Przychodzi i zagaduje, żeby zapisywać słowa w kompozycjach i ustawieniach, o których nigdy nie słyszałem.
Językiem moim dotąd była cisza.
Kiedyś wiało przez trzy dni, trzeciego dnia wiatr przyniósł nad naszą wieś mały czerwony latawiec.
Nie miał sznurka, był wolny.
Na ogonie trzy, też czerwone, kokardy.
Ludzie nie wiedzieli, co o tym myśleć.
Nie pisz o latawcu, napisz o ludziach z podniesionymi głowami.
Napisz, jak wiatr rozwiewa im włosy i poły ubrań.
Koniecznie o dzieciach pędzących, prawie frunących jak stado szpaków, w kierunku z którego wiatr przyniósł latawiec.
Widzisz, temu chłopcu zdmuchnęło czapkę.
Widzisz to, widzisz?
Podnosi ją, zakłada, a rękawem wyciera zasmarkany nos. Nie ma twarzy, bo się zatarła. Nie żyje już.
Umarł z tęsknoty czy wódki. Wszystko jedno. Teraz jeszcze biegnie, dogania grupę dzieciaków.
I jeszcze o tym, jak powstrzymujesz się, by nie rozkładać rąk, kiedy w plecy uderza silny podmuch.
O tym smutku, kiedy przychodzi świadomość, że nie polecisz, na pewno nie polecisz.
Zamykasz oczy i twoja dusza szybuje, twoja dusza jest duszą ptaka.
Zapisz to.
Zapiszesz! To nic, że znaki są niezrozumiałe i prawie niewidoczne, jak ruchy rozpiętych skrzydeł, jak ruchy oczu pod zamkniętymi powiekami.
Tych dwóch pod sklepem też zapisz.
Jeden nie zszedł nawet z roweru. Piją piwo.
Piwo jest dobre, bo jest świeże.
Szyjkami butelek wskazują na niebo.
Niebo jest ciemnogranatowe. Latawiec jest czerwony i ma trzy kokardki z bibuły.
Wieje trzeci dzień. Drzewa się kołyszą.
Najwyższy jest klon koło szkoły, a może lipy na cmentarzu. Latawiec szybuje wyżej.
Wiatr uderza w plecy.
Napisałeś?
Napisz to. Zapisz. Nie pytaj.