*terapeutyk – to w moim odczuciu, krótka forma literacka pisana lub czytana w celu podjęcia próby poradzenia sobie z chorobą, kłopotem, mniejszym lub większym strapieniem, ogólną udręką lub ważnym przeżyciem.
O relacji z wolnym czasem
Kocham cię, ale gorzka to miłość. Pragnę cię, rzucam dla ciebie pracę, porzucam znajomych, nie oddzwaniam, nie odpisuję. Nie umawiam się już z nikim z twojego powodu. Ale sama tego chcę i pożądam. Przyspieszony oddech i mętny wzrok na myśl, że jutro mam wolny dzień i będziemy sami. Będę mogła robić z tobą, co tylko zechcę.
Wyspać się do oporu bez włączania budzika albo właśnie wstać bardzo wcześnie, iść do lasu, iść oglądać wschód słońca, iść biegać, iść gdzieś koniecznie. Potem zrobić sobie śniadanie mistrzów. Jajko sadzone z koperkiem, pomidor z cebulką, kawa, grzanka, potem druga kawa. Albo właśnie nie, tylko dres i wielkomiejskie śniadanie w kawiarni.
A potem spacer… albo nie – czytanie. A może kino? Samotnie na przedpołudniowy seans, na jaki nigdy bym nie poszła normalnie o takiej porze. A może właśnie w odcięciu od kultury, tylko podróż i dzień wglądów w siebie?
Czemu te gody takie gorzkie? Mam cię i nie wiem, co z tym zrobić.
Zadręczam się opcjami, jakbym miała w sobie zamiast. Było sobie życie- sztab analityków w Kwaterze Głównej Układu Warszawskiego. Nie mam dobrej opcji. Mogę tylko przegrać, a żeby nikt na to nie patrzył, mogę odpalić na wiwat po słowiańsku opcję atomową – spędzić ten dzień na scrollowaniu telefonu, aktualizacji stanu wiedzy na temat geopolityki i projektowaniu wszelkich możliwych scenariuszy powyborczych. A nie jestem politolożką…
Po prostu mam natręctwa, kompulsje i stresuje mnie myśl, że gdy w kieracie poluzuje mi się chomąto, to nie wiem, co ze sobą począć.
Mieszkanie
Miałam tylko poszukać teczki z wynikami ostatnich badań lekarskich. Powinna być w barku pod monidłem. Odnalezienie jej to kwestia kilku minut.
Otworzyłam drzwi. Od razu uderzył mnie odór wódy tak, jakby gospodarz otworzył usta i chciał zacząć się tłumaczyć, że jest trochę bałaganu, ale to nic, uśmiechając się z zakłopotaniem i machając ręką. Weszłam, ostrożnie stawiając stopy pomiędzy porozrzucanymi butami na wszystkie pory roku.
Wieszak na palta i jesionki był urwany z jednej strony, jakby pan tego domu sam się na nim uwiesił całym ciężarem ciała, jakby chciał się odłożyć na miejsce po powrocie. Jakby był już niepotrzebny. Na taborecie obok wersalki leżały zakrwawione flanelowe szmaty, którymi pewnie starał się zatamować krwotok, który ostatecznie przekonał go do odwyku. Na ceracie kuchennego stołu wśród pustych butelek znalazłam poczerniały ukruszony ząb z zaschniętą krwią, najwyraźniej również ślad finalnego rozpadu. Nie wiedziałam, że można zmieścić tyle szkła na tak niewielkim blacie. Wszędzie kłębiły się brudne szmaty i ubrania. Na wersalce barłóg bez pościeli albo z jakimiś jej pozostałościami.
Zaczęłam robić zdjęcia jak agentka CSI Mazowsze.
Strata
To, co mamy stracić czy Rzeczy, które musimy utracić– jakoś tak brzmiał ten tytuł. Stało To na półce i podchodziłam do Tego jak do wroga. Złudzenia, miłości, znajomości – wszystko to podobno muszę stracić, żeby cokolwiek zmienić w swoim życiu. Ale ja nie chcę niczego tracić, nie podoba mi się to.
Analogie do sezonowej wymiany ubrań w ogóle do mnie nie przemawiają. Porównania do opróżniania szafek czy spiżarni z zepsutych produktów, żeby było miejsce na świeże, również nie robią na mnie większego wrażenia. Na pewno nie będę podejmować żadnych radykalnych kroków, ani wszczynać dram odpychających rodziców czy dawne przyjaciółki. Musiałabym im wytknąć staromowę, nudne rozrywki, wąskie horyzonty, złe odżywianie, brzydkie kolory i fasony.
Ale jeszcze nie jestem w kontrze. Dopiero się przeobrażam. Spodnie już mam spoko, ale bluzę jeszcze oldschool. Wiem już, że w niedzielę nie chodzi się do kościoła, ale jeszcze nie mam pomysłu na własne niedziele. Chodzę na jogę i medytuję, ale moim comfort foodem jest smażony schabowy z ziemniakami i mizerią. Jeszcze nie jestem wystarczająco oddalona, żeby wystrzał z mojej procy relacji, miał porządną i skuteczną siłę rażenia.
Czyli te straty nie będą gwałtowne… Jeszcze nie… Nie jestem jeszcze zawodowym radykalnym straceńcem. Potrzebuję więcej treningu. Powolnego wydobywania się na wyżyny wydolności.
W takim razie będę tracić powoli, wypuszczając na bruk kolejne paciorki bransoletki od mamy, a potem różańca. Nie będę patrzeć, gdzie upadają i dokąd się toczą. Po prostu będę sobie szła dalej, coraz szybciej, oddalając się od punktów kolejnych zrzutów. Nie zadzwonię w niedzielę do rodziców, innym razem w urodziny starej przyjaciółki, zapomnę o dniu matki, ojca, babci, dziadka, zignoruję Wielkanoc, aż dojdę do ostatniego elementu na sznurku, tego krzyżyka na końcu – nie przyjadę do domu rodzinnego na Wigilię.
Brzmi jak plan. Czy będę się martwić, czy będę się czuć lekko, jak po zrzucaniu kolejnych minibalastów stabilizujących kadłub? Czy utrzymam się na większej fali i przy mocniejszych powiewach wiatru? Nie wiem, ale chcę zobaczyć.
Podróż
Było z tym trochę zachodu, ale w końcu wykupiliśmy turnus all inclusive dla dwóch osób w jaskini samoświadomości. Ekscytacja sięga zenitu, trzeba się dobrze przygotować, wzmocnić ciało, zgromadzić potrzebny prowiant. Poinformowaliśmