Na imię miał Mikołaj. Wszystkie dzieciaki spoglądały na wuja z niedowierzaniem, bo nie posiadał długiej siwej brody jak Dziadek Mróz. Syn sąsiadów, mały Stasio, pytał uparcie: Dlaczego Mikołaj nie ma brody?
Mikołaj był komornikiem. Nikt nie chciał nim być, bo wszyscy twierdzili, że to niewdzięczny zawód. Mikołaj uważał jednak, że to zawód równie dobry jak każdy inny i wykonywał go z sercem. Trzeba przyznać, że jednak była to profesja niewdzięczna, bo często ludzie nie chcieli go wpuszczać do swoich mieszkań, nawet gdy miał dokument, upoważniający go do tego. Często szczuto go psami i częstowano wulgarnymi epitetami. A mimo to Mikołaj, niczym uparty osioł, nie zważał na przeszkody i egzekwował to, co egzekwować musiał, czyli nieopłacone należności. Najczęściej kara nie była współmierna do przewinienia, ale i takie należało ściągać. Były to kary pieniężne za różne drobne przewinienia: ktoś jechał na gapę tramwajem, ktoś inny wypił wódkę i nie uregulował rachunku, a jeszcze ktoś inny przechodził w niedozwolonym miejscu przez jezdnię. Mikołaj był bardziej bezwzględny niż dzielnicowy, bo dzielnicowego można było uprosić o darowanie kary, a komornika już nie.
Mikołaj miał żonę, której na imię było Władysława, ale jedyny krewny, który ich odwiedzał, słyszał jak mąż, zwraca się do żony: Włada. Była to niska, korpulentna kobieta, którą Mikołaj lubił podszczypywać w pośladek. Podskakiwała wówczas jak przepiórka i niegroźnie mamrotała pod nosem: No kurwa, co wyrabiasz?
Włada chodziła do pracy i również była to nie byle jaka posada. Szefowa prestiżowej restauracji Kaskada – to było coś znaczącego. Miała poważanie i zaokrąglony brzuch. Obracała się sprawnie i jak pszczółka krzątała się po lokalu.
Lubiła też dogadzać swojemu Mikołajowi. Podsuwała mu pod nos co rusz lepsze kąski, a on z uśmiechem na ustach wcinał je jak zgłodniały wąż. Często coś mu skapywało albo zwyczajnie ubrudził ceratę na stole, a wtedy wskazując na to palcem, wołał do żony: Matka, kaka.
Włada podbiegała, jak potrafiła najprędzej, ze szmatką w ręce i energicznie ścierała, cichutko przepraszając, jakby to była jej wina.
Mikołaj i Włada nie mieli dzieci. Nikt nie pytał dlaczego. Nie mieli i już. Ja byłem tym krewnym, który zastępował im potomstwo. Byłem jeszcze mały, miałem może jakieś 7 lat, gdy zacząłem jeździć do nich na wakacje. Pamiętam skwarne lata, kurz na podwórzu i masę dzieciaków, w moim wieku, piaskownicę pełną wiaderek, grabek i łopatek oraz trzepak, na którym zwisali wszyscy chłopcy, popisując się przed dziewczynami. W niedzielę jeździliśmy do miasta, które już w tamtym czasie jawiło mi się jako wielkie, z monumentalnymi budowlami i szerokimi jezdniami. I czerwone tramwaje, na widok których rozdziawiałem buzię jak jakiś pomyleniec. Kiedyś nawet wydało się, że nigdy jeszcze nie jeździłem tramwajem, i wtedy ruda Zośka zapytała, prawie z oburzeniem:
– Nigdy nie jechałeś tramwajem? To skąd ty jesteś? Z Marsa?
Faktycznie, nie widziałem tramwajów w moim miasteczku, więc były dla mnie zjawiskiem prawie kosmicznym.
