+48 736-84-84-44

Zupa pomidorowa i małe co nieco o szczęściu

 Czy będzie to Conieco Kubusia Puchatka? Może trochę. Nadeszła wiosna, a ja przebudziłam się z zimowego snu nieco głodna i z tego burczenia w brzuchu naszło mnie na takie oto przemyślenia, a raczej moje myśli wyleciały z głowy niczym rój pszczół – luźne kropki, które można połączyć i wyjdzie uśmiechnięta twarz. Lub słoik miodu na nieco przeziębioną duszę, czy- czemu nie- talerz zupy.

Kiedyś jedno z moich dzieci, wówczas zaledwie pięcioletnie, niespodziewanie i radośnie, z uśmiechem jak rogalik księżyca i oczami błyszczącymi jak małe gwiazdki, wykrzyknęło: Mamusiu, dziękuję, że mnie urodziłaś!. Wstrzymałam oddech. Tak….?. Bo fajnie jest!.

I co, jest fajnie? Kto tak ma? Co sprawia, że jest albo nie jest fajnie? Czy musi to być wielkie bum jak pokaz fajerwerków, albo laserowy taniec kolorów na niebie, czy też może wystarczy delikatne drganie, lekki podmuch na twarzy/ twarzach?

Dobrze jest czasem być misiem o małym rozumku. Mniej skomplikowanie, bardziej entuzjastycznie. Cieszy nas wtedy choćby talerz zupy. Najlepiej pomidorowej. Bo pomidor jest piękny, mięsisty i pachnący, zwłaszcza ten swój, z ogródka. Taki, który nie potrzebuje ani szczypty soli. Po prostu – pomidor. Jak w tej zabawie, gdy chociaż w środku turlamy się ze śmiechu, to trzeba zachować pokerowe oblicze i na wszystkie pytania odpowiadać pomidor. –  Co to jest? – Pomidor. Co masz na nosie? – Pomidor. – Co masz pod nosem?                  No właśnie – co sprawia ci radość? Uśmiech to szczęście, które masz pod samym nosem – mądrość wyłowiona niedawno w sieci.

            Kiedy byłam mała, marzyłam o gołąbkach w sosie pomidorowym, ale ze sklepu, chociaż moja mama robiła naprawdę przepyszne, ja zdradziecko śniłam o tamtych, w słoikach. Tak kusząco wyglądały, skąpane w pomarańczowo – czerwonym sosie! To nie blog kulinarny. Chodzi o przeżuwanie szczęścia, rozgryzanie, degustowanie i delektowanie się, o rozbudzone kubki smakowe. O apetyt na życie. Malownicze i soczyste jak pomidor. Bo zupa pomidorowa jest dobra na poprawę nastroju. Na promienny i rozkoszny uśmiech. Wnosi świeżość, przerywa monotonię i może uratować kiepski dzień tak, jak ratuje niedzielny rosół.

            Czy poniosło mnie jak Jeffreya w ,,12 Małpach” (genialny w tej roli Brad Pitt), gdy oprowadza otumanionego lekami Cole’a po szpitalu psychiatrycznym i robi mu wykład o zinstytucjonalizowanym świecie? Sprawdzamy: Google podaje, że neuropsychologowie z Uniwersytetu w Sussex przy pomocy elektrod przymocowanych do głowy, podjęli się badań nad wpływem potraw na nasze emocje. Wynik? Największe poczucie szczęścia daje fasola zapiekana na grzankach (beans on toast- co już samo w sobie brzmi optymistycznie), kiełbaska z puree ziemniaczanym i nic innego jak zupa pomidorowa!

Na tę przyjemność niewątpliwie wpływ mają składniki, przyprawy i barwy. Zachwycam się kolorem pomidorowej, bo jest pogodny i tryskający energią. A jeszcze, gdy wrzucimy do niej intensywnie zieloną pietruszkę lub bazylię! Dodatkowy zmysł pobudzony! Bajeczny, zjawiskowy widok, zwłaszcza, że zieleń wnosi w nasze życie światło. Poza tym, jaki taka zupa wydziela nęcący zapach! Podąża się za nim z zamkniętymi oczyma i wyciągniętymi rękami jak w starych kreskówkach Disneya. Kolejny zmysł połaskotany! Zapach jest przecież łącznikiem z przeszłością, nośnikiem naszych wspomnień – babć, mam, dzieciństwa, słowem czasów, kiedy byliśmy jak kot Filemon, a świat jawił się lepszym niż w rzeczywistości. Dorośli wydawali się dorośli, posiadali super moce i byli nieomylni. Nie przejrzeliśmy jeszcze wtedy Bonifacego.

