Miasteczko powitało Zbyszka potężnym podmuchem suchego, prawie mroźnego wiatru. Żółte liście na peronie zawirowały dziko i odleciały w kierunku zapyziałego kiosku. Przez chwilę wydawało mu się, że był jedynym pasażerem, wysiadającym na stacji Mieleszów, ale w odległej części peronu wypatrzył jeszcze jakąś zgiętą w pół staruszkę. Rozejrzał się nieco nieporadnie, dostrzegł wyjście do miasta i już zdecydowanie ruszył w tamtym kierunku. Wyszedł na opustoszałą, pogrążającą się już w październikowym mroku ulicę. Staruszka z peronu gdzieś się zapodziała. Zbyszek sięgnął po portfel i wydobył pogniecioną kartkę z adresem domu, w którym miał nadzieję mieszkać przez jakiś czas. Przeczytał nazwę ulicy i numer. Była to czynność zupełnie zbędna, bo już od dłuższego czasu znał te informacje na pamięć. Wyciągnięcie kartki było czynnością rytualną, podyktowaną okolicznościami. Trzymając ją w ręku, rozejrzał się jeszcze raz. Nagły podmuch prawie wyrwał skrawek papieru z ręki. Zza pokrytego liszajem wilgoci rogu kamienicy wyszedł jakiś człowiek.
– Przepraszam, jak dojdę do ulicy Bednarskiej? – spytał Zbyszek uprzejmym tonem.
Człowiek w beznadziejnie szarym płaszczu podniósł głowę i obojętnie spojrzał na pytającego. Miał oczy bez wyrazu i szczecinę kilkudniowego zarostu kiełkującą na brodzie.
– Bednarska – przechodzień powtórzył jakby bezwiednie. – O, panie, daleka droga. To zupełne odludzie.
Zbyszek zasępił się. Miał nadzieję, że będzie mieszkał w jakiejś ruchliwej okolicy. Po wielu latach spędzonych w dużym mieście był przyzwyczajony do gwaru ulicznego, perkoczących samochodów, nawoływań sprzedawców z bazaru i jęku syren pobliskiej fabryki.
– Odludzie – teraz z kolei on powtórzył za przechodniem. – No trudno. Niech pan powie, w którym kierunku mam iść?
– I tak pan nie trafisz. Chodźmy razem. Podprowadzę do zakładu. Mieszkam tam niedaleko. Stamtąd już prosta droga, ale cholernie daleko.
Słowa nieznajomego były trochę niepokojące. Zbyszek dopiero teraz uważniej na niego popatrzył, jakby chciał z wyglądu odczytać intencje. Na nic się to nie zdało. Przechodzień był nikim i każdym. Opisem z portretu pamięciowego. Definicyjnym ujęciem przeciętnego, szarego człowieka z małego miasteczka.
– No dobrze – zgodził się w końcu Zbyszek.
Poszli dalej razem, coraz częściej kuląc się pod naporem wzmagającego się wiatru. Wąziutka ulica z kanionem odrapanych domów doprowadziła ich do rozległego placu, po którym hulał wicher. Jakieś stare gazety i zatłuszczone papiery co chwila wzbijały się w powietrze. Ogromne, ponure drzewisko stojące po środku straszyło bezlistnymi konarami.
Przeszli przez plac i zagłębili się w istny labirynt cuchnących uliczek. Nieznajomy nie odzywał się. Szedł przed siebie jak automat z nisko pochyloną głową. W końcu Zbyszek przemówił:
– Wie pan, nie sądziłem, że to miasteczko jest aż tak rozległe. Idziemy już z pół godziny, a końca nie widać tym uliczkom.
– Jeszcze chwila – powiedział lakonicznie przechodzień. Najwyraźniej nie był rozmownym człowiekiem.
