+48 736-84-84-44

Artur Marciniszyn

14/2026

 

Mówiąc do księżyca

 

Mówiąc do księżyca

Czuję się jak wilk

Co pogubił zmysły

Co pogrzebał sny

Wycie szeptem męczy

 Uszy ścian słuchają

 A przez szczelinę pod drzwiami

Ulatuje słabość

 

W małym oknie długi cień

Potwora zza mgieł

Nie czuję już strachu

 Nie mam siły biec

Nie czuję już strachu

Nie czuję już nic

 Nie mam siły iść

Nie mam siły żyć

 

 Walczyć o przegraną sprawę

 Z góry jak męczennik

 Nie chcę nigdy więcej

Wszyscy wokół senni

Wszyscy śpią dla świata

 Który depcze sny

Który nie wybacza

Zmarnowanych dni

 

 

Krew tańczy w powietrzu

 

 Krew tańczy w powietrzu wolno,

Jak ognisty śnieg.

Z rozrywanych skór,

Spod stalowych chmur.

Opowiada nam historię,

Że Zły zajął ziemski tron,

 A Zły słucha i się śmieje,

 Krwią pijany tańczy wciąż.

 

Krew tańczy w powietrzu szybko,

Jak fontanny z ciał.

Wśród piekielnych huków bomb,

Urywanych strzałów salw.

Z pękających serc,

Z roztrzaskanych głów,

Krew tańczy tu w deszczu

 Ołowianych kul.

 

 Krew tańczy w powietrzu gęsto,

 Jak iskry z piły tarczowej,

Co przecina wpół

Całą ludzkość, tak bezbronną,

 Nim spadnie w lejowy dół.

 

Krew tańczy w powietrzu pięknie

 Dziki danse macabre,

 W korowodzie trupów,

 Bez ducha już ciał.

 

 

Przeprowadź mnie

 

Przeprowadź mnie, zegar coraz ciszej tyka,

Przez najeżoną ostrzami lodu zimę,

Ciemną i wietrzną jak Antarktyda,

Ja szeptem w tym wietrze słyszę moje imię.

 

Coś trzyma szponami białego demona

Mnie pośród bieli zamienionej w szarość,

Pod czarnym sklepieniem, bez światła nadziei,

Przez co już pozostało mnie we mnie mało.

 

Przez piękną, ale straszną krainę cieni,

Która mrozem rani jak stalą

Tych, którzy ze strachu unieruchomieni

Stali się stałą lodu skałą.

 

Zaszyj mi rany na sercu otwartym,

Igłą i nicią, nie chcę znieczulenia,

Bo chcę poczuć ból bardzo, poczuć się wartym

Czegokolwiek, choćby cierpienia.

 

Posyp mi drogę moją solą, żebym

Nie przewracał się z każdym kolejnym krokiem,

Powiedz mi, kiedy to zrobisz, a wtedy

Wyruszę tam, wlej we mnie choć mały płomień.

 

Tam, gdzie śnieg zastąpiła trawy zieleń,

Gdzie słońce zamieniło lód w ciepłą wodę,

Tam w końcu odpocznę pod błękitnym niebem,

Nazbieram gałęzi i rozpalę ogień.

 

 

 

Nie wiem

 

Nie wiem, jaki jest dzień tygodnia,

Nie wiem, która godzina.

Nie wiem, w którą stronę biegną myśli,

Nie wiem,

Jak je zatrzymać.

 

Myślę o czasie i w tym czasie mija

Moja kolejna szansa na szczęście.

Czymkolwiek ono jest, o tym też myślę

I o tym, że jakoś to będzie.

Chyba.

 

Gdybam i gdybam i kolejna chwila

Połknięta przez przeszłość

Głodną, niebezpieczną,

Nie patrzę w oczy jej, zamykam swoje,

Bo boję się, że jej mnie zeżrą.

 

 

Dzisiaj

 

Jutro przeciekło mi przez palce wczoraj,

Dzisiaj jest puste, jak czysta kartka,

Którą właśnie wypełniam słowami

O początku końca.

 

O strachu przed odwagą,

Żeby żyć przed śmiercią,

O cichym wrzasku

Niesionym przez wiatr donikąd.

 

O uwielbieniu nienawiści

Czarnych serc, pompujących ciekły azot,

O mroku tak jaskrawym,

Że aż parzy.

Przejdź do treści