Poeto buntu i nadziei…
Ty, który wiedziałeś, jak budzić sumienia
Mistrzu Metafor i Persyflaży!
Brniemy, brniemy zaciekle
Dopóki życia staje
Danym za frajer Piekłem
Rzadko dostępnym Rajem
Zazwyczaj się udaje
Roztrwonić siły i zdrowie
Jedno, co pozostaje
To o tej drodze Opowieść[1]
[1] J.Kaczmarski, Dance Macabre, Osowa 2003
Kaczmarski mówił, że żyje instynktownie i choć wiele myśli poświęca właśnie sobie, to w gruncie rzeczy niewiele o samym sobie wie.
Podkreślał, że jego muzyczne korzenie i właściwie śpiewanie zaczęło się w roku 1974. od momentu, gdy spotkał na swojej drodze Włodzimierza Wysockiego, któremu jak twierdził zawdzięczał zrozumienie tego, że: piosenka może być czymś więcej niż towarem estradowym, rodzajem rozrywki; ale też sposobem wyrażania swoich najważniejszych, najbardziej prywatnych i istotnych dla człowieka poglądów i emocji[1]. Dodając przy tym, że: Artysta wypowiada się tylko w swoim imieniu i za to tylko bierze odpowiedzialność[2].
Jako niespokojna, z potarganym duchem młodzianka, co to jeszcze nie kobieta, a już chyba nie podlotek, pod wiatr zganiana nie wiadomo za czym i dokąd, wciąż osobna i dalece niedopasowana, zziębniętą, przed nikim nieotwieraną duszę ogrzewałam najpełniej na Spotkaniach Zamkowych w Olsztynie, pod starą, kołysaną wiatrem i poezją, lipą (wtedy stuletnią, dziś już nieobecną).
I wtedy zobaczyłam Go pośród morza publiczności. To był On. Genialny poeta piosenki namaszczony na barda Solidarności. I dopiero wiele lat później zrozumiałam, że Artysta staje się głosem pokolenia mimowolnie, nie z rozmysłem, a często nawet, jak myślę było w Jego przypadku, wbrew własnej woli.
Mówię od siebie, w niczyim imieniu, bo ani nie mam moralnego ani politycznego prawa reprezentowania kogokolwiek poza sobą– przyznawał Kaczmarski w 1986r. w jednym z telewizyjnych wywiadów.
Biegłam za Nim wtedy jak oszalała przez pół Olsztyna, bo przecież nie od razu podchodzi się do własnego Boga.
Była gdzieś pewnie czwarta rano, gdy Mistrz z rodziną kroczył uliczkami warmińskiej stolicy, opromieniony uwielbieniem takich jak ja rozedrganych licealistów i studentów, widziany w księżycowej poświacie gasnącego idealizmu i nocy.
A koleżanka, która przyjechała tam bardziej z ciekawości niż potrzeby serca, biegła za mną krzycząc:,, Poczekaj! Kto to jest? Jakiś twój wujek?”. I tak pędząc goniłyśmy swój cień.
To nie był jeszcze czas, gdy każdy miał przy sobie komórkę i pstrykał nią na prawo i lewo, więc, że to zdjęcie w ogóle uczynionym i zmaterializowanym …cudem jest.
I w myśl mojej śmiałej, sprzed blisko ćwierćwiecza, dysputy z pewną niedouczoną siksowatą podówczas metrykalnie i edukacyjnie polonistką szkoły katolickiej (nie mojej wszakże), czy Tadeusz Soplica miał relikwię czy relikwiarz, znów mam rację, bo to zdjęcie uosabia dla mnie, wszak jedno i drugie.
A potem był ten straszny 10 kwietnia 2004 r.
Bardzo śmiesznie jest umierać
Kiedy żyć byś chciał
Nosić miano Olivera
Kiedy jesteś Brown…[3]
W tym roku przypada 20 rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego.
Pomyślałam naiwnie, czy kogoś dziś jeszcze obchodzą tak wielkie, wzniosłe słowa, które tylko słowiańska dusza spłodzić i unieść potrafi?!
I wtedy natrafiłam na całkiem świeży dyskurs dwóch młodych ludzi, którzy sprzeczali się kulturalnie acz zapalczywie, jakby od tego zależał los świata, czy Jacek grając na swej gitarze, przejawiał wrodzoną predyspozycję do leworęczności, czy też do oburęczności.
Skoro to ludzi nadal zajmuje, to znaczy, że tamten świat wcale nie przeminął ostatecznie i bezzwrotnie.
Każde pokolenie potrzebuje: czerpać ze źródeł… bo źródło wciąż bije, rozpalić, nasycić, ukoić, nasiąkać pięknem słów, ich rozkoszną mądrością popartą doświadczeniami antenatów. My ludzie od wieków spragnieni jesteśmy prawd uniwersalnych.
Jak podkreślał Jacek: ważniejsza jest kulturowa rola życia, niż jego codzienny przebieg.
To on uczył mnie historii i dzięki Niemu wiem, jak rozumieć trzeba Jałtę…
I jak ważna jest wolność i niezależność od wszelkich uwarunkowań, nacisków i oczekiwań.
Dziś, gdy mam blisko tyle lat, ile Mistrz przechodząc stąd do przedwcześnie otwartej wieczności, rozumiem to bardziej.
Mówimy o swojej wolności wtedy, kiedy ją wykorzystujemy, a nie kiedy nic nie robimy, bo to jest początek końca[4] – pointował.
Po klęsce nie pierwszej podnosząc przyłbice
Przechodzą jak we śnie ostatnie granice
Przez cło przemycają swój okrzyk bojowy
I kulę ostatnią co w ustach się schowa
Przy stołach współczucia nurzają się w winie
I obcym śpiewają o Tej co nie zginie
[…]
I cierpią gdy śmieje się z nich świat zwycięski
Niepomni że mądry
Nie śmieje się z klęski [5]
Piosenka napisana w 1987 r, a jakże wciąż boleśnie aktualna.
Jacku dziękujemy, że jesteś, bo przecież wobec Twojego Geniuszu nie mam prawa obrazoburczo użyć czasu przeszłego, żadnego- łeś.
Pamiętajcie wy o mnie co sił! Co sił! Choć przemknąłem przed wami jak cień! Palcie w łaźni, aż kamień się zmieni w pył -Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień![6]
Zaczekamy…