+48 736-84-84-44

Obniża ciśnienie tętnicze krwi, zwiększa szczelność naczyń krwionośnych, a poza tym chroni przed powstawaniem zakrzepów. Jej taniny charakteryzują się działaniem antybakteryjnym oraz przeciwzapalnym.

Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam całe jej połacie na cmentarzu żydowskim w Żychlinie. Ale zacznę od początku…

Dzień był piękny. Słońce wyszło jak na zamówienie, choć to przecież dopiero początek marca. W trawie żółte i fioletowe krokusiki wynurzające się z głębi ziemi, rozśpiewane ptaki skryte jeszcze w gałęziach drzew i zeszłoroczne owoce tarniny na szarych krzakach.

Podróż tę planowałam od wielu lat, chciałam poznać miasto, w którym często bywał, u swojej rodziny, mój przyjaciel – włocławski Żyd Ariel. Swego czasu spędzał tam wakacje i święta.

Dziś mieszka w nim pan Henryk, lokalny pasjonat historii, wielce zasłużony dla swojej małej ojczyzny, wraz ze swoją żoną – panią Agnieszką, która z racji tego, że mąż jest trochę unieruchomiony po przebytym udarze, przejęła nieco pałeczkę.

Jednak to pan Henryk wie wszystko o swoim mieście, którego historię zna jak mało kto. To taki szperacz i poszukiwacz przekopujący wszystkie możliwe archiwa i biblioteki. Człowiek orkiestra.

Oboje skromni ponad miarę. Są godni uhonorowania za to, co robią dla regionu.

Spacerując z panią Agnieszką, idziemy powoli, jako emeryci mamy czas, nigdzie nie musimy się spieszyć, a ja chcę wczuć się w czasy powojenne, kiedy przyjechał tu mój bohater. Gdy pisałam swoje opowiadanie pod tytułem: ,,Dwie butelki wódki” na podstawie wspomnień Ariela, starałam się wyobrazić sobie, jak wyglądał wówczas Żychlin, a teraz konfrontuję moje wyobrażenia z rzeczywistością. Słychać szurgot naszych nóg, dobrze, że choć nie słychać, jak wali mi serce, a wali jak młot.

Pierwsze kroki kierujemy na cmentarz żydowski, miejsce które zostało upamiętnione przez władze miasta i mieszkańców, gdzie postawiono pomniki z macew, i do którego przyjeżdżają także potomkowie żychlińskich Żydów, by oddać im cześć i pamięć. Przyczyniło się do tego zapewne wiele osób, nie sposób wymienić wszystkich, ale zawsze trzeba pamiętać, że działania zainicjował właśnie pan Henryk, bez którego nic by się nie zadziało.

Zza płotu oszczekuje nas wilczur, na ścieżce wita nas skubiąca trawę koza. Wchodzimy na teren cmentarza. W ciszy wisi ciężar…

Słyszę głosy ludzi, mówią wszyscy naraz, każdy chce coś opowiedzieć o sobie, płaczą dzieci wołające swoich rodziców, młodzież chce stąd uciec do parku, gdzie przed wojną spacerowali wśród zieleni. Są tam ci z małego i z wielkiego getta, którym nie udało się ocalić życia… Pewne miejsce, w którym nie chce rosnąć tarnina, mówi, że tam leżą zamordowani…

Oglądamy pomniki, i choć nie znam hebrajskiego, mogę się domyślić, co jest na nich napisane. Drżą mi dłonie, czuję, że łzy napływają do oczu. Chciałabym krzyczeć, że to nie mogło się wydarzyć; ale dobrze wiem, że to tylko pobożne życzenie włocławskiej dziewczyny, która nie zgadza się na przemoc, walczy o zachowanie pamięci o ludziach, którzy tu kiedyś żyli, tworzyli dobro tego miasta i regionu, byli prawymi obywatelami tutejszej społeczności… i mocno wszystko, co się tu stało – przeżywa.

Widzę tarninę, dużo, krzaki są wysokie i choć obecnie jeszcze szare i bez owoców, to te chaszcze są dla mnie symbolem. Czego? Sama nie wiem, bo ich właściwości i autentyczne zastosowanie nijak się mają do tego, co spotyka się na cmentarzach. Śmierć, a w tym wypadku także morderstwa jakich dokonali Niemcy na Żydach, to dwie zatrważające informacje. Tarnina jest sucha, kolczasta, wygląda, jakby broniła tych wszystkich leżących tutaj ludzi, mówiąc: To jest ich miejsce, pozwólcie, by spoczywali tu w spokoju, to jest ich miejsce…

Rozmawiam w ciszy z moim bohaterem. Pytam Ariela, jak zapamiętał to miasto? Czy przychodził na cmentarz przed wojną z mamą albo z siostrami, by położyć kamyk na grobie ciotki czy wuja? Wyobrażam sobie wiele macew i trawę wokół miejsca, gdzie Niemcy stworzyli podczas wojny getto, a gdzie dziś stoją bloki z płyty.

Pani Agnieszka to kopalnia wiedzy, choć broni się mówiąc, że nie wie nawet połowy tego, co jej mąż. A jednak potrafi opowiedzieć historie starych domów, kamienic i miejsc. Dowiadujemy się, gdzie mieszkały rodziny żydowskie i gdzie mieściła się żydowska szkoła. Idziemy obejrzeć piękny pałacowy dom, w którym znajduje się dziś biblioteka i gdzie wisi wielka tablica z informacją o człowieku, który ratował Żydów, narażając siebie i swoją rodzinę. To pan Stanisław Szułdrzyński.

