Pomysł zabrania matki do Turobina, gdzie się urodziła i spędziła swoją młodość, narodził się spontanicznie, ale na decyzję niewątpliwie miały wpływ wspomnienia, które ostatnio regularnie snuł jej sędziwy brat Zbyszek podczas ich codziennych rozmów telefonicznych. Od pewnego czasu zdawał się mówić tylko o tej roztoczańskiej mieścinie i po wymianie rytualnych uwag dotyczących pogody lub menu obiadowego, natychmiast zaczynał nużącą gawędę, jakby ów temat stanowił rodzaj magnesu, przyciągającego wszystkie jego myśli. Matka była tym zniecierpliwiona, bo znała jego opowieści na pamięć, ale ciągłe przywoływanie znajomych miejsc i ludzi najwyraźniej i ją skłaniało do jakichś refleksji, bo któregoś dnia przypadkiem zobaczyłem, jak ogląda stary album z czarnobiałymi zdjęciami.
– Chodź! – powiedziała, widząc, że obserwuję ją przez szparę w drzwiach. – Usiądź koło mnie. Zachęcająco poklepała koc rozpostarty na jej wąskiej wersalce, której nie chciała rozkładać do spania, mimo że już kilkakrotnie w nocy z niej spadła.
Posłusznie usiadłem i natychmiast poczułem zapach starości, jaki unosił się w jej pokoiku. Nie było w tym olfaktorycznym doznaniu nic przykrego, ale człowiek natychmiast tęsknie spoglądał w kierunku szczelnie zaryglowanego okna. Wszystko w jej klitce było przesiąknięte tym zapachem, będącym mieszanką kurzu, odorku leciwych palt, woni pomarszczonego ciała i odległych wspomnień.
– To jest tak zwana Manierz… – powiedziała z dumą w głosie i wskazała artretycznym palcem na fotografię wielkiego dołu. Na jego obrzeżach siedziała cała chmara rozradowanych dziewczyn w starodawnych strojach gimnastycznych. Jedna z nich nosiła na sobie zwyczajne ubranie. Od razu poznałem matkę, która na zdjęciu była podlotkiem, z pewnością wierzącym jeszcze, że życie to spacerek w słońcu.
– To ty! – stuknąłem palcem w zdjęcie. Staruszka popatrzyła na mnie zdumiona.
– Skąd wiesz?
– Aż tak bardzo się nie zmieniłaś…
– Akurat! – zaprzeczyła i odruchowo przygładziła włosy.
– Ale dlaczego jako jedyna nie masz na sobie spodenek gimnastycznych?
Zastanowiła się przez moment, jakby nasłuchiwała głosów tych dziewczyn z fotografii. Chyba w końcu coś jej podpowiedziały, bo zamrugała energicznie oczami i z siatki zmarszczek uwolnił się szeroki uśmiech.
– Bo ja wtedy nie mogłam ćwiczyć – odpowiedziała pewnie i już wiedziałem, że otwierają się wrota opowieści. – Byłam po operacji wyrostka.
– To w tamtych czasach ludzie też mieli wyrostki? – zapytałem niewinnie.
– Nie żartuj! – obruszyła się. – Byłam bardzo chora. Musieli mnie operować aż w Lublinie. Pamiętam, że leżała ze mną staruszka i pielęgniarki dla żartu położyły jej w nogach noworodka.
– Co ty opowiadasz?! To koszmarne.
– Ona też się potem z tego śmiała. Wtedy było inaczej…
Pokiwałem głową z niedowierzaniem. Matka przerzuciła kolejną stronę albumu. Teraz patrzyło na nas kilkoro roześmianych nastolatków. Stali na jakimś moście, opierając się o balustradę. Trzy dziewczyny, w tym i ona, były ubrane w rozkloszowane spódnice, chłopcy porozpinali koszule, bo pewnie było bardzo gorąco. Wakacyjny luz? Fotografia emanowała spokojem niedzielnego popołudnia, które ciągnie się w nieskończoność i pęcznieje od nudy. Niemal słyszałem odgłosy koników polnych dochodzące z pobliskiej łąki. Przed chałupami z pewnością siedzieli gospodarze i pustym wzrokiem wpatrywali się w drogę wyłożoną kocimi łbami. Powietrze falowało od gorąca.
– Koledzy i koleżanki ze szkoły… – powiedziała matka i nagle jej oczy przesłoniła błonka łez. – Ten to Mietek, mówiliśmy na niego Siwy. Ciekawe co się z nimi dzieje? Czy żyją?
