14/2026
Natasza maluje
Natasza lubi malować
na wszystkim
co wpadnie jej w ręce
Przemaluje okno
które wcześniej płakało
A teraz skrywa kochanków
Zamaluje skazę na twarzy
Ból jej jestestwa
Zmartwienie zachlapie farbą
Natasza odmienia kolory
czerń przefarbuje w biel
a czerwień w lekki błękit
Jest czarodziejką naszych nastrojów
Mężczyzna może być tylko
Mężczyzna może być tylko
komentarzem kobiety
Dopowiedzeniem i didaskaliami
Kropką nad ,,i” wykrzyknikiem
Mężczyzna może być tylko
marginesem zapisanym ołówkiem
Notatką i rysem pierwotnym
Zdaniem niedomówionym
Mężczyzna może być tylko
akapitem kobiety
I cieniem zagadką ukrytą
Literą skrywaną pod maską
Może być tylko jej znakiem zapytania
Jazzowy nokturn
Siedzimy jak anioły na barowych stołkach
A skrzydła rosną nam po kolejnych lampkach wina
W tle sączy się jazz napełniając puste butelki –
Nie może zabraknąć nam natchnienia
Krzykliwe odgłosy współpijących
Przygłuszają nasze wyrzuty sumienia
Które topimy w nutach nowoorleańskiej melodii
Improwizujemy jak wytrawni jazzmani
Unieśmy nasze kielichy w górę
Niech grawitacja ich nie pokona
Wystarczy wspomnieć o dniu jutrzejszym
A wszyscy spadniemy łamiąc sobie skrzydła
Gdy opadają marzenia
Spadają marzenia z chudych gałęzi
lecą w zapomnienie – na wieki
Nie pojawią się już na drzewie
Może odrodzą się na wiosnę
Teraz w ciszy zapadają
w zimowy sen niebytu
A ja – przy stole z cynamonką –
przyglądam się im z przerażeniem wiedząc
że nie jestem już twoim pragnieniem
W oczach psa
Spojrzałem psu w oczy –
zobaczyłem małą planetę
zniszczoną przez człowieka
łkającą o każdy kęs dobroci
Czarne ślepia wilgotniały
tonąc w deszczach tęsknoty
za prawdziwą normalnością
straconą jak wyrzucona kość
Przenikliwy wzrok –
zmieszany z bólem i niepewnością –
Zagubiony w otaczającym świecie
nie wiedział czy ulec czy atakować
Spojrzałem psu w oczy
I z przerażeniem zobaczyłem
w ich ciemnych zakątkach powiek –
Siebie
Luksus spowolnienia
Luksusem jest brak pośpiechu
Swobodne opuszczanie powiek
pod słońcem gaszonym na niebie
w rytm spóźnionych wskazówek
Luksusem jest spowolnione
muskanie twoich bioder
Przeciąganie ramion do gwiazd
i ściąganie księżyca śpiącą dłonią
Luksusem jest słodkie życie
bez autostradowych prędkości
i neurotycznych szpilek
Zwalniam i ignoruję grawitację
Przebudzenie w tonacji dnia
Budzę się z dźwiękiem klarnetu
i sennymi akordami fortepianu
Powolne frazy przelewają się pod powiekami
jak niedokończona noc
Koją transowym wspinaniem się
po klawiaturze codzienności
z kwartetem smyczkowym w tle
Przypominając o wschodzie słońca
Trzeba wstać i zrobić pierwsze kroki
na pięciolinii budzącego się poranka
Niech powolne przebiegi nut
zamienią się w harmonię dnia
Liturgia miłości
Wchodzisz do naszej sypialni
jak do świątyni tajemnic
Z niepewnością naciskasz klamkę
i zamykasz za sobą drzwi
Cóż może się nam zdarzyć
na ołtarzu wspólnej miłości
Czemu drży twoja dłoń
i głos łamie się w półoddechu
Składamy dziś ofiarę swoich ciał
z naszych tęsknot pragnień obaw
A w białym całunie świeżej pościeli
zostawiamy grzech namiętności
jak w konfesjonale bezbożne słowa