+48 736-84-84-44

W półmroku czai się dzieciństwo

Zamek przy skrzynce na listy jak zwykle się zacinał. Tak było od wieków i nikogo to nie obchodziło, mimo iż przed wyciągnięciem przesyłek każdy z mieszkańców bloku musiał się nieźle namęczyć. Przechodzący obok patrzyli na takiego delikwenta ze współczuciem i kiwali głowami. Czasem, w przelocie, dochodziło do wymiany gniewnych uwag:

– Kiedy wreszcie ktoś zrobi z tym porządek?!

– Właśnie! Należałoby to zgłosić do spółdzielni!

            W końcu udało mu się przekręcić kluczyk i skrzypnęły blaszane drzwiczki. W środku leżały jakieś pstrokate ulotki. Nauczony doświadczeniem dokładnie je przejrzał i między reklamami znalazł list z ZUS-u zaadresowany do matki. Patrzył na podłużną kopertę, jak na jakiś artefakt ujawniony podczas wykopalisk archeologicznych. Co oni jeszcze chcą? – pomyślał. Emerytura przestała przychodzić już kilka miesięcy temu. Może to po prostu informacja o tym doniosłym wydarzeniu? Schował kopertę do torby i próbował zamknąć skrzynkę, ale znowu nie był w stanie przekręcić kluczyka. Nagle usłyszał, że ktoś idzie po schodach bardzo powoli, drobiąc kroczki. Na pierwszym, ginącym w ciemności podeście pojawiła się drobna sylwetka sąsiadki spod ósemki, pani Reginy. Jakiś czas temu jej córka w rozmowie z nim skarżyła się, że matka zaczyna zapominać różne rzeczy i mylić imiona. Wszystko wskazywało na to, że  demencja już wystrzeliła z bloków startowych. Zdziwiło go, że wypuścili ją samą z mieszkania, od razu też dostrzegł, że jest w szlafroku i kapciach.

Sąsiadka spojrzała na niego jak na przedmiot, ale w jej oczach pojawił się błysk. Rozpoznała go.

– O! Pan Robert! – powiedziała drżącym głosem.

– To ja – potwierdził nie wiadomo, po co. – We własnej osobie – dodał już zupełnie bez sensu.

– Jak mamusia? – pani Regina zmrużyła oczy i zaczęła mu się bacznie przyglądać. – Ostatnio do mnie nie zagląda, a wypiłybyśmy po piwku…

            Zastanowił się, czy jest sens mówić jej o wszystkim. I czemu niby miałoby to służyć? Niech sobie żyje spokojnie w bańce nieświadomości.

– Mama ostatnio nie wychodzi, bo bolą ją plecy – wyrzucił z siebie kłamstwo i zdziwił się, że przyszło mu to tak łatwo. Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej i podejrzewał, że jest to związane z procesem starzenia. Przemknęło mu nawet przez myśl zdanie, że etyka to oszukiwanie samego siebie. Kto to powiedział? Nowosielski?

– Mam taki krem w żółtej tubce – sąsiadka przywołała go do rzeczywistości. – Mogę mamie pożyczyć, ale zostało go tylko trochę. Niech sobie kupi. Nazywa się jakoś na „o” czy na „n”…

            Chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz gdzieś trzasnęły drzwi i ktoś zaczął szybko zbiegać po schodach. Też w kapciach. Na podeście pojawiła się rozczochrana kobieta w średnim wieku. Po chwili ją rozpoznał – to była córka pani Reginy. Mieszkała z matką i dyskretnie traciła najlepsze lata życia.

– Mamo! Dlaczego wyszłaś sama? – skarciła staruszkę. – Tyle razy była o tym mowa!

– Nie będziesz mi dyktowała, co mam robić – odpowiedziała pani Regina z szelmowskim uśmiechem.

– Chodź! – córka wzięła ją delikatnie pod rękę. Staruszka potulnie poddała się jej woli. Zaczął iść za nimi. Niespiesznie, krok za krokiem. Pasek od szlafroka pani Reginy wysunął się niepostrzeżenie i wił się po schodach jak różowy, egzotyczny wąż.

Wreszcie doczłapali do swoich drzwi.

– Proszę pozdrowić mamę – poprosiła sąsiadka. Jej córka mrugnęła do niego porozumiewawczo. Młodzi często łapią starych w siatki kłamstw i niedomówień. Dla ich dobra, ma się rozumieć…

– Oczywiście – obiecał z uśmiechem. – Życzę pani zdrowia.

– I żółty krem!

– Tak. Będę pamiętał.

Zniknęły w drzwiach swojego schludnego, smutnego mieszkanka, przesiąkniętego staropanieństwem. 

