+48 736-84-84-44

***

Płyniemy. Palce mojej wyobraźni skręcają papierosy dla Ferminy, wpatrzonej w wodę delikatnie wzburzoną, przez mały stateczek żeglugi śródlądowej; jestem pewien, mimo że nie widzę jej twarzy, bo siedzi do mnie tyłem, że patrzy oczami Helen Mirren. Nie jest do końca ustalone, w jakim jesteśmy wieku, bo nasze czasy płyną często w przeciwnych kierunkach. Przy brzegu żółci się kilka kosaćców, więc pewnie to początek lata.

Że niby jak się ma kogoś, kto cię rozumie, to się go kocha automatycznie i bezwarunkowo.

Wilgotność tytoniu jest idealna. Francuskie bibułki służą mi również jako zakładki do książek.

Zaznaczam cytaty, które chciałbym przeczytać jej wieczorem. To początek lata, wieczory są ciepłe i długie. Dym z papierosa odstrasza komary.

Płyniemy. Płyniemy nad białym polem maruny. Słońce zachodzi zwyczajnie, mocno stonowane odcienie czerwieni z odrobiną złota.

Albo opowiem jej o tym miejscu, gdzie na miedzach ocalały grusze. W ich koronach ptaki wiją gniazda z suchych traw i gliny, z tej samej gliny ulepiono człowieka. Było to prawdopodobnie nad rzeką, a potem ziemia rodziła osty i ciernie.

Fermina ma gładkie kobiece dłonie, czasami prawą zasłania usta, kiedy się śmieje, zupełnie jak Helen Mirren.

 

 

A że

Jest czasem taki czas, że jedna godzina już przeszła, lecz nie nadeszła następna.

Wiadomo, że przyjdzie, bo widać ją z daleka. Widać, że się zbliża. Rozgląda. Nie, nie cofa się, nie zatrzymuje. Idzie, ale jakoś tak powoli.

Przyjdzie, będzie i minie.

Siedział kiedyś na tarasie kawiarni, czekał na nią.

Zegar na wieży wskazywał godzinę, w którą zmuszony był uwierzyć. Dostrzegł ją na końcu ulicy, szła w jego stronę. Czekał.

Trwało to i trwało. Kiedy w końcu przyszła i usiadła, spojrzał na wieżę. Wskazówki nie zmieniły położenia.

– Długo czekałeś? – spytała.

– Dlaczego myślisz, że już przestałem?

Odwróciła się, popatrzyła na zegar i długą ulicę, którą całą można z tego punktu ogarnąć wzrokiem.

– Widziałeś mnie tam, tam daleko?

– Widziałem.

– A jak już sobie pójdę, będziesz patrzeć dopóki nie zniknę?

–  A jeśli odejdę pierwszy?

Jedna ze wskazówek, jakby lekko drgnęła.

Tak minęła godzina, na którą czekał.

 

 

***

Byłem wtedy wikarym. Do obowiązków wikarego należało wszystko to, co nie pasowało proboszczowi, na przykład nauka religii w szkołach podstawowych oddalonych od plebanii. Do Lipinek dojeżdżałem siedem kilometrów. Religii uczyłem w maleńkiej salce katechetycznej, która w zasadzie była zakrystią filialnego kościoła. Taka mała perełka architektury drewnianej, a wokół pola PGR-u. Pamiętam ostatni dzień, rozdanie świadectw. Pojechałem maluchem proboszcza. Dzieci ze wsi i pegeerowskich bloków przyszły z kwiatami. Akurat wtedy kwitł niebieski łubin. Nie było dziecka, które nie wręczyłoby mi w podzięce, przynajmniej jednego badyla łubinu. Dziękowałem szczerze za każdy. Na koniec zebrał się spory bukiet, ba, snopek można powiedzieć. Załadowałem go do proboszczowego malucha i wracałem na plebanię.

Po drodze wstąpiłem do sklepu na oranżadę.

Pod sklep podjechał w tej samej sprawie kierownik z PGR-u. Był ciepły dzień, wszystkim chciało się pić. Kierownik od razu zauważył łubin w aucie. Sporo go było, pół auta. Minęliśmy się w wejściu, on wchodził, ja wychodziłem. Popatrzył na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.