Rzeczywiście, po kilku minutach dotarli do jakiegoś wysokiego muru z czerwonej cegły. Było już prawie zupełnie ciemno. Za murem majaczyły niewyraźne kształty – jakby konwulsyjnie poskręcane grube rury, jakieś kominy i wieżyczki. Nagle mur się skończył i zobaczyli ponury masyw fabryki. Nie było tam bramy czy szlabanu. Po prostu koniec ściany, sprawiający wrażenie, jakby budowniczym w pewnym momencie odechciało się budowania. Fabryka była pogrążona w całkowitej ciemności. Jedynymi odgłosem był świst wiatru między budynkami i sapanie idących mężczyzn.
– W nocy nie pracują?
Pytanie było raczej retoryczne w kontekście wygaszonych świateł i braku śladów jakiejkolwiek aktywności.
– Nie. I w dzień też nie – odpowiedział enigmatycznie nieznajomy.
Minęli fabrykę i doszli do skrzyżowania. Zbyszek nie dopytywał już o zakład, który nie funkcjonuje ani w dzień, ani w nocy. W końcu zatrzymali się.
– Pójdziesz pan prosto, tamtędy – wskazał ginącą w mroku drogę. – Cały czas prosto. Bednarska przecina tę szosę za jakieś pół kilometra. Tam jest tylko kilka domów.
– Bardzo panu dziękuję. To było naprawdę uprzejme z pana strony. Ale nie widzę tu żadnych kamienic. Gdzie pan mieszka?
Pytanie porwał zimny wiatr. Zbyszek przestał wpatrywać się w gęstniejący mrok i odwrócił się w kierunku nieznajomego. Uprzejmy przechodzień zniknął. Wicher wzmagał się.
Jak na przedmieście, było tam wyjątkowo pusto. Szedł i szedł, ale nigdzie nie dostrzegał choćby mdłego światełka sączącego się zza firanki. Rozglądał się trochę ciekawie, trochę trwożnie. Drzewa rosnące po obu stronach drogi wyciągały ku niemu nagie konary. Czasami wydawało się, że buszujący między nimi wiatr ożywia je. Co kilkanaście kroków rozpoznawał czarną sylwetkę człowieka, czającego się za pniem. Mijając drzewo stwierdzał, że to nie napastnik, ale dziwne bulwiaste narośla wydzielające cuchnący śluz. Czym prędzej odskakiwał od tej obrzydliwości i szedł dalej.
Wreszcie zobaczył w oddali wątłe drgające światełko. Podszedł bliżej i dostrzegł wąską uliczkę przecinającą szosę, którą podążał. Bliżej skrzyżowania odczytał napis na zardzewiałej tabliczce przytwierdzonej do słupa: BEDNARSKA. Światełko wydostawało się z okna domku, który stał między dwoma identycznymi chatkami, teraz pogrążonymi w całkowitej ciemności. Wreszcie, bardzo już wyczerpany i spocony, dotarł do drzwi i zastukał. Przez chwilę z domu nie dochodził żaden dźwięk. Potem usłyszał ciężkie, szurające kroki. Drzwi otworzył starzec w długiej nocnej koszuli. Spojrzał pytająco na przybysza. Gęsta siwa broda była zmierzwiona. Lewe oko uporczywie uciekało gdzieś za głowę.
– Dobry wieczór, panu – nieśmiało zaczął Zbyszek. – Moje nazwisko Cichoński. Zbigniew Cichoński. Czy pan Galew?
– Zgadza się, młody człowieku – głos starca był zachrypnięty, nieprzyjemny. Zbyszek dosłyszał w nim jakąś znajomą nutę. – To pan jest tym nowym nauczycielem?
– Tak, od jutra zaczynam. Dostałem ten adres z wydziału oświaty. Rozumiem, że będę mógł tu mieszkać?
– Oczywiście, proszę do środka. Zrobię panu kolację. Może napije się pan ze mną kielicha? Nieźle chyba pana przewiało.
– Bardzo dziękuję. Prawdę mówiąc chyba się nawet podziębiłem. No i jestem wściekle głodny.
