszy, widzę siebie – trochę naiwnego chłopaka, który ukrywał swoją twórczość przed innymi. W tamtych czasach dla młodego człowieka, który potrafił łobuzować na ulicy, przyznanie się do pisania wrażliwych wierszy wydawało się zwyczajnie obciachem.

Z muzyką było podobnie. Pod koniec lat osiemdziesiątych zacząłem uczyć się gry na gitarze. Pamiętam nocną podróż pociągiem na Mazury z grupą znajomych. Wtedy takie podróże trwały wiele godzin. Jeden z kolegów pokazał mi podstawowe chwyty i sposób bicia w struny. Nad ranem wszyscy błagali mnie, żebym przestał grać, ale już następnego dnia napisałem swoją pierwszą piosenkę. To było tak naturalne, że sam tego nie rozumiałem…

Moim pierwszym projektem muzycznym był rockowy zespół Vernisaash, z którym zagrałem wiele koncertów, zwłaszcza podczas własnych wernisaży. Moi muzycy byli wtedy bardzo młodzi, a ja sam nie wiedziałem jeszcze, że świat muzyki rządzi się zupełnie innymi prawami niż świat sztuk wizualnych. Z czasem projekt Vernisaash dobiegł końca.

W międzyczasie nauczyłem się grać na fortepianie i skomponowałem materiał na płytę „Ja Głupota”. Była to forma piosenki autorskiej, w której wiersz staje się tekstem utworu. W ten sposób słowo naturalnie połączyło się u mnie z muzyką.

Później powstała kolejna płyta – „Ekran”, utrzymana w formule piosenki aktorskiej. Moja muzyka została zaaranżowana na małą orkiestrę, a wokół niej stworzyłem pierwszy Malarski Teatr Mody, z którym przejechałem niemal całą Polskę, prezentując spektakle i wydarzenia artystyczne w wielu znakomitych miejscach.

Ostatnia moja płyta muzyczna była już eksperymentem skoncentrowanym niemal wyłącznie na dźwięku. Składała się z utworów napisanych na dwa fortepiany, dwa akordeony i flet. Był to szczyt moich muzycznych możliwości. Paradoks polegał na tym, że nie potrafiłem sam wykonać własnych kompozycji. Musiałem uczyć muzyków poszczególnych partii, pokazując najpierw jedną ręką, potem drugą, a następnie wyjaśniając tempo obu głosów, które często prowadzone były niezależnie od siebie.

Płyta „Krzyk” okazała się sporym wyzwaniem nawet dla mojego pianisty. Wtedy zrozumiałem, że choć coś nieustannie popycha mnie ku komponowaniu, nie stanę się muzykiem w pełnym znaczeniu tego słowa. Z wielkim bólem zrezygnowałem więc z tej drogi i wróciłem do innych swoich pasji.

Czy słowo potrafi dotknąć czegoś głębiej? Słowo jest takim artefaktem, który powołał Kulturę do życia, a to właśnie Kultura określiła człowieka jako człowieka. To swoiste estetyczne zapętlenie. Dlatego waga słowa zawsze będzie miała znaczenie. Słowa, które wypowiadamy, pozostają z nami i często żyją dłużej niż ich autorzy. Myślę, że powinno to być jednym z najważniejszych przesłań dla naszej współczesności. Żyjemy w czasach coraz głębszej polaryzacji, która wypacza to, co w człowieku najcenniejsze. Tym bardziej potrzebujemy dziś wrażliwości na drugiego człowieka, uważności wobec jego doświadczeń i odpowiedzialności za słowa, być może także poezji, która ciągle będzie miała znaczenie, bo będzie czytana, recytowana…

W 2008 roku poszedłeś w literackim eksperymencie jeszcze dalej, wydając „Z pamiętnika pustego telefonu” – tomik poezji SMS-owej, pisany w rygorze limitu znaków i bez polskich liter. Czy ten eksperyment był przede wszystkim zabawą formą, czy już wtedy dostrzegałeś, że technologia zaczyna zmieniać sposób, w jaki myślimy, czujemy i komunikujemy się ze sobą?

