
Z Joanną Kurowską rozmawia Sylwester Kurowski
— Czy ma Pani poczucie, że ludzie dziś nadal potrafią naprawdę się śmiać?
— Tak. Mało tego, powiem więcej: ludzie bardzo łakną śmiechu, przynajmniej tak to widzę w teatrze. Wydawało mi się, że robiliśmy z Kubą Przebindowskim bardzo trudną sztukę, a jednak — kiedy pojawiał się purnonsensowy dowcip — publiczność bardzo chciała się śmiać i ten humor wyłapywała.
Jest dziś ogromna potrzeba oderwania się od problemów. Ludzie chcą trochę odetchnąć od polityki i od tego, co dzieje się na świecie. Mówię oczywiście o tych, którzy przychodzą do teatru.
W Polsce ludzie rzadko uśmiechają się na ulicach — za rzadko. Widać to zwłaszcza, kiedy porówna się nas z Hiszpanią czy ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie uśmiech jest znacznie bardziej naturalny. Jeden influencer opowiadał nawet, że postanowił „po amerykańsku” uśmiechać się do ludzi, i w odpowiedzi… dostał od kogoś w zęby. To pokazuje, że nasze społeczeństwo jest raczej wycofane, jakby trochę się bało, że ktoś uzna je za nienormalne albo dziwne. Chociaż mam wrażenie, że coraz częściej się to zmienia i idzie w lepszym kierunku.
Ostatnio leciałam do Wrocławia i na pokładzie był wesoły steward, który w zabawny sposób prezentował instrukcję bezpieczeństwa. Robił coś na kształt stand-upu — ludzie wręcz „wyli” ze śmiechu w samolocie. To pokazuje, że jest taka potrzeba. 20 lat temu byłoby to nie do pomyślenia — ktoś taki mógłby zostać uznany za niepoważnego i nieprofesjonalnego, a dziś jest to akceptowalne.
— Co obecnie daje Pani największą radość w kontakcie z publicznością?
— Dokładnie to samo, co dawało mi ją wiele lat temu. To się nie zmienia. Kiedy ludzie wstają z miejsc, są zadowoleni i nie żałują tego, że kupili bilety i spędzili ten czas właśnie ze mną i moimi kolegami scenicznymi — to daje mi ogromną satysfakcję.
Ja bardzo poważnie podchodzę do mojego zawodu. Bardzo.
Jestem zmęczona po spektaklach i po trasach teatralnych, bo jadę na pełnej petardzie, ale nigdy nie odpuszczam. Nigdy. Gram bardzo dużo i na sto procent.
Co mi to daje? To, że ludzie są zadowoleni — a to jest przecież istota mojego zawodu.
— Co Pani zdaniem najbardziej zmieniło się przez te wszystkie lata w teatrze i w ludziach?
— Ludzie bardzo pragną teatru — widzę to wyraźnie. Teraz chyba nawet bardziej niż kiedyś. Wynika to z tego, że sztuczna inteligencja i to, co dzieje się w internecie, sprawiło, że sztuczny, „plastikowy” świat zaczyna zalewać wszystko. Oczywiście można zastąpić aktora w filmie czy telewizji, można go zastąpić w reklamie. Można na przykład sprawić, że Marlon Brando nagle zareklamuje karmę dla kotów — można go „ożywić” dzięki AI. Ale w teatrze aktora wciąż nie da się zastąpić. I właśnie dlatego ludzie chcą zobaczyć coś prawdziwego. A prawdziwy człowiek jest w teatrze.
Zauważam więc ogromną tęsknotę za tym doświadczeniem. Widać to choćby po ilości powstających spektakli i po tym jak dużo teatrów jeździ w trasy oraz oczywiście po publiczności czekającej w różnych miastach.
U mnie samej często są pełne sale. Rzadko zdarza się, żeby frekwencja wynosiła 60 procent, jak kiedyś bywało. Pamiętam, że gdy grałam u Hanuszkiewicza, wyglądało to inaczej — graliśmy na przykład Gombrowicza i zapełniona bywała połowa sali. Nawet przy lżejszych formach, jak komedia pasterska, nie było takiego łaknienia teatru.
Dziś, w dobie „plastiku”, mam wrażenie, że ludzie po prostu chcą chodzić do teatru.