Dokonałem w myślach szybkiej kalkulacji. Nawet jeśli byli młodsi od matki, to i tak teraz już dobrze po siedemdziesiątce.
– A co to za rzeka? – spytałem, żeby zmienić temat, bo czułem, że staruszka za chwilę rozklei się na dobre.
– Por. Płynie przez Turobin. W czasie okupacji musieliśmy się przez nią przeprawiać na Załawcze łodzią. Uciekaliśmy przed Niemcami.
Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł i choć szanse na jego realizację były znikome, to jednak postanowiłem podzielić się nim z matką.
– Co byś powiedziała na wycieczkę do Turobina? – wypaliłem.
Na twarzy staruszki odmalowało się zdumienie zmieszane z lękiem. Nie licząc sporadycznych wizyt w pobliskim kościele i w spożywczym, właściwie nigdzie już nie wychodziła.
– Zbyszek tak bardzo chciałby tam pojechać… – zaczęła, jakby potrzebowała przywołać brata, żeby wyrazić własną tęsknotę.
– Zbyszka nie zabierzemy, bo Szczecin nam nie po drodze. Moglibyśmy wyjechać nawet jutro.
– Znajomy pokazał mu w telefonie taką mapę – ciągnęła, jakby nie dosłyszała, co powiedziałem. – Na której wszystko widać: kościół, rynek, nawet kapliczkę i nasz stary dom z tym małym okienkiem nad masarnią… To okienko ciągle mi się śni.
Zamilkła i zdawała się wpatrywać w przeszłość. Może znowu stała się małą dziewczynką z warkoczami i bawiła się na podwórku rodzinnego domu?
– Chciałabyś tam pojechać? – zapytałam wprost.
Odpowiedziała bez zastanowienia:
– Tak! Ostatnio byłam w Turobinie chyba pięćdziesiąt lat temu…
Zaskoczyła mnie ta jej natychmiastowa zgoda. Matka zawsze dość niechętnie odnosiła się do jakichkolwiek nowych inicjatyw, bo burzyły jej odwieczny porządek rzeczy.
– Możemy wyruszyć już jutro – zaproponowałem. Myślałem, że się nie zgodzi, że będzie odwlekała.
– Dobrze! – niemal wykrzyknęła rozradowana. – Tylko muszę jeszcze upiec kurczaka na drogę.
Nie skomentowałem tego, chociaż pieczony kurczak nie wydawał mi się idealnym prowiantem na podróż. Jak to jeść? Gdzie umyć lepiące się od tłuszczu ręce?
– A co zrobisz z kosiarką? – zapytała niespodziewanie.
Zastanowiłem się przez moment. Na tylnym siedzeniu woziłem kosiarkę do trawy, której używałem na działce. Nie miałem gdzie jej trzymać, więc wszędzie ze mną jeździła.
– Kosiarka pojedzie z nami – zawyrokowałem.
Wieczorem tego samego dnia w całym mieszkaniu czuć było zniewalający aromat pieczonego kurczaka. Matka była w swoim żywiole i bez przerwy trajkotała o wyjeździe.
– Jak myślisz? Powiedzieć Zbyszkowi?
Zastanowiłem się.
– Chyba nie ma potrzeby – odpowiedziałem po namyśle. – Będzie mu przykro, że sam nie może pojechać. Nie rozsiewaj żalu.
– Masz rację. Nie powiem mu. Ale będzie jutro dzwonił, więc muszę coś wymyślić, bo jak mnie dłużej nie będzie w domu, to gotów zawiadomić policję.
Następnego dnia byliśmy na nogach już od czwartej.
– Zrobię ci kanapkę – zaproponowała matka.
– Nic nie będę jadł. Tak rano nie mogę… – wydałem z siebie jęk.
– To parówki – nie składała broni.
Tylko westchnąłem.
– Kupimy coś po drodze – odpowiedziałem kompromisowo.
– Szkoda pieniędzy.
Westchnąłem drugi raz. Opór był daremny.
– Dobrze. Zrób mi małą kanapkę.