— Zabawa formą i poszukiwanie artystycznej wypowiedzi to naturalny stan twórczej pracowni. Niezależnie od tego, czy istnieje ona w nas jako niematerialny aspekt naszej filozofii, czy jest rzeczywistym miejscem, w którym zamykamy się z pędzlem, piórem albo klawiaturą – to wszystko pozostaje częścią tego samego procesu twórczego.

Idąc z duchem zmian i mając w ręku przedmiot, który po latach PRL-u stał się synonimem luksusu, bardzo wcześnie zacząłem posługiwać się telefonem komórkowym. Pisząc wiersze, zacząłem zapisywać je w wiadomościach SMS. Starsi czytelnicy pamiętają, że za SMS-y się płaciło, więc komunikat musiał być krótki i treściwy. Liczył się każdy znak. Także polskie znaki diakrytyczne zajmowały dodatkową przestrzeń, dlatego często się z nich rezygnowało.

W ten sposób narodził się pomysł na kolejny tomik poetycki – „Z pamiętnika pustego telefonu”. Jego promocja odbyła się w piwnicach Zachęty, a poezję – zwłaszcza tę najbardziej erotyczną – czytał wybitny aktor Jan Machulski. To była prawdziwa uczta. Oprócz niego moje wiersze interpretowały również Grażyna Wolszczak i Małgorzata Lewińska.

Tomik ten szedł z duchem czasu i został uznany w środowisku akademickim, między innymi w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie, za ważny głos poetycki. Był próbą uchwycenia momentu, w którym technologia zaczynała wpływać nie tylko na sposób komunikacji, lecz także na samą formę wypowiedzi literackiej.

Warto jednak wspomnieć także o moim ostatnim tomiku poetyckim pt. „Bóg nie lubi Głupców!”. To kontrowersyjny głos oparty na krótkich frazach odnoszących się do współczesnej polityki, sposobów myślenia i tego wszystkiego, co staje się bolączką człowieka próbującego zachować rozsądek – do sensu i zrozumienia tego, co się mówi oraz jak się to rozumie. Jednym z takich tekstów jest fraza: „Z wielu serc utkana jest Twoja wolna wola”, która była mocno kontestowana przez aktora Krzysztofa Majchrzaka. Interpretację pozostawiam jednak każdemu z Was.

 

Festiwal M{i}aSTO/a Gwiazd

I rok później, w 2009 roku, dzieje się coś przełomowego. W rodzinnym Żyrardowie powołujesz do życia Interdyscyplinarny Festiwal Sztuk M{i}aSTO/a Gwiazd. Co się w Tobie wtedy przełamało jako w artyście? Czy w pewnym momencie poczułeś, że obok tworzenia własnych dzieł równie ważne staje się budowanie przestrzeni spotkania dla innych ludzi? Czy kultura potrzebuje dziś „architektów spotkania” bardziej niż kolejnych obiektów w galeriach?

— Powstanie Festiwalu M{i}aSTO/a Gwiazd to kolejny zbieg okoliczności. W 2009 roku zostałem zaproszony na Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach. Zobaczyłem tam z zupełnie innej strony świat związany z celebryckością, funkcjonujący w kontekście kolorowych tabloidów i obecności aktorów w obiegu medialnym. Zaprosił mnie tam prof. Andrzej Strzelecki, który miał ogromny dystans do formuły tamtego festiwalu.

Ja sam czułem się tam nieswojo. Pamiętam, jak podbiegali do mnie ludzie prosząc o autograf tylko dlatego, że stanąłem na plażowej scenie. Pamiętam też, jak podszedł do mnie mój profesor fotografii, Rosław Szaybo, i powiedział: „Artur, witaj na salonach”.

Kiedy wróciłem z tego wyjazdu, zostałem zaproszony do Starostwa Powiatowego w Żyrardowie. Zaproponowano mi przygotowanie wydarzenia z okazji dziesięciolecia powiatu – wystawy albo koncertu. Następnego dnia powiedziałem, że zrobię Festiwal M{i}aSTO/a Gwiazd.

Wszyscy uznali, że zwariowałem. Nie było pieniędzy, nikt do końca nie rozumiał, czym ten festiwal miałby być. Tymczasem przedsięwzięcie zaskoczyło wszystkich. Bardzo szybko zaczęło się rozwijać. Już na drugą edycję przyjechało ponad sto rozpoznawalnych postaci polskiego życia kulturalnego.