— Czyli można postawić tezę, że teatr nadal pozostaje miejscem prawdziwego spotkania człowieka z człowiekiem?
— Jak najbardziej.
Na spektakl „Żar” w Polonii, gdzie grają Olbrychski z Englertem, bilety są dostępne dopiero na marzec 2027 r., a mamy przecież czerwiec 2026 r.. To pokazuje, że ludzie chcą chodzić do teatru i potrzebują kontaktu z żywym aktorem. Wydaje mi się, że istnieje w tym jakaś tęsknota za prawdą, dlatego spektakle odnoszą sukces.
Zdziwił mnie też fenomen „Ukrytej prawdy” czy podobnych programów, w których — w założeniu — nieaktorzy odgrywają sytuacje z ukrytej kamery, jakby działy się naprawdę. Ludzie chcą zobaczyć kawałek życia, chcą mieć poczucie kontaktu z czymś autentycznym.
— W Pani repertuarze pojawiły się piosenki francusko-włoskie. Szczególnie jedna z takich niezwykłych interpretacji — „Gigi L’Amoroso” kojarzona jest z Panią.
— To jest akurat piosenka włoska, choć można ją również łączyć z francuskim kręgiem kulturowym, ponieważ Dalida śpiewała ją także po francusku.
Ja zajęłam Grand Prix piosenki francuskiej — piosenką „Milord” w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego, a także piosenką Yves’a Montanda „Indie-Moselle” z „Jochem Balansoire”, czyli „Dziewczyną na huśtawce”.
— Skoro już został przywołany wątek współpracy z Wojciechem Młynarskim, to przypomnijmy może o interpretacji, w której broniła Pani swojej intuicji artystycznej?!
— Młynarski przyniósł mi, przetłumaczoną przez siebie, piosenkę Édith Piaf: „Zmywam dzień i noc, szklanki w budzie tej”. Była świetna, więc zgodziłam się ją wykonywać. Ale przyniósł też Freddy’ego Buscaglionego, „Smutna byłam, bo ktoś porzucił mnie”.
Mówię: „Słuchaj, Wojtek, to są dwie piosenki o takiej samej kobiecie, której nikt nie chce i ona smucąc się, śpiewa o tym, że jest jej źle. Jedna ma miotłę i sprząta, a druga ma w ręku szklankę i pije whisky — ale zasadniczo to się niczym nie różni”.
On się wtedy tak zdenerwował. Sprzeciwienie się wielkiemu Młynarskiemu nie było proste. Ale ja się nigdy nie bałam. Dla mnie człowiek to człowiek — nigdy nie stawiałam się na klęczkach wobec kogokolwiek. I zawsze też uważałam, że mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie. Nie miałam czołobitności wobec nikogo w życiu, więc normalnie to powiedziałam, ku grozie kolegów, którzy myśleli, że on mnie „zabije”.
Wojtek był groźny, ale chyba to przemyślał i napisał mi „Gigi L’Amoroso”, które stało się takim hitem, że do tej pory to śpiewam, choć minęło 25 lat od czasu, kiedy powstało. To jest świetnie przetłumaczona piosenka, która oczywiście inaczej brzmiała, miał być włoski wątek w spektaklu teatralnym. On tłumaczył włoskie, francuskie, rosyjskie i amerykańskie kawałki — i to była ta włoska część. Była to opowieść o tym, że jeśli czegoś w życiu bardzo chcesz i tego się trzymasz, to możesz to osiągnąć, ale nigdy nie możesz iść na ustępstwa. Nigdy.
Ja zresztą zawsze dążę, i w graniu, i w życiu, i w relacjach, do prawdy. Jak coś nie jest w zgodzie ze mną, np. jakaś rola jest za daleko od mojej wrażliwości, to ją odrzucam, bo wiem, że i tak nic z tego nie zrobię.
Jako aktorka charakterystyczna i silna osobowość mogłabym oczywiście zagrać, ale kiedy podejrzewam, że ktoś inny zagrałby to lepiej, wtedy odmawiam. Nawet jeśli jest to bardzo duża rola.
Pilnuję tego, żeby być blisko prawdy, bo to mi daje siłę — w zawodzie i w życiu.
— Miała Pani okazję pracować z wieloma wybitnymi artystami. Czy jest jakieś zawodowe spotkanie, do którego zdarza się Pani wracać myślami częściej?