Łubin pochodził z jego pola. Pewnie pomyślał, że sam sobie narwałem, ale po co księdzu łubin?            Minęło już tyle lat. Nigdy później nie byłem już w tamtych stronach. Pamiętam drewniany kościółek, drogę pośród pól i pytające spojrzenie kierownika PGR-u.

 

 

 

Słoneczniki

Kiedyś napisali w gazecie, że to miasto średniej wielkości, strasznie nas to nobilitowało, to znaczy ta średniość. Zadupie przy granicy, tak mówiono o nim najczęściej.

Bo nie było tu niczego, czego nie byłoby gdzie indziej. Zwykłe miejsce, jako tako ogarnięte przez człowieka.

W rynku: kościół, cerkiew, synagoga, karczma, posterunek policji oraz kilka pomalowanych na zielono, a obsranych przez gawrony i gołębie na biało, ławek.

Im dalej od centrum, tym bardziej sielsko, wiejsko się robiło. Na jedynym w okolicy wzniesieniu umiejscowiono cmentarz.

Obok osiedla bloków ogródki działkowe. Małe poletka poodgradzane od siebie najróżniejszymi płotami i żywopłotami. Jedyne, co wyróżniało te działki od tych z innych miast, to słoneczniki. Słoneczniki w naszym mieście miały swoje miejsce na ziemi.

Tu rosły naprawdę wysokie, naprawdę dorodne. Jak koła od wozu, mówili przyjezdni i nie przesadzali. Latem, kiedy zakwitały, zaczynał się wspaniały czas.

Do miasta przyjeżdżali artyści. Malarze malowali w plenerze i wystawiali swoje dzieła na rynku, gdzie na specjalnie zbudowanej scenie, poeci czytali wiersze albo koncertowali muzycy. Przez kilka dni było kolorowo, słonecznikowo, głośno i wesoło. Po wszystkim artyści wyjeżdżali, demontowano scenę i powoli czekało się na jesień. Jesienią wiadomo, życie toczy się szaro, buro i ponuro.

Słoneczniki pochylają głowy wielkie jak koła od wozu. Można je kupić od starej handlarki, od tej, co ma kram obok przystanku. Potem w zimie prażony sprzedaje na garnuszki.

Kupuje przeważnie młodzież, i łuska, czekając na autobus. Na dachu przystanku czekają gołębie, może ktoś zgubi ziarenko.

 

 

 

Tytoń

Sen dział się w tym czasie, kiedy włosy wszystkich dziewcząt pachniały szamponem o nazwie zielone jabłuszko.

Nie wiem dlaczego o tej porze nocy, kiedy zaczynają się unosić pierwsze opary mgły, do doliny nad potokiem przychodzi, objawia się.

Leci się wtedy z ptakiem nocy nad wsią, która pachnie suszonym tytoniem.

Tak, to było mniej więcej wtedy, kiedy kupowaliśmy albańskie, aromatyzowane papierosy w kolorowych opakowaniach.

Ktoś na środku pola kartofli zostawiał włączone radio na baterie, miało odstraszać dziki, które przychodziły nocą z lasu. To było dobre radio z UKAF-em.

Jestem pewny, że przez świerszcze i żabi rechot przebijała się lista przebojów programu trzeciego.

Na innym polu na sznurku ze snopowiązałki wisiały butelki, które uderzając o siebie, też miały wydawać odstraszający brzdęk, ale nie było wiatru.

Niesprecyzowana postać w sukience.

Nie mogę sobie przypomnieć koloru, albo sen był czarno-biały, jak film o milczącym mnichu.

Podobno, z filmu każdy zapamięta co innego.

Sen to taki film, w którym reżyserem jest nasz strach przed życiem, przypomina, że można było piękniej, lepiej, inaczej.

Gdzieś musi płonąć ognisko. Unosić się dym.

Postać w sukience odrealnia się, to dym gryzie w oczy. Dym z komina suszarni.