W najlepszym okresie festiwalu dysponowaliśmy ponad ośmioma tysiącami metrów kwadratowych powierzchni wystawienniczej. Działały trzy sceny, w tym scena teatralna. Powstała szkoła wolontariatu, skupiająca około trzystu wolontariuszy. Mieliśmy własne radio i ogromny ruch społeczny wokół całego przedsięwzięcia.

A wszystko to było realizowane za symboliczną złotówkę. Środki, którymi dysponowaliśmy, były wręcz śmiesznie małe. W różnych środowiskach mówiono o mnie nawet „Barter”, ponieważ nieustannie musiałem wymieniać pomysły, relacje i zaangażowanie na rzeczy, na które zwyczajnie nie było nas stać.

To przedsięwzięcie do dziś jest tworzone przede wszystkim z pasji. Oczywiście wspierają je różne instytucje, otrzymujemy nagrody, a z czasem zaczęto nas zapraszać również po to, abyśmy opowiadali, jak budować podobne inicjatywy. Dla mnie jednak najważniejsze pozostaje to, że udało się stworzyć miejsce spotkania ludzi kultury, sztuki i wrażliwości – miejsce, które żyje już od wielu lat.

Przez M{i}aSTO/a Gwiazd przewinęły się setki twórców reprezentujących różne dziedziny sztuki. Czy jest jakieś spotkanie, rozmowa lub wydarzenie, które szczególnie utwierdziło Cię w przekonaniu, że ten festiwal ma sens?

— Jest wiele takich momentów, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto to robić. Chyba jednak najbardziej pamiętam sytuację, gdy podeszła do mnie mama jednej z wolontariuszek i powiedziała: „Panie Arturze, to niesamowite, jak Pan odmienił moją córkę!”.

Nie jest nawet najważniejsze to, że później nasi wolontariusze odlatują w świat. Satysfakcję daje mi to, że po latach czasami wracają, pojawiają się gdzieś skromnie na sali albo przemkną przez przestrzeń festiwalową, przywitają się i na chwilę znów stają się częścią tej wspólnoty.

Oczywiście można też opowiadać o tym, jak wielką rolę festiwal odegrał dla całego regionu. W książce „Mem Ignorancji”, która powstała między innymi na kanwie moich wykładów prowadzonych dla uczestników Studiów Podyplomowych dla Menedżerów Opieki – Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki, opisuję wpływ podobnych działań na społeczności, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Pokazuję, jak ważne jest pielęgnowanie takich wydarzeń oraz oddolnych inicjatyw, tworzonych przez organizacje pozarządowe, które potrafią aktywizować lokalne środowiska, a nawet inspirować świat urzędniczy czy polityczny.

Ale to już zupełnie inna historia i bardzo długi wywód…

Na Twoim festiwalu pojawiają się artyści z pierwszych stron gazet, absolutne ikony polskiej kultury, a jednak robisz to w Żyrardowie, a nie w Warszawie. Za swoją działalność otrzymałeś zresztą tytuł Honorowego Obywatela tego miasta. Czy kultura łatwiej zachowuje dziś autentyczność w mniejszych ośrodkach niż w wielkich metropoliach, z dala od rynkowego dyktatu, komercji i snobizmu?

— To, o czym mówiłem przed chwilą w kontekście organizacji pozarządowych, wiąże się bezpośrednio z pytaniem, dlaczego ktoś gdzieś coś robi. Jak to się dzieje, że w przysłowiowym „Pcimiu Dolnym” powstaje przedsięwzięcie na miarę wielkiej sprawy? To właśnie jest podstawowe pytanie, które należałoby kierować raczej do urzędników, aby zastanowili się, dlaczego tak się dzieje.

Najpopularniejszym błędem jest przekonanie, że to urzędnicy powinni animować życie kulturalne, że zrobi to dyrektor centrum kultury czy innej instytucji działającej w gminie. Tymczasem sprawa wygląda inaczej.

Duże miasta mają łatwiej. Nie dlatego, że rządzi tam snobizm, lecz dlatego, że tam zarabia się pieniądze, łatwiej znaleźć sponsorów, a także dotrzeć do wielu artystów, których można zaangażować w różnego rodzaju działania i animację życia kulturalnego – nie tylko poprzez wynagrodzenie finansowe.

