+48 736-84-84-44

Ireneusz Iredyński – czuły bluźnierca?

O Ireneuszu Iredyńskim usłyszałam po raz pierwszy wiele lat temu, będąc z wizytą na Podlasiu, gdy koncertujący tam wówczas Jerzy Połomski, przed każdą z wykonywanych przez siebie piosenek, opowiadał o niej niezwykle elokwentnie i zajmująco (był wówczas we wspaniałej formie erudycyjnej, nie miał jeszcze kłopotów z pamięcią, które towarzyszyły mu podczas koncertów w ostatnich latach życia). I właśnie tam zapowiadając piosenkę: „Moja miła, moja cicha, moja śliczna”, wspomniał, że autorem słów jest Ireneusz Iredyński, a także o tym, że gdy stała się jednym z przebojów, wielokrotnie próbował odnaleźć Iredyńskiego, by ten znów napisał dla niego jakąś piosenkę, ale niestety Iredyński przepadł jak kamień w wodę i rzekomo nikt nie wiedział, gdzie się podziewa… A Irek był już wówczas w zakładzie karnym w Sztumie. Ale zacznijmy może od początku…

Dzieciństwo

,,Nikt z ludzi, z którymi spędziłem wiele dni, miesięcy, lat, nie unikał tak bezwzględnie, wręcz demonstracyjnie rozmów o rodzicach jak Irek. Nie mówił o rodzeństwie, rodzinnym domu czy mieście, z którego przyjechał do Warszawy. […] Iredyński jakby wychynął z przestrzeni bezimiennej, z nieistniejącego krajobrazu, i nikt go nie wychował, a nawet nikt go nie urodził. To znaczy nikt, do kogo chciałby się przyznać”[1] – pisał o Iredyńskim jego przyjaciel Roman Śliwonik”.

Ale nawet ktoś, kto tak bardzo nie chce wracać do czasów dzieciństwa, ma przecież jakichś swoich przodków, swoje korzenie i genealogię.

Ireneusz Andrzej Iredyński urodził się 4 czerwca 1939 r. w Stanisławowie (dziś to miasto nazywa się Iwano-Frankowsk i należy do zachodniej części Ukrainy), jego rodzicami byli: Aleksandra z Ziołeckich Iredyńska i Antoni Iredyński. Gdy chłopiec miał dwa lata, ojciec wyrzucił z domu żonę, która była pochodzenia żydowskiego, ponieważ uważał, że im zagraża. Kobieta zaginęła w wojennej zawierusze i nigdy nie zdołano ustalić, czy zginęła w obozie, czy też udało jej się wyjechać z kraju. Krążyły niepotwierdzone plotki o tym, jakoby znalazła się po wojnie w Stanach Zjednoczonych lub w Izraelu.

Ojciec Irka został wcielony do wojska i służył w armii Andersa.

Irek przez całą wojnę mieszkał z babcią po mieczu – Marią Harz oraz siostrami ojca: Marceliną (zwaną przez bliskich Cecylią) Hendrychowską (w dokumentacji szkolnej Irka została podana, jako jedyna jego prawna opiekunka), Stanisławą Schweisser oraz Eugenią Iredyńską.

8 lutego 1946 r. sześcioipółletni wówczas Irek przyjechał do Bochni, gdzie wraz z  babcią i ciotkami zamieszkał przy ulicy Białej, a następnie w domu Kosturkiewiczów przy ul. Solnej 3.

Ojciec, który przeszedł z Andersem cały szlak bojowy, początkowo zatrzymał się w Londynie, a następnie chciał osiąść (być może na stałe, o ile coś w tych pełnych zamieszania latach powojennych, pojałtańskich, można określić stałym) w Foxley. Ostatecznie jednak w 1948 r. wrócił do Polski.

Co do tego, jakimi opiekunkami były dla Irka ciotki, zdania są podzielone, natomiast co do tego, jakim tyranem był jego ojciec, biografowie są absolutnie zgodni.

Przyjaciel Irka, pisarz, Marek Sołtysik twierdzi, że  Irek był ,,od dzieciństwa wychowywany w czułości przez kobiety”[2]. […],,Z kobietami dzielnymi, niekiedy nadopiekuńczymi, czy raczej nadczułymi”[3]. Zawsze też o nich pamiętał. ,,Przyjechał z Warszawy swoją fiestą […] do Bochni,[…] żeby na cmentarzu odwiedzić groby ciotek, babci, kobiet […] wyjątkowo mu bliskich. Te panie, jak z bajki, wyobrażone na podstawie jego prywatnych opowieści, naszkicowane w prozie, zaistniałe także w słuchowiskach, te istoty, dzięki którym dzieciństwo chłopca, długo wychowywującego się bez rodziców, upłynie pod znakiem dobrej opiekuńczości”[4]– wspomina dalej Sołtysik.

A tak przedstawia to w swojej książce Jadwiga Staniszkis: ,,Ojciec Irka szybciej musiał wrócić, bo Irek jako dziecko został po prostu sam. Ciotki, które się nim opiekowały, umarły, matka gdzieś zniknęła w czasie wojny. Ojciec Irka musiał wrócić, zdać się na łaskę władzy, za co miał do Irka pretensje, odgrywał się na nim.[…] Irek był fizycznie za słaby, żeby się dobrze bić. Ale to też była reakcja na słabość, na złamanie ojca, który po powrocie z Zachodu zaczął pić i bił Irka, każąc go za to, że musiał przez niego wrócić do Polski”[5].

Nie jest to cała prawda, ponieważ w 1948 r., gdy Antoni wrócił do Polski, zarówno jego matka, jak i siostry jeszcze żyły. Podaje się, że ojciec powrócił, bojąc się, iż syn wychowywany wyłącznie przez kobiety, zniewieścieje. Postanowił go wychować po męsku, w dyscyplinie i wojskowym drylu. Bił, katował, upokarzał. Irek szczerze go nienawidził i gdy miał zaledwie 14 lat, odszedł z domu, od tamtej pory radząc sobie samodzielnie.

Inny Stanisławowianin, dziennikarz i publicysta Daniel Passent (ocalały z obozu zagłady w Bełżcu) określał swoje dzieciństwo mianem amputowanego, natomiast Iredyński napisał: ,,Patrz, oto zniknęło dzieciństwo jak łza”[6].

Edukacja Irka

W roku szkolnym 1946/ 1947 r. Irek rozpoczął  naukę w Szkole Podstawowej im. Stanisława Jachowicza w Bochni. Podobno ogromny wpływ miała wówczas na niego założycielka tamtejszej Miejskiej Biblioteki Publicznej – Maria Bielawska.

Naukę kontynuował w Liceum im. Karola Wielkiego w Bochni, gdzie języka polskiego uczyła prof. Stanisława Sierpińska, która zaraziła go miłością do literatury i teatru. Miała nowatorskie pomysły i była zaangażowana w swoją pracę: wystawiała z uczniami sztuki, zapraszała ich do domu. Szkołę tę jednak porzucił.

Technikum elektryczne w Tarnowie – także zostało przerwane.