Nasz sposób odbierania tych samych bodźców różni się. Czy to geny? Czy mamy na to wpływ? Może wystarczy trochę więcej świadomości, lepszy wzrok, słuch, zmiana sposobu myślenia?

Jedenastoletnia Pollyanna z książki Eleanor Porter posiadła pewną życiową mądrość. Jej ojciec nauczył ją zabawy w radość, a ona pielęgnowała ją i rozsiewała dalej. Poza karty książki. Zaczęło się od drewnianych kul dla inwalidów, które otrzymała z Koła Opieki zamiast upragnionej lalki. Dziewczynka była bardzo rozczarowana, ale tata powiedział jej, że powinna się cieszyć, ponieważ ona nie musi o nich chodzić. Mocne. Dosadne. I podziałało.

Zabawa w radość polega na znajdowaniu dobrych stron nawet w negatywnych sytuacjach. Zmienia częstotliwość wibracji na taką, która buduje i zmniejsza poziom stresu. To nic innego, jak odwracanie perspektywy i szukanie szczęścia w nieszczęściu. Bawmy się w nią. Uśmiechem mówmy do siebie. I do życia.

Przytulajmy drzewa. Chłońmy ich dobrą energię. Taka na przykład lipa – może złagodzić nasze lęki, wzmocnić empatię i podnieść na duchu. Nie mówiąc już o natchnieniu! Czeremcha pospolita – to źródło czystej miłości! Wiśnia – zmysłowej, a grab obdarowuje harmonią ducha.

            Kiedy patrzę na nią lata temu wydaje się taka samotna, taka bosa. Zastanawiam się, w jaki sposób przetrwała te zimne noce, te gorzkie łzy, co dało jej siłę? Myślę, że to dlatego, że przytulała drzewa, tak, przytulała drzewa. Wierzba płacząca pochłonęła jej smutek. Brzoza wzbogaciła – dała jej miłość, wieczność i siły witalne. Stopniowo, nieoczekiwanie, wbrew wszystkiemu stała się silna jak dąb. Więc tulmy drzewa lub chociaż idźmy do lasu czy parku zażyć shinrin-yoku, czyli leśnej kąpieli, jak nazywają spacer wśród drzew Japończycy.

            Każdy może znaleźć gila i klucz do tajemniczego ogrodu. Ale to nie będzie tak, że on usiądzie na ramieniu, raczej nie. Trzeba zadrzeć głowę do góry, wsłuchać się. A potem wdrapać na płot czy mur, zedrzeć kolana. I można zdobyć klucz do szczęścia. Ile takich tajemniczych ogrodów zarasta na wieki, nieodkrytych, niewyplewionych…

Sądzę, że miałam szczęście, bo natknęłam się w odpowiednim momencie na ,,Desideratę” czy Kiplinga ,,List do syna”. Wypisałam je sobie na ścianie w pokoju. I w sercu, choć pompatycznie to brzmi, ale co tam. Czy takie słowa wrastają w nas, bo spadają na podatny grunt? Może i tak – jak ten kasztan w jesienny dzień, który ląduje wprost na naszej głowie i albo nas rozzłości, że guz czy siniak gotowy, albo sprawi frajdę i schowamy go do kieszeni na szczęście.

Później, już w dorosłym życiu, przypięłam na lodówce wydrukowany Apel Twojego Dziecka według Korczaka. Tuż obok napisu .upa, który ktoś z domowników ułożył pieczołowicie z radośnie pstrokatych magnesów – gwoli ścisłości- przez p do góry nogami. Cóż, odwrócona perspektywa…

Siła zmysłów czy siła skojarzeń, to cechy indywidualne, zależne m.in. od tego w jakim środowisku czy miejscu zostaliśmy wychowani. Jakie książki czytaliśmy. Co nam gotowano, jak do nas mówiono. Co nam w duszy gra. To wpływa na to, jak łączymy kropki i jaka twarz nam wychodzi. Lub co.

Jeśli bliska ci osoba nagle umiera to, choćbyś padł na kolana, nic już nie zrobisz.
I płaczesz. Długo: tygodniami, miesiącami, latami. Ale gdy łzy na chwilę obeschną, jeśli spytano by cię, jak Setha w Mieście Aniołów, czy gdybyś wiedział, że tak się stanie, to zdecydowałbyś się jeszcze raz pokochać tę osobę? Czy potrafisz odpowiedzieć tak, jak on- anioł, który spadł na ziemię dla Maggie, a ona potem tak niedorzecznie wpakowała się na rowerze pod tira, bo zachciało jej się gruszek i zepsuła wszystko- nie było już pana i pani Plate (Talerz (!)- że dla jednej nawet chwili z tą osobą – także dla jednego pocałunku było warto? Że oddałbyś całą wieczność za tę miłość, nawet wiedząc, jak krótko będzie trwać?