W małych miastach jest tego znacznie mniej. Czasami trudno znaleźć kogokolwiek, kto chciałby lub potrafił podjąć się takich działań. Zdarza się jednak, że pojawia się ktoś szczególny – człowiek, który z pasji i wewnętrznego imperatywu zaczyna działać, pociąga za sobą innych i nagle coś zaczyna się wydarzać. Myślę, że w moim przypadku było podobnie. To wszystko po prostu mi się przytrafiło.

A ta „kultura”, o którą pytasz, sprowadzona do efektu i języka sztuki, jest wszędzie taka sama. Bywa niezrozumiała, czasem może wydawać się bezużyteczna, ale jej wartość nie zależy od wielkości miasta. Zależy od ludzi, którzy chcą ją tworzyć i wokół niej budować wspólnotę.

 

Od „Poppacykarza” do „Memu ignorancji”

W swoich wcześniejszych książkach, takich jak „Artysta czy Poppacykarz?!” oraz „Koniec Sztuki?!”, ostro i bezkompromisowo recenzowałeś środowisko artystyczne. W najnowszej publikacji z 2025 roku idziesz o krok dalej – uderzasz w całą współczesną cywilizację i wprowadzasz pojęcie „Memu Ignorancji”. Czym dokładnie jest ten wirus myślowy? Bo z Twoich tekstów wynika, że ignorancja nie jest już zwykłym brakiem wiedzy, ale aktywną, wręcz agresywną siłą społeczną.

— Od zawsze uwielbiałem czytać, a później poszukiwać własnych dróg filozoficznych. Wielu wielkich myślicieli otwierało mi oczy na różne aspekty rzeczywistości. Generalnie zachęcam do przeczytania „Memu Ignorancji”…

W książce „Artysta czy Poppacykarz?!” opisuję trzy stany psychiczne, czy też trzy poziomy świadomości pracy twórczej. Z kolei „Koniec Sztuki?!” jest zbiorem wypowiedzi osób, które były związane z Festiwalem M{i}aSTO/a Gwiazd i odpowiedziały na pytanie, czym jest dla nich symboliczny koniec sztuki. Książkę napisałem wspólnie z dziennikarką i animatorką kultury Martą Ewą Olbryś.

Na podstawie wypowiedzi 105 osób – takich jak Krystyna Janda, Maciej Maleńczuk, Maciej Stuhr, Maria Czubaszek, Lidia Popiel czy Janusz Gajos – zbudowaliśmy opowieść o charakterze luźnym, wielokrotnie anegdotycznym. W ten sposób powstała ta książka.

Wracając jednak do „Memu Ignorancji” – definiuję go na kilku różnych poziomach i na wiele sposobów, dlatego proponuję, aby czytelnicy sami sięgnęli po tę książkę i przekonali się, jak bardzo przyspieszył współczesny świat. Jest to przyspieszenie nieporównywalne nawet z tym, które przyniosła rewolucja pary i przemysłu.

Przy okazji zapraszam również do lektury mojej najnowszej książki „Dzieło”, która odnosi się do aktualnych sporów medialnych i politycznych dotyczących artystów oraz ozusowania umów. W książce tej podejmuję polemikę z popularnym dziś twierdzeniem, że „praca artystyczna to praca”. Stawiam tezę odwrotną i staram się uzasadnić, dlaczego tak uważam.

Ale wróćmy do „Memu Ignorancji”. Żyjemy przecież w epoce totalnego, natychmiastowego dostępu do danych, a Ty stawiasz tam diagnozę, że informacja bezwzględnie wypiera rozumienie. Czy współczesny człowiek, osaczony przez algorytmy, kulturę instant i scrollowanie rzeczywistości, zatracił całkowicie zdolność do kontemplacji? Czy w świecie nadmiaru informacji i głębokiego niedoboru znaczeń sztuka ma jeszcze w ogóle siłę, by nas z tego letargu obudzić?

