+48 736-84-84-44

Kamila Dorocińska

14/2026

 

Las

Wchodzę do lasu
w drgającą ciszę
wokół mnie gęstnieje
zieleń
lepka od szeptów
i trzasków
gęsta od westchnień
tętniąca milionami serc
mrugająca
błyszczącymi oczami

Przekradam się
ścieżką wydeptaną przez czas
dotykana
niechcianą pieszczotą
traw i gałęzi

Moje ciało
jak naprężona struna
gotowa grać
trącona najmniejszym
podmuchem wiatru
wtapia się
zielenieje
mrocznieje
pulsuje w rytm muzyki drzew

Zapadam się
w zieleń
w mrok
w falujący strach
brodzę po kostki
po kolana
zanurzam się
w szmaragdowej wodzie traw
i płynę

Płynę
ku złotej wyspie
tam leżę
na słonecznej plamie polany
oddycham głęboko

Żyję

Szamanka

siedzi w kucki
i mamrocze pod nosem mantry
w języku
który tylko ona rozumie
czasem zaśmieje się piskliwie
do cienia gałęzi kołyszącego się na ścianie
albo do kwiatów w wazonie

(tak panie doktorze
dzisiaj byłam naprawdę grzeczna)

kiedyś miała dom
miała dzieci
żyła w innej bajce

dzisiaj zlewa się z wczoraj
wrzesień z majem
może z tą różnicą
że raz trzeba włożyć sweter
raz nie

podróżuje
przez sobie tylko znane galaktyki
odkrywa światy nieznane
tutaj nie było jej od dawna
bo po co?

kiedyś miała dom
miała dzieci
żyła w innej bajce

dzisiaj posłusznie połyka
garść kolorowych tabletek
jedna na sen
druga na apetyt
a ta trzecia – najmniejsza
na poprawę pamięci
i na zapomnienie
na radość istnienia
i na nieistnienie

(tak panie doktorze
dzisiaj czuję się znacznie lepiej)

 

Recenzentka

powiedziała
że nie lubi depresyjnych utworów
wykreślała wszystkie
wyrywała jak chwasty

te co zostaną poukładamy
w spójną całość
mówiła
żadnych smutków
dzielenia duszy na kawałki
trzeba dawać ludziom
radość

no więc wyrzucała
po kolei każde słowo
każdą myśl
każdą łzę

zostały
puste kartki

mój pierwszy tomik wierszy

 

***
            mojemu synowi

trzeba pozwolić mu
odfrunąć
zamknąć pieprzony parasol ochronny
niech zmoknie

kolorowy ptak
moich lędźwi
nadzieja niespełniona

co jakiś czas powraca
z połamanymi skrzydłami
wylizuję mu rany
jak wilczyca
zlepiam w całość
niewprawnymi dłońmi
garncarza-amatora
otwieram na nowo
moje kalekie serce

a potem
patrzę jak stroszy pióra
gotowy do lotu
nie zapina pasów bezpieczeństwa
i znów leci
jak ćma
coraz bliżej ognia

zostaję sama
w chatce na kurzej łapce
w pułapce czterech ścian
w ramie okna
w bezradnej nadziei

że kiedyś zrozumie

Przejdź do treści