Z elitarnego I Liceum Ogólnokształcące im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie, popularnie nazywanego nowodworkiem, Irek został wyrzucony, podobnie jak z technikum księgarskiego mieszczącego się w Zespole Szkół Poligraficzno-Księgarskich (od 2014 r. to Zespół Szkół Poligraficzno-Medialnych).[7]

Liceum im. Tadeusza Kościuszki w Krakowie – podobno ukończył w 1957 roku, bez matury – czy to prawda, czy kolejny mit?

Irek wielokrotnie był relegowany ze szkół za złe stopnie, za lekceważenie i arogancję wobec nauczycieli oraz za nieobyczajne zachowanie.

Nauka nie była tym, co interesowało Irka, jednak książki (na każdym etapie swojego życia) czytał nałogowo, wręcz je pochłaniał.

Pojawiają się także głosy, jakoby po opuszczeniu Bochni, nie kontynuował już nauki nigdzie indziej.[8]

Kobiety

W jakich kobietach gustował Irek? Na pewno pięknych, inteligentnych, kulturalnych, subtelnych i wykształconych, choć jednocześnie: ,,Nie lubił kobiet niezależnych, dominujących, apodyktycznych. Był kiedyś z taką kobietą związany, znaną na dodatek i piękną. Bardzo ją kochał, mimo to szybko się rozstali, bo jak mówił – drzazgi szły. Chciał, żebym nie pracowała, była wyłącznie jego żoną”[9]– wspominała w wywiadzie jego druga żona, Teresa Iredyńska.

Jak na kogoś, kto nie lubił kobiet niezależnych, zaskakującym może wydawać się fakt, że głównie (jeśli nie wyłącznie) takie kobiety wybierał na partnerki.

Jak zwykle przewrotny, niejednoznaczny i kontrowersyjny Ireneusz, do żony pisze w telegramach: ,,Jaśnie Wielmożna Pani Iredyńska. Z miłością. Iredyński”[10], podczas gdy w wywiadzie udzielonym dziennikarce ,,Kobiety i Życia”, Ilonie Konrad, na pytanie: A jak pan traktuje kobiety?, odpowiada: Ja? Jeszcze normalnie – jako naczynie na spermę. No i rusza lawina publicznego oburzenia i zgorszenia.

Ale potrafił też mówić z czułością: ,,Uwielbiam kobiety. Nie lubię Women Liberation, albowiem są to mężczyźni. Uważam, że kobiety, przez uczuciowość uwarunkowaną biologią, przenoszą tradycję dobra, będąc matkami i żonami, kochankami zdradzanymi bądź zdradzającymi. Są tymi, które przenoszą dobro z pokolenia na pokolenie. I wszystkich czynią nas lepszymi…”[11].

Masza Kapelińska (1932-2019)

Pierwszą żoną Irka została malarka, plastyczka i scenografka – Maria Józefa Kapelińska zwana przez wszystkich Maszą. Ślub cywilny zawarli 9 sierpnia 1957 r. w Krakowie. Pan młody miał wówczas zaledwie 18 lat, narzeczona był od niego 7 lat starsza. Urodziła się 10.II.1932 r. Do ślubu poszli w codziennych ubraniach, bez specjalnych przygotowań, nie było kwiatów ani prezentów, świadkowie (którymi byli: przyjaciółka Maszy, rzeźbiarka, Zofia Bielawska i kolega Irka, wówczas student Politechniki – Bartłomiej Siewarga) złożyli się na butelkę wódki. Już podczas ceremonii Irek błaznował, udając głuchego, by urzędnik musiał powtarzać mu kilkukrotnie słowa przysięgi.

Iredyńscy wiedli skromne życie w kawalerce przy Krupniczej 22 w Krakowie, żyjąc głównie ze stypendium artystycznego Maszy. Z czasem także Irek otrzymał stypendium ze Związku Literatów Polskich, ale swoje zwykle przepijał. Problem stanowiły nie tylko pieniądze, czy też raczej ciągły ich brak, ale też manipulacje, zdrady, alkoholizm Irka, a także wyższa pozycja zawodowa Maszy, czego Irek nie lubił, choć jak pokazało dalsze życie, właśnie takie kobiety go pociągały i takie wybierał.

Rozstali się w 1958 r. Masza wróciła do rodziców (Heleny i Józefa Kapelińskich), do Łazieńca k. Aleksandrowa Kujawskiego, a Irek pozostał w Krakowie. Oficjalnie rozwiedli się jednak dopiero po wyjściu Irka ze Sztumu – 14.01.1972 r.. Dopóki odbywał tam wyrok, Masza wspierała go emocjonalnie i finansowo, regularnie jeżdżąc także na widzenia. Uważała to za swą powinność, skoro wciąż jeszcze, przynajmniej formalnie, byli małżeństwem. Według niej obowiązkiem żony było wspieranie męża w trudnym położeniu, w jakim się wówczas znalazł.

Masza powiadomiła również listownie swojego teścia o wyroku Irka, na co ten odpisał, że właściwie dobrze się stało, bo może Irek w zakładzie karnym zda wreszcie maturę. Przy okazji Antoni chciał też ubić własny interes, proponując Maszy zakup pawich piór do teatru (w którym pracowała), na co Masza nie przystała i kontakt się urwał.

Nie przeszkodziło to jednak ojcu Irka kilka lat później wystąpić na drogę prawną i zażądać alimentów, gdy synowi zaczęło się lepiej powodzić, a jego utwory zaczęto tłumaczyć i wydawać za granicą. Mimo braku więzi i kontaktu między panami Iredyńskimi, sąd zasądził owo świadczenie i Irek płacił je ojcu aż do śmierci pana Antoniego.

Masza miała dosyć, gdy po wyjściu ze Sztumu Irek zaczął, jak dawniej w Krakowie, sprowadzać prostytutki, w tym tę podobno najbardziej znaną – Izę Drabinę.

Ona sama nigdy już nie związała się z innym mężczyzną, bo jak mówiła: ,,Któż miałby się z nim równać?”[12] i do końca swoich dni przedstawiała się jako Masza Iredyńska.

Alina Piechowska (ur. w 1937 r.)

Z Irkiem poznali się przypadkowo, jadąc razem w windzie, w warszawskiej ,,Estradzie”.

Alina była kompozytorką, wspólnie napisali znaną piosenkę, przez szereg lat wykonywaną właśnie przez Jerzego Połomskiego: ,,Moja miła, moja cicha, moja śliczna” oraz drugą równie liryczną pt. ,,Jestem cała w twoich rękach” wykonywaną przez aktorkę Barbarę Brylską, a wcześniej także przez piosenkarkę Lilianę Urbańską (dziś matkę znanej wokalistki i reżyserki Marii Sadowskiej).

Ireneusz dość niespodziewanie wprowadził się do sublokatorskiego mieszkania Aliny przy Armii Ludowej, gdzie równie szybko zadomowił się i rozgościł. Mieli poważne plany na wspólną przyszłość, a Irek pojechał nawet do Częstochowy, by w rodzinnym mieście Alicji poprosić o jej rękę.

