Ta opowieść tak długo domagała się ujścia, że chodziła za mną niczym cień, sączyła się do ucha, szturchała pod żebro, kłuła w serce – aż wreszcie znalazła strumień wypowiedzi i zawędrowała tutaj. Strumieniu – płyńmy zatem ku brzegom.
Kiedy zamieszkaliśmy tam z Chrupciem, jak pieszczotliwie zwracałam się do synka, gdy mi jeszcze na to pozwalał, trwały wakacje. Wyjątkowo deszczowe i zimne było lato tamtego roku.
Kiedy babcia Chrupcia była w lepszej formie mówiła: To mieszkanie jest wyjątkowo akustyczne i rzeczywiście słychać było rozmowy i dźwięki dobiegające od sąsiadów.
A teraz, gdy nie była już w pełni sobą, mówiła: Te głosy to przez dziurawkę.
Pan Bolesław z parteru potwierdził, że blok z oszczędności zbudowano z cegły dziurawki, jak za komuny, i wszystko się niesie. Przez takie mury dźwięk się przesącza.
Chrupek nie czuł się w tym domu dobrze, a już na pewno nie bezpiecznie, choć był rezolutnym, prawie ośmioletnim chłopcem, tracił tam odwagę i rezon, przerażały go dźwięki i lustra, które otaczały nas zewsząd. Były w każdym pomieszczeniu poza kuchnią, wyzierały z każdej szafy. Chrupcio mówił, że czuje się przez nie, jakby był podwójny. Rozumiałam go, bo również nie lubiłam co krok przeglądać się we własnym odbiciu. Ileż trzeba nazbierać narcyzmu i megalomanii, by stawić temu czoła.
Syn lubił spać przy uchylonym oknie i włączonej lampce nocnej. Tylko wtedy czuł się komfortowo i bezpiecznie, ale niestety w obliczu tego, że dom stał zaledwie kilkaset metrów od rzeki, nocne naloty komarów nie ustawały. Chrupcio był dzieckiem bardzo wrażliwym i gdy wpadały przez okno owady: pszczoły, osy, trzmiele, a nawet szerszenie – wszystkie chciał napoić i wypuścić. Przy nim nie miała prawa stać się im żadna krzywda. Nawet komary mogliśmy ganiać tylko wtedy, gdy Chrupcio siedział akurat w wannie, niepomny toczącej się walki. Niestety, w domu dziadków nie czuł się na tyle swobodnie i pewnie, by kąpać się sam – właściwie nie opuszczał mnie na krok. Dwie noce pod rząd komarzyska cięły przeokrutnie, nie wydobywając z siebie charakterystycznego bzyku. Były sprytne, Chrupcio empatyczny, a ja bezradna. Synek mówił: One mnie gryzą, bo jestem dzieckiem i mam świeżą krew. Twoja mamusiu, jest już pewnie zakurzona.
Miał rację – moja krew, moja dusza i całe moje wnętrze były już solidnie zakurzone. Bo ludziom i rzeczom zakurzają się nie tylko zewnętrza.
Wreszcie powiedziałam: Tak dalej być nie może! Ty jesteś rycerzem, a ja twoim giermkiem, który musi zadbać o zdrowy, spokojny sen, więc powinniśmy pokonać wroga. Poszukaliśmy packi, ale rycerz wciąż nie był pewny, więc giermek czynił swą powinność dopiero, gdy rycerz zapadał w sen.
Nie tylko Chrupkowi trzeba było pomóc. Przybyliśmy tam, żeby pomóc babci, co okazało się znacznie trudniejsze niż początkowo zakładaliśmy. Babcia chodziła wyłącznie po domu i tylko wspierając się laską czy kulą. Niestety mylił jej się dzień z nocą i czasem wstawała np. o trzeciej, systematycznie budząc mnie, a od czasu do czasu także wnuka, który słysząc stukot drewnianej laski o panele w sypialni i płytki w holu, mówił:
– Boję się, mamusiu. To pewnie stary pirat z drewnianą nogą, wraca z tawerny.
– Nie, synku, to tylko babcia, podpierając się laską, idzie do łazienki – uspokajałam.
