Pamięci Hersza Tykocińskiego
Łódź w mojej książce występuje gościnnie za sprawą mojej wizyty w tym cudownym mieście, pełnym kontrastów i sprzeczności, ale także widoków, smaków i zapachów, które tak bardzo zajmują moją duszę, a także za sprawą spaceru wyjątkową ulicą Wschodnią. Poszłam tam, by spełnić życzenie mojej przyjaciółki z Izraela – Cywi, na którą tu w Polsce, w Łodzi właśnie, wszyscy wołali: Cwieta.
Łódź jest wyjątkowa, bo nowoczesność miesza się tu z anachronizmem, tradycją i przeszłością. Niestety frontowej kamienicy pod numerem 50. dziś już tam nie ma. Jest pusty plac, który straszy, smutny, drętwy, nie wiadomo jaki.
Ale pozostał ślad w postaci zdjęcia w albumie Cywii. Zdjęcia, na które spogląda z rozrzewnieniem. Głaszcze je palcami i mówi: Tu był mój dom…
– Pójdź, zapytaj, czy ktoś ze starych mieszkańców pamięta jeszcze Hersza Tykocińskiego, który miał konie. Może ktoś jednak pamięta … Zapytaj – prosi i głos jej się łamie.
Nie zapytałam, nie było kogo. Szkoda, że nie ma ani tego domu, ani tamtych ludzi. Nie ma też koni ni psów ujadających na widok obcego. Rośnie jedynie jakieś drzewo, które wygląda na stare. Może ono coś wie. Gdybyż tylko umiało powiedzieć, ech…
Ten dom stał w tamtym miejscu przez 140 lat. Ponoć był w kiepskim stanie, zagrażał bezpieczeństwu ludzi. Tak mówią ci, którzy nie mają do powiedzenia nic innego.
Ten dom i jemu podobne – rozebrane, zburzone, wykopane – to był kawał historii polsko – żydowskiej. Jak łatwo przyszło ludziom wyrwać ją z korzeniami. Jak łatwo wymazać istnienie ludzi wraz z ich rodzinnymi historiami. Pusty plac stoi głucho w rozpaczy.. Pusty plac nic już nie powie…
Rozmawiam z Cywią i słyszę, jak jej energiczny głos nagle spowolniał i posmutniał.
Nie ma już jej taty Hersza Tykocińskiego od wielu lat, mamy też nie. Nie ma i domu, w którym mieszkała do 1957 roku. Stał tam cichy, spokojny, bezpieczny. To w nim wiodła swe beztroskie życie.
Zjawiały się koleżanki: serdeczne i te mniej. Uczęszczała do żydowskiej szkoły, w której uczyła się także polskiej mowy. Potem, jak wielu polskim Żydom w tamtym smętnym czasie, im także przyszło opuścić Polskę. Nie mieli wyboru. Musieli znaleźć sobie inną, własną ojczyznę, która pokocha ich takimi, jakimi są.
Razem z siostrą ułożyły sobie życie na innej ziemi. Siostra hodowała tam konie, jak niegdyś ich tato. Ona też je kocha. A Cwieta? Ma stadninę koni, bo też jest w nich zakochana. Tate na pewno widzi to z góry i jest bardzo zadowolony.