Dalej szliśmy pieszo, bym mógł podziwiać miasto, jak mówił wuj Mikołaj. Ciotka kupiła lody, wielkie, jagodowe, a ja zjadałem je, jakbym nigdy nic w życiu nie jadł, a gdy po brodzie kapała mi słodka śmietanka, wuj pokazywał palcem na plamkę i zwracał się do ciotki, znanym mi już: Matka, kaka. Ciotka Włada w pośpiechu wyciągała z czarnej, lśniącej torebki, pięknie haftowaną chusteczkę do nosa i wycierała mi buzię jak niemowlakowi. Wyrywałem się, bojąc, że zobaczą to jakieś dziewczyny, szczególnie ta ruda, i pomyślą, że jestem niedojdą…
Wuj Mikołaj był wykształconym i światłym człowiekiem. Jego półki na ścianie, w jedynym zresztą pokoju, zapełnione były książkami po brzegi. Przeglądałem je z wielkim zaciekawieniem. Oglądałem bardzo różne. Znalazłem czasopismo „Chiny” o kulturze chińskiej, co bardzo mnie fascynowało, bo jak powiedział wuj: Chiny to dziwny kraj, mając na myśli jego jakże odmienną kulturę. W tamtym czasie wszystko mnie interesowało, już wówczas czułem wielką miłość do słowa pisanego i czytałem cokolwiek wpadało mi w ręce. Wuj czytywał codziennie dwa dzienniki szczecińskie: z rana – Głos Szczeciński, a popołudniami, bo wtedy właśnie się ukazywał – Kurier Szczeciński. Najpierw czytał je wuj, a gdy skończył – czytałem ja.
Pewnego dnia pojechałem do miasta sam, bez wujostwa, i skierowałem się prosto do księgarni, która prawie śniła mi się po nocach. Widziałem przed oczami tysiące książek i sam nie wiedziałem, które chciałbym przeczytać jako pierwsze, bo oczywiście chciałem przeczytać je wszystkie, co do jednej. Miałem swoje kieszonkowe, które dostawałem od rodziców, i zauroczony księgozbiorem zakupiłem aż 5 interesujących mnie pozycji. Sprzedawca patrzył na mnie z podziwem, zagadnął nawet coś o samolotach, o których nabyłem książkę. Pochwalił, że taki młody chłopiec ma już sprecyzowane zainteresowania. Byłem szczęśliwy. W podskokach wracałem do domu, a na samą myśl, że będę zaraz czytał książki, które sam sobie kupiłem, czułem podekscytowanie. Cały w skowronkach wszedłem do domu, pokazałem ciotce i wujowi moje nowe książki. Ciotka pogłaskała mnie po głowie, a wuj ze zniesmaczoną miną przeprowadził ze mną wywiad. Zapytał, skąd miałem pieniądze i ile ich wydałem. Gdy, zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, że wszystkie, zauważyłem na jego twarzy złość. Zrobił się czerwony jak burak i nakazał mi oddać książki do księgarni. Serce mi pękało. Nie rozumiałem stanowiska wuja Mikołaja, więc chciałem zapytać: Dlaczego wuju? Ale patrząc na jego surowy wyraz twarzy, nie powiedziałem nic i posłusznie wróciłem do księgarni. Sprzedawca spojrzał na mnie z wielkim smutkiem w oczach, zapewne on też chciał zapytać: dlaczego?…dlaczego je oddaję?, ale uprzedziłem to pytanie i rzekłem, że wujek Mikołaj tak zadecydował.
Wieczorem panowała cisza. Siedzieliśmy przy stole w milczeniu. Ciotka Włada podawała naleśniki. Było mi przykro, czułem się źle, nie chciałem nawet jeść, ale ciotka i wuj nalegali. Ciągle myślałem o książkach, które musiałem odnieść. Ciągle było mi przykro i chciało mi się płakać. Z tego przejęcia trzęsły mi się ręce. Z naleśnika, którego właśnie trzymałem w dłoni, wypadło trochę dżemu. Wuj Mikołaj spojrzał na stół i zawołał: Matka, kaka...
