14/2026
Mówiąc do księżyca
Mówiąc do księżyca
Czuję się jak wilk
Co pogubił zmysły
Co pogrzebał sny
Wycie szeptem męczy
Uszy ścian słuchają
A przez szczelinę pod drzwiami
Ulatuje słabość
W małym oknie długi cień
Potwora zza mgieł
Nie czuję już strachu
Nie mam siły biec
Nie czuję już strachu
Nie czuję już nic
Nie mam siły iść
Nie mam siły żyć
Walczyć o przegraną sprawę
Z góry jak męczennik
Nie chcę nigdy więcej
Wszyscy wokół senni
Wszyscy śpią dla świata
Który depcze sny
Który nie wybacza
Zmarnowanych dni
Krew tańczy w powietrzu
Krew tańczy w powietrzu wolno,
Jak ognisty śnieg.
Z rozrywanych skór,
Spod stalowych chmur.
Opowiada nam historię,
Że Zły zajął ziemski tron,
A Zły słucha i się śmieje,
Krwią pijany tańczy wciąż.
Krew tańczy w powietrzu szybko,
Jak fontanny z ciał.
Wśród piekielnych huków bomb,
Urywanych strzałów salw.
Z pękających serc,
Z roztrzaskanych głów,
Krew tańczy tu w deszczu
Ołowianych kul.
Krew tańczy w powietrzu gęsto,
Jak iskry z piły tarczowej,
Co przecina wpół
Całą ludzkość, tak bezbronną,
Nim spadnie w lejowy dół.
Krew tańczy w powietrzu pięknie
Dziki danse macabre,
W korowodzie trupów,
Bez ducha już ciał.
Przeprowadź mnie
Przeprowadź mnie, zegar coraz ciszej tyka,
Przez najeżoną ostrzami lodu zimę,
Ciemną i wietrzną jak Antarktyda,
Ja szeptem w tym wietrze słyszę moje imię.
Coś trzyma szponami białego demona
Mnie pośród bieli zamienionej w szarość,
Pod czarnym sklepieniem, bez światła nadziei,
Przez co już pozostało mnie we mnie mało.
Przez piękną, ale straszną krainę cieni,
Która mrozem rani jak stalą
Tych, którzy ze strachu unieruchomieni
Stali się stałą lodu skałą.
Zaszyj mi rany na sercu otwartym,
Igłą i nicią, nie chcę znieczulenia,
Bo chcę poczuć ból bardzo, poczuć się wartym
Czegokolwiek, choćby cierpienia.
Posyp mi drogę moją solą, żebym
Nie przewracał się z każdym kolejnym krokiem,
Powiedz mi, kiedy to zrobisz, a wtedy
Wyruszę tam, wlej we mnie choć mały płomień.
Tam, gdzie śnieg zastąpiła trawy zieleń,
Gdzie słońce zamieniło lód w ciepłą wodę,
Tam w końcu odpocznę pod błękitnym niebem,
Nazbieram gałęzi i rozpalę ogień.
Nie wiem
Nie wiem, jaki jest dzień tygodnia,
Nie wiem, która godzina.
Nie wiem, w którą stronę biegną myśli,
Nie wiem,
Jak je zatrzymać.
Myślę o czasie i w tym czasie mija
Moja kolejna szansa na szczęście.
Czymkolwiek ono jest, o tym też myślę
I o tym, że jakoś to będzie.
Chyba.
Gdybam i gdybam i kolejna chwila
Połknięta przez przeszłość
Głodną, niebezpieczną,
Nie patrzę w oczy jej, zamykam swoje,
Bo boję się, że jej mnie zeżrą.
Dzisiaj
Jutro przeciekło mi przez palce wczoraj,
Dzisiaj jest puste, jak czysta kartka,
Którą właśnie wypełniam słowami
O początku końca.
O strachu przed odwagą,
Żeby żyć przed śmiercią,
O cichym wrzasku
Niesionym przez wiatr donikąd.
O uwielbieniu nienawiści
Czarnych serc, pompujących ciekły azot,
O mroku tak jaskrawym,
Że aż parzy.