Zeszliśmy do auta przed piątą i pojechaliśmy w kierunku lubelskiej szosy. Wtedy jeszcze nie miałem nawigacji, więc co chwila patrzyłem na mapę. Po drodze kilka razy zmyliłem drogę, ale mimo to udało mi się dojechać do Turobina w trzy godziny. Kiedy zobaczyliśmy drogowskaz z nazwą tego mitycznego miasteczka, zerknąłem na matkę. Wpatrywała się z napięciem w szarą wstęgę szosy i wydawała się nieco przestraszona.
– I jak? Wszystko dobrze? – zapytałem.
– Nie wiem – odpowiedziała z rozbrajającą szczerością.
Nie miałem czasu na dalszą analizę jej reakcji, bo już po chwili przejechaliśmy przez most i zza zakrętu wyłoniła się przysadzista sylwetka kościoła pod wezwaniem św. Dominika. Zaparkowaliśmy w bocznej uliczce i poszliśmy w kierunku renesansowej budowli. Matka w nabożnym skupieniu oglądała fasadę świątyni, potem nacisnęła klamkę drzwi wejściowych i uradowana weszła do wnętrza. Z trudem przyklęknęła przed ołtarzem. Musiałem jej pomóc przy wstawaniu.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – usłyszeliśmy mocny, męski głos dochodzący z bocznej nawy. Natychmiast rozpoznaliśmy proboszcza, którego zdjęcia czasem pojawiały się w parafialnym piśmie, które prenumerował mój brat.
– Na wieki wieków amen – odpowiedziała matka i, nie wiedzieć czemu, pochyliła głowę.
– Nie widziałem was tu wcześniej… – zagaił kapłan, bo pewnie mu się zdawało, że musi coś powiedzieć.
– Księże proboszczu, my aż z Warszawy…
No, niezupełnie – pomyślałem, ale pominąłem to milczeniem.
– I co was sprowadza do Turobina? – dopytywał gospodarz świątyni.
– Proszę księdza! – matka zaczęła z przejęciem. – Ja byłam chrzczona w tym kościele. O Puchalach ksiądz słyszał? Mieli masarnię i restaurację, mieszkaliśmy na Szczebrzeskiej… Ostatnio byłam tu pięćdziesiąt lat temu.
– Oj, to bardzo dawno. Wtedy jeszcze mnie tu nie było. Niech się pani rozejrzy.
Podprowadził nas do nawy głównej, jakby był przewodnikiem wycieczki.
– Kościół jest zbudowany w stylu renesansu lubelskiego. Tu mamy ołtarz z barokowymi obrazami, chyba od Bernardynów z Radecznicy.
Matka posłusznie patrzyła to na obrazy, to na sufitowe sztukaterie, kiwała głową przed rzeźbami i płytami nagrobnymi, ale było dla mnie jasne, że wszystkie te informacje są jej zbędne i pewnie wolałaby po prostu się pomodlić. Na szczęście wykład proboszcza nie trwał zbyt długo.
– No to ja już muszę iść. Z Bogiem! Nie będę jeszcze zamykał, żeby państwo się trochę rozejrzeli.
Po chwili już go nie było. Przysiedliśmy przed ołtarzem. Wnętrze świątyni rozświetlało mdłe światło poranka.
– Idziemy? – zapytałem wprost.
– Tak! – matka podniosła się z trudem. – Najpierw na rynek, tam są sklepy. Kupię w piekarni świeży chleb. Zaraz obok był mięsny, może dostaniemy dobrego schabu?
Wyszliśmy z kościoła. Do rynku nie było daleko. Miasteczko budziło się do życia, na ulicach było sporo ludzi. Matka rozglądała się ciekawie, ale miałem wrażenie, że jest rozczarowana.
– Tak tu inaczej… – szeptała. – Przecież tego parku nie było.
Rozglądała się na wszystkie strony, wpatrując intensywnie w twarze mijanych osób. Może wyobrażała sobie, że natychmiast po przyjeździe otoczy ją grupka kolegów i koleżanek ze szkoły i razem miło spędzą czas? Ludzie mijali nas obojętnie, każdy gdzieś się spieszył. W pewnej chwili przystanęliśmy bezradni. I nagle matka złapała za rękaw przechodzącego staruszka. Ten zatrzymał się zdumiony, popatrzył na nią bystrym wzrokiem i twarz mu się rozjaśniła:
– Zosia!!! – wykrzyknął.
– Mieciu! To naprawdę ty!
Starszy pan odszedł od nas dwa kroki i bacznie zlustrował matkę. Zauważyłem, że na wierzchu jego dłoni tkwi kaniula dożylna. Dopiero wtedy zarejestrowałem jego nienaturalną bladość i wyblakłe spojrzenie często znamionujące chorobę. Potem znowu się zbliżył, wziął matkę w ramiona i mocno przytulił.