Niestety wciąż pił, jego knajacka natura raz po raz dawała o sobie znać, a Alicja (jak wszystkie jej poprzedniczki i następczynie) szukała go po lokalach i spelunkach. Ratowała. A miała przecież własne zawodowe ambicie i plany, robiła właśnie dyplom z kompozycji – oratorium ,,Róża wiatrów” do słów Irka. Podjęła decyzję o rozstaniu, mimo że była wtedy w ciąży, o której  Irkowi nie powiedziała. Poddała się aborcji, której Irek podobno się domyślił i wpadł w rozpacz. Nigdy więcej się do niej nie odezwał.

Po dyplomie wyjechała na stypendium do Paryża i tam już pozostała, zawsze podkreślając, że Irek był największą miłością jej życia.

Jadwiga Staniszkis (1942-2024)

Kiedy się spotkali, oboje byli już ludźmi po przejściach, Irek miał za sobą rozwód z Maszą Kapelińską i burzliwy związek z Aliną Piechowską, a Jadwiga była po rozwodzie z pierwszym mężem Markiem Lewickim. Uwikłana nieco w przyjacielsko – romantyczną znajomość z Aleksandrem Smolarem, postawiła jednak na bliskość z Iredyńskim.

Związek Jadwigi i Ireneusza trwał około trzech lat, był burzliwy, intensywny i emocjonalnie trudny – pozostawił w niej ślady, o których później mówiła publicznie z dużą szczerością.

Poznali się w grudniu 1970 r. w prestiżowej jak na lata 70-te chińskiej restauracji Szanghaj w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej 55/73, która słynęła z neonów w kształcie smoków, orientalnego wystroju (białych obrusów, czarnych talerzy, parawaników oddzielających stoliki) i długich (nawet kilkugodzinnych) kolejek oczekujących tam na stolik.

Jadwiga rozmawiała wówczas z filozofem Jerzym Niecikowskim, a po sąsiedzku siedział Irek, który jako że znał Niecikowskiego, postanowił się do nich przysiąść. Tak zaczęła się ich znajomość.

Staniszkis po latach twierdziła, że zapamiętała nawet, jak była ubrana tamtego wieczoru: ,,Miałam takie czerwone podkolanówki, buciki na obcasach i czarną sukienkę – świetnie się tam bawiłam, ale byłam  jednak trochę za mało wesoła, żeby założyć czerwoną. Więc czerwone tylko podkolanówki do tej czarnej sukienki. Irek zawsze wspominał, że byłam wtedy taka <<rumiana>>…A on ciągle widział wyłącznie blade kobiety.[…] Wydawałam się taka normalna, a jednocześnie niegłupia. Zupełnie niepodobna do tych dziewcząt, co się wokół Irka i w ogóle, wokół pisarzy kręciły, poświęcały, zapijały razem z nimi” [13].

Po trzech tygodniach od poznania Irka, Jadwiga obroniła doktorat z socjologii.

,,Irek, kiedy już byliśmy ze sobą, powiedział mi, że wtedy, w tej restauracji <<Szanghaj>>, zwrócił na mnie uwagę właśnie dlatego, że nie byłam doskonała, miałam w sobie jakiś feler, parocentymetrową bliznę, która pozostała mi po wypadku w Anglii”[14]–  twierdziła Staniszkis.

W 1971 r. zamieszkali wspólnie przy Alejach Jerozolimskich 46 (nad herbaciarnią Gong).            A tak te ich wspólne początki wspomina sama Staniszkis w jednej ze swych książek: ,,Pamiętam pierwszą rzecz, którą zrobił, kiedy się do mnie wprowadził. Kupił czarne, grube zasłony z rypsu na okna, żeby się odciąć od świata, żeby nie widzieć tego, co na zewnątrz”[15].

Irek uwielbiał wywoływać burdy i skandale, co za pewne przyczyniło się do kresu jego  związku ze Staniszkis. Ona sama także wspominała, że Irek albo wracał z kompanami w nocy ze SPATIF- u, przedstawiał Jadwigę jako swoją pielęgniarkę, prosił, by szła do jakiejś meliny kupić im wódkę, a potem biesiadowali w jej mieszkaniu do rana, albo też któryś z jego przyjaciół prosił, by pojechała po Irka do takiej czy innej knajpy, bo on nie jest już w stanie opuścić jej samodzielnie. Robiła to… do czasu.

Coś zaczęło w niej pękać, kiedy Ireneusz dostał stypendium w Berlinie Zachodnim, a ona nie mogła mu towarzyszyć, ponieważ nie dostawała wizy. Irek bez skrupułów dzwonił wtedy do niej i kazał rozmawiać z prostytutkami, z którymi sam nie mógł się porozumieć, gdyż nie znał żadnego obcego języka. To ją złamało.

A po powrocie Irek oskarżał ją jeszcze o zdradę z Jerzym Ekelem, który był tylko jej znajomym.

Po którejś z awantur Irek kazał Jadwidze wybrać sobie karę, zresztą wcześniej też już dochodziło do rękoczynów, podczas których Irek bił Jadwigę smyczą lub pękiem kluczy. Jak sama przyznawała, po niektórych uderzeniach zostawały blizny. Pewnie te w sercu niemniejsze. Znosiła to, usprawiedliwiała – określała nawet taką wzajemną grą.

,,Nazywał mnie kauczukową piłką, która po odkształceniu zawsze wraca do pierwotnego kształtu. Ale to tylko pozór – kształt na zewnątrz ten sam, ale – aby go utrzymać – cała konstrukcja wewnątrz musiała ulec zmianie”[16].

Jadwiga samodzielnie wychowywała córkę z pierwszego małżeństwa, pracowała, pisała, przygotowywała się do habilitacji. Ciągłe zarywanie nocy na poszukiwanie Irka, ratowanie go, niańczenie, obrywanie, przywożenie do domu, nie sprzyjało prowadzeniu normalnego życia rodzinnego, jakie zapewne chciała wieźć dla siebie i dziecka.

,,W pewnym momencie spakowałam jego rzeczy i powiedziałam, żeby się wyprowadził. I on to zrobił”[17]– pisała. Jadwiga na kilka miesięcy wyłącza telefon, bo Irek potrafi dzwonić w środku nocy lub nad ranem.

Ich drogi rozchodzą się.

Jadwiga po latach podsumowuje: ,,Po doświadczeniu życia z Irkiem sama stałam się silniejsza, bo dostrzegłam zalety mojej niewrażliwości na <<intersubiektywność>>”[18].

Anna Mackiewicz primo voto Kaczanowska

Anna była lekarzem psychiatrą. Kobietą rzekomo uprowadzoną, siłą przetrzymywaną i zgwałconą przez Ireneusza. Tyle, że najprawdopodobniej była to jedynie wersja stworzona dla męża Anny, znanego malarza Witolda Kaczanowskiego, ponieważ romans ten wcale się wówczas nie zakończył.

A zdaniem Stanisława Brejdyganta, przyjaciela pisarza, Anna była największą miłością Irka.  I kiedy ten dostał stypendium w USA, spotkali się na miejscowym cmentarzu, w miasteczku na styku granicy Stanów i Kanady. Kobieta zaprosiła go wówczas do swego domu w Sherbrooke na pół roku. Irek rozważał wtedy małżeństwo z Anną, pisał o tym nawet do Brejdyganta, ale świadomy swych wad, nałogów i ograniczeń, w końcu wrócił do Polski sam. Potem ona zachorowała na Alzheimera i nikogo już nie poznawała.