Miasto jest rozległe, obecnie w trakcie przebudowy. Nie zauważam starych ruder, rozwalających się domów. Wygląda schludnie. Gospodarz bardzo się stara. Na rynku piękny kościół, którego historię zna także pani Agnieszka. Opowiada nam o tym. Pokazuje stare domy, które mogą mieć po sto i więcej lat, a które obecnie odrestaurowane, skrywają głęboko swoją przeszłość. My rozszyfrowujemy ich historię po starych okiennicach, bramach i drzwiach.

Żychlin – sentymentalnie myślę, że Ariel musiał lubić tu przyjeżdżać, w końcu tu mieszkała jego żydowska rodzina, tu miał kolegów i koleżanki. Chodzili modlić się do synagogi i patrzyli na bociany przysiadające na słomianych dachach chałup…

Do miasta przyjechaliśmy pociągiem. Do centrum mieliśmy 5 kilometrów, nie wiedząc nawet, że kursuje autobus i to właśnie w godzinach przyjazdów PKP. Ale my lubimy spacerować, a poza tym chciałam rozejrzeć się po okolicy, spojrzeć na drogi i pola. Ariel przecież także szedł pieszo w 1945 roku, mijał te same widoki i krajobrazy. Myślę, że niewiele zmieniło się od tamtego czasu.

Synagoga. Na jej widok moje serce zamarło. To tak, jakby zobaczyć człowieka w agonii. Ściany podparte belami, obdłubana czasem i niechęcią ludzi, w strzępach, wołająca o pomoc. Ale jej wołanie jest nadaremne, wszyscy czekają tylko, by wyprawić jej pogrzeb. Ludzie, ona jeszcze jest, ona świadczy, że żyło tu, do wybuchu II wojny światowej, 50% Żydów, a może nawet więcej… Wokół domy, chaty, przybudówki, które żyją ostatkami sił, które jak ta synagoga pamiętają czasy świetności, ale dziś są zapomniane przez ludzi i boga…

Jest mi smutno, bo oczami wyobraźni widzę dawnych mieszkańców w czarnych chałatach, z jarmułkami na głowach, modlących się i śpiewających psalmy. Słyszę, jak mężczyźni odmawiają kadisz za zmarłych. Tylu ich było, nie został nikt.

Pocieszające jest to, że burmistrz miasta z takimi ludźmi jak pan Henryk i jego żona oraz z innymi społecznikami i radnymi pamiętają, przekazują swoją wiedzę zainteresowanym, w tym przede wszystkim młodzieży. To ważne!

A potem gościmy w domu naszych przesympatycznych znajomych. Pani domu podejmuje nas przepysznym obiadem. Z panem Henrykiem witamy się jak z dobrym znajomym. Przecież od dwudziestu lat rozmawiamy ze sobą przez telefon i mam wrażenie, że to nie pierwsze nasze spotkanie. Jestem pełna podziwu dla jego pasji i determinacji. Pan Henryk ciągle uparcie drąży i zgłębia wiedzę historyczną dotyczącą swojego miasta. I pomimo że choroba go zmogła, to po trzech latach walki z nią, znowu jest aktywny, znowu go wszędzie pełno, co jest radością nie tylko dla rodziny, ale też dla wszystkich przyjaciół i znajomych. I ja cieszę się bardzo, a kiedy widzę, jak nadąża za nowinkami wirtualnymi, wiem, że jest dobrze. Pan Henryk rozmawia ze sztuczną inteligencją. Pani Kasia (AI) na jego zapytanie odpowiada, że mamy dziś piękny dzień i wspaniałe spotkanie, a obiad jaki nam zaserwowała żona, jest zdrowy i przepyszny.

Na dworzec znów chcemy wracać pieszo, mamy siły i chęci, ale pani Agnieszka protestuje. Zapowiada, że pojedziemy jeszcze taką trasą, by można było zobaczyć dom pewnej kobiety, Żydówki, która przeżyła wojnę i mieszka w Stanach. Odwiedza Żychlin pomimo swojego podeszłego wieku. Dom jest co prawda w nieładzie i gdzieniegdzie sypie się tynk, ale stanowi historię tego miasta. Jest nadzieja, że zostanie wykorzystany i nie popadnie w ruinę. Mijamy jeszcze jeden pałacyk, optymistyczne jest to, że trwa w nim już remont.

I na koniec rampa: – Stąd Niemcy wywozili żychlińskich Żydów do Chełmna nad Nerem – mówi nasza przewodniczka.

Tak, w tamtejszym niemieckim obozie zagłady zostali zamordowani rodzice i trzy siostry mojego Ariela. Tam wywożono także Żydów z Włocławka i okolic. Kiedy tam jestem, moje serce drży jak osika.

Podziękowaniom nie ma końca. Jestem szczęśliwa, że krąg moich przyjaciół się powiększył, że nareszcie zobaczyłam człowieka, którego głos był mi tak dobrze znany od dawna, i który wykonał piękną aranżację do mojego opowiadania o dwóch butelkach wódki. Tylko wtedy nie wiedziałam jeszcze, że w Żychlinie rośnie tak wiele tarniny.

Przejdź do treści