Właściwie to sam nie wiem, kiedy zacząłem zwracać uwagę na dziewczynę z ajencji ubezpieczeniowej. Najpewniej kiedyś podczas spaceru po prostu spojrzałem w bok do wnętrza przeszklonego pawilonu i dostrzegłem ją siedzącą przed ekranem komputera. Z początku zerkałem w jej kierunku, jakby od niechcenia, ale po kilku dniach musiałem w duchu przyznać, iż nie jest to zwykła dystrakcja. Jeszcze zanim doszedłem do pawilonu, lekko zwracałem głowę w kierunku okna i zwalniałem kroku, nie chcąc zmarnować choćby ułamka sekundy kontaktu wzrokowego. Na tym etapie był to jedynie kontakt z wnętrzem biura.
Przez następne dwa dni ajencyjny fotel okupowała jakaś inna kobieta, w najmniejszym nawet stopniu nie wzbudzająca mojego zainteresowania. Było wprost przeciwnie – jej bezczelne uzurpatorstwo sprawiło, że zalała mnie fala wściekłości. Jednocześnie nieco się zaniepokoiłem: co, jeśli to był ostatni dzień pracy dziewczyny i nasze spojrzenia już nigdy się nie skrzyżują? Czyżbym miał liczyć tylko na jakieś przypadkowe spotkanie? Ponura perspektywa. Drugie wyjaśnienie jej nieobecności zdawało się jeszcze bardziej nie do zniesienia: być może moja wzrokowa natarczywość na tyle ją przeraziła, że poprosiła o przeniesienie do innego oddziału… Sobota i niedziela upłynęły mi na smutnych rozmyślaniach. Rozważałem nawet definitywne porzucenie ulubionej trasy spacerowej, żeby tylko nie przechodzić obok pawilonu ajencji.
Jednak w poniedziałek rano już nie pamiętałem o przykrych weekendowych dywagacjach i jak zwykle po śniadaniu zacząłem zakładać buty z myślą o spacerze. Właściwie to nie mogłem się doczekać dziesiątej i niecierpliwie zerkałem na wiszący w kuchni zegar. Przed klatką natknąłem się na naszego hałaśliwego listonosza.
– Uszanowanie panu! – wykrzyknął przyjaźnie i podał mi rękę.
Poczytałem to za dobry znak. Szybko przeszedłem przez tory, nieco zwalniając na widok budynku ajencji. Jeszcze kilka kroków i już łapczywie zaglądałem do wnętrza niewielkiego biura. Była tam! Pochylona stukała w klawiaturę komputera. Nagle, jakby wiedziona tajemnym impulsem, podniosła głowę. Prawie się zatrzymałem. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę i nagle na jej ustach wykwitł delikatny uśmiech. Nie myliłem się! Trwało to zaledwie sekundę, ale całkowicie zrekompensowało długie godziny męczących rozmyślań. Minąłem pawilon na sztywnych nogach i przez chwilę rozważałem powrót przed okno biura. Na szczęście tego nie zrobiłem. Żarliwe zaangażowanie od groteski dzieli tylko jeden mały kroczek! Poszedłem przed siebie i zatraciłem się w labiryncie uliczek willowej dzielnicy. Ten jej uśmiech wprowadzał nowy wymiar – przestałem być anonimową kurtką, migającą w oknie. Stałem się człowiekiem. Zawiązała się w i ę ź. Choć najbardziej ulotna z ulotnych, jednak zaistniała i w związku z tym można było przystąpić do jej umacniania.
Następnego dnia już z daleka zobaczyłem tę drugą kobietę, myjącą okna pawilonu, więc natychmiast skierowałem kroki w przeciwnym kierunku. Poszedłem do opustoszałego o tej porze parku. Było za wcześnie na opiekunki z dziećmi, więc upajałem się ciszą i próbowałem ułożyć plan działań. W żaden sposób nie mogłem się jednak skoncentrować, bo wszelkie próby okiełznania panoszących się emocji zwykle przypominają tresurę watahy wygłodniałych wilków. Na wysokości wysepki z figurą Matki Boskiej porzuciłem dalekosiężne plany i zdecydowałem się działać spontanicznie. Wiedziałem tylko jedno – za wszelką ceną muszę się spotkać z tą dziewczyną i najlepiej będzie zaczepić ją rano w drodze do ajencji.
Przez całą noc męczyły mnie jakieś majaki. Najpierw śniły mi się gadające sarkofagi, coś jak plotkująca Krypta Kapucynów, potem byłem zamknięty w jakimś a p a r a c i e i nie mogłem oddychać. Krzyczałem do pielęgniarki: Niech mnie pani wypuści! Wreszcie się obudziłem. Spowijała mnie wilgotna od potu kołdra.
Przed dziesiątą przedarłem się przez całuny mżawki i zająłem stanowisko na początku uliczki, przy której stał pawilon ajencji. Bacznie obserwowałem wszystkich przechodniów i parkujące w pobliżu samochody. Minęła godzina otwarcia biura, ale nikt się nie zjawił. Deszcz zaczął lać strumieniami. Po dziesięciu minutach podjechał nieco sfatygowany nissan i wyskoczyła z niego szczupła kobieta z kapturem na głowie. Podbiegła do drzwi pawilonu i po krótkiej szarpaninie z zamkiem wbiegła do środka. Wściekle błysnęły jarzeniówki.
Stałem jeszcze chwilę w deszczu i nagle podjąłem decyzję: teraz! Zaskoczę ją w czasie wieszania kurtki, odwróci się nieco przestraszona, ale zaraz obdarzy mnie tym swoim nieziemskim uśmiechem. Usiądziemy przy jej biurku, może zaproponuje filiżankę herbaty… Od słowa do słowa… Delikatnie dotknę opuszkami palców jej smukłej dłoni…
Wbiegłem do pawilonu i z hukiem zamknąłem za sobą drzwi. Przemoczona postać odwróciła się gwałtownie i zdecydowanym ruchem zdarła kaptur. To nie była ona!
– Jeszcze nieczynne! – rzuciła kobieta.
Stałem w milczeniu.
– Czy nie będzie dziś tamtej drugiej pani? – wydusiłem z siebie.
Kobieta przyglądała mi się z przestrachem.
– Kogo?
– Dziewczyny, blondynki… Zwykle siedzi tam w głębi.
Instynktownie cofnęła się o krok i dotknęła dłonią biurka.
– Nikt taki tu nie pracuje. Sama prowadzę ajencję.
– To nieprawda!
– Proszę wyjść, bo zadzwonię po policję – powiedziała z napięciem w głosie.
Jeszcze przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Potem po raz ostatni omiotłem wzrokiem wnętrze biura i wyszedłem z pawilonu. Deszcz nie dawał za wygraną. Ciemne chmury snuły się po niebie jak wielkie, złowieszcze sterowce.