Do historii ich znajomości powrócimy jeszcze w dalszej części tej opowieści.

Teresa Polkowska (1933 – 2000)

Z domu Kolankowska (córka Wacława i Jadwigi Kolankowskich), primo voto Świerzy, secundo voto Iredyńska.

Irek poznał Teresę w domu swoich przyjaciół i sąsiadów, Jagi i Jonasza Koftów, gdy ona – wraz z mężem, znanym malarzem plakacistą, Waldemarem Świerzym – była gościem na przyjęciu imieninowym pani domu, a on wpadł tam przypadkiem, w nocy, na rauszu.

Jak później wspominała, zakochała się od razu, można rzec od pierwszego wejrzenia i na zabój, choć Jaga Kofta, znająca dobrze Irka, (jego problem alkoholowy, nawyki i traktowanie ludzi) z całego serca odradzała przyjaciółce ten związek. Przeciwna była również szesnastoletnia wówczas córka Teresy. Na miłość jednak nie ma rady. Teresa opuściła dom i pierwszego męża, z którym pozostawiła latorośl. Po otrzymaniu rozwodu ze Świerzym, poślubiła Irka.  Zamieszkali wspólnie w domu na warszawskich Grotach, przy ul. Spychowskiej, weekendy i lata spędzając w daczy na Mazurach, w miejscowości Bredynki. Obie te nieruchomości były własnością Irka.

Do ślubu z Teresą poszedł w stylu wojskowym: w zielonych bojówkach, koszulce moro i kurtce khaki z pagonami. Ona miała na sobie tego dnia długą, lejącą suknię w kolorze gołębim i bukiet z mieczyków.

W jednym z nielicznych wywiadów jakich udzieliła Teresa, twierdziła, że Irek pił przez trzy – cztery miesiące w roku, a przez pozostałych osiem – dziewięć pracował i był po prostu jej Irkiem. ,,Bo kiedy pił, nie był mój”[19]– mówiła.

Irek po raz pierwszy miał prawdziwy, ciepły, normalny, może nawet mieszczański (co nie tylko zdawało się mu nie przeszkadzać, ale wręcz go uszczęśliwiało) dom. To chyba wtedy sam zrozumiał i upewnił się, że tego właśnie potrzebuje. Małżonkowie wspólnie gotowali, wędzili, chodzili na grzyby i długie spacery z psami. ,,Kiedy nie pił, znakomicie nam się żyło – spokojnie, zwyczajnie, normalnie.[…] Był domatorem, lubił bardzo swoje dwa domy […]. Ciągle coś do nich kupował, zmieniał, urządzał.[…] Ubóstwiał też gotować, narzekał, że wygryzłam go z kuchni i pralki. Piekł w prodiżu wspaniałe mięsa, robił pikle, które budziły zachwyt gości”[20] – mówiła Teresa. Gdy złamała prawą rękę, przejął pełną opiekę: karmił, obsypywał prezentami, woził na rehabilitację. Miał też gest, np. na imieniny podarował Teresie auto – małego fiata. Gdy leżała w szpitalu, przekupił personel i, mimo oficjalnego zakazu, wniósł tam pół kwiaciarni. Nigdy też nie pozwalał jej sprzątać ani w domu na Grotach ani na Mazurach, zawsze wynajmował i opłacał panie do sprzątania, mimo że Teresa nie pracowała już wówczas zawodowo. A z zawodu była pielęgniarką, kiedyś pracowała nawet w szpitalu, a potem w domu dziecka, ale wszystko to do czasu poznania Irka. Potem zgodnie z jego wolą została w domu, by mu w nim towarzyszyć i współtworzyć tę oazę ciepła i spokoju.

Kiedy Irek źle się poczuł, Teresa natychmiast wezwała pogotowie. W karetce krzyczał: Teresko, ratuj mnie, ale pośmiertna legenda głosi, że prosił, by podano mu w kroplówce wódkę. Pewnie cieszyłby się z tej wersji, wolałby taką, byłaby bliższa jego kontrowersyjnemu wizerunkowi, który latami pieczołowicie tworzył i któremu niezmiennie pozostawał wierny.

Irka w postaci udomowionego dżentelmena – znali jedynie najbliżsi, Irka obrazoburcę – niemal wszyscy. Takim go zapamiętano, jakim prawdopodobnie chciałby zostać zapamiętany.

Żona i pasierbica podkreślały, że to nie prawda, iż nie chciał już żyć. Leczył się, dotarł nawet do dr Luby Szawdyn, znanej psychiatry i psychoterapeutki, która specjalizowała się w terapii uzależnień, niestety organizm był wycieńczony wieloletnim piciem. A zapijał biedę i brak domu od wczesnych lat młodości, niemal od dzieciństwa.

Irek i Teresa byli małżeństwem przez osiem lat, aż do jego nagłej i niespodziewanej śmierci.

Gdy odszedł, Teresa zajęła się trojgiem wnucząt: Antkiem, Jasiem i Helenką, a także pomagała w schronisku dla zwierząt w Milanówku. Dzięki temu udało jej się przetrwać najtrudniejsze chwile po śmierci męża.

Dorota Marczewska, pasierbica Irka, która zmarła 10 grudnia 2023 roku w wieku 59 lat, do końca wypowiadała się o Irku i drugim małżeństwie swojej matki bardzo pochlebnie.

 

Córka

Jedynym, nieślubnym, dzieckiem Irka jest córka – Karolina Ochab, urodzona w 1972 r.

,,Przyznał się, że ma nieślubne dziecko z koleżanką żony, o czym ona nie wie, kobietą samotną, która nie chce od niego materialnej pomocy”[21]– czytamy w notatce Bruno Hallera[22].

Maryna Ochab[23], córka peerelowskiego dygnitarza, nie tylko nie chciała finansowego wsparcia ze strony ojca swojego dziecka, ale nawet (być może pod wpływem własnego ojca i reszty rodziny) nie chciała utrzymywać z Irkiem kontaktu. Nie uczestniczył on więc w życiu i wychowaniu swojej jedynej biologicznej córki.

Kobieta w dorosłym życiu związała swoją drogę zawodową z teatrem.

 

Łobuzerskość

Ireneusz Iredyński – wrażliwy skandalista czy nieczuły cham?

Kim byłeś Irku? – aż korci zapytać.

Jaskiniowcem, przemocowcem, chuliganem, hulaką, perwersyjnym demonem, manipulatorem, prowokatorem, ekscentrykiem, obrazoburcą, buntownikiem, moralnie zepsutym alkoholikiem, awanturnikiem, seksoholikiem, kobieciarzem – czy też może głęboko wrażliwym,  skrzywdzonym człowiekiem?

Obroną Irka najczęściej bywał atak.

Irek bił się z przyjaciółmi, w SPATIF- ie z aktorami: Janem Świderskim i Ludwikiem Pakiem, na ulicy z nieznanymi sobie ludźmi, a w redakcji nawet z Antonim Krauze, który prowadził dział plastyczny i uchodził za człowieka niezwykle spokojnego, którego nie da się sprowokować. Cóż, jak widać, Irkowi się udawało…

Nie oszczędzał nikogo. Podczas kolegium redakcyjnego miał zwyczaj wpadać i wyciągać stamtąd na wódkę, ku rozpaczy współpracowników, wybitnego teatrologa i eseistę, Konstantego Puzynę.

Obory

Dom Pracy Twórczej w Oborach koło Konstancina powstał z inicjatywy trojga literatów: Ewy Szelburg-Zarembiny, Leopolda Lewina i Aleksandra Wata, którzy w grudniu 1947 r. wystąpili z oficjalną, pisemną prośbą w tej sprawie do Prezesa Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich – Jarosława Iwaszkiewicza,  co spotkało się z jego zrozumieniem i poparciem. Swoje podwoje Obory otworzyły dla pisarzy już we wrześniu 1948 r., a w Księdze Pamiątkowej ukazał się wpis przewodniczącego Gminnej Rady Narodowej – Jana J: ,,W ciszy i spokoju – twórzcie i wypoczywajcie! A w swoich pracach wiele słońca potomności dajcie…!”[24]. Irek najwyraźniej nie umiał wytrwać w tej ciszy i spokoju, ponieważ we właściwym sobie stylu, uwielbiał ją w Oborach zakłócać. A gościła tam wówczas cała literacka śmietanka towarzyska: Słonimski, Herbert, Newerly, Stryjkowski, Jastrun, Przyboś, Hen, Bocheński, Hertz, Hłasko, Broniewski, Hartwig, Brzechwa, Grochowiak, Jan Nepomucen Miller, Brandys, Andrzejewski i Przymanowski[25].

W księdze oborskiego domu pozostał poetyki wpis Stanisława Marczaka-Oborskiego:

,,Przysięgam…

…na Iredyńskiego męki

Pieszczoty Muz Jarosława

Miłosza odległe jęki

na Bratnego samosęki

na Szymborskiego Wisława

– przysięgam: Chwała i sława…

Sława i chwała

nam!!!”[26]

Podobno nawet już Jerzy Andrzejewski i Janusz Przymanowski, jak pisze o nich Kotlińska, byli od Iredyńskiego i jego przyjaciół spokojniejsi: ,,jeden i drugi lubili popić sobie, ale nie hałasowali, ludzi nie obrażali, jak Iredyński czy [Andrzej przyp. red.] Brycht; ci to lustro kiedyś potłukli w apartamencie (w całej oficynie tylko owo dwupokojowe pomieszczenie miało łazienkę z wc), na klombie przed pałacem Brycht fikołki urządzał, na rękach stawać próbował, i to w samych tylko kąpielówkach”[27].

Bardziej dosadnie opisuje Irkowe ekscesy w Oborach Joanna Siedlecka: ,,Sąd Koleżeński, pod przewodnictwem Ireny Krzywickiej, zawiesił kolegę Iredyńskiego za chuligańskie awantury […], a w 1963 r.[…] za karczemną awanturę w Domu Pracy Twórczej w Oborach podczas zabawy sylwestrowej, w czasie której potłukł naczynia szklane i porcelanowe, połamał 2 krzesła. Zdjął z siebie wierzchnie ubranie, pozostając wpółnagi, jedynie w spodniach, budząc zgorszenie bawiących się”[28].

Irek odwołał się od tego wyroku, a czując się niesprawiedliwie potraktowany, napisał: ,,Zwyczajowe picie na sylwestra w Oborach (w osobnej sali), które zakończyło się potłuczeniem naczyń i złamaniem krzesła, nie było chuligańską awanturą. Również krzyki pewnej pani (w hoteliku ZLP) nie są moją winą. Zachowała się histerycznie z powodów prywatnych. Zarzuty, iż zorganizowałem coś w rodzaju domu publicznego, <<Spelunki>> i <<bandy chuligańskiej>>, są dowodem (dla mnie) pasji stylistycznej sądu”[29].

,,Iredyński rozbił po pijanemu jakieś naczynie z wyposażenia, a gdy pisarz Jan Maria Gisges z Zarządu ZLP wezwał go i przedstawił mu rachunek za stratę, Irek wykłócał się dość zdecydowanie, idąc w zaparte co do … liczby kieliszków stojących na obrusie, a stłuczonych podczas ogólnej orgii. Okazało się, że kierowniczka domu w Oborach rzeczywiście dopisała kilka kieliszków na jego konto”[30].

Inne ekscesy, rozróby i skandale Irka

Rozrabiał nie tylko w Oborach, ale właściwie wszędzie, w tym również np. w krakowskiej Piwnicy pod Baranami, gdzie rzucał w ściany żarówkami (i to nie jedną czy dwiema, lecz kilkudziesięcioma), aż publiczność kryła się pod stolikami.

31.01.1959 r. Irek, w warszawskim lokalu o nazwie ,,Pod manekinem”, podczas zakrapianego sowicie alkoholem spotkania z Jerzym Andrzejewskim, Wilhelmem Machem i Grzegorzem Lasotą, wykrzykiwał hasła, które nie mogły spodobać się władzy i ujść jej uwadze: rżnąć komunistów  i wyrywać im zębami włosy.

Bił się ciągle, w zwady wdając zarówno z wrogami jak i z przyjaciółmi. Pobił się z Grzegorzem Lasotą, co zakończyło się zgaszeniem papierosa w uchu kolegi, w bramie przy Brackiej bił się z pisarzem Markiem Nowakowskim, przy lokalu o nazwie Ściek przy ul. Trębackiej z Krzysztofem Mętrakiem, który pokonał Irka ciosem z główki, a gdy ten zalał się krwią, wytarł ją w poły jasnego, flauszowego płaszcza Krzysztofa. Z Witoldem Migoniem bił się w Manekinie przy rynku staromiejskim, gdzie pokonał przeciwnika kopiąc go w kolano. Bił się nawet z Andrzejem Brychtem, który miał posturę i ringowe doświadczenie zawodowego boksera, a mimo to Irek pokonał go sprytem i szybkością. W Bristolu dał też w mordę prokuratorowi, który śmiał zająć Irka stolik.

Irek uwielbiał manipulować, prowokować i wywoływać skandale. To dawało mu pewien  rodzaj życiodajnej energii. Lubił też wcielać się w geja, a jedną z takich historii przytacza Mętrak: ,,Irek, lekko wstawiony, ciągnie mnie na Starym Rynku do apteki. Pieczołowicie ustawia mnie na końcu dłuższej kolejki, wykrzykując specjalnie głośno, aby wszyscy słyszeli:<<[…]Stój tu i nie łuszaj się, twój ciapciuś załaz włóci>>…Cała kolejka na nas patrzy. Irek podchodzi do okienka i na pełny regulator pyta:<< – Czy są kondoniki dla małych dzieci?>>. I tańcząc – wynosi się z pomieszczenia. Cała kolejka patrzy na mnie. Do dziś czuję na sobie ten wzrok”[31].

Kochał wywoływać burdy i skandale, uważał je za autoreklamę. Lubił mieć publiczność – na przykład otwierał butelkę na ulicy, pod budynkiem wybranej przez siebie danego dnia redakcji, i zaczynał pić z gwinta dopiero wtedy, gdy nabierał pewności, że redaktorzy, a zwłaszcza redaktorki, patrzą na niego z okna.

Lubił także grać w pokera na pieniądze – np. od znanego aktora Mieczysława Voita wygrał kilkadziesiąt tysięcy i złoty zegarek marki Tissot, a z Magdaleną Samozwaniec przegrał.

Wrogowie

Lista osób, którym Irek wyraźnie się naraził, podpadł, czy też nacisnął na odcisk, była pokaźna, a niektórzy z tych ludzi wpływowi i żądni zemsty. Najprościej można by przypisać wrogość trzem środowiskom: literackiemu (częściowo), władzy komunistycznej PRL-u i prowokowanym przez Irka mężczyznom, których żony (mniej lub bardziej – zwykle bardziej  – skutecznie) uwodził.

Począwszy od Grzegorza Lasoty – dziennikarza, twórcy i prowadzącego kultowy w PRL-u program Pegaz” – którego Irek 26 lutego 1960 roku pobił w kawiarni klubu ZSP w Warszawie, gasząc mu na koniec papierosa w uchu. Od tamtej pory Lasota ponoć zapałał żądzą zemsty.

Ale mówiąc eufemistycznie, Irek nie był także ulubieńcem władzy, zwłaszcza towarzysza Wiesława Gomułki, którego nazywał szmaciakiem[32]. Drażnił swoją niepokorną twórczością i stylem życia, które stały w sprzeczności z oficjalną linią partii. Podczas obrad XIII Plenum KC PZPR, w lipcu 1963 r., Gomułka sam będący z zawodu ślusarzem i nie znający się na literaturze, po raz pierwszy zaatakował środowisko literackie, wywołując do tablicy konkretne nazwisko. I było to nazwisko Iredyński. ,,Ten człowiek żyje tak, jak pisze – wrzeszczał, wymachując i waląc z wściekłością o mównicę jego <<Dniem oszusta>>”[33]. Dodatkowo niechęć Gomułki do pisarzy i artystów wynikającą z poczucia niższości i braków w wykształceniu, podsycał jeszcze będący jego doradcą Zenon Kliszka. Ten ostatni miał zresztą również osobiste powody do niechęci względem Iredyńskiego. Był bowiem wujem[34] Witolda Kaczanowskiego, artysty malarza, męża Anny, którą w 1961 r. Irek podobno uwiódł. I według  zeznań obojga Kaczanowskich siłą przetrzymywał w mieszkaniu przy ul. Wiejskiej w Warszawie. Rozbieżność pojawia się jednak w tym, że według pani Anny do niczego wówczas nie doszło, natomiast według jej męża doszło do przemocy fizycznej i gwałtu. Kaczanowski do końca podtrzymywał wersję, iż: ,,55 lat temu Ireneusz Iredyński pobił i zgwałcił jego narzeczoną Annę Mackiewicz i za to poszedł siedzieć, nie za sprawy polityczne”[35].

Nie jest to prawdą, albowiem wyrok za gwałt, czy też raczej usiłowanie gwałtu, który Iredyński i Brejdygant otrzymali, dotyczył zupełnie innej kobiety.

Ireneusz podpadł również kolejnemu luminarzowi ówczesnej władzy, a mianowicie Jerzemu Urbanowi, któremu także uwiódł żonę – wówczas dziennikarkę ,,Polityki”, Wiesławę Grocholę.

Ale Irek miał też wrogów w osobach wybitnych pisarzy: Stanisława Lema i Sławomira Mrożka, którzy w swojej korespondencji wielokrotnie dawali temu wyraz, pisząc:

Mrożek:

,,Iredyński urósł fizycznie, rozrósł się i podwyższył, tak więc jest tego świństwa parę kilo więcej, materiał, masa, ciężar zła powiększyły się w sposób sprawdzalny laboratoryjnie[…] ”[36].

Lem:

,,Słyszałem, że Ireneusz, którego razem nie ukochaliśmy, jakiegoś dziennikarza niezbyt dawno obustronnie skopał i go milicja szukała”[37].

,,Zwracam uwagę na Kolegę i Somsiada Waszego […], Szalenie Zdolnego Kurwipołcia, Jebura Ontologicznego, Super-Maciornika I.I., którego <<Jasełka>> takie moderne przeczytałem wczoraj”[…] Widzę doraźną potrzebę objebania I.I. za tę sztukę, ale pewno będzie akurat na odwrót: zaraz cmokiery mu Zadek Genialny Obliżą, Mu wlezą, że taki Zdolny…”[38].

,,Talent? Nie umiem powiedzieć. I.I jest bez porównania twardszy od bohatera, no i pisze. Ale wyosobnił z siebie swoją cieklinę, ciekączkę. Swoje luzy, luźną bylejakość wszarza, który wymigiwaniem się, unicestwianiem każdej sytuacji, w którą wchodzi i która się stwarza, unicestwianiem przez dorobienie jej nie gęby, lecz dupy cuchnącej”[39].

Mrożek:

,,Nawiasem mówiąc, muszę Cię rozczarować. On się nie zapije i nie zniknie, a w każdym razie nie teraz. […] Nie licz na to”[40].

Siedlecka w filmie ,,Errata do biografii” twierdzi, że po debiucie Iredyńskiego Lem w ,,Twórczości” porównywał go do Dostojewskiego. Skąd zatem tak wielka późniejsza niechęć? Czyżby jednak z zawiści?

Lem:

,,Boże, stworzyłeś mnie Polakiem, więc dlaczego nie stworzyłeś mnie Iredyńskim”[41].

Ewidentnie obaj literaci, w tym Mrożek, który rzeczywiście mieszkając w Krakowie, był sąsiadem Iredyńskiego i jego pierwszej żony Maszy, mieli z nim jakiś problem. Była to piorunująca mieszanka zawiści, może nawet obsesji,  nienawiści, podziwu i zazdrości.

Syfon i inne prowokacje

W 1962 r. nad Irkiem zaczynają się zbierać ciemne chmury, czego on sam zdaje się nie być wówczas świadomym. Najpierw zostaje oskarżony o pobicie scenografa Andrzeja Sadowskiego[42] lub Andrzeja Gadowskiego[43]ciężkim syfonem w głowę, ale jedyny rzekomy świadek – gospodyni mieszkania, w którym miało dojść do zdarzenia, niczego nie potwierdza, a sam rzekomy pokrzywdzony nie wykonuje obdukcji, więc z braku dowodów i świadków sprawa zostaje umorzona. Milicja jednak nie odpuszcza, dalej szukają haków na Irka. Twierdzą, że posiadają dowody, z których jasno wynika, iż Iredyński namawiał swego kolegę, niejakiego Stanisława Augustowskiego, do napadu rabunkowego na mieszkanie pisarza Tadeusza Kubiaka na Mokotowie. Odstąpiono jednak od dalszego śledztwa, ponieważ sam Kubiak wyrażał się o Iredyńskim pochlebnie i przyjaźnie, a zdarzenia takiego nie zgłaszał, gdyż nie miało ono miejsca.

