Mam wrażenie, że jestem w amoku, ale takim, który nie wynika z silnego wzburzenia i nie jest kojarzony z agresją czy przemocą, lecz wynika z podniecenia, a właściwie przejęcia i głębokiego przeżywania. Od zawsze byłam wielbicielką twórczości Brunona Schulza, szczególnie literackiej, chociaż jego rysunek także podziwiałam. Pochłaniało mnie jego życie: narzeczeństwo z Józefiną Szelińską i tragiczny los, który sprawił, że stał się ofiarą nazistów, jak miliony Żydów.
Przeczytałam wiele książek na temat Schulza. Wszystkie ciekawe, interesujące, otwierające okna do jego świata.
Ostatnia książka, którą właśnie skończyłam czytać, to ,,Narzeczona Schulza” pani Agaty Tuszyńskiej. Sprawiła, że płaczę jak dziecko. Płaczę i nie mogę się uspokoić.
Bruno – geniusz, a geniuszy się nie ocenia. Juna – kobieta kochająca Bruna miłością największą i do końca swoich dni. Jej też się nie ocenia, bo miłość jest bezwarunkowa, a w jej przypadku także ponadczasowa.
Jerzy – to Jerzy Ficowski, poeta wielkiego formatu, badacz i propagator twórczości Schulza, miłośnik ich obojga: Bruna i Juny, ale przecież nie tylko…
Zaczynam od niej, bo to jej poświęcona jest książka. Józefina Szelińska, nazywana przez narzeczonego Juną, nad wyraz piękna, dystyngowana i elegancka. O wyraźnej urodzie: kruczoczarnych włosach i śniadej cerze. Dumnie krocząca, znająca swoją wartość, może nawet lekko wyniosła. Bardzo dobrze wykształcona jak na kobietę tamtych czasów, polonistka, nauczycielka, bibliotekarka. Poniewierana za czasów Gomułki. Zdegradowana ze stanowiska dyrektorki do stanowiska szarej urzędniczki. W późniejszych latach stroniąca od ludzi, nawet od nielicznych przyjaciół.
Tragizm czasów i wydarzeń, jakie miały miejsce w jej życiu, spowodował, że już nigdy nie pogodziła się z życiem. Nie zrezygnowała jednak, pomimo wielu zarzutów i wątpliwości wobec swego narzeczonego, z miłości do niego. Niestrudzenie zabiegała o pamięć i rzetelną opinię o jego wielkości. Stawiała sobie za główny cel: wyniesienie Schulza na piedestał, jako twórcy wyjątkowego, którego twórczość – jak i on sam – pozostała nieśmiertelna.
Juna to przyjaciółka państwa Ficowskich. Długie rozmowy i prowadzona latami korespondencja – zaczęte, gdy Jerzy był młodym, początkującym poetą, i trwające aż do czasu, gdy jego nazwisko stało się rozpoznawalne w elitach artystycznych ówczesnej Polski, sprawiły, że przyczynił się do stworzenia głębokiej analizy nie tylko utworów Schulza, ale także jego kształtu osobowościowego. Józefina dawkowała informacje o ich związku, ale Jerzy był cierpliwym i bardzo dyskretnym słuchaczem, który w końcu wydobywał z niej to, co zechciała mu przekazać.
Bruno – skomplikowany, wielowątkowy i pogmatwany. Niezbyt przystojny, ale też nie brzydki. Jednak to nie jego uroda przyciągała kobiety, lecz dziwność i intelekt. Bardzo inteligentny i elokwentny, zdolny w wielu dziedzinach: począwszy od literatury, poprzez rysunek i malarstwo, aż po matematykę i fizykę. Wspaniały gawędziarz: wymyślał bajki i niestworzone opowieści na poczekaniu. Był jak mag. Nie było w nim żadnej małostkowości, dążył do sławy, bo tylko ona mogła poprawić komfort jego życia i wynieść ponad przeciętność. Człowiek bardzo nieśmiały i skryty, zanurzony w swoim świecie, niezbyt towarzyski. Można by rzec introwertyk.
Juna była jego muzą, stymulowała go i wskrzeszała do życia. Dyskutowali dużo i na wszystkie tematy, choć zwierzać wolał się Nałkowskiej i innym kobietom, nie jej. Lubił ją portretować, kiedy mu na to pozwalała, a kiedy nie, szukał muz-modelek wśród prostytutek, z których usług sam ponoć korzystał.
Był mężczyzną o wstydliwych popędach i potrzebach seksualnych, na które jego narzeczona przymykała oczy. Do czasu jednak. Wiedziała i domyślała się po jego rysunkach, że potrzeby i marzenia Bruna nie należą do zwykłych ludzkich spraw. Podniecały go kobiece stopy i dominacja bata nad nagim mężczyzną.
Bruno był niezdecydowany, bał się odpowiedzialności, dlatego ciągle odkładał ich ślub, a nawet wspólne zamieszkanie w Warszawie. Nie znalazł w sobie wystarczających sił, by zamieszkać z narzeczoną. Odwiedzał ją, a ona ciągle się łudziła.
Bruno utrzymywał także siostrę i jej dzieci, co też nie było dla niego łatwe.
Ostatecznie się rozstali. Ona chciała pożegnać się z tym światem na zawsze, zrozpaczona połknęła garść tabletek, ale lekarzom udało się uratować jej życie. On być może nawet o tym nie wiedział.
Nigdy już nie byli razem. Ich narzeczeństwo trwało 4 lata, ale w tym czasie zdążyła już poznać jego słabostki, talenty, wady i zalety. Wszystkiego było po trochu, ale kochała go takim, jakim był: koślawym, cichym, czasem wystraszonym. Kochała jego ułomności, drobną posturę, listy, książki, rysunki na skrawkach papieru. Kochała jego ,,Sklepy cynamonowe” i później napisaną książkę ,,Sanatorium pod Klepsydrą”, którą, zgodne z obietnicą, zadedykował jej. Chociaż czułości w dedykacji już zabrakło.
Wiedziała, że jej miłość do niego była silniejsza niż jego do niej, o czym on sam także pisał do swoich przyjaciół.
Jego śmierć zdawała się być nieunikniona, bo z hitlerowskim planem całkowitej eksterminacji narodu żydowskiego, wszyscy Żydzi byli na nią skazani. Nie skorzystał z możliwości ucieczki, a Juna przez całe swoje dalsze życie zastanawiała się: dlaczego? Przecież wszystko było przygotowane. Kiedy jednak przeanalizowała wszystkie za i przeciw, zrozumiała, że nie leżało w jego naturze, pozostawienie na pastwę losu najbliższych.
A może zwyczajnie nie zdążył, kiedy już wracał z bochenkiem chleba do domu i nagle dwa strzały esesmana położyły kres jego życia…
Jerzy Ficowski niestrudzony poszukiwacz, pasjonat, człowiek wielkiego serca. Przyjaciel. Wybitny poeta. Olśniony twórczością i osobowością Schulza od samego początku.
Co łączyło tych dwóch mężczyzn? Metafizyka, dusze, wrażliwość?
Przecież się nie znali, nie zamienili ze sobą słowa. Minęli się w życiu jak dwa tramwaje. Kiedy Bruno miał trzydzieści kilka lat, Jerzy dopiero przyszedł na świat. Połączyła ich jednak miłość do słowa: wielka, gorąca, pęczniejąca czystością i zmysłowością. A potem ,,Sklepy cynamonowe” i ,,Sanatorium pod klepsydrą”. Jakże nie kochać takich słów, dzwonków pieśni i melodii wierszy?! Jak nie kochać kogoś, kto pisze najpiękniej, inaczej niż wszyscy i jakby nie z tego świata?!
Jerzy dojrzewał, by zostawić ślady wielkości Schulza: zbierał informacje, materiały i ciągle czytał geniusza. Słowo za słowem, wers za wersem. Rozkoszował się ich prostotą i głębią, które i jemu były bliskie. Odwiedzały go w dzień i w nocy. Ten geniusz zaraził go swoją magią, czarem, poświatą i zwykłością.
Byli jak bracia. Wielu ludzi podejrzewało ich o koligacje rodzinne. Tyle ich łączyło, nawet wygląd zewnętrzny, nie mówiąc już o skromności, skrytości i cichości obu panów. Jednakowo czuli, przeżywali, dociekali. Jerzy szukał, drążył, sprawdzał i pisał, dużo pisał, ciągle coś nowego, co udało mu się odkryć, dowiedzieć, zdobyć.
Wybrał się nawet śladami geniusza. A nuż ktoś coś opowie, dopowie. Może pamiętają, może… Może jakimś cudem uda mu się odnaleźć listy, które Juna ukryła w willi swoich zamordowanych rodziców podczas ucieczki stamtąd… może!
Drohobycz stał się jego miastem. Szedł ulicami, po których chodzili kiedyś Schulz i Juna. Był tu i tam: w Janowie pod Lwowem, Jarosławiu, Truskawcu. Teraz i on wtopił się w ślady czasu. Był blisko nich, a może nawet z nimi…
Bo to była miłość aż po grób.