Corocznie jeździłem do wujostwa do Szczecina, na wakacje i na ferie zimowe. Ktoś mógłby powiedzieć, że aż do znudzenia, ale ja nigdy tam znudzony nie byłem. Grałem z wujem w szachy po kilka razy dziennie. Oczywiście przegrywałem, ale jakoś szczególnie porażki te mnie nie zniechęciły. Trwało to od 7 roku życia aż do 14., kiedy to wygrałem z wujkiem po raz pierwszy, a on myślał, że to wynik przypadku. Był zszokowany, a ja po prostu przez te wszystkie lata wspólnej gry, opracowywałem taktykę obrony. Okazało się, że od tego czasu, wygrywałem za każdym razem, aż wujek przestał ze mną grać. Ja za to grałem dalej z osobami z towarzystwa wujostwa, a wujek przedstawiał mnie jako ciekawostkę, bo okazywało się, że niespełna kilkunastoletni chłopak był dobrym graczem.
Wujek z ciocią pracowali, a ja od rana do ich powrotu przesiadywałem na podwórku. Zbierała się dzieciarnia i graliśmy w karty albo w palanta. Czasem też w puszkę albo w dwa ognie. Szukaliśmy sobie zajęcia i czasem wpadaliśmy na teren żydowskiego cmentarza, o którym nikt nic wtedy nie wiedział. Gadaliśmy o dupie Marynie, pałętaliśmy się to tu, to tam. Byliśmy też w poniemieckich bunkrach przeciwlotniczych. Nie wchodziliśmy daleko w głąb, bo było tam ciemno, a my nie mieliśmy latarek. Zresztą było nieprzyjemnie bo ludzie zrobili sobie z nich szalety.
Jednak do dziś czuję zapach Odry, która szeroką wstęgą rozlewała się wzdłuż miasta. Była kapryśna, ale ja miałem wrażenie, że pozostaje ze mną w przyjaźni. Chodziłem na most i obserwowałem barki i statki poruszające się na wodzie. Odra mnie obezwładniała swoją siłą i rozmachem. Chciałem być taki jak ona.
A potem wujek Mikołaj zachorował. Marniał w oczach, zrobił się jak cień samego siebie. Miał w mózgu guz, który uciskał miejsca odpowiedzialne za ruch i mowę. Zaczął wydawać dziwne odgłosy i już nie chodził. Guz być nieoperowalny, lekarze obawiali się, że pacjent mógłby nie przeżyć operacji. Pozostawiono go więc samemu sobie.
Wujek Mikołaj leżał w łóżku kilka lat, w trakcie których opiekowała się nim żona. Ciotka była już wówczas na emeryturze. Wszyscy sądzili, że kres wujka żywota jest już bliski. Żona go karmiła i obsługiwała jak obłożnie chorego.
Tamtego dnia wujek bardzo źle się poczuł. Żona pobiegła po księdza, który przybył i dokonał ostatniego namaszczenia. Nakarmiła go i po kolacji poszła spać. Jakież było jej zdziwienie, a może i przerażenie, kiedy rano zobaczyła swojego męża, siedzącego przy kuchennym stole z gazetą w ręce. Sądziła, że to cud. Że jej mąż ożył. A może to przewidzenie? – pomyślała i przetarła oczy drugi raz, ale widok pozostawał ten sam. Mikołaj siedział z gazetą. Spojrzał na żonę, pokazał palcem na stół i powiedział bezbłędnie, jak niegdyś: Matka, kaka.
Wujek Mikołaj zmarł dziesięć lat później. Funkcjonował normalnie, bez guzów, wrzodów i chorób. Żona Włada przeżyła go o 12 lat. Ciągle mam przed oczami obraz dwojga bliskich mi ludzi, który robili wszystko, bym czuł się w ich domu jak w swoim. Ciągle mam przed oczami postać ciotki, delikatnie bluźniącej pod nosem i wujka pochylonego nad gazetami.