Nie udała się prowokacja z pobiciem ani z rabunkiem, więc próbowano jeszcze z gwałtem. Pierwszy dotyczył Anny Kaczanowskiej, drugi Kaliny Jędrusik. Żadna z pań jednak nie potwierdziła zdarzenia, ani też nie złożyła oficjalnej skargi. Jędrusik przyszła z własnej woli, korzystając po prostu z zaproszenia, natomiast nie chciała grać w rozbieraną butelkę, do czego niektórzy uczestnicy balangi usiłowali ją zmusić. Wtedy krewka aktorka walnęła któregoś w łeb wazonem, a ten w odwecie ją pobił.

Ale wreszcie udało się Irka dopaść.

Gwałt czy prowokacja?

12 grudnia 1965 r. Irek (wówczas dwudziestosiedmioletni) oraz jego dwaj przyjaciele, reżyserzy: Edward Bernstein[44] (wtedy trzydziestoletni) i Marek Piwowski (także trzydziestoletni) spotkali się w lokalu ,,Pod Arkadami” przy Placu Unii Lubelskiej, z poznaną przez Irka wcześniej (tj. 30.11.1965 r.) w pociągu z Sopotu do Warszawy, dziewiętnastoletnią dziewczyną. (Rzekoma pokrzywdzona w zeznaniach podaje, że była tam jeszcze jedna osoba, ale jej tożsamość nigdy nie została ujawniona. Nie wiadomo nawet, czy była to kobieta, czy mężczyzna). Następnie, już bez Piwowskiego, który opuścił ich towarzystwo, udali się we troje  na ul. Nowowiejską 10/6, do mieszkania przebywającego wówczas za granicą kompozytora i dyrygenta – Jerzego Semkowa. Mieszkaniem tym pod nieobecność przyjaciela, miał się opiekować Iredyński. Ledwie weszli na górę (było to trzecie piętro), gdy dziewczyna poprosiła o możliwość skorzystania z toalety. Zaraz po tym, jak Irek wskazał jej to pomieszczenie, skierowała tam swoje kroki, a prosto z łazienki wybiegła naga na ulicę, gdzie czekała już milicja. Swoje ubrania (sukienkę i bieliznę) złożyła w kostkę i zostawiła na stołku w łazience. Była to córka, a dokładnie rzecz ujmując pasierbica, pułkownika SB niejakiego Brzeskiego. Piotr Müldner-Nieckowski[45] powołując się na informacje pozyskane od Janusza Głowackiego, publicznie wyznaje, że Irek poznał tę młodą kobietę przez Piwowskiego, który ze spotkania nagle i tajemniczo się ulotnił.

27.01.1966 r. zapadł wyrok – trzy lata za gwałt, a raczej jego usiłowanie na dziewiętnastoletniej Małgorzacie Brzeskiej, zamieszkałej w Warszawie przy ul. Świętokrzyskiej.

Środowisko literackie (może nie całe, bo jak zwykle rozwarstwione, ale z pewnością w znacznej większości) uważało, że Iredyński został wrobiony, ukuto nawet powiedzenie, że wsadzono go za napad z chujem w ręku. Jerzy Giedroyć był przekonany o niewinności Iredyńskiego, czemu dał wyraz w listach do Jerzego Stempowskiego, a Stefan Kisielewski wystąpił nawet z ramienia ZLP  jako pełnomocnik prawny Ireneusza.

 Zastanawiano się tylko, komu najbardziej mogło zależeć na zniszczeniu Irka, a na giełdzie nazwisk pojawiło się wiele czołowych postaci życia PRL-u: Gomułka, Kliszko, Moczar, Urban, Ochab, Lasota, Lem, Mrożek, Kaczanowski…

Sztum

Było to bardzo ciężkie więzienie, na które skazywano recydywistów, więźniów kryminalnych skazanych na najcięższe wyroki, czyli na dożywocie i karę śmierci, a także, niewygodnych dla władzy, więźniów politycznych. Przez pewien czas Iredyński odbywał nawet wyrok w jednej celi z Jackiem Kuroniem, ale panowie oględnie mówiąc, nie przypadli sobie do gustu, bowiem bardzo się różnili.

Choć Irek nawet tam umiał zadbać o swoje potrzeby: potrafił zdobywać alkohol, książki i pieniądze, to jednak po wyjściu przyznał, że bardzo go ten Sztum przeorał i pozamykał. Nie był już tak odważny jak wcześniej.

Bernstein wyszedł na wolność po ośmiu miesiącach (wyrok za ten sam czyn, a jednak różna długość wyroków), bo jak mówiono, to nie o niego chodziło. I od tamtego momentu używał już nazwiska Żebrowski.

Zwierzęta

Poza wspólnym wyrokiem Iredyńskiego i Bernsteina ,,Łączyła także miłość do psich bied – Bernstein, podobnie jak Iredyński, brał zwierzaki ze schronisk lub błąkające się przy stacjach benzynowych, mimo że w domu już czekała na niego psia czereda”[46].

Tu znów kolejna rozbieżność.

Niby Irek kochał zwierzęta, ale niektórzy przywołują też przykre incydenty. Gdzie zatem leży prawda? Czyżby tam gdzie zwykle, czyli gdzieś po środku?

Redaktor ,,Iskier”, Adam [Anatol] Leszczyński[47] po wizycie Iredyńskiego i Śliwonika w mieszkaniu żony przy Hożej 19 m.19 w Warszawie, z niepokojem dopytywał tego drugiego, czy Irek mógł coś zrobić ich kotu, bo biedaczek po tej wizycie – od wielu dni – nie wychodzi spod tapczanu i przeraźliwie miauczy. A gospodarz pamięta, że gdy Irek wyszedł do sąsiedniego pokoju, by kota pogłaskać, słychać było – dobiegające właśnie stamtąd – okropne, przeciągłe miauczenie.

Natomiast pasierbica, Dorota Marczewska mówiła w ,,Erracie…”, że dopiero jej mama, czyli druga żona Irka, stworzyła mu prawdziwy dom: taki z psami, kotami, spokojem. Jej zdaniem Irek w głębi duszy był dżentelmenem, który miał pewne zasady, a mianowicie: staruszek, dzieci i zwierząt nie krzywdził.

Jak to się ma do następujących legend miejskich?!

,,Kolega z celi, który wychodził na wolność, dał Irkowi skórki z kota, które ponoć najlepiej grzały nerki”[48].

Czyżby zatem miłośnik kotów, ale w ich martwej postaci? Ten makabryczny żart pewnie spodobałby się Irkowi, który przecież w makabresce i legendzie się lubował.

,,W książce <<Każdy szczyt ma swój Czubaszek>> autorka wspomina swoje wesele, na którym był Iredyński. Przysiadł się do jej nobliwej matki i w rozmowę wplatał słynne <<kułwy>> (nie wymawiał <<r>>). Zachwycona nim matka nawet nie protestowała…Czubaszek pisze: <<Gdyby przyjęcie potrwało trochę dłużej, Iredyński przekonałby ją i do kułwy i do wódki. Niewykluczone, że nauczyłby ją, jak zamrozić kota. Bo krążyły plotki, że kiedyś to zrobił i poczęstował gości>>”[49].

