+48 736-84-84-44

Peremptoryczny rachunek

Życie jest nie tylko trudne, marne, miałkie i okrutne, ale też stanowczo za długie. Zastanawiam się, czy inni także mają to poczucie naddługości. Może mają, tylko nie obnoszą się z nim tak ostentacyjnie. Ze strachu pewnie, że wywołają swój kres i to niekoniecznie taki, jakim chcieliby się pożegnać z tym ziemskim padołem. Myślą może o przejściu bezszelestnym, bezbolesnym, nieabsorbującym sobą innych, takim bez rozgłosu, najlepiej z możliwością wyboru miejsca i czasu. Jeśli szli tak przez całe życie, to może im towarzyszyć chrapka na pośmiertną kontynuację raz tak obranej drogi.

            Wszystko  na  tym zasranym świecie, nie mylić z zasranym światowym życiem, a może właśnie mylić, co tam (!), w końcu żyje się ten jeden zafajdany raz… wszystko jest takie bezsensowne. Coś jak taniec odseparowany od dźwięków muzyki, który pozostaje jedynie niemym podrygiwaniem ludzi w imię czegoś właściwie nieokreślonego i pozbawionego logiki, a przy tym skończenie zabawnego, z wyciśniętym ostatnim potem i zmęczeniem włącznie. Żałosny karnawał ruchu i bólu.

            Gdy ktoś ci nafajdał do fartuszka niezbornie podpisanego: dzieciństwo, wytrzepujesz to łajno przez całe życie; otrzepujesz się, idziesz dalej, a ten cholerny odór sunie za tobą cienistym, kłębiącym się obłokiem. I gdy naiwnie spodziewasz się, że może już odszedł, on nagle wskakuje ci na plecy, okłada pięściami, rzuca się do gardła jak rasowy pitbull, i gryzie, wgryza się aż do ostatniej tętnicy.

            Dziewczynki, które kupiły wielkie donice, stanęły na nich i skutecznie zawisły na wierzbowej gałęzi. Ileż w ich trzynastoletnim duchu determinacji, i tyleż inwencji co bezradności.

One miały inicjatywę; a ja czekam na cud, czekam aż mi sama spadnie na głowę ciężka betonowa donica albo chociaż skrzynka balkonowa, a najlepiej od razu cały balkon starej kamienicy naruszonej zębem czasu żelbetowej konstrukcji, no w grę wchodziłby  jeszcze kawał nadkruszonego lub źle ociosanego gzymsu. W najgorszym razie mógłby to być ktoś równie utrudzony jak ja, ale bez kryzysu odwagi, kto mógłby nagle i zupełnie nieoczekiwanie runąć z góry.

            A ośmiomiliardowa ludzkość ma absolutny przesyt poczęć i śmierci, jej nic nie obchodzą kolejne przyjścia i zejścia. Każdego populanta interesuje wyłącznie jego własny psychofizyczny dobrostan. Nic więcej. Nic ponadto.

            W chwilach grozy i rozpaczy ludzie zwracają się ponoć w dwóch kierunkach: ku przeszłości, by zatopić się w rozkosznych wspomnieniach lub ku przyszłości, która przynieść ma kres ich kłopotów. Ja nie wierzę ani w zdublowane wczoraj ani w szczęśliwe jutro, które nijak nie ma prawa nadejść. Jest tylko cholerne tu i teraz. Tu i teraz muszę wstać. Tu i teraz kupić masło. Nakarmić zwierzęta. Zapłacić rachunek. I na litość boską nie wybiegać myślami dalej niż najbliższe dwie godziny. Tyle jeszcze jestem w stanie znieść. Tyle w obranym wariancie mogę wytrzymać… Chyba.

            Mój dawny uśmiech, nie żeby znów jakoś nonszalancko szeroki, ale jednak wykwitły, przeszedł pewnego dnia na drugą stronę ulicy, bo nie po drodze mu było ze mną, tam zaciągnął się cudzym tytoniem i maznął szminką, po czym zbolały zniknął za rogiem. On pierwszy tak jawnie mnie porzucił. Ociekam bólem jak sztućce kroplami wody na suszarce, tylko po nich to spłynie, a we mnie się osadza.