— Ja się w ogóle nie przywiązuję. Każda nowa rola jest wyzwaniem i żadnej nie traktuję w taki sposób, jakby miała być moim jedynym, ukochanym, wybranym dzieckiem. Powtarzam za Niną Andrycz: ,,Wszystkie role, to są moje ukochane dzieci”.
Jeśli rola mi się podoba, to ją biorę, choć oczywiście zdarzyło mi się zagrać także kilka takich, których później żałowałam. Wydawało mi się, że coś z nich zrobię. Nie zrobiłam.
Pamiętam, jak grałam Pannę Młodą w „Weselu”. To była dobra rola, po której Adam Hanuszkiewicz powiedział, że jestem aktorką mogącą zagrać wszystko. Dziś wiem, że to nieprawda. Nie można zagrać wszystkiego. Sama położyłam rolę Racheli, więc jestem najlepszym dowodem na to, że istnieją role niedopasowane do aktora.
Miałam zagrać Żydówkę, a przecież jestem typową słowiańską blondynką. Oczywiście można próbować pewne rzeczy interpretacyjnie nagiąć, ale nie zawsze się to udaje. Pamiętam, że zaprosiłam na spektakl Wojciecha Młynarskiego. Hanuszkiewicz przekonywał mnie wtedy, że jestem genialna, co — jak się okazało — wcale nie było prawdą. W tej roli byłam po prostu słaba.
Młynarski siedział w pierwszym rzędzie. Był bardzo wysoki, więc od razu go zauważyłam. Kiedy weszłam na scenę i wypowiedziałam pierwsze słowa Racheli: „Ensemble jak z feerii, z bajki”, usłyszałam jego głośne: „O Jezus Maria!”. Dosłownie na całą salę. Miał tubalny głos i nigdy nie ukrywał swojego zdania. W tym momencie wiedziałam już, że coś jest nie tak. Tej roli nie udało mi się uratować.
Dlatego nie zgadzam się z opinią, że dobry aktor może zagrać wszystko. Nie może. Roman Kłosowski, choć był znakomitym aktorem, nie zostałby wiarygodnym amantem, za którym szaleją kobiety. Tak samo ja nie byłam wiarygodną Rachelą. Są role, do których po prostu się nie pasuje.
Bardzo często mówi się, że ktoś źle zagrał. Tymczasem nie zawsze o to chodzi. Czasem aktor jest po prostu źle obsadzony. Dobry aktor potrafi zagrać dobrze, ale pod warunkiem, że otrzyma rolę odpowiadającą jego warunkom i możliwościom.
— Niezwykle pięknie opowiada Pani o Kaszubach i dzieciństwie. Czy człowiek na zawsze nosi w sobie miejsce, z którego pochodzi?
— Myślę, że tak. Ja jestem bardzo dumna z tego, że jestem Kaszubką, i nigdy się tego nie wypierałam. Mało tego — zawsze podkreślam piękno Kaszub, zawsze o nich mówię i je sławię. Dla mnie to najpiękniejsza część Polski. Kiedy tam przyjeżdżam, od razu czuję się jak w domu.
— Czy ma Pani takie poczucie, że dawniej ludzie byli sobie bliżsi?
— Możliwe. Choć ja bardzo stawiam na relacje międzyludzkie, więc osobiście nie odczuwam tego aż tak mocno. Myślę jednak, że rzeczywiście coś się zmieniło.
Dorota Wellman opowiadała kiedyś historię dziewczyny leżącej na ławce na przystanku. Wokół byli ludzie, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Dopiero ona zainteresowała się sytuacją i okazało się, że dziewczyna miała poważny spadek cukru. Mogło dojść do tragedii. Mam wrażenie, że kiedyś takie sytuacje zdarzały się rzadziej.
Dziś istnieje pewien rodzaj społecznej znieczulicy. Ludzie są bardziej skupieni na sobie, a mnie się to nie podoba. Z drugiej strony internet sprawia, że częściej słyszymy o różnych dramatycznych historiach, więc być może dawniej po prostu mniej o nich wiedzieliśmy.
Ja sama jestem osobą bardzo empatyczną i przywiązuję ogromną wagę do relacji z ludźmi. Mam wielu znajomych oraz grono wiernych przyjaciół, z którymi regularnie się spotykam. Bardzo bliska jest mi myśl Jacka Cygana, że przyjaźń wymaga troski i pielęgnowania. Jeśli o nią nie dbamy, po prostu zanika.