Poszukał w torbie kluczy. Włożył największy w otwór zamka i przekręcił. Zamykał na raz, bo zawsze uważał, że nie ma sensu zamykać na dwa, zważywszy na rachityczność wszystkich tych zabezpieczeń.  Przezorność to jedynie uspokojenie sumienia i w niczym nie pomaga. Co się ma zdarzyć i tak się zdarzy. Zresztą, w mieszkaniu nie było nic cennego: tylko stare meble, archaiczny telewizor i sterty książek. I jeszcze coś, ale akurat tego żaden złodziej nie pożądał: matczyny zapach, który jednak z dnia na dzień zanikał jak pamięć o niej. Na prostopadłej ścianie zaraz przy zamku zobaczył otarcie. Obracany przez lata pęk kluczy pozostawił swoje głębokie znamię. Pomyślał, że być może i ojciec miał w tym swój udział. Klucz głośno szczęknął i ten odwieczny dźwięk przywołał czasy, kiedy jeszcze wszystko było jak trzeba.

W mieszkaniu panowała niczym niezmącona cisza. Zapalił lampę w przedpokoju, ale jej mdłe światło nie było w stanie rozproszyć nagromadzonego w kątach mroku, bo klosz był bardzo zakurzony. Założył kapcie, czekające na niego jak żołnierze na warcie, i od razu wszedł do dużego pokoju. Zerknął na szary, milczący masyw osiedla za nasypem kolejki. Rozświetlone okna układały się w dziwne wzory. Kiedyś, dawno temu wymyślił sobie, że układy zapalonych świateł tworzą litery, za pomocą których osiedle chce mu coś powiedzieć…

Położył się na zapadniętej wersalce i patrzył na zarysy dobrze znanych mebli, tonących już w szarówce listopadowego popołudnia. Za oknem majaczył komin ceglanego domu naprzeciwko. Jak zwykle wyobraził sobie, że jest małym chłopcem. Z jakiegoś powodu leży w gęstniejącym mroku, a z kuchni dochodzą swojskie odgłosy matczynej krzątaniny.  Ojciec pewnie, jak zwykle, czyta Szwejka w kibelku. Przymknął oczy i mógłby przysiąc, że usłyszał szczękanie garnków i dreptanie suki, której z jakiegoś powodu nigdy nie obcinano pazurów.

Nagle rozdzwonił się telefon. Jego nieprzyjemny dźwięk brutalnie rozciął błonę ciszy spowijającą mieszkanie.  

– Słucham? – rzucił zirytowany.

W słuchawce słuchać było tylko delikatny szum, jakby ten ktoś po drugiej stronie nie bardzo wiedział, co powiedzieć.

– Tu Bożenka z Tykocina. Można z panią Krysią? – usłyszał w końcu słaby głosik.

            I znowu ten sam dylemat i identyczna refleksja: po co jej ta wiedza? Niech Krysia nadal żyje, niech chodzi na targ, niech się krząta w mieszkaniu…

– Pani Krysia wyjechała na kilka dni do brata – powiedział i natychmiast zdał sobie sprawę, że źle to rozegrał: kupił sobie za mało czasu.

– To ja zadzwonię za tydzień.

Za tydzień będzie zepsuty telefon – pomyślał.

– Oczywiście. Bardzo proszę.

            Połączenie zostało przerwane i w słuchawce zapanowała głucha cisza, która zawsze wzbudzała w nim niepokój. Wyobrażał sobie, że w takich momentach powstaje na łączach swoista próżnia, którą z miejsca anektuje coś przerażającego, acz nie dającego się opisać zwykłym ludzkim językiem. Należało wtedy jak najszybciej położyć słuchawkę i tak też zrobił. Wrócił na kanapę i ponownie zaczął kontemplować szarówkę, z wolna przekształcającą się w pełnoobjawowy mrok. Nagle aż się wzdrygnął, bo zdało mu się, że matka woła go z kuchni. Wytężył słuch. Tak! Teraz wyraźnie usłyszał:

– Wstawić ci parówki? – jej głos dochodził z bardzo daleka, jakby ta kuchnia znajdowała się na innym piętrze. Zupełnie innym, do którego on jeszcze nie miał dostępu.

– A co to, on rączek nie ma? – ojciec odezwał się z przedpokoju. Musiał się czaić gdzieś w mroku między łazienką a kuchnią.

– Miałeś jechać na CPN – matka zignorowała jego uwagę.

– Pewnie kolejka albo wcale nie ma benzyny.

– Będziesz coś jadł? Ugotować ci jajka na twardo?