            To paradoks, że iluzorycznie trzymam się pazurami życia, myśląc jeszcze, że to nie może być w piątek, bo przecież M jedzie wtedy na wycieczkę, a Z ma 5-go urodziny i ja nie mam prawa im tej daty splugawić, obrzydzić swoim odejściem. Tak ciasno jest w potrzasku między świadomością, że nikomu nie jest się potrzebnym, przez nikogo zauważanym, a próbą zrobienia jeszcze raz czegoś dla kogoś, gdy dla siebie już nic nie można.

            Nie warto zaprzątać sobie głowy ani listem na pożegnanie, ani wybaczaniem, a już na pewno nie wyborem cmentarza, bo nawet jeśli lubimy te małe, wiejskie, spokojne, gdzie życie zamarło w alejkach, bądź przeciwnie – te ruchliwe, dokąd przychodzą tłumy i dobiega uliczny gwar, to i tak rodzina wybierze za nas: coś małego, taniej, na uboczu, może pod murem – gdy całe życie byliśmy pod ścianą – to możemy wpasować się i pod murem.

Otchłań i pustka w oczach, emocjach i portfelu. W kryzysie.

            Najwięcej komórek nerwowych mamy w przewodzie pokarmowym, więc może stamtąd nadejdzie wyselekcjonowane, w pełni rozwinięte, dorodne raczysko albo znad pełnowymiarowy, rozległy zawał, byle nie udar, bo to komplikuje i upokarza naszą, i tak już odartą z godności, bezradność. Tak wiem, to nie jest koncert życzeń. Już prędzej loteria.

 I czekam aż mnie pochłonie choróbsko albo piekło, zeżre stres albo opuści siła ukryta za winklem przerażenia i niemocy. Tchórzostwo wygenerowało we mnie  dwa mechanizmy obronne w postaci grubszej skóry i twardej dupy, ale na dłuższą metę dusza ich nie dźwignęła, za ciężkie.

Nie ma ani rodzinnego ani społecznego przyzwolenia na smutek. Nawet jak ci duszę rozrywa, masz być uśmiechnięty, musisz tylko wziąć się w garść, nie przesadzać i wiedzieć, że innym  jest gorzej.

Wyrazów współczucia też nie składa się odchodzącemu lecz pozostającym,  niepowetowana strata to nie jego strata lecz bliskich, nawet świętej pamięci oznacza, że zapisze się w pamięci pamiętającego, bo przecież nie pamiętanego.

            Podobno w rozpaczy nie chce się rozmawiać, nie ma już o czym…a może po prostu nie ma z kim?! Jedyni, którzy jeszcze jawnie czekają na bezradnego interlokutora, mają to wpisane w zawód i w dochód; bezinteresowność dawno temu w skowycie bólu zdechła z rozczarowania. Nie zadowoliła się poklepaniem po ramieniu, ani pokryciem znieczulicy patyną fałszywie dobranych uśmiechów, pochlebstw, masek  i słowogry.

Przyjaźń czy raczej pokpiwający łachmaniarz, który z niej pozostał, wyrzygał na garnku cały obłudny kant. Za swoje skalane wrażliwością serce, uważność i czas, dostał na drogę kopa z kuksańcem, jak rurkę z zatrutym kremem.

Może to wszystko przez brak celu, ale przecież te zmieniają się za każdym zakrętem, może z braku nadziei i perspektyw, a może z braku miłości. Wszystko to przez braki, tylko one są winne. Emocjonalne deficyty, uczuciowe bankructwa, czystki, fikołki, machlojki…

Cel zdaje się ostatni – wpaść w czarne rozpostarte ramiona przewrotnej nicości, jak w ciepłą kojącą przystań. Ktoś wreszcie na nas czeka, zaprasza i okazuje zainteresowanie. Nie osądza, nie wyśmiewa, nie analizuje, nie strzępi, nie szydzi, nie krytykuje. Jest!

Czując się gównem, mniemamy, że jedyne co można w tym stanie skupienia zrobić, to użyźnić swoją rozpadliną równie parszywą glebę.

            Kocha, lubi, dołuje…

Taki dobry ojciec, wspaniały mąż, cudowny wychowawca…

A przywieziona na płukanie żołądka, znaleziona z nożem w brzuchu, skoczyła z wieżowca…

Szybko! Podłączcie ludzkości kroplówkę z empatią! Wzmocnijcie dożylnie! Ona dogorywa.