Dlatego nie mam poczucia, że prawdziwe relacje międzyludzkie zniknęły. One nadal istnieją, tylko trzeba o nie dbać.
— Czy, Pani zdaniem, z wiekiem człowiek robi się bardziej wyrozumiały wobec siebie?
— Nie. Właśnie im jestem starsza, tym większe mam wobec siebie wymagania, zwłaszcza w sztuce. Skoro ludzie kupują bilety, żeby mnie oglądać, mam obowiązek dobrze zagrać tę rolę. Jestem bardziej wyrozumiała dla błędów innych ludzi, ale dla siebie nie. Sobie nie pobłażam, szczególnie artystycznie. Mam coraz większe wymagania i poczucie, że muszę dać z siebie więcej niż kiedyś.
— A czy dziś, z uwagi na współczesny świat i zmiany, które w nim zachodzą, aktorowi trudniej zachować autentyczność?
— To zależy, o jakiej autentyczności mówimy, bo dziś mamy wiele jej rodzajów. Jest autentyczność instagramowa, facebookowa, medialna. Wszyscy nieustannie coś pokazują, opowiadają o sobie, kreują swój wizerunek. Dlatego trudno mówić o jednej autentyczności i wszystko uśredniać.
Ta „instagramowa autentyczność” stała się wręcz osobnym zjawiskiem i, moim zdaniem, wyrządziła sporo szkody. Coraz częściej pokazujemy nie to, kim jesteśmy, ale to, jak chcielibyśmy być postrzegani.
Dla mnie Instagram jest społecznie szkodliwy, ponieważ ludzie oglądają świat, którego w rzeczywistości nie ma. A kiedy takie obrazy powtarzają się codziennie, zaczynamy wierzyć, że właśnie tak wygląda życie.
Znam wiele par, które w mediach społecznościowych prezentują się jako idealne małżeństwa. Pokazują, jak bardzo się kochają, jak są szczęśliwi. Tymczasem z ich własnych opowieści wiem, że w domu wygląda to zupełnie inaczej. Potem ktoś, kto to ogląda, porównuje swoje życie do tego wyidealizowanego obrazu i zaczyna myśleć, że jego jest niewystarczające, gorsze. A przecież często jest to wyłącznie starannie wyreżyserowany obrazek.
To działa bardzo negatywnie. Influencerzy, artyści i celebryci często pokazują świat, który nie istnieje. Ludzie nie wyglądają tak, jak na Instagramie. Wystarczy odpowiednie światło, odpowiedni kąt, filtr. Sama wiem, jak zrobić zdjęcie, żeby wyglądać o dwadzieścia lat młodziej. To kwestia doświadczenia i techniki. Jestem filmowcem, więc wiem, jak się ustawić przed obiektywem. Ale człowiek tak nie wygląda rano, bez makijażu i bez przygotowania.
Myślę, że stąd bierze się wiele kompleksów. Proszę zwrócić uwagę, jak często słyszymy dziś o depresji czy problemach psychicznych. Coraz więcej osób zmaga się z poczuciem, że nie dorasta do wzorca, który widzi w internecie. A przecież ten wzorzec bardzo często jest fikcją.
Ludzie są karmieni obrazem idealnego świata, do którego nie są w stanie przynależeć, bo taki świat po prostu nie istnieje. W każdym domu są problemy, konflikty i trudniejsze momenty. Tymczasem w mediach społecznościowych pokazujemy wyłącznie piękne kwiaty w ogrodzie, uśmiechnięte dzieci, motyle fruwające nad trawnikiem i idealne rodzinne święta. Nigdy nie wiemy, ile w tym prawdy.
Ktoś zrobi sobie zdjęcie w kawiarni i napisze, że to prezent od dzieci na Dzień Matki. Być może tak było, a być może dzieci nawet nie zadzwoniły. Potem inna matka, która dostała od swoich dzieci ,,tylko” telefon z życzeniami, patrzy na taki obrazek i czuje się gorsza, mniej kochana, rozczarowana.
Właśnie dlatego uważam, że coraz częściej kreujemy świat, którego nie ma. I to jest dla nas wszystkich bardzo niebezpieczne.