– To na pewno pirat – powtarzał cichutko Chrupcio, wciąż wtulając się we mnie.
Po kilku takich nocnych pobudkach wydawało mi się, że sama powoli tracę tam zmysły, rozmywa się granica między snem a jawą i zaczynam wierzyć w nocną przemianę mojej matki w pirata (bynajmniej nie drogowego).
Pewnego wieczoru, gdy szykowałam kolację, przybiegł do kuchni wystraszony Chrupcio. Mamo, mamo, boję się, słyszałem śmiech czarownicy. Oglądał wtedy bajkę na tablecie, więc pomyślałam, że stamtąd płyną jego lęki. Złożyłam to na karb internetowej opowieści, po czym przytuliłam, pocieszyłam, zapomniałam.
Upłynęły jakieś dwa, może trzy tygodnie, oboje zupełnie już o tym incydencie zapomnieliśmy, gdy nagle o świtaniu, gdzieś pewnie koło piątej rano obudził mnie wrzask mew, ich krzyk zdawał się rozdzierać brzask, a potem usłyszałam ten mewi głos, który syn trafnie określił śmiechem czarownicy. Od razu wiedziałam, że to było to. Już nie zasnęłam. To było naprawdę przerażające.
Chrupcio często znajdował pod naszą poduszką pilota od babcinego telewizora i odnosił go systematycznie, aż któregoś dnia powiedział: No git. Dobra kryjówka, najlepsza dla kogoś, kto nigdy nie chce oglądać własnego telewizora.
Może miał rację, a może sęk w tym, że babcia sama już nie była pewna, czego chce, a czego nie.
Mimo że w naszym pokoju był tylko ruter i modem, co rano, tak koło piątej trzydzieści, coś pikało zupełnie jak elektroniczny zegarek, który w latach 80-tych dostawało się na komunię. Pikało tak przez jakieś trzydzieści sekund, po czym samoczynnie ucichało.
Ten dom skrywał wiele tajemnic.
Jego klamki, zarówno okienne jak i drzwiowe, wydawały charakterystyczny dźwięk, takie firut jak w starym zamczysku, co spotykało się z lękiem Chrupcia.
– A co będzie z babcią, kiedy wrócimy do naszego domku? Kto się wtedy będzie nią opiekował?- zapytał pewnego dnia z troską w głosie Chrupcio.
– Przyjedzie wujek Mateusz, brat babci – odpowiedziałam.
– To jej młodszy brat?- dopytywał dalej Chrupcio.
– Nie, jest dwa lata starszy – powiedziałam zgodnie z prawdą.
– Myślałem, że jest od niej młodszy – roztrząsał tę kwestię syn.
Wszystkie spostrzeżenia dziecka są zawsze trafne i szczere, jak w ,,Nowych szatach cesarza”, jedynie my dorośli boimy się wyrażać je na głos, jakby mogły sprowadzić jakąś klątwę.
Stukot laski każdorazowo obwieszczał nadejście babci bez względu na porę. Mamrotała też coś o głosach z dziurawki.
W dzień również nie sposób było odespać, ponieważ na dole mieściła się knajpa, w której już od rana tłukli mięso na kotlety, co dziurawka chętnie niosła tonem ku górze.
Matka próbując wybierać cyfry na pilocie, sądziła, że trzyma telefon, krzyczała więc do niego: Hallo, hallo… i denerwowała się, że wciąż brak sygnału.
Takie były pierwsze symptomy, sygnały…
Codziennie rano zastawałam niedomkniętą lodówkę, choć nie mam pojęcia, po co się z nią szarpała, skoro samodzielnie nie była już nawet w stanie posmarować kromki masłem. Czasem robiła tam kipisz, ściskając: kaszanki, pasztetowe i kiełbasy tak mocno, że cała ta gęsta breja wystrzeliwała z pękającego flaka, brudząc sąsiednie półki. Kochała to, im bałagan bardziej się rozgaszczał i rozprzestrzeniał, tym zdawała się szczęśliwsza.
Robiłam kolacje, obiady i śniadania – te ostatnie zwykle dwa, bo po pierwszym i lekach zapadała w drzemkę, zapominając, że już jadła, i budziła się z ochotą na drugie. Mimo to skradanie się do lodówki i strzelenie z wędlin, nie ustawało.