Bo przecież trzeba niebyle odwagi, żeby oswoić liska. Stworzyć więzi. To niesie ryzyko łez. Ryzyko rozstania. Końca. Pustego talerza. Rozbitego. Ale czyż nie warto? Dla tych kilku wzruszeń i drgań serca? Jednej łyżki błogości?

Jestem bardzo szczęśliwy, bo mam kogoś, kto sprawia, że ciężko jest powiedzieć <<Do widzenia>> – to Efekt Pollyanny w wydaniu Puchatka.

Zobaczcie film, jeśli go dotąd nie widzieliście, zobaczcie, jak Seth idzie do sklepu, staje w wejściu, a oczy nabrzmiewają mu łzami do granic wytrzymałości, po czym bierze koszyk i kupuje te gruszki.

Czy bycie szczęśliwym lub nie, to nie jest podjęta decyzja? Ona jest nieszczęśliwa, bo jego już nie ma. Czy jest szczęśliwa, bo był? Czy siedzi w miejscu, a kartki kalendarza spadają jej na głowę, czy idzie do przodu, wiosłuje przez błękit, buszuje w zbożu?

Właśnie, ,,Buszujący w zbożu” – ten tytuł zawsze brzmiał dla mnie, jak pochwała życia, choć nie jest dokładnym tłumaczeniem oryginału – ,,Catcher in the Rye”- to ten, który wyłapuje biegających w życie. Dlaczego afirmacja? Bo słowo buszować ma wiele znaczeń- biegać, kręcić się, krążyć po jakimś terenie zaglądając w każde miejsce, zwykle szukać czegoś- być aktywnym. Buszujący w zbożu, a dokładniej w życie. Życie…Buszujący w życiu.

Jakże przyjemnie jest dotykać złocistych kłosów i jeszcze przy tym czuć letni wiatr na twarzy. Zwłaszcza, gdy ten kolor zboża kojarzy nam się z czymś lub kimś oswojonym. Wspomnisz mnie, gdy zachodni wiatr poruszy pola jęczmienia. Przejmująca piosenka Stinga o kolejach życia, miłości i szczęściu – które są, a o których wiadomo, że nie będą trwać wiecznie. A jednak… przysięgam, że w dniach, które jeszcze nam pozostały, będziemy chodzić po złotych polach…

            Przenieśmy się jeszcze na chwilę do „Naszego Miasta” Thorntona Wildera, gdzie jedna z głównych postaci,  Emily, umiera wydając na świat drugie dziecko. Wraz z innymi zmarłymi z miasteczka patrzy na własny pogrzeb. Później wraca do dnia swoich dwunastych urodzin. I co widzi? Że ludzie żyją nieuważnie, nieświadomie, nie żyją każdą chwilą. Jak ujął to autor sztuk: Tracą i marnują czas, jakby mieli miliony lat do przeżycia.

Grover’s Corner to nasze miasto. Większości z nas. Tu ludzie mijają się na Ulicy Głównej.
I tylko martwa Emile wie, że żyje. No i może jakiś poeta lub szaleniec. Bo przecież często jest właśnie tak, że ludzie doceniają kogoś lub coś, gdy jest już za późno. Umarłym z Naszego Miasta, nie jawi się ono już jako straszna dziura. Będąc po drugiej stronie widzą w nim swoje ukochane miasto, niemal Arkadię, a nudne życie, które w swoim mniemaniu wiedli, uważają za cud. Nie zauważali tego, gdy mieli to przed oczami, pod własnym nosem, nie uśmiechali się do życia. Cykl narodzin, ślubów, pogrzebów- wieczne przemijanie ludzi i zdarzeń – ma sens. Na pozór nic wielkiego – małe życie. Ale życie. Jedyne jakie mamy.

– Jaki dziś dzień? – Dziś – Mój ulubiony!. Takiej prostoty, takiego rozumku chcę. Wielkiego.

Jeśli przez nieuwagę lub w skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności wpadniemy do śmietany, jak ropuch z bajki, machajmy rękami powtarzając: Nie mogę się podać i się nie podam. I ubijemy masło. Z niejednej próby można wyjść jasnym i spokojnym. Silniejszym.

Wyostrzmy zmysły. Otoczmy się zielenią. Nasze Grover’s Corner jest przecież piękne. Bo piękno jest w oczach patrzącego. A szczęście? Pod nosem…
Szczęście jest delikatne, to motyl. Nie próbuj go złapać. Niech cieszy twe oczy, gdy lata, gdy siada na kwiatach. Inaczej ucieknie, niechcący go zgnieciesz. Szczęście jest ulotne, a jednak doda ci skrzydeł, jeśli odłożysz siatkę.                         

Przejdź do treści