— Czyli człowiek wrażliwy musi dziś budować systemy obronne?
— Dziś wiele osób przyjmuje antydepresanty. W 2014 roku depresja była na czwartym miejscu wśród chorób cywilizacyjnych, a mówi się, że w 2030 roku może stać się chorobą numer jeden. Z czego to wynika? Moim zdaniem z karmienia ludzi nieautentycznym światem, do którego nie przynależą i do którego jest im bardzo daleko. A idealnego świata po prostu nie ma.
Bardzo często — również dlatego, że miałam męża z ciężką depresją — jestem zapraszana na różne sympozja i spotkania poświęcone temu tematowi. Mój mąż chorował na depresję kliniczną. To nie było zwykłe gorsze samopoczucie, ale poważna choroba.
Uważam, że to bardzo dobre, iż dziś ludzie częściej zgłaszają się po pomoc do psychoterapeutów niż 20–30 lat temu. W dużej mierze jest to także zasługa nas, artystów, którzy coraz częściej otwarcie mówią o depresji. Kiedyś ten temat był przemilczany, dziś na szczęście coraz rzadziej jest tabu.
— A co daje Pani poczucie prawdziwego spokoju, ukojenia?
— Przyroda. Mieszkam w przepięknym miejscu. Często ludzie pytają mnie: „Joaśka, ty tak dużo pracujesz, dlaczego mieszkasz pod Warszawą, a nie w samym mieście?”. A ja rzeczywiście dużo pracuję — więcej niż wtedy, gdy miałam 25 czy 30 lat. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale bardzo to lubię.
Kiedy mam dwa, trzy dni wolnego, nie potrzebuję wielkich atrakcji. Potrzebuję ciszy, zieleni i przestrzeni. Tutaj ładuję swoje baterie.
Gdyby nie ten dom i bliskość przyrody, pewnie funkcjonowałoby mi się trudniej. Kiedy moja córka dostała się do liceum, mieszkałam jeszcze w Warszawie, niedaleko Łazienek Królewskich — zresztą w bardzo ładnym mieszkaniu. A jednak to tutaj jestem szczęśliwa. Tutaj odpoczywam i naprawdę się regeneruję.
— Patrząc na drogę zawodową, ma Pani na koncie spotkania z wieloma niezwykłymi ludźmi. Czy są takie osoby, których obecność nadal Pani towarzyszy, mimo że fizycznie ich już nie ma?
— Tak. Profesor Bardini. To, że się mną zainteresował i powiedział, że jestem dobrą aktorką, bardzo mnie w życiu uniosło i dodało mi pewności siebie.
Podobnie Henryk Talar, który był moim wykładowcą w szkole teatralnej. Jako jeden z nielicznych powiedział mi wtedy, że jestem ważna i mam predyspozycje do tego zawodu.
Te dwie osoby — profesor Aleksander Bardini i Henryk Talar — są dla mnie szczególnie ważne. Bardzo dobrze jest, kiedy na swojej drodze spotyka się kogoś, kto powie: „Jesteś dobra, ważna, zdolna”. Oni mi to powiedzieli.
I to mnie w życiu niesie.
— Czy można powiedzieć, że byli to Pani mistrzowie?
— Tak, można tak powiedzieć. Henryk Talar był fantastycznym aktorem, przedstawicielem starej szkoły krakowskiej — aktorstwa wymagającego, bez kompromisów, grania na sto procent, z ogromnym skupieniem przed spektaklem.
U niego fascynujące było też coś innego: ciągła ciekawość życia i potrzeba rozwoju. To było bardzo inspirujące.
Graliśmy razem w „Chorym z urojenia” Moliera w Teatrze 6. Piętro. Ja grałam główną rolę żeńską, Antosię. Pamiętam, że kiedy przychodziłam do garderoby, on zawsze czytał książkę. Zawsze był w procesie — jakby nieustannie się doskonalił. To było coś wyjątkowego i bardzo budującego.
Bardini był również postacią fascynującą. Miał niezwykłą trafność spostrzeżeń — często trafiał w samo sedno. Byłam tym wręcz oszołomiona: jak to możliwe, że on zawsze „w środek tarczy”.
To był prawdziwy autorytet. Jeśli powiedział, że ktoś jest zdolny — to rzeczywiście był zdolny. Jeśli uznał, że ktoś się nie nadaje — zazwyczaj tak było.