Ulatuje gdzieś i dym i sen.

Jeszcze kilka obrazów, dźwięków, zapachów.

Ból głowy jak po nocy przespanej w suszarni tytoniu. Otumanienie nie chce przeminąć, choć wszystko inne minęło.

 

 

 

Studnia

Słaby jestem, zmęczony, zapadam się w półmrok ze zmęczenia. Śnię, że zbierają się we mnie wszystkie ostatnie siły i jest ich akurat tyle, bym wstał, wyszedł przed dom i nabrał wody ze studni. Żebym zaczerpnął do kubka i wypił. Wstąpi wtedy we mnie nowe życie.

Ciało nie chce współpracować. Nogi i ręce, ciężka głowa, nie podnoszą się z łóżka. Oczy nie otwierają się, nie patrzą. To nic, że zobaczą nie moje łóżko, nie mój pokój.

Może to i szpitalna sala. Może dom jest daleko. To nic, dam radę. Tę studnię najbardziej pamiętam ze snów. Będąc dzieckiem śniłem, że do niej wpadam i lecę.

Podobno wtedy się rośnie. Już nie rosnę, kurczę się nawet. Cały świat się kurczy.

Wszystko robi się maleńkie. Odległości zacierają się zupełnie. Zostawiam starcze ciało, już frunę nad domem, już widzę studnię.

Jest koniec lata, burzowe chmury i gawrony hałasują na jesionie, najwyższym we wsi. Burzowe niebo odbija się w studni.

Więc to tu. To tu jest przejście do krainy, gdzie kończy się ból.

Może znów stanę się tym chłopcem, który śnił, że spada do studni, i leci… i leci, a gawrony kraczą i kraczą. Robi się niebiesko, błękitnie i nic już nie boli. Więc po to było życie.

 

 

 

***

Z powodu nagłego przypływu większej gotówki, zaprosił mnie do Zamkowej. Zamkowa była droższą restauracją, nieczęsto tam bywaliśmy. Już w drzwiach przywitał nas kierownik sali:

  • Witam panów, zapraszam. Mam dla panów elegancki stolik z wspaniałym widokiem na nasze piękne miasto – wskazał. Po czym rozejrzał się po prawie pustym lokalu, uśmiechnął się i spytał:
  • Czy nie byłoby problemem, gdyby szanowny pan, pozwolił nam usiąść pod drzewem?
  • Pod drzewem? Jakim drzewem?
  • O, pod tym- pokazał na wielką donicę z palmą kokosową.
  • Myślę, że da się to zrobić.
  • Dziękujemy panu. Usiedliśmy pod palmą.
  • Proszę zapoznać się z kartą. Zaraz podejdzie kelner i przyjmie zamówienie.
  • Ogromnie panu dziękujemy. I jeszcze mamy maleńką prośbę.
  • Słucham, szanownego pana.
  • Gdyby pytał o nas pan Godot, proszę powiedzieć mu, że czekamy.
  • Jak? Kotot?- spytał, wyciągając z kieszeni kamizelki mały notes i ołówek.

– Godot.

  • Przez d?
  • Przez t.
  • G-o-d-o-t – zapisał. Jeśli ktoś taki będzie pytał, powiadomię panów.
  • Dziękujemy, będziemy wdzięczni.

Szef kelnerów odszedł. On patrząc w menu:

  • Początek jest trudny.
  • Zacząć można od czegokolwiek.
  • Tak, ale trzeba się zdecydować.

 

 

 

***

Bardziej teraz trzeba patrzeć na miejsca, gdzie stawia się stopy. Przez chwilę można rozczulać się nad słowem:

stąpać.

Stąpać – ostrożnie stawiać stopy.

Tu, gdzie się jest, nie pisze się listów, bo chyba nie wymyślono jeszcze na nowo poczty, albo już zapomniano, że kiedyś była w tym budynku z czerwonej, klinkierowej cegły. Po odlocie ostatniego listonosza, (który w torbie na listy nosił opróżnione butelki, żeby nie płacić kaucji), nikt już nie dostaje listów.