Zbyszek zdjął buty i kurtkę. Weszli ze starym do dość dużego pokoju. Pod ścianą stało wielkie czarne pianino z piętrzącym się stosem pożółkłych nut. Wszędzie porozrzucane były książki, wszystkie z identycznymi brązowymi okładkami. Pod oknem dostrzegł zdezelowany tapczan, nakryty wypłowiałą kapą. Stary wyszedł z pokoju. Po chwili pojawił się młody chłopak, najwyżej dwunastoletni. W jednym ręku niósł bochen chleba, a w drugim słój ze smalcem.
– Niech pan się posili. Proszę.
Położył przed Zbyszkiem chleb i słój.
– Zaraz przyniosę nóż.
Chłopak wyszedł z pomieszczenia. Zbyszek odniósł wrażenie, że i w tym małym rozpoznaje coś znajomego. Nie głos, ale raczej wyraz twarzy, oczu. Po chwili wszedł stary z kieliszkami i butelką czystej wódki.
– No, zaraz się rozgrzejemy. Ale, ale, zapomniałem przynieść noża. Zaraz pójdę.
– Niech pan siedzi. Wnuczek zaraz przyniesie.
Stary spojrzał na Zbyszka jakoś dziwnie.
– Wnuczek… – powiedział cicho. – Lepiej jak sam pójdę.
Wyszedł, człapiąc rozchodzonymi kapciami. Nie minęło kilka sekund, a w drzwiach pojawił się chłopak z nożem.
– Już jestem. Smacznego życzę – powiedział wesoło.
– Widzisz, a dziadek też poszedł po nóż – Zbyszek uśmiechnął się i sięgnął po bochen chleba.
– Dziadek! – wykrzyknął chłopak i wybiegł z pokoju.
Zbyszek nic z tego nie rozumiał. Ukroił sobie solidną kromkę chleba i odkręcił słój. Sięgnął nożem do środka i wbił jego koniec w białą masę. Uniósł nóż i zamarł z przerażenia. Zamiast smalcu na końcu wiła się gruba biała larwa. Natychmiast przypomniał sobie znienawidzone wyprawy wędkarskie z ojcem i nagłym ruchem rzucił nóż na podłogę. Odskoczył od stołu, przewracając słój. Stał przez kilkanaście sekund, a potem ostrożnie schylił się i zerknął. Pod stołem leżał nóż z odrobiną smalcu na koniuszku. Obok na podłodze rozmazało się jeszcze trochę białej masy. Ani śladu larwy. Postawił słoik i podniósł nóż. Odechciało mu się jeść. Właśnie w tym momencie wszedł starzec.
– Widzę, że apetycik dopisuje – wskazał na połówkę bochenka.
Zbyszek nie wierzył własnym oczom. Chłopak przyniósł cały bochenek, a on odkroił ledwie jedną kromkę.
– No to możemy się napić – stary sprawnie napełnił oba kieliszki. Unieśli je i szybko przechylili. Zbyszek poczuł pieczenie w pustym żołądku.
– Jeszcze po jednym?
– Chyba już nie. Chciałbym się położyć. Jestem trochę zmęczony po podróży.
– Oczywiście. Zaraz zaprowadzę pana do pokoju. Na pewno się panu spodoba.
Poszli na górę chybotliwymi schodkami. Pokój zrobił na Zbyszku przygnębiające wrażenie. Umeblowany był więcej niż skromnie – proste łóżko i szafa na ubrania. Zerknął przez okno. Wiatr bezlitośnie tarmosił konarami rosnącego przy domu drzewa. Stary chrząknął i cofnął się w kierunku drzwi.
– No to dobrej nocy. Jutro budzę pana raniutko, bo pewnie lekcje od ósmej.
– Zgadza się. Bardzo dziękuję i dobranoc.