Pamiętam, jak przygotowywał ze mną recital po Grand Prix Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Był wtedy w komisji, obok Kaliny Jędrusik, i później pomagał mi w pracy nad programem, który miał być wykonywany w Paryżu. Był bardzo uważnym opiekunem artystycznym.
Kiedy pracowałam nad piosenką, powiedział mi: „Świetnie to zaśpiewałaś, tylko ty myślisz, że mnie oszukasz. Pokazujesz, że szukasz słowa, że improwizujesz, a ty po prostu nie znasz tekstu”. I oczywiście miał rację.
To było dla mnie uderzające, bo wydawało mi się, że wszystko ukrywam bardzo dobrze. On jednak widział więcej — także moje artystyczne „oszustwa”. Powiedział mi wtedy: „Im będziesz starsza, tym więcej będziesz grała. Na stare lata w ogóle nie będziesz wychodzić z roli”.
I rzeczywiście, dziś widzę, że miał rację. Gram bardzo dużo — mam kolejne premiery, główne role w teatrze i telewizji, jestem stale aktywna zawodowo.
Nie wiem, skąd miał tę mądrość. Wtedy wydawało mi się, że jestem na początku „swoich żniw”. Dziś wiem, że widział to zupełnie inaczej. To był jeden z najważniejszych autorytetów w moim życiu.
— A tęskni Pani za tamtym światem, czy bardziej za ludźmi?
— Uważam, że szczęście polega na tym, żeby nie zajmować się przeszłością i nie wchodzić w nią zbyt głęboko, bo można w tym utknąć. Znam kolegów — pisarzy, reżyserów — którzy wciąż rozpamiętują tamte czasy, jakby nadal w nich żyli. Ja staram się iść do przodu.
Jeśli zagram rolę albo udzielę wywiadu, to zamykam ten etap. Nie wracam do tego, nie analizuję, jak wypadłam, co powiedziałam, jak zabrzmiałam. To mnie zupełnie nie interesuje. Zrobiłam to najlepiej, jak potrafiłam, i idę dalej.
Wydaje mi się, że szczęście polega na tym, żeby żyć teraźniejszością, a nie trwać w przeszłości. Ludzie często idealizują dawne czasy i mówią: „Kiedyś to było lepiej”. Ale tak mówi się zawsze — niezależnie od epoki. Każde pokolenie uważa, że jego czasy były wyjątkowe.
Nie mam nostalgii. Kiedy spotykam się z koleżankami i rozmowy zaczynają schodzić na przeszłość, po prostu się od tego odcinam. Nie interesują mnie rozmowy o chorobach ani o tym, co było.
Dla mnie najważniejsze są dni, których jeszcze nie znamy — jak śpiewał Marek Grechuta.
— Kiedy człowiek staje się naprawdę wolny? Gdy przestaje bać się ocen innych, czy gdy zaczyna akceptować samego siebie?
— Myślę, że zaczyna się to od akceptacji siebie — to bardzo ważny krok. Jest taka opowieść związana z Jerzym Dudą-Graczem. W rozmowie z córką, która mówiła, że czuje się wolna, odpowiedział jej, że nie jest wolna, bo poprzez swój wygląd i sposób bycia próbuje dopasować się do grupy i jej oczekiwań.
Dla mnie wolność zaczyna się wtedy, kiedy potrafi się wypowiedzieć własne zdanie, nawet jeśli jest ono niepopularne. Kiedy mówi się to, co naprawdę się myśli, a nie dostosowuje do otoczenia tylko po to, by zostać zaakceptowanym.
Moja córka jest w tym sensie bardzo wolna. Choć czasem mówię jej: „Zosiu, przestań już tak wszystko stawiać zero-jedynkowo i tak ostro głosić swoje prawdy”, to widzę, że ta postawa daje jej ogromną siłę.
Potrafi wejść do pokoju, w którym trzydzieści osób ma odmienne zdanie, i spokojnie powiedzieć swoje. I to jest właśnie wolność — wewnętrzna siła, która pozwala być sobą, niezależnie od otoczenia.
— Istotną kwestią w życiu jest możliwość wyrażenia siebie. Jednak współczesny świat bardziej promuje i stawia na skuteczność niż na wrażliwość. Czy zatem wrażliwość jest siłą czy obciążeniem?
