+48 736-84-84-44

Elżbieta Musiał

14/2026

 

 

                             pudowy kamień, pudowy kamień
                            ja na nim stanę, on na mnie stanie
on na mnie stanie, spod niego wstanę

(E. Stachura, Missa Pagana, cz. Jak)

 

KAMIEŃ

Niebanalna materia, nawet nie żywioł, a przynależny

ziemi i wieczności. Leży albo lewituje. I bynajmniej

nie jak kamień w wodę. Wszędzie mu dobrze,

po wsze i obecnie.

 

Kamień – terror milczenia.

Czyny nieosądzone i ciężar w głąb rzucony.

Kamień – istota kamienia.

Jak świat światem twarda metafora.

Nie podnoś pamięci kamienia.

Ciężar ciemny zajrzy w oczy, oby nie chyżo.

 

Urodził się do milczenia.

Gdy czuwa na rozstaju – na myśl

nie przychodzi nawet pytać o wiek. Kamień.

Na pierwszy rzut oka – bezdroża szczelnie zamknięte.

Czego pilnuje? Jakiej podróży? Pukać do wnętrza

tylko wiersz może. Rzucam wiersz w wodę,

a kamieniem wraca. Do jakiego stopnia żywy,

do jakiego umiera w objęciach słowa.

Paradoks Schrödingera z martwiejącym pejzażem,

nadto wyniosłym i surowym, sterylnym w wyrazie

i prastarym, za to z obietnicą wieczystej drogi.

Kamień rzucam w wodę, w samo dno duszy –

wyzwala kręgi i powraca wierszem:

Kamień to taka strawa codzienna,

która w końcu połyka.[1]

 

Ile ciebie w gdziekolwiek, a ile we mnie?

Pudowy kamieniu i smugo po nim,

kamieniu obrazy i smugo po nim,

kamieniu oderwany od ręki i smugo po nim,

ucieleśniony kamieniu i smugo po nim.

Kamieniu, kamieniu, nasz bardzo wielki kamieniu.

Żarliwy kamieniu, biały kamyku, kamyku szczęścia,

wschodzący kamieniu. Kamieniu węgielny

– jakie wasze domy?

Skało potknięcia. Na wieki wieków opoko

na tobie kościoły, lecz pył z nich tylko ostaje się żywy.

Ile ciebie w gdziekolwiek, a ile we mnie,

kamieniu milowy?

 

Na zdjęciu wciąż żyjemy

 

Przekonują mnie słowami bogów,

a ja utraciłam pewność, co jest złem

i gdzie w nas grzech;

zakładam tylko, że być muszą,

bo sędziów wokół pełno.

Tkwiąc w wiecznym szachu,

można mieć wątpliwość.

Nieopatrznie nadepnęłam

na całe życie chrząszcza,

zmierzałam do kościoła zbyt prosto.

Czy będzie mi odpuszczone, gdy już uklęknę

na szachownicy posadzki

w ósmy dzień tygodnia?

Białe pole, czarne pole.

Ocenzurowane szachowisko,

a figury rozdane.

 

[1] Elżbieta Musiał, Mówię pochyloną cambrią, poemat Corpus delicti.

Przejdź do treści