– Ile to lat się nie widzieliśmy! – powiedział. – Pięćdziesiąt?
– Pewnie tak. Wiesz, Mieciu, ostatnio oglądałam album i tam było takie zdjęcie – stoimy na moście: ty, jakiś chłopak, dwie dziewczyny i ja. Nijak nie mogę sobie przypomnieć…
– Miło było was zobaczyć! – odrzekł, jakby wcale nie usłyszał ostatnich słów. – Ale muszę już lecieć do przychodni, bo mi przepadnie kolejka. Cześć!
I po prostu poszedł w swoją stronę, nawet się nie obejrzawszy. Matka patrzyła za nim zdumiona.
– I co teraz? – postanowiłem natychmiast przerwać tę nieprzyjemną sytuację.
– Teraz… pójdziemy do sklepu… – odpowiedziała z ociąganiem. – Kupimy chrupiących rogali i chleb! Tam jest piekarnia! – wskazała ręką szyldy po drugiej stronie parku.
Ruszyła pewnym krokiem w tamtym kierunku, ale kiedy byliśmy już całkiem blisko, stanęła jak wryta.
– Chemiczny! – powiedziała z niedowierzaniem.
– Chemiczny – powtórzyłem jak automat. Nagle zachciało mi się wracać do domu.
– Obok jest mięsny. Przynajmniej kupimy świeżego schabu.
Nie rezygnowała, choć minę miała już bardzo niewyraźną.
Przeszliśmy tam, ale zostałem na zewnątrz, bo niebo wreszcie się przetarło i zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce. Zmrużyłem oczy i delektowałem się ciepłymi podmuchami wiatru. Po chwili matka wróciła z pustymi rękami.
– Nie ma schabu. Jeszcze nie dowieźli z Zamościa. Z Zamościa! – powtórzyła oburzona.
Przez chwilę stała niezdecydowana.
– Wracamy. Jeszcze tylko zjemy kurczaka i jedziemy do domu – zawyrokowała w końcu. Byłem zdziwiony, że nie chce obejrzeć swojego rodzinnego domu. Może i to okazałoby się kolejnym rozczarowaniem, którego chciała uniknąć?
Poczłapaliśmy z powrotem do auta. Wnętrze było już rozgrzane. Matka odwinęła mięso z folii aluminiowej i podała mi udko. Palce natychmiast zaczęły mi się lepić. Wcale nie byłem głodny, ale nie chciałem jej robić przykrości. Na dziś miała dosyć frustracji. Zjadłem, wytarłem palce chustką, ale i tak zostawiły na kierownicy tłuste ślady.
– Zatrzymaj się przy moście – poprosiła, kiedy ruszyłem spod kościoła. – Chcę jeszcze popatrzeć na rzekę.
Zrobiłem jak kazała, ale to, co zobaczyliśmy po wyjściu z auta, tylko dopełniło czarę goryczy. Zamiast rzeki przez łąkę przepływała jakaś smętna strużka, bardziej przypominająca rów melioracyjny.
– I przez to musieliście się przeprawiać w czasie okupacji? – zapytałem z niedowierzaniem.
Matka tylko pokręciła głową.
– Jedźmy już! – rzuciła i stanowczym krokiem poszła w kierunku samochodu.
Po powrocie wcale nie komentowaliśmy naszej spontanicznej wizyty w Turobinie. Zachowywaliśmy się jakbyśmy nigdzie nie wyjeżdżali. W tej kwestii było między nami milczące porozumienie. Jednak kilka tygodni później okoliczności sprawiły, że siłą rzeczy wróciliśmy myślami do tej nieudanej podróży sentymentalnej. Którejś niedzieli wpadł do nas mój brat z najnowszym numerem Dominika. Matka wzięła od niego czasopismo i jak zwykle zaczęła je przeglądać z umiarkowanym zaciekawieniem. Tak naprawdę nie było tam dla niej niczego interesującego, bo pismo koncentrowało się głównie na hermetycznych sprawach miejscowej parafii.
– Słuchajcie! – wykrzyknęła nagle, wpatrując się w ostatnią stronę, gdzie zwykle zamieszczano nekrologi. – Siwy Mietek nie żyje! Ale jeszcze zdążyłam się z nim uściskać!