— Zależy, w co ją przekujemy. Ja, będąc osobą bardzo wrażliwą, przekształciłam swoją wrażliwość w siłę. Gdy ktoś spojrzy na mnie z boku, dostrzeże przede wszystkim otoczkę pewnego rodzaju nonszalancji i nie podejrzewa mnie o aż tak dużą wrażliwość. Tylko prawdziwie mądrzy ludzie widzą, jak jest naprawdę.
Nie mam ochoty rzucać pereł przed wieprze i pokazywać swojej wrażliwości tym, którzy nie tylko jej nie docenią, ale jeszcze ją podepczą.
Stworzyłam więc postać, której być może trochę się boją, bo potrafię być błyskotliwie złośliwa. Ludzie często boją się takich cech i przed nimi uciekają. Nie każdemu pokazuję swoje skrzydła motyla — i to jest świadoma obrona mojej wrażliwej natury.
— Nasza rozmowa oscyluje wokół człowieka i relacji. Czy coś jeszcze zaskakuje bądź zachwyca Panią w ludziach?
— Zachwycają mnie ludzie. Nie nowe porty czy imponujące budowle. Zawsze bardziej interesował mnie człowiek niż miejsca. Chętniej poznam kogoś, niż odwiedzę kolejne muzeum. To właśnie ludzie i to, co mają do zaoferowania drugiemu człowiekowi, fascynowało mnie najbardziej przez całe życie.
Im jestem starsza, tym mniej ciągnie mnie do wyjeżdżania z domu. Mam przepiękny dom i przepiękny ogród. Dla kogoś mogą nie być niczym wyjątkowym, ale dla mnie są. To właśnie tam najchętniej odpoczywam.
Nie mam już wielkiej potrzeby podróżowania. Bardzo dużo podróżowałam w życiu. Jeździłam z Orkiestrą Górnego, byłam w Australii, Stanach Zjednoczonych, Londynie i wielu innych miejscach. Zresztą do dziś często wyjeżdżam z teatrem czy też na zdjęcia filmowe.
Być może właśnie dlatego tak bardzo cenię sobie bycie w domu. Niedawno słuchałam wywiadu z Joanną Kołaczkowską i pomyślałam, że pięknie nazwała coś, co sama od dawna czuję. Po latach nieustannych wyjazdów największą wartością staje się zacisze własnego domu: kot przechadzający się po parapecie, filiżanka kawy lub herbaty, siedzenie na tarasie i patrzenie na drzewa.
To właśnie mnie dziś zachwyca — mój dom i przyroda.
— Czy są takie marzenia, które warto zostawić niespełnione?
— Z marzeniami jest taki problem, że bardzo często pozostają jedynie w sferze marzeń. I tu pojawia się pewna kwestia filozoficzna. Kiedy ktoś mówi: „Marzy mi się…”, to ja już mam poczucie, że prawdopodobnie tego nie zrobi.
Ja nie mam marzeń, ja mam zadania. Jeśli czegoś chcę, to po prostu to robię. W samym słowie „marzenie” jest dla mnie coś biernego. Słyszę czasem, jak ktoś przez dwadzieścia lat opowiada o swoim marzeniu i nic się nie zmienia.
Jeśli czegoś chcę, podejmuję działanie. Można oczywiście całe życie opowiadać o marzeniu, które nigdy się nie spełni. Ktoś mówi: „Moim marzeniem jest nosić rozmiar 38”. A ja myślę: to zmień swoje nawyki. Ale wiele osób nie chce niczego zmieniać — wolą marzyć. I tak pozostają przy rozmiarze 46.
Dlatego, gdy ktoś mówi mi o marzeniach, podchodzę do tego z dużym dystansem. Trochę jak wtedy, gdy ktoś bardzo dużo mówi o patriotyzmie — od razu zapala mi się lampka ostrzegawcza.
Chciałam rozbudować dom — zrobiłam to. Chciałam kupić córce piękne mieszkanie — zakasałam rękawy, kupiłam lokal do generalnego remontu i doprowadziłam go do stanu, z którego dziś jestem dumna. Jego wartość wzrosła kilkukrotnie.
W moim przekonaniu marzenie trzeba zamienić w konkretne zadanie. Jeśli potraktujesz je jak cel i zaczniesz działać, masz szansę je zrealizować.
