14/2026
nigdy nie miałem wróbla w garści czas to zmienić
nie chcę otworzyć oczu i tak widzę światło czuję ciepło
nie rozleniwia jest lekkie niczym piórko
które wypadło z pierzyny i wirowało
wśród drobinek kurzu tańczyło budząc mój śmiech
i śmiech babci
chcę otworzyć oczy ale najpierw zapach wiosny
musi wlecieć przez otwarte babciną ręką okno
muszę usłyszeć ćwierkanie wróbli skuszonych okruchami
chleba zebranymi pieczołowicie tą samą dłonią
pochłaniałem przylepki spieczone chrupiące
posmarowane grubo masłem lubiłem parskać mlekiem
by wypluć obrzydliwy kożuch i usłyszeć że to ja
jestem obrzydliwy lubiłem taki być
teraz nie chcę otworzyć oczu bo
tamtego życia już nie ma bo tamto życie było
żyję tym stworzonym przeze mnie
spieprzonym nie tylko przeze mnie łatwo poszło
i jedyną pamiątką po nim jest szklanka z zielonego szkła
zwężana ku dołowi z której dziadek pił podpiwek
ocierając pianę z kruczoczarnych włosów
z dzieciństwa pozostało mi to że czasami
płaczę jak dziecko i zielona szklanka
nie czuję wiosny nie słyszę ćwierkania
jednak unoszę powieki zastanawiam się
czy jest sposób by nie spieprzyć życia
tym którzy mówią do mnie tato
może oni też będą umieli odnaleźć w pamięci
kilka dobrych wspomnień
brzęk tłuczonego szkła
na szczęście
bym dał ich więcej niż sam dostałem
ukołysana
lubiłam patrzeć na umączone palce babci
robiła makaron czekałam na resztki
cieniutko wywałkowanego ciasta
kładłam je na piecu
obok rozgrzanych do czerwoności fajerek
patrzyłam na powstające pod wpływem ciepła pęcherzyki
brązowiały pachniało aż ciekła ślinka
chciałabym umieć opisać smak oczekiwania
smak i zapach wspomnienia
które dziś mieszczę w jednej wyszczerbionej filiżance
ulubionej filiżance mojej babci
gdy dotykam ustami brzegu
kruchego jak placuszki prosto z blachy
płynę na drugi o nierównym kształcie
miejscami ostry sprawiający ból
gdzieniegdzie łagodny
i właśnie tę łagodność wypijam do dna
wsiąka w ciało i krąży uspokaja
bym choć przez chwilę przestała umierać
przestała się miotać
między brzegami
wersja robocza
nie miałem mu za złe że obudził mnie w środku nocy
wtulony w znajomą woń w zaraźliwy śmiech
wciskając twarz w pachnące tytoniem dłonie
gdy rozbłysło światło zmrużyłem powieki
mama próbowała wyciągnąć nas na powierzchnię
idź sobie cuchniesz wódą – krzyczała
bolało bolała nienawiść do niej nie potrafiłem inaczej
psuła każdą chwilę szczęścia złością goryczą obecnością
nim go wyrzuciła nim znów zapadła ciemność
ofiarował mi figurkę kota w stroju muszkietera
on i kot po latach przestali mieć dla mnie znaczenie
on zniknął kot nie
postawiła go na komodzie
ilekroć przychodziłem przyciągał wzrok wąsami
których nie powstydziłby się Poirot
mama umarła nad Złem które żyje pod słońcem
po figurce został lśniący ślad wśród kurzu
codziennie w myślach go zacieram
wtedy nie mogłem się na to zdobyć
codziennie piszę do ciebie:
zapomniałem kluczy obym wrócił
do domu w którym ktoś jest nie miej mi za złe
gdy zapukam w środku nocy
przyznam że wszystko nadal ma znaczenie