Jurka w ogóle nie było widać na podwórku. Tak jakby przemykał niczym Don Pedro z domu do szkoły i z powrotem i nie ruszał się poza tym nigdzie na krok. Jurek był starszy ode mnie o 2 lata. Chodził do piątej klasy. Mieszkaliśmy w tym samym bloku w pierwszej klatce. On na górze, ja na parterze. Nie miałem rodzeństwa, a Jurek wydawał mi się wspaniałym materiałem na brata albo kumpla lub co najmniej dobrego znajomego. Czasem mijaliśmy się na klatce schodowej, najczęściej wtedy, kiedy zbiegał z góry, mówił mi szybkie: cześć, a ja mu odpowiadałam i byłem zadowolony, bo Jurek wydawał mi się miłym i ułożonym chłopakiem. Po chwili już go nie było. Mama zawsze mówiła, żebym – broń Boże – nie zadawał się z urwisami.
– Jak już, to w klatce masz fajnego chłopaka od Kotasów – mówiła. Mając na myśli oczywiście Jurka. Odpowiadałem wtedy, że Jurek ma swoich kolegów i nie będzie się zadawał z takim zasrańcem jak ja. Na to matka reagowała prawie krzykiem:
– Jakim zasrańcem?! Jakim zasrańcem?! Jak ty mówisz. Nie tego cię uczyłam Krzysiu, nie tego.
Prawie by się nie rozpłakała, więc doskakiwałem do niej na jednej nodze, całowałem w policzek i prosiłem, żeby tylko nie płakała. Obiecywałem, że więcej nie będę mielił jęzorem i bardzo przepraszałem. Po takich słowach była udobruchana, przytulała mnie do swojej piersi i mówiła: Moja cnotliwa Zuzanna, po czym siarczysty całus lądował na moim czole. Dlaczego właśnie tak na mnie wołała, nie wiem dokładnie, chyba chodziło o to, że spodziewała się, iż urodzi dziewczynkę, a na świat przyszedłem ja. Do tego byłem wstydliwy, często zalewałem się rumieńcem, włoski miałem koloru lnu i sąsiadki mówiły, że wyglądam jak panienka. Ktoś dodał: cnotliwa. Rzekomo, w dniu moich urodzin, imieniny obchodziła Zuzanna, i tak już zostało. Nie byłem wprawdzie Zuzanną tylko Krzysztofem, ale dla mamy i sąsiadek ciągle wyglądałem jak owa cnotliwa Zuzanna.
Łaziłem po podwórku, zbierałem kije i robiłem proce. Gdy były gotowe, miałem nadzieję, że zainteresuje się nimi Jurek, ale on spojrzał przelotnie i bąknął: Tylko przypadkiem nie celuj w ptaki, bo mnie mały popamiętasz.
Jak on do mnie powiedział? Mały??? No byłem wstrząśnięty totalnie, nie tego się spodziewałem. To Jurek jest taki?! Byłem zawiedziony, ale kiedy w łóżku przed snem myślałem o tym jeszcze raz i analizowałem wszystko dokładnie po kolei, doszedłem do wniosku, że może Jurek nie zna mojego imienia. No tak. Tak może być, bo niby skąd miałby je znać. Muszę koniecznie mu się przedstawić. Teraz już rozumiałem, dlaczego Jurek powiedział na mnie mały.
Po paru dniach spotkałem Jurka, zbiegającego znów po schodach. Jego kroki były skoczne, wyglądał jak konik polny albo inny skoczek. Podgwizdywał coś pod nosem, kiedy mu przerwałem i powiedziałem:
– Jurek, ja mam na imię Krzyś.
Spojrzał na mnie, wytrzeszczył oczy i przemówił:
– A nie Zuzanna?
Zaczął się śmiać, krótko, ale boleśnie dla mnie. Zatkało mnie, gula ugrzęzła mi w gardle i nie mogłem jej przełknąć. Jak on tak mógł? No jak tak mógł? Przecież wie, że nie jestem dziewczyną. A może nie? E, no musi wiedzieć. Przecież mam siusiaka.
Było mi smutno i źle. Poczułem, jakby ktoś wylał na mnie wiadro pomyj, jakby mnie opluł i na odchodne poczęstował kopniakiem. I to kto mnie tak potraktował?! Jurek, którego wyobrażałem sobie jako mojego brata albo przyjaciela. Jednak czy takie osoby zrobiłyby coś podobnego? Czy potraktowałyby mnie tak obcesowo i prześmiewczo? No nie wiem.
Mama zauważyła, że chodziłem smutny, więc w końcu zapytała, co się stało, ale odparłem tylko, że nie chcę już mieć brata.
– Zawsze chciałeś mieć, co się stało, że zmieniłeś zdanie?
– E, nic takiego. Tylko może ten brat nie byłby wcale taki fajny.
Mama nie drążyła tematu. Wiedziała, że nie potrzebuję towarzystwa do zabawy, że jest mi dobrze ze sobą i zawsze potrafię znaleźć sobie jakieś zajęcie. Chodziłem po parku, oglądałem rośliny, lubiłem kwiaty. Podglądałem, co mają pod spodem, unosiłem płatki i szukałem mrówek.
Potem mama wołała mnie na obiad, który musiałem zjeść, bo byłem zbyt szczupły i to był warunek, żebym mógł jeszcze pójść na dwór. Lubiłem też chodzić na stary, nieczynny od lat, dworzec, na którym na zerwanych torach stał jeden wagon, drewniany, uszkodzony, ale pełen tajemniczości. Szczególnie, gdy robiło się ciemno, lubiłem tam bywać i udawać, że jestem duchem. Kiedyś udało mi się nawet nastraszyć mamę Jurka, która wracała do domu. Gdy zobaczyła czarnego luda, złapała się za serce i krzyknęła, a ja wystraszony, że może dostała ataku serca, zawołałem, żeby się nie bała, bo to tylko takie żarty.
– Żarty??? Żartów ci się zachciewa? Jak powiem twojej mamie, to ci skórę wygarbuje za takie żarty. Oj, cnotliwa Zuzanno, nie sądziłam, że z ciebie taki żartowniś.
Sąsiadka co prawda nakrzyczała, ale nic moim rodzicom nie powiedziała. Taty się nie obawiałem, bo był człowiekiem pobłażliwym, niestosującym kar cielesnych w ogóle, ale przed mamą miałem respekt, bo jej nagany i ostrzeżenia posiadały dużo silniejszą moc niż lanie czy szturchańce.
Odczekałam więc kilka dni i stwierdziłem, że skoro panuje spokój, to nic mi nie grozi. Znowu biegałem na stary dworzec i udawałem, że jestem zjawą.
Zbliżały się moje urodziny. Dzień jak dzień, z tym, że rodzice wycałowywali mnie ze wszystkich stron. Szczególnie mama, która mówiła, że to też jej święto, bo przecież to ona – nikt inny – urodziła takiego ładnego chłopczyka. Mama zaproponowała też, żebym zaprosił parę koleżanek i kolegów do domu. Obiecała upiec ciasto i kupić lody. Zachęcała mnie, dobrze wiedząc, że stronię od tego typu uroczystości, z nadzieją, że zbliżę się do rówieśników. No niech będzie. Zrobiłem to tylko dla niej.
– Skoro tak mamie zależy, to niech tak będzie – pomyślałem, a ona była autentycznie zadowolona.
Tata pomógł mi zrobić zaproszenia. Wziął je nawet do pracy i na maszynie do pisania wpisał tekst w środku. Mama okrasiła je kwiatkami i wyglądały naprawdę bardzo dobrze. Na kilka dni przed urodzinami przekazałem sześć zaproszeń. Trzy dla chłopców z klasy, z którymi od czasu do czasu rozmawiałem i trzy dla dziewczynek, które mi się podobały. I bynajmniej nie były to koleżanki z klasy, a trzy siostry mieszkające w tajemniczej kamienicy po przeciwnej stronie ulicy. Często obserwowałem je, zastanawiając się, jakie mają imiona.
Pewnego razu podszedłem do jednej i zapytałem, jak ma na imię, a ona odpowiedziała: Zuzanna. Nie wiedziałem, czy dziewczyna ze mnie drwi, czy naprawdę takie ma imię. Przyglądałem jej się przez jakiś czas, a ona zapytała: No co tak się gapisz?