Dlatego słowo „marzenie” nie budzi we mnie szczególnej sympatii. Jestem osobą zadaniową. Nie mam marzeń — mam cele i zadania do wykonania.
— Można powiedzieć, że jest Pani człowiekiem czynu…
— Nawet nie tyle czynu, co pragmatyzmu. Przy całej swojej wrażliwości jestem bardzo pragmatyczna.
Może dlatego tak mnie to drażniło w mojej rodzinie, zwłaszcza w mojej mamie, która ciągle mówiła o marzeniach, ale nic nie robiła, żeby je spełniać.
Ja mam odwrotnie. Jeśli pojawia się jakieś marzenie, zamieniam je w plan działania. Teraz na przykład chciałabym zrobić sobie dużą garderobę. Dużo gram, występuję, często zmieniam stroje, a to jest przecież część mojej pracy. Więc po prostu ją sobie zrobię. Odkładam pieniądze, nie wydaję ich na przypadkowe rzeczy i konsekwentnie zbieram na tę garderobę.
Nie mówię: „Moim marzeniem jest mieć garderobę”. Bo wtedy będę ględzić przez całe życie, że chciałam ją mieć, a ostatecznie umrę z tą samą małą szafą.
— Buduje Pani zatem swoje życie decyzjami, nie zdając się na przypadki?
— Tak jak już mówiłam przy okazji marzeń — przede wszystkim decyzjami. Choć oczywiście w życiu zdarza się też mnóstwo przypadków. Mówi się, że przypadków nie ma, ale nie wiem, jak to interpretować. Czy rzeczywiście ich nie ma? Tego nie wiem.
Wiem natomiast, że nie polegałabym wyłącznie na przypadku ani na szczęśliwym trafie. Po prostu bardzo ciężko pracuję. Nie zrzucałabym wszystkiego na barki losu. Wolę brać stery życia we własne ręce.
Oczywiście nie zawsze wszystko układa się tak, jak bym chciała, ale staram się sama prowadzić tę łódź przez życie i mieć wpływ na kierunek, w którym płynie.
— Gdyby miała Pani opowiedzieć swoje życie jednym obrazem, to co by się na nim znalazło?
— Łąka. Kiedy widzę łąkę, od razu przypominają mi się Kaszuby. Moje najwcześniejsze wspomnienie to ja i moja o rok starsza siostra idące przez łąkę, zbieramy tam stokrotki i robimy wianki.
Wzruszają mnie polne kwiaty, stokrotki, kaczeńce, bo kojarzą mi się ze szczęśliwym, wczesnym dzieciństwem. Z czasem, kiedy żyli jeszcze dziadkowie, rodzice byli młodzi, a świat wydawał się prostszy.
Kiedy byłam dzieckiem, mieszkałam w dzielnicy domów jednorodzinnych. Wokół było dużo zieleni, łąki i rzeka. Dziś wszystko jest zabudowane. Gdy byłam mała, wyglądało to zupełnie inaczej.
Jest taki film, który wielu krytyków i filmowców uważa za jeden z najwybitniejszych w historii kina — ,,Obywatel Kane” Orsona Wellesa. Jego bohater, inspirowany postacią Williama Randolpha Hearsta, umierając, wypowiada słowo „Rosebud” — „Różyczka”. Przez cały film wszyscy zastanawiają się, co ono oznacza. Czy chodzi o kobietę, jakieś wydarzenie, a może o utraconą miłość? Ostatecznie okazuje się, że „Rosebud” to nazwa sanek z jego dzieciństwa. Symbol czasu, za którym tęsknił przez całe życie.
Myślę, że dlatego właśnie obrazy z dzieciństwa są tak ważne. Dla mnie takim obrazem jest łąka. Kaszubska łąka.
— Czy przychodzi taki moment w życiu, kiedy człowiek nie musi już nikomu niczego udowadniać?
— Nie wiem. Ja lubię sobie coś poudowadniać.
— Ale sobie? Dla siebie?
— Sobie przede wszystkim udowadniam, że coś potrafię, ale innym również. I nawet jeśli mogę komuś coś udowodnić, mam wrażenie, że wtedy pracuję lepiej. Tyle że dziś już często nie ma komu tego udowadniać.
— Bardzo dziękuję za rozmowę.
— Dziękuję.