Śladu nie ma po listonoszu. Podobno był jakiś zapis w zeszycie, w sklepie u Oławskiej, ale skreślony. Jak się coś skreśla, to nie chce się, żeby to istniało.

Skórzana torba z paskiem na ramię pachnie jeszcze piwem, ale coraz mniej.

 

Poręcze schodowe.

Poręcze schodowe zawdzięczają swą gładkość dłoniom. Najbardziej starczym, drżącym dłoniom.

 

Nie. Nie da się przyjechać. Tak, jest przystanek, ale nic się tu nie zatrzymuje. Naprawdę. Nawet nie zwalnia. Toczy się wszystko, współistnieje.

Takie zatrzymanie autobusu, nawet na krótko, mogłoby zakłócić cały rytm, główne struktury jestestwa.

 

Jaka pora roku? Jaka pogoda?

Neutralna. Czasami się bardziej przejaśnia.

Chmury mają wtedy bardziej błękitne tło.

Klimat się zmienia i stąd te ciągłe wędrówki chmur. Bo wszystko jest ze sobą powiązane: mech na ścianach, ślimaki na ścieżce i rosa, nigdy niewysychająca, srebrząca się tylko przy pierwszym, zimnym jeszcze słońcu.

 

Lepiej nie pytać o więcej. Nie powinno się zatrzymywać. Iść, patrząc pod nogi. Ruch napędza ten świat.

Świat jest jak rower listonosza. Zatrzymany, oparty o szopę, rdzewieje. Pokrzywy wrastają pomiędzy szprychy. A przecież był w ruchu, nawet wtedy, kiedy oparty o barierkę sklepu, czekał na listonosza. Tak, o tę barierkę wygłaskaną dłońmi, w których czasem pojawiały się listy z daleka, z Rzeszowa albo z innego Buenos Aires. Czytali ludzie i wyczytywali to, co chcieli.

Bo czytania trzeba się uczyć, a wyczytywanie jakoś tak samo w człowieka wchodzi, inne u każdego.

 

 

 

***

Bogaczem to on nie był, miał jedną krowinę i niewiele ziemi. Spotkać go było można, jak pasł swoją krasulę w rowie, wzdłuż gościńca.

– Źryj gadzino! Źryj, bo w zimie tego nie bedzie – powiadał.

Trzymał sznur i patrzył, jak krowi jęzor owija się wokół koniczyny, zrywa ją mocno i zdecydowanie. Na gościńcu ruch prawie żaden, a po deszczu to już całkiem nikogo, bo każdy wybiera utwardzoną drogę obok starego dworu.

Cisza, czasu dużo, to się i myśli pchały gromadnie do rozważenia. Miał już sposób na te myśli. Smutne przeganiał od razu. Przyjemne smakował powoli jak suszone jabłko albo śliwkę, które lubił nosić w kieszeni.

Wiedział, że nawet w te przyjemne nie wolno się za głęboko zanurzyć, że to wszystko marność. Dlatego czasami zatrzymywał się z myślami, z patrzeniem, ze słyszeniem, z odczuwaniem ciepła czy zimna.

Zastygał…

Jeśli ktoś go w takiej chwili zobaczył, to stwierdzał:

– Ale się zamyślił.

Mylił się, bo było akurat odwrotnie.

 

 

 

 

***

Matuszczaka w środę rano syn znalazł.

Nie tak. Źle zacząłem. Matuszczak się wcale nie zgubił. Mieszkał sobie, po prostu, w swoim starym jak on domu.

Syn zajrzał do niego jak zawsze. Zobaczyć chciał, czy mu czego nie trzeba.

Matuszczak martwy przy stole siedział.

Na stole kolacja. Kromka chleba posmarowana masłem, na pół przekrojona.

Pomidor i cebula w gotowości obok.

Wczoraj mu się zmarło. Nie zdążył ukrócić plastra pomidora, plasterka cebuli, na półkromce położyć, szczyptą soli posypać. Nie zdążył.

Na drugim końcu stołu leżała książka. Otwarta, grzbietem do góry. Wojna i pokój.