Kilka minut później Zbyszek już leżał w pościeli, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w okno. Dom pogrążył się w całkowitej ciszy. Starzec i wnuczek chyba już poszli spać. Nagle wiatr się wzmógł, potężny podmuch uderzył w ścianę domu, a przez szpary w oknie przedostał się świst. Wiatr ucichł na chwilę, ale świszczący gwizd trwał nadal. Po chwili stał się mniej intensywny, zmienił barwę. Zbyszek mógłby przysiąc, że słyszy aksamitny dźwięk fletu. Z początku jednostajna melodia zaczęła swoje meandry i wkrótce wyłoniła się przepiękna kantylena. Trudno było ocenić kto i kiedy skomponował ten niezwykły utwór, bo linia melodyczna zdawała ewoluować, choć jej główny temat cały czas wypływał na powierzchnię. Po kilku minutach melodia ucichła. Zbyszek z wypiekami na twarzy poderwał się z łóżka i szeroko otworzył okno. Znowu rozległ się dźwięk fletu. Do pokoju wpadał z całym impetem mroźny wiatr, ale jemu to nie przeszkadzało. Stał w otwartym oknie i słuchał. Po kilku chwilach melodia rozpłynęła się w wyciu wichru.
Zbyszek narzucił na siebie koszulę i w kapciach zbiegł na dół. Przystanął na chwilę. Zza zamkniętych drzwi dużego pokoju nie dochodził żaden dźwięk. Ostrożnie nacisnął klamkę i zerknął do środka. Nie było tam nikogo. Wszedł też do drugiego pomieszczenia, które, jak sądził, zajmował wnuczek. Pokój był pusty. Sprawdził jeszcze w małej kuchence i w cuchnącej łazience. W domu był sam.
Pobiegł do sieni i szarpnął za klamkę. Z początku myślał, że drzwi są zamknięte, ale szybko zorientował się, że to napór wichury uniemożliwia mu ich otwarcie. Naparł całym ciałem. Potężny, mroźny podmuch wtargnął do domostwa. Zbyszek wyszedł na zewnątrz. Cały świat wirował, pchany wichrem. Tumany liści unosiły się i opadały, gałęzie wyginały się konwulsyjnie. Nagle posłyszał ją. W oddali, ledwie słyszalna, ale była. Ruszył przed siebie. Po kilku minutach melodia stała się głośniejsza. Bez wątpienia był to dźwięk fletu.
Zbyszek nie wiedział dokąd idzie. Kantylena to znikała, to rozbrzmiewała na nowo. Mijał jakieś bajorka, w oddali zamajaczył zagajnik. Daleko domki i zabudowania gospodarcze. Nagle drogę zagrodził mu czarny nurt rzeki. Melodia już gasła, jakby grający odchodził w dal, zostawiając go samego, porzuconego nad brzegiem. Wszedł w spieniony mrok. Był już kilka kroków od brzegu, gdy targnęło nim bolesne przeczucie. Odwrócił się. W oddali z mroku wyłaniały się zarysy trzech postaci. Nad brzegiem stał starzec i jego wnuczek, a obok nich nieznajomy, który podprowadził go do fabryki. Trzy osoby były przez moment razem, a potem weszły jedna w drugą i stały się jednością. Zjawa zadrgała i rozpłynęła się w mroku. Dźwięk fletu był ledwie słyszalny. Zbyszek popatrzył w mroczną toń i ruszył przed siebie.
*
Galew przyszedł do szkoły przed siódmą i czekał na korytarzu. Za piętnaście ósma zjawił się dyrektor. Zaprosił gościa do swojego gabinetu i wskazał fotel.
– Panie dyrektorze, czekałem wczoraj cały dzień na tego nauczyciela. Przyjechał jeden pociąg, potem drugi. Ze stacji do mnie pięć minut drogi. Nie ma go do tej pory.
Dyrektor nieco się zafrasował. Nie przewidywał żadnych zastępstw. Liczył, że pan Cichoński zacznie pracę od dziś.
– Widocznie coś go zatrzymało. Wszystko się…
Rozległ się ostry dzwonek telefonu. Dyrektor przerwał i podniósł słuchawkę. W miarę jak słuchał, jego rysy tężały. Na koniec powiedział tylko:
Rozumiem. Dziękuję.
Słuchawka ciężko spoczęła na widełkach.
– Pan Cichoński nie będzie u pana mieszkał – powiedział, patrząc Galewowi prosto w oczy.
– Właśnie wyłowili jego zwłoki z rzeki, tam, gdzie przed wojną stała fabryka.