Ani słowa o wartościach. Ciii…

Slogany reklamowe opływają odrobiną luksusu, lecz nie wabią ani jedną ampułką szacunku.

Towar wycofany z magazynu, zleżały, zdezaktualizowany, brak popytu, przeterminowany…

…Nikt nie pytał o niego…Nikt nie pytał dlaczego. Ciii…

            Niekarmione wsparcie przewróciło się cicho w lesie i leży tam zdeptanym truchłem obmierzle, nagryzione po stokroć równo przez muchy i czas.

Szykany zaś mają się świetnie, wypoczywają właśnie na poduszce z adamaszku, hołubione pospołu przez narrację oświaty, mediów i (samo)sądu.

Nic na świecie nie jest równie pewne jak śmierć, nic jak ona dane tylko raz – ostatecznie. Komu jak nie jej zawierzyć wszystkie swoje daremne troski?! Zaborcza matka nocy nikomu nie odda pozyskanego docześnie bytu. Ona jedna może pokochać tak mocno, jak zawsze tego pragnąłeś.

W tkance podskórnej od zarania hodujemy wewnątrzorganiczne kompleksy, znęcamy się nad sobą, a autohejt gruntuje byt własnego oskarżyciela, który każdego dnia wygłasza nam mowy prokuratorskie.

Autopilotem przełączam się na autodestrukcję. Wszystko, co mówię, robię i myślę, jest niewłaściwe, opozycyjne wobec świata. Im bardziej staram się do niego dopasować, tym bardziej on mnie odrzuca, bo to jest świat dla takich samych, z tej samej gliny, spod linijki, sztancy. On nie jest dla mnie. Świat nie sprzyja: oryginałom, świrom, dziwadłom, indywidualistom; świat kibicuje klonom.

Bądź jak inni! Nie wychylaj się! Jesteś trybikiem! Jesteś tkanką! Jesteś komórką! – sączy się cicho do ucha…Nie wyrwiesz się! Nie wyrwiesz się!

Wrażliwi idealiści z rozedrganiem w krwiobiegu kryją się w cieniu, bojąc się porażki. I hipokryzji swych antagonistów. Znikąd nie widzą nadejścia górnolotnie i na wyrost zwanego pomocą. Ona musi ich ominąć, pójść inną drogą, ona nie jest przeznaczona dla takich jak oni, dla takich jak my…jak ja.

Zrozumiałam, że niemal w każdej profesji doceniani są wcale nie najlepsi, lecz najgłośniejsi, najśmielsi, przedniejsi, bohaterowie tupetu i czelności.

            Najważniejsze to nie wpuszczać za próg fałszywych przyjaciół i proroków, niech się nie łaszą do nóg jak szop zgrywający kota, by przy pierwszym potknięciu, gdy idziesz do ich zziębniętości z herbatą, wbić ci to, co się zwykle niezasłużenie wbija w plecy czy serce najwrażliwszemu. Stokroć niebezpieczniejsi są od wrogów. Gonić załgańców nim się zadomowią i rozplenią jak karaluchy. Nie można zaufać nawet sobie, a co dopiero im. Pozorantom.

Pozostaję  w wiecznym udręczeniu własną niedoskonałością, nie chcę już robić niczego w czym nie osiągam pełni perfekcji, nie przekonuje mnie przymiotnik wystarczająca. Nieuleczalna przypadłość polega na zatracaniu się w porażkach – ich analizie i rozgrzebywaniu, z jednoczesną blokadą dostępu do pamięci o powodzeniach.

Nie można być zadowolonym  z siebie, gdy nie doskakuje się do coraz wyżej stawianej sobie poprzeczki, do wyobrażeń o sobie i swoich możliwościach, tych już podczas skoku sponiewieranych niemożnością.

Ludziom wypadają zęby, włosy, macice, a mnie wypadła gdzieś rozwarstwiona dusza. Tyle razy szukałam jej po zmroku, po omacku, na kolanach, resztkami sił, że już nie mam ochoty schylać się po nią znów. Zresztą taka omszała, rozorana, obita, skarlała wcale już do mnie nie pasuje, nie należy, choć właśnie taka światu jakby bardziej odpowiada.

Przejdź do treści