Pamięci Izraela Zilbersztejna
Są ludzie, których się nie zapomina, są miejsca, do których ciągle się powraca. Są kwiaty, które pachną najpiękniej i ptaki, które śpiewają najrzewniej.
Izrael był jak księga pełna mądrości, dobroci, tolerancji i wiedzy. Najstarszy z tych,
którzy ocaleli z Holokaustu. Ciągle pełen empatii, długo zdrowy i sprawny. Człowiek orkiestra, który wszystko wie i pamięta, i który dzieli się swoją wiedzą ze wszystkimi, przede wszystkim z młodymi, aby oni też wiedzieli i przekazywali dalej.
Kiedy Go poznałam, nie sądziłam, że nasze drogi będą schodziły się często, mieszkaliśmy przecież daleko od siebie: On w Ramat Gan, ja we Włocławku. Nie przypuszczałam też, że będę gościć w jego domu, a On w moim, i to w poczuciu rodzinnego klimatu. Ani że przebiegnie 12 kilometrów, by spotkać się ze mną w Tel Awiwie. Że będziemy spacerowali ulicami Ramat Gan i Tel Awiwu, że odwiedzimy znanego Kostika – Michaela Kowalskiego – światowej sławy rzeźbiarza w jego pięknym domu, pełnym pamiątek i antyków.. Że dzięki Izraelowi poznam całą masę ludzi z całego świata, którym będę opowiadać o włocławskich Żydach i spacerować z nimi, pokazując gdzie mieszkali: Izrael, Abramek, Gerszon, Rachmil i inni. Razem opalaliśmy się w słońcu nad Morzem Martwym i zażywaliśmy kąpieli, choć On bardzo ostrożnie. A w przerwach na posiłki opowiadał mi o przedwojennym Włocławku. Były to zwykle tragiczne historie, w które wkraczał czas wojny, jak ta dlaczego nie został rabinem. To już klasyka, ale wciąż żywa.
Izrael był też na każdym spotkaniu Ziomkostwa Włocławskich Żydów, na tych z moim udziałem także, i pamiętam, że smażyliśmy sobie wtedy kiełbaski na ognisku. Był już nieco mniej sprawny, chodził o laseczce, ale żartował, że nie mógłby opuścić spotkania z tak ważną osobą…
Kiedy rozmawialiśmy, sięgał do swojej pamięci jak do skrzyni ze skarbami, i wysypywał z niej wszystkie cudowne informacje i wspomnienia. Pamięć miał niezawodną do końca. I do końca towarzyszyło mu również poczucie humoru.
– Tylko chodzić nie za bardzo mogę – skarżył się w naszych rozmowach telefonicznych, ale oczywiście i to ze śmiechem.
Był człowiekiem pogodnym, radosnym, i z takim przesłaniem podchodził do drugiego człowieka. Ta jego szczęśliwość i optymizm udzielały się wszystkim wokół. Ciągle słyszę jego śmiech… a przecież On i wielu jego kolegów przeżyło horror, istne piekło na ziemi.
A jednak ta trauma nie zabrała im radości, entuzjazmu i nadziei, pomimo że wciąż musieli uciekać przed prześladowcami.
Do Włocławka na stałe nie powrócił już nigdy. Opuścił miasto w 1948 roku, kiedy to powstało państwo Izrael. Był budowniczym nowej Ojczyzny, własnymi rękami przesypywał piach na pustyni, budował drapacze chmur i cieszył się, widząc jak szybko i pięknie powstaje jego nowy dom. Pokazywał mi piękne osiedla białych domów, sady oliwne, plantacje bananów i mówił, że to też jego dzieło.
Był moim prawdziwym przyjacielem. Człowiekiem bliskim, którego będzie mi bardzo brakowało. Już brakuje… Bo Izrael Zilbersztejn był Kimś absolutnie wyjątkowym. Przeszedł na drugą stronę, otuliła Go cisza, a ja chcę wierzyć, że ciągle jest.
Tak jak pozostaje wciąż w moim sercu, wspomnieniach i pamięci.
Są ludzie, których się nie zapomina, są miejsca, do których ciągle się powraca. Są kwiaty, które pachną najpiękniej i ptaki, które śpiewają najrzewniej.
Żegnaj Izraelu! A może tylko – do zobaczenia.