A kiedy trzy siostry biegały po ogrodzie jak szybkie samoloty, któraś, nie wiem, która, krzyknęła: No która z nas to Zuzanna? No która? Muszę zaznaczyć, że były równego wzrostu, bardzo podobne do siebie i nosiły jednakowe ubrania. Prawie jak trojaczki, chociaż wiedziałem, że trojaczkami nie były.
Urodziny były udane. Siedzieliśmy przy stole, ja, mama i tata. Na torcie paliła się świeczka w kształcie cyferki, która określała mój wiek. Skończyłem 9 lat. Pomyślałem sobie życzenie, zdmuchnąłem świeczkę, a mama ukroiła nam po kawałeczku ciasta. Kiedy tata zapytał, dlaczego nikt z zaproszonych gości nie przyszedł, wzruszyłem tylko ramionami. – Nie, to nie – pomyślałem i wcale mi nie było żal. Mama rozpatrywała problem głośno. Tak, problem, bo dla niej, to było coś karygodnego, żeby ani jedna osoba nie przyszła do jej jedynego, ukochanego syna. Jak tak można? A przecież ja też bywałem zapraszany na urodziny i nigdy, ale to nigdy, nie skorzystałem z zaproszenia. Wiadoma rzecz. Ale mama o tym nie wiedziała.
Była piękna jesień. Złotawa i słodka – jak mawiała nasza sąsiadka, szydełkując na ławce przed blokiem w taką piękną pogodę. Na szczęście była opatulona grubą chustą, bo jesienna pogoda potrafi być zdradliwa. Minąwszy ją, wskoczyłem do klatki, wiedząc, że właśnie tego dnia miały być na obiad kluski ziemniaczane z twarogiem – moje ulubione. Pędziłem jak wariat, nawet drzwi za sobą nie zamknąłem. I wtedy wpadłem na Jurka, który jak zawsze zbiegał po schodach na łeb na szyję. Podczas naszego zderzenia wypadły mu spod pachy książki, trzy albo cztery.
– Uważaj mały, nie widzisz, że lecę do biblioteki.
Książki leżały na posadzce nieruchomo. Z którejś wyleciało kilka kartek, a druga rozwarła się na samym początku, na pierwszej stronie tytułowej. Spojrzałem i zdołałem przeczytać: Wiktor Zawada „Szukam pana Kalandra”.
– Czytałeś tę książkę? – zapytałem zaciekawiony.
– No jasne. Wszystkie je przeczytałem – pokazał palcem na książki, leżące na dole. – Idę po następne.
Jurek pospiesznie zebrał je i pobiegł. Już wiedziałem, że poszedł do biblioteki po kolejne. I w tej właśnie chwili naszła mnie taka myśl, że przecież też mógłbym zapisać się do biblioteki. Pani od polskiego zachęcała do czytania, ale jakoś do tej pory myślałem, że to będzie nudne.
Z drugiej strony zastanawiałem się też nad tytułem, który przeczytałem. Co takiego stało się z panem Kalandrem, że jest poszukiwany?
Poszedłem do domu, zjadłem pospiesznie obiad i poleciałem, jak latawiec popychany wiatrem, do biblioteki. Pani była zadowolona, bo jej statystyki czytelnicze wzrosły o jakiś jeden tysięczny procenta albo jeszcze mniej. Dostałem kartę biblioteczną, byłem dumny. Poprosiłem o książkę: „Szukam pana Kalandra”, a pani bibliotekarka, nie omieszkała mnie poinformować, że mam szczęście, bo właśnie ktoś ją zwrócił. Wziąłem jeszcze jedną książeczkę i postanowiłem sprawdzić, czy to całe czytanie, będzie mi się podobało. I muszę Wam powiedzieć, że wpadłem jak śliwka w kompot. Nie mogłem się oderwać od lektury. Dniami i nocami czytałem i czytam do dzisiaj. Jestem prawie książkoholikiem. Do tego ich wielkim miłośnikiem. Nic mnie nie cieszy bardziej niż książka. Obojętnie jaka by nie była. Pochłaniam je jak świeże bułeczki i tylko jest mi żal, że nie zdołam przeczytać wszystkich, bo ludzie wciąż piszą i piszą…