— Co do sztuki, nie mam większych obaw. Myślę, że jakoś sobie poradzi. Natomiast pokolenie „kciuka” na pewno będzie szybciej rozwiązywać różne problemy. Pytanie raczej brzmi, czy będzie potrafiło wrócić do świata refleksji, czy też będzie beznamiętnie zawierzać algorytmom.

To, co dzieje się dziś wokół generatywnej sztucznej inteligencji, przypomina mi historię przysłowiowego potwora Frankensteina. On również został stworzony na podobieństwo człowieka. Chciał być człowiekiem, żebrał o miłość, ale kiedy został odrzucony, nastąpiła przemiana, odwrócenie. Z istoty łagodnej przeobraził się w zło, które miało trwać wiecznie. Był pozlepiany z wielu ludzi, ale mimo to człowiekiem nie był.

Podobnych analogii możemy doszukiwać się w aktualnym rozwoju sztucznej inteligencji. Już dziś wielu naukowców przyznaje, że nie do końca rozumie kierunek jej rozwoju, ale wiedzą, że karmimy go sobą. To temat abstrakcyjny nawet dla zwykłego użytkownika, zanurzonego w świecie nieustannego scrollowania.

Bo ten palec pokolenia „kciuka” sprawia, że także moje pokolenie zamienia się w zaprogramowane na przewijanie zombie, żywiące się tym, co pojawia się na ekranie niewielkiego przedmiotu noszonego w kieszeni czy torebce.

 

Granice człowieczeństwa w erze AI

Nie uciekasz w swoich rozważaniach od sztucznej inteligencji, ale – jak na artystę-filozofa przystało – nie pytasz o to, czy AI ładnie maluje, tylko co robi z nami. Patrząc na rozwój technologii generatywnych, czy istnieją Twoim zdaniem obszary ludzkiej twórczości i kultury, których sztuczna inteligencja nigdy nie będzie w stanie przejąć? Gdzie tkwi granica, której algorytm nie przekroczy – w błędzie, w cierpieniu, a może właśnie w ludzkiej potrzebie tworzenia symboli?

— Sens zmian w sztuce zawsze zastanawiał świat tzw. krytyki. Często przypadek sprawiał, że następowały mody, zmiany nurtów lub odkrycia. Dziś nikt z malarzy – tych artystów ideowych – nie widzi sensu malowania hiperrealistycznie, bo przecież od tego jest aparat fotograficzny, już zintegrowany z naszym komunikatorem, czyli telefonem.

Każdy na świecie może robić zdjęcia, ale czy nazwiemy go artystą fotografem? I tu zaczyna się mały problem, bo przecież te narzędzia zmieniają także nas. Uczą, jak posługiwać się aparatem w smartfonie. Kadrują zdjęcie, podpowiadają, jak ustawić urządzenie, aby uzyskać lepsze ujęcie, jak zastosować filtr i jak zbudować kompozycję. Dziś każdy użytkownik ma to w swoim urządzeniu. Kiedyś, żeby się tego nauczyć, potrzebny był mistrz, który wykonał tysiące zdjęć i zdobył doświadczenie. To wszystko było kosztowne. Trzeba było używać klisz, odczynników i papieru fotograficznego. Dziś wystarczy nacisnąć przycisk, umieścić zdjęcie w świecie wirtualnym i gotowe.

Efektem końcowym są lajki, oglądalność, a za nimi często idzie także monetyzacja naszej „pracy”. Z malarstwem może być podobnie. Wystarczy narzędzie, którym będzie robot. Nie musi on wygenerować „ładnego obrazka” i wydrukować go na ploterze. Może po prostu wziąć pędzel w mechaniczną dłoń i zacząć malować. Może nawet trysnąć farbą olejną na płótno.

Ten proces i jego konsekwencje dla świadomości artystów opisuję w swoich książkach. Ale pozostaje pytanie: czy narzędzia, które są dziś dostępne niemal na każdym kroku, albo – co gorsza – te, które nie są publicznie dostępne i rozwijane są w Pentagonie, NASA czy zaawansowanych laboratoriach cybernetycznych w Chinach lub Rosji, nie osiągnęły już znacznie wyższego poziomu rozwoju niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić?