Może szukała wyjścia, drzwi, nowej możliwości, skoro te wejściowe były zamknięte na uparty ciężki zamek, zaryglowane. Może chciała wyjść przez lodówkę do innego świata, żeby poszukać innej siebie, tej w lepszej formie, w lepszej komitywie i zespoleniu ze sobą. Ale przez lodówkę wymyka się chyba tylko dusza i z pewnością nie jest to ten rodzaj lodówki.
W domowej robiła straszne spustoszenie, co wędlinom wychodziło bokiem. Wyłącznie szynkom się upiekło, bo tych istnienia nigdy nie zaakceptowała – ignorowała je, dzięki czemu my mieliśmy co jeść.
Rozkwitała tylko w jednym momencie, gdy ktoś do niej zadzwonił lub gdy czasem jej udało się do kogoś. Większość znajomych i część rodziny zablokowała jej numer, ponieważ nie odróżniając dnia od nocy, na pogaduszki zbierało jej się między północą a drugą, czasem o czwartej czy piątej rano. A ludzie chodzą przecież do pracy, mają dzieci, masę własnych kłopotów, chcą żyć, bez cudzego balastu.
W dodatku dwa dyżurne tematy, na które bez ustanku mogła się wypowiadać, nie chcąc z nich zbaczać, to: sekcja zwłok jej męża oraz jego pogrzeb.
Dla osób, które dwie czy trzy godziny później musiały wstać do pracy, stawało się to nie do zniesienia. W zasadzie dla każdego takim było.
Dwa lata później tematem wiodącym stała się jej choroba, choć grono telefonicznych odbiorców znacznie już zawęziło swój krąg. Opowiadała więc ludziom z urzędów i banków, jakie znakomite czyni postępy, jak pomogła jej szpitalna rehabilitacja, i jak znacząca jest poprawa, której nikt z nas nie dostrzegał. To było myślenie życzeniowe.
I myślenie cyfrowe, bo wciąż świetnie pamiętała: daty urodzenia, pesele, dawki leków, a nawet niektóre numery kont. Ale nie miała pojęcia ani z której strony jej bloku jest furtka do wyjścia, ani do której krawcowej zaniosła (przed chorobą) spodnie do skrócenia, ani też u którego optyka zamówiła wcześniej okulary.
Skarpet założonych w sobotę nie chciała zdjąć jeszcze w czwartek. Ubrania, bieliznę – dzienną i nocną – wszystko zakładała tył na przód, i całe jej życie właściwie zaczęło iść odwrotnie.
Znakomicie pamiętała dawne zdarzenia: historie z dzieciństwa przychodziły w trymiga, podobnie te ze szkoły czy młodości, a wczorajsze jakby zupełnie uleciały.
– Ta Z się rozwiodła – mówiła przejęta, o którejś z serialowych aktorek.
– Skąd wiesz?– pytałam, mając nadzieję, że zapamiętała świeżą wiadomość z Internetu, do którego od czasu do czasu próbowała jeszcze zaglądać.
Ale nie. Z dziurawki – odpowiedziała, jakby źródło wiedzy płynącej ze starych murów było czymś najoczywistszym na świecie.
Po czym, jak gdyby nigdy nic, oznajmiała, że życie jest kruche, więc trzeba zmienić beneficjenta polisy z niej na mnie, a nawet, że dzwoniła już do ubezpieczyciela, który ma zjawić się w poniedziałek. I o dziwo przyszedł.
Nie umiała zrobić sobie kanapki ani zaparzyć herbaty, ale wezwać pielęgniarkę czy prawnika, owszem. Nie potrafiła się samodzielnie umyć ani ubrać, ale gdy miała lepszy dzień, robiła przelew za czynsz. Jak to możliwe?! Może to dlatego, że przez ćwierć wieku pracowała jako księgowa i cyfry wdarły się do jej pamięci, zapisując najbardziej trwale.
Pewnie w mózgu też jest taka dziurawka, która przepuszcza jak przez sito tylko te informacje, które chce.