– A nastaw, dobra kobieto – przystał na propozycję i jego głos zaniknął, jakby ktoś gwałtownie przekręcił potencjometr.

            Z napięciem wpatrywał się w czerń przedpokoju, lada moment spodziewając się ujrzeć sylwetkę ojca wyłaniającą się z mroku. Pewnie miałby w ręku wystrzępioną ,,Lalkę” albo ,,Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Wertował te książki w nieskończoność i znał je na pamięć. Może w niezmiennych fabułach szukał spokoju, którego tak bardzo potrzebował? Książki nigdy go nie zawiodły, ale z biegiem lat ograniczył ich ilość, w czym przypominał starych pianistów, których repertuar kurczy się na starość do najukochańszych dzieł. Tak więc zawsze był Szwejk albo Lalka. Ojciec traktował czasem te dzieła jak księgi liturgiczne – nie czytał ich od deski do deski, bo ciągłość zdarzeń nie miała już dlań znaczenia. Częściej zaglądał do nich, jakby odczytywał rytualne fragmenty w jakimś sobie tylko znanym obrządku.

            Nasłuchiwał dalszego ciągu konwersacji między rodzicami, ale na darmo. W mieszkaniu znowu zapanowała cisza, a może cały czas tam zalegała?

– Mamo! – chciał krzyknąć, ale wydał z siebie jedynie coś na kształt stłumionego jęku i sam przed sobą zawstydził się tego dźwięku.

           Odwrócił się na drugi bok i wtulił głowę w poduszki obite szorstkim materiałem. Pachniały przeszłością. Nagle przypomniał sobie zabawne zdarzenie sprzed kilku dziesięcioleci. Był wtedy małym chłopcem zafascynowanym przyrodą, a w szczególności gadami. Podczas spaceru po lesie znalazł młodego zaskrońca i zabrał go do domu. Rodzice nie byli zachwyceni, ale uprosił ich, żeby wąż został. Z pomocą ojca urządził terrarium. Karmił gada żywymi żabami i traszkami pozyskiwanymi z pobliskiej glinianki. Wiedział, że te ostatnie są pod ochroną, ale nic sobie z tego nie robił. Wprost przeciwnie – widok powoli pożeranej traszki wywoływał u niego dreszcz niezdrowej ekscytacji. Przyzwyczaił zaskrońca do swojego dotyku i gad chętnie owijał się wokół jego ręki, delektując się ciepłem ludzkiego ciała. Pewnej soboty bawił się z wężem na kanapie, kiedy matka przypomniała sobie, że mieli iść razem do kościoła. Popędzany ubrał się pospiesznie i dopiero kiedy stał pod amboną, przypomniał sobie, że zaskroniec został w dużym pokoju! Jego przerażenie było na tyle autentyczne, że matka pozwoliła mu pobiec do domu przez zakończeniem nabożeństwa. Wszedł do mieszkania i zamarł. Ojciec leżał na kanapie i pochrapywał. Wąż musiał wcisnąć się głęboko w szczelinę między poduszkami. I tak sobie razem leżeli. Przez kilka minut tylko patrzył na śpiącego ojca, gorączkowo szukając rozwiązania problemu. Potem po prostu zaczął głośno tupać w nadziei, że hałasy go zbudzą, a wtedy z pewnością od razu pójdzie do łazienki. I tak też się stało! Ojciec głośno chrapnął, otworzył oczy i zapytał: Już wróciliście? Potem zgodnie z przewidywaniami poszedł do łazienki. Wąż rzeczywiście leżał rozciągnięty wzdłuż szczeliny między poduszkami!

            To była ta sama kanapa, choć teraz przypominała ponton, z którego częściowo uszło powietrze. Coś tam w środku popękało ze starości, odpadły jakieś śruby, materiał obiciowy w niektórych miejscach całkiem się przetarł. Ale trwała, bo przedmioty często żyją dłużej niż ludzie. Żywe tkanki obumierają, a metal czy kamień trwają… Oddychał przez nos. Pozwalał, żeby powietrze wnikało w niego głęboko, a razem z nim to, co unosiło się tu wszędzie: niespokojne duchy rodziców, woń starych ubrań w szafach, kurz pokrywający całunem scenę ostatniej matczynej krzątaniny… Poleżał tak jeszcze przez kilka minut, potem niespiesznie wstał i sięgnął po leżący na ławie telefon. Wybrał numer.

– Dzień dobry. Jaworski z tej strony. Rezygnuję ze sprzedaży. Proszę wycofać mieszkanie z oferty… Tak, jestem pewien… Trudno… Do widzenia.

Wrócił na kanapę i wreszcie zasnął w poczuciu, że podjął właściwą decyzję.

Przejdź do treści