Każdy z mojego pokolenia wychował się przed dużym ekranem. Tym ekranem był zwykły telewizor. Fascynowaliśmy się filmami science fiction, które próbowały przewidzieć przyszłość. Najbardziej wyrafinowaną wizją pozostaje dla mnie „Matrix” i świat ludzi zamienionych w baterie zasilające system stworzony przez człowieka, który wymknął się spod kontroli.

Ten współczesny Frankenstein właśnie powstaje. Dziś ma nam służyć. Ale jak będzie jutro?

Przez ponad trzydzieści lat tworzysz, uczysz, organizujesz festiwale, piszesz książki i budujesz przestrzenie do spotkań. Jaka była największa cena tej drogi?

— To jest ogromna cena. Niezrozumienie często wyklucza. To także ciągły protest, niezgadzanie się z systemem, a to prowokuje życiowe komplikacje. Nie chcę o tym mówić, ale są też dobre chwile, które wieńczą i podsumowują takie działania.

Ostatnio, pod koniec kwietnia br., otrzymałem najważniejszą nagrodę Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Pozwolę sobie przytoczyć fragment wypowiedzi prezesa ZAiKS-u, dr. Miłosza Bembinowa:

„(…)Tradycyjnie w kwietniu ZAiKS nagrodami stoi. Od lat przyznajemy te szczególne wyróżnienia twórczyniom i twórcom, ale też osobom w sposób szczególny wspierającym polską kulturę […].To imponująca paleta twórców i twórczyń wielu dziedzin sztuki i ich osiągnięć!

Moją szczególną uwagę przykuwa jeden z laureatów – człowiek nagrodzony za dojrzałe i kreatywne podejście do sztuki, czyli laureat w kategorii „Sprzyjamy wyobraźni” – Artur Krajewski. Nie tylko uwielbiany przez studentów profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale także poeta, pisarz, artysta multimedialny, filozof, a do tego…»absolwent« weterynarii! Człowiek renesansu!

W ubiegłym roku wydał bezprecedensową książkę »Mem Ignorancji«, a z tego, co zapowiada, w tym roku ukaże się jego kolejny tytuł, w którym kontempluje teraźniejszość, sztukę i kondycję kultury w trzeciej dekadzie XXI wieku. Osobiście nie mogę się doczekać premiery.”

Takie słowa sprawiają, że człowiek przez chwilę zatrzymuje się i myśli, że być może ten wieloletni wysiłek miał sens.

Przeszedłeś niesamowitą drogę: od młodego rysownika, później malarza skupionego na płótnie, przez muzyka, poetę eksperymentującego z technologią, twórcę ogromnego festiwalu łączącego ludzi, aż po filozofa kultury, który bez znieczulenia diagnozuje nasz świat. Na koniec muszę Cię o to zapytać: co w obliczu tych wszystkich surowych diagnoz daje Ci jeszcze nadzieję? Co sprawia, że co roku znów otwierasz festiwal, wchodzisz na salę wykładową ASP i tworzysz? Co w tym świecie ocali Kultura?

— Kultura to wszystko, co nas otacza. O tym już wcześniej wspomniałem. Mamy świat materialny i niematerialny, a dziś ze świata niematerialnego wyłania się jeszcze świat cyfrowy, którego prawdopodobnie nic już nie zatrzyma.

Początkiem i symbolicznym końcem może być moment, w którym ktoś, chcąc ratować nas – ludzi – w akcie desperacji spróbuje wyciągnąć wtyczkę z kontaktu, aby, być może, zresetować system i wyłączyć świat. Wtedy wszyscy dostrzeżemy, że on nadal działa. Nie zauważyliśmy bowiem, kiedy stał się autonomiczny. Być może dokonało się to pod szyldem jakiegoś „zielonego ładu” albo innego kolorowego politycznego zrywu. A on i tak będzie działał dalej, tylko już bez naszego udziału.

Ciekawe, czy właśnie tego doczekam za życia? Czy jednak to wszystko, o czym teraz mówię, to tylko kolejne narzędzie, na którym będziemy robić swoje biznesy, i znajdą się też nowi artyści, którzy wykorzystają je do swoich działań? A świat stanie się rajem, bez wojen i chorób, i wreszcie na naszych czatach czy innych komunikatorach będziemy mieli odpowiedź na nasze modlitwy…

Przejdź do treści