Syn popatrzył, o czym czytał Matuszczak przed kolacją. Bal. Tańczą. Andrzej, Natasza…

Matuszczak nigdy na żadnym balu nie był. Czasem na zabawie, festynie albo czyimś weselu. Taniec nigdy nie był jego mocną stroną.

Dziwne, że czytał Tołstoja. Nie lubił Ruskich. Nigdy tego nie ukrywał.

Często powtarzał:

Na ruską literaturę mogą się nabrać Francuzi albo Anglicy, ale nie Polacy. Polacy wiedzą, że rosyjska dusza, to oszustwo i wiele razy odczuli to na własnej skórze.

Stary Matuszczak siedział przy stole. Nie żył.

Na stole pomidor, cebula.

Młody Matuszczak zamknął i odłożył książkę.

 

 

 

 

***

A jak babka Strychaczka umarła, tak wszystko było śniegiem zapier… To znaczy zasypane. Cały świat.

Droga nieprzejezdna.

Trzy dni w kaplicy leżała.

Kościelny wymyślił, że trumnę na sanie i traktorem ciągnąć. Główną szosą się nie dało. Zagumnianą drogą babkę na cmentarz wieźli.

Siedzę ja wtedy w kuchni, przez okno patrzę.

Człowieku! Śniegiem napier…, to znaczy pada. Zadymka na całego. Traktor brnie w zaspach. Na saniach trumna i wieńce. Ksiądz dobrodziej w baranicy. Za dobrodziejem dwie fioletowe chorągwie. Normalnie:  ,,Bema pamięci rapsod żałobny”. Ludzi niewiele, bo babka Strychaczka samotna była. Mówię ci, pogrzeb miała taki, że …

Też bym taki chciał.

Parę dni potem Zadworna mnie w sklepie spotyka i pyta, czy  kota bym nie chciał. A na co mnie kot? Ona mi wtedy, że się po Strychaczowej został, biedny sierota.

Wziąłem go, pogłaskałem, o i jest.

Tę zaletę ma, powiem ci, że gadatliwy nie jest. Czasami człowiek natchniony ze sklepu wróci, wykład natury filozoficznej wygłosi. Niejedno biedak słyszał i nic, jak kamień w wodę.

Lubię tego gada. Za to jego milczenie, ja go lubię.

 

 

 

 

***

Ot, taka sierota. Tu mu dali jeść, tam jakieś ubranie, to mu ktoś piwo kupił w sklepie.

Niczyj był i wszystkich.

Kiedyś dostał od kogoś zegarek. Od kogo nie wiadomo. Nie jest pewne nawet, czy dostał.

Może znalazł. W każdym razie chodził po wsi i co jakiś czas przystawał, przykładał zegarek do ucha i słuchał tykania. Piękne musiało być to tykanie, bo się błogo uśmiechał.

Nie wiedział, która godzina. Nie wszystko rozumiał. Wiedział, że są godziny, minuty, że są przed albo po. Ale jemu ta wiedza nie była potrzebna. Co za różnica, o której godzinie będzie nabożeństwo, jak zawsze wcześniej kościelny dzwoni sygnaturką. Chodził na wszystkie pogrzeby, nawet na te, na które nikt nie przychodził. Dlatego może we wsi go tolerowali, a ci starsi nawet lubili.

Staruszkowie pytali go często:

– Jak mi się już zemrze, to przyjdziesz na pogrzeb, chorągiew poniesiesz?

– No, nie wiem. Zobaczę, jak będę miał czas, to przyjdę.

A czasu miał dużo. Teraz prócz czasu miał jeszcze zegarek.

Ludzie czasu nie mieli, ciągle się spieszyli, ciągle mówili: O, już tak późno!

Dlatego, kiedy pytali go, która godzina, patrzył na zegarek, robił przerażoną minę.

– Jak już późno. Zobacz sam, bo nie uwierzysz.

No, zobacz sam. Podsuwał zegarek pod oczy.

Niektórzy uwierzyli, że się zna na zegarku, inni nie. Z wiarą już tak jest.

 

 

 

***

– O co się pani modli?

