+48 736-84-84-44

Iwona Marciniak

14/2026

nigdy nie miałem wróbla w garści czas to zmienić

nie chcę otworzyć oczu i tak widzę światło czuję ciepło
nie rozleniwia jest lekkie niczym piórko
które wypadło z pierzyny i wirowało
wśród drobinek kurzu tańczyło budząc mój śmiech
i śmiech babci

chcę otworzyć oczy ale najpierw zapach wiosny
musi wlecieć przez otwarte babciną ręką okno
muszę usłyszeć ćwierkanie wróbli skuszonych okruchami
chleba zebranymi pieczołowicie tą samą dłonią

pochłaniałem przylepki spieczone chrupiące
posmarowane grubo masłem lubiłem parskać mlekiem
by wypluć obrzydliwy kożuch i usłyszeć że to ja
jestem obrzydliwy lubiłem taki być

teraz nie chcę otworzyć oczu bo
tamtego życia już nie ma bo tamto życie było

żyję tym stworzonym przeze mnie

spieprzonym nie tylko przeze mnie łatwo poszło

i jedyną pamiątką po nim jest szklanka z zielonego szkła

zwężana ku dołowi z której dziadek pił podpiwek

ocierając pianę z kruczoczarnych włosów

 

z dzieciństwa pozostało mi to że czasami

płaczę jak dziecko i zielona szklanka

 

nie czuję wiosny nie słyszę ćwierkania

jednak unoszę powieki zastanawiam się

czy jest sposób by nie spieprzyć życia

tym którzy mówią do mnie tato

 

może oni też będą umieli odnaleźć w pamięci

kilka dobrych wspomnień

 

brzęk tłuczonego szkła

na szczęście

bym dał ich więcej niż sam dostałem

 

 

ukołysana 

 

lubiłam patrzeć na umączone palce babci
robiła makaron czekałam na resztki
cieniutko wywałkowanego ciasta

 

kładłam je na piecu

obok rozgrzanych do czerwoności fajerek

patrzyłam na powstające pod wpływem ciepła pęcherzyki

brązowiały pachniało aż ciekła ślinka

 

chciałabym umieć opisać smak oczekiwania

smak i zapach wspomnienia

które dziś mieszczę w jednej wyszczerbionej filiżance

ulubionej filiżance mojej babci

 

gdy dotykam ustami brzegu

kruchego jak placuszki prosto z blachy

płynę na drugi o nierównym kształcie

miejscami ostry sprawiający ból

gdzieniegdzie łagodny

i właśnie tę łagodność wypijam do dna

 

wsiąka w ciało i krąży uspokaja

bym choć przez chwilę przestała umierać

przestała się miotać

 

między brzegami

 

 

wersja robocza  

 

nie miałem mu za złe że obudził mnie w środku nocy

wtulony w znajomą woń w zaraźliwy śmiech

wciskając twarz w pachnące tytoniem dłonie

gdy rozbłysło światło zmrużyłem powieki

mama próbowała wyciągnąć nas na powierzchnię

idź sobie cuchniesz wódą – krzyczała

bolało bolała nienawiść do niej nie potrafiłem inaczej

 

psuła każdą chwilę szczęścia złością goryczą obecnością

 

nim go wyrzuciła nim znów zapadła ciemność

ofiarował mi figurkę kota w stroju muszkietera

on i kot po latach przestali mieć dla mnie znaczenie

on zniknął kot nie

postawiła go na komodzie

ilekroć przychodziłem przyciągał wzrok wąsami

których nie powstydziłby się Poirot

 

mama umarła nad Złem które żyje pod słońcem

po figurce został lśniący ślad wśród kurzu

codziennie w myślach go zacieram

wtedy nie mogłem się na to zdobyć

 

codziennie piszę do ciebie:

 

zapomniałem kluczy obym wrócił

do domu w którym ktoś jest nie miej mi za złe

gdy zapukam w środku nocy

przyznam że wszystko nadal ma znaczenie

Przejdź do treści