Zgoła odmienny obraz Irka, jako miłośnika zwierząt, przedstawia Teresa: ,,Kochał zwierzęta, tak samo jak ja. Mieliśmy cztery psy oraz kota, którego początkowo nie chciał, miał uprzedzenia, podrapał go kiedyś w dzieciństwie. W końcu się zgodził, wiedział, że zrobi mi przyjemność. Szybko go bardzo polubił i nie wyobrażał sobie życia bez kota. Chciał go nazwać Fergusonem[50], ale ponieważ nie wymawiał ,,r”, ochrzcił go Lokomotywką, bo głośno mruczał. Irek kupował jedzenie dla naszych zwierzaków. Nawet w stanie wojennym, gdy musiał stać w kilkugodzinnych kolejkach. Był bardzo cierpliwy […]”[51].

Kres życia

Irek wiedział, że jest chory, był świadomy swoich problemów z trzustką, nazywał to jej zwapnieniem. Na krótko przed śmiercią powiedział w wywiadzie radiowym: Każdy litr wypitej wódki, to dla mnie gra do jednej bramki[52].

Jednak ,,Zupełnie się śmierci nie spodziewał. Pisał kiedyś życiorys, oczywiście w jednym egzemplarzu, poprosiłam więc, żeby zrobił to przez kalkę, a nuż kiedyś się przyda. <<Po co?>> – obruszył się – <<przecież nie umieram, a wszystko pamiętam!>>. Wiedział niby, że ma już zniszczony przez alkohol organizm, nigdy jednak, że aż tak. Przeciwnie, do końca wierzył, […]  że ma końskie zdrowie, że jest z żelaza. Że jest wańką- wstańką”[53] – wspominała po śmierci Irka Teresa.

Do końca utrzymywał fasadę łobuzerskiego chama, podtrzymując w ten sposób swoją legendę. Udało się. Stefan Kisielewski w ,,Alfabecie” napisał, że jeszcze w karetce pogotowia prosił o wódkę – tyle legenda. Tymczasem prawda była taka, że mówił wtedy: Teresko, ratuj mnie.

Zapytany o to, czyje sztuki ceni w polskiej literaturze, odpowiedział: W pierwszej lidze gra Mrożek, ja i  Różewicz ewentualnie. Kilku pisarzy lubię, kilku uważam za wicechujów i tyle[54].

Ireneusz Iredyński zmarł 9 grudnia 1985 r. w Szpitalu Wolskim w Warszawie, w wieku zaledwie 46 lat. Zgodnie z jego wolą ciało poddano kremacji i pochowano w katakumbach na Powązkach (rząd 109-3).

 

 

[1] R. Śliwonik, Portrety z bufetem w tle, Warszawa 2001, s.85

[2] M. Sołtysik Ireneusz Iredyński Listy z więzienia, Warszawa 2015, s.168.

[3] Tamże, s.54

[4] Także, s.35

[5] J. Staniszkis, Życie umysłowe i uczuciowe, Warszawa 2010, s.54-55

[6] Cytat pochodzi z wiersza ,,Pan przed parawanem” z tomu ,,Muzyka konkretna”.

[7] Szkoły te podaje M. Sołtysik w Listach z więzienia, Warszawa 2015, s.46

[8] https://dziennikpolski24.pl/bochnia-iredynskiego/ar/2908268, dostęp 22.09.2025

[9] J. Siedlecka, Wypominki, Łódź 1996, s.187

[10] Tamże, s.191

[11] Wypowiedz pochodzi z ,,Głosu Wybrzeża” z 21.01.1978, a zamieszczona została w książce: M. Raduchy, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.136.

[12] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.59

[13] J. Staniszkis, Życie umysłowe i uczuciowe, Warszawa 2010, s.112

[14] Tamże, s.261

[15] Tamże, s.60

[16] J. Staniszkis, Ja. Próba rekonstrukcji, Warszawa 2008, s.17

[17] J. Staniszkis, Życie umysłowe i uczuciowe, Warszawa 2010, s.118

[18] J. Staniszkis, Ja. Próba rekonstrukcji, Warszawa 2008, s.37

[19] J. Siedlecka, Wypominki, Łódź 1996, s.185

[20] Tamże, s.185

[21] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.125

[22] Bruno Haller- pseudonim operacyjny Jerzego Gajdy.

[23] Maryna Ochab, właśc. Maria Danuta Ochab – ur. 12 maja 1946 w Warszawie – córka Edwarda i Rozalii Ochabów, polska tłumaczka, głównie z języka francuskiego i angielskiego.

[24] K. Kotlińska, Parnas w Oborach, Warszawa 2000, s.8

[25] Janusz Przymanowski – pisarz, poeta, dziennikarz, autor powieści ,, Czterej pancerni i pies”, którą pisał właśnie w Oborach.

[26] K. Kotlińska, Parnas w Oborach, Warszawa 2000, s.25

[27] Tamże, s.18

[28] J. Siedlecka, Obława, Warszawa 2005, s.384

[29] Tamże, s.384

[30] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015,s.83

[31] Tamże, s. 70

[32] Twórcą tego określenia był jednak nie Irek, lecz poeta i satyryk- Janusz Szpotański.

[33] J. Siedlecka, Obława, Warszawa 2005, s.379.

[34] Feliks Kaczanowski (ojciec Witolda) został szwagrem Zenona Kliszki, gdy ten poślubił jego siostrę Annę Joannę Kaczanowską.

[35] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.106

[36] Tamże, s.72

[37] M. Sołtysik, Listy z więzienia, Warszawa 2015, s.11

[38] Tamże, s. 14-15

[39] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.92

[40] M. Sołtysik, Listy z więzienia, Warszawa 2015, s.255

[41]Tamże, s.12

[42] J. Siedlecka, Obława, Warszawa 2005, s.381

[43] M. Raduchą, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.72

[44] Edward Bernstein po odbyciu ośmiomiesięcznego wyroku w Sztumie zmienił nazwisko na Edward Żebrowski.

[45] Piotr Müldner-Nieckowski – poeta, językoznawca, lekarz, jeden z przyjaciół Iredyńskiego.

[46] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.110

[47] Prawdziwe nazwisko – Dawid Langer – zmienione na Adam Leszczyński w czasie wojny, dla ratowania życia. Był drugim mężem Haliny Joanny Munk-Leszczyńskiej, starszej siostry reżysera Andrzeja Munka, swojej pierwszej miłości, w której zakochał się jeszcze jako nastolatek, gdy oboje byli wówczas uczniami szkoły muzycznej.

[48] M. Raducha, Gra w butelkę, Warszawa 2015, s.128

[49] M. Szmałz, Człowiek epoki – Ireneusz Iredyński [w] Moja Przestrzeń Kultury 2020, nr 5., s.20.

[50] W innej swojej książce pt. ,,Obława” J. Siedlecka podaje tę samą opowieść, ale z wersją imienia – Zetor.

[51] J. Siedlecka, Wypominki, s.186

[52] https://www.youtube.com/watch?v=LH-uuM7_p50&t=242s, dostęp 14.09.2025

[53] J. Siedlecka, Wypominki, s.182

[54] https://www.youtube.com/watch?v=LH-uuM7_p50&t=242s, dostęp 14.09.2025

Przejdź do treści