– O co się modlę? O wiele rzeczy proszę. Za wiele dziękuję i przepraszam.

– A ta najważniejsza?

Westchnęła, nabrała powietrza:

– To było w sanatorium. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Ten pan jakieś pięć razy więcej. W świetlicy ośrodka piłam śniadaniową herbatę, przy dużym, wspólnym stole. Przeglądałam książki z miejscowej biblioteki, dokładniej album o malarstwie. Kolorowe zdjęcia znanych mistrzów.

– Dzień dobry panience – przywitał się z uśmiechem i melodyjnym, wschodnim akcentem.

– Dzień dobry szanownemu panu – odpowiedziałam, próbując powiedzieć to z podobnym akcentem.

– Panienka widzę od rana w sztuce i duchowości. Popatrzył na album otwarty na stronie z reprodukcją ,,Piekła” Giotto di Bondone.

Stuknął palcem wskazującym w zdjęcie:

– Widziałem oryginał.

– Był pan w Padwie?

– Nie. Nie mówię o fresku. Mówię o tym tu. Jego palec wskazujący wycelowany był w szkaradną postać diabła.

– To znaczy, że był pan w piekle?

– Nie, nie. Wprost przeciwnie. Piekło przyszło na ziemię. Opowiadać?

– Opowiadać. Zamknęłam książkę i zamieniłam się w słuch.

– A więc, serdeńko, na wschodzie to było. Miasteczko w sam raz na jeden garnizon pograniczników. Ot, leżą teraz w katyńskiej mogile. Wszyscy jak jeden. Zostały wtedy po nich koszary, które NKWD zmieniło w więzienie. Akuratnie moi dziadkowie mieszkali przy tych koszarach, a ja z nimi. Tylko jedno okienko mieliśmy na dziedziniec, plac taki do ćwiczeń. Zamalowane było farbą. Farba z czasem miejscami oblazła i przez te szpary patrzyłem, sam będąc niewidziany.

Miał bardzo małe oczy. Dwie małe szparki na czerwonej twarzy. Krzyczał, wrzeszczał, bo zło zawsze jest głośne. Nosił czarne wysokie buty, zawsze lśniące. Musiał mu ktoś te buty codziennie czyścić. Tak samo pas i kaburę na pistolet, z którego często korzystał. Strzelał do więźnia, po to, by zabić. Kiedyś skończyły mu się naboje. Wziął wtedy młot na długim trzonku, więźniowie rozbijali nim większe kamienie, którymi wykładali plac. Dwóch strażników wykręciło ręce nieszczęśnika tak, by ukląkł i położył głowę na jednym z kamieni. Wtedy on z całej siły uderzył.

Czaszka pękła. Ludzki mózg ma kolor…

Niestety obryzgał mundur i buty oficera. Ten więc krzyczał i przeklinał.

Musiał mu się jednak spodobać ten rodzaj egzekucji. Następnego dnia zobaczyłem go w długim, skórzanym, białym fartuchu, w takim, jakie noszą rzeźnicy przy ćwiartowaniu mięsa zwierząt.

Później, jako antropolog spotkałem wiele wcieleń diabła. Łączyło je jedno: wszystkie były odczłowieczone. Przypisuje mu się cechy zwierząt. Rogi, kopyta, ogon. Tymczasem on ma twarz, ludzką twarz. No i mundur. Dla nas Polaków z czerwoną gwiazdą na czapce, albo czarny zaprojektowany przez Hugo Bossa.

-Ten pański ma jeszcze skórzany, rzeźniczy fartuch.

– Tak. Wiele mu zawdzięczam.

– Diabłu?

– Tak, serdeńko. Bo widzisz, jak jest zło, to musi też istnieć dobro. Jak jest zły diabeł, to jest i dobry Bóg.

Podsumowując: Czynić dobro, unikać zła, prosić Boga o mądrość, która sprawi, że odróżnimy jedno od drugiego.

– Amen.

– Amen, serdeńko. Amen jak nic.

Uśmiechnął się i poszedł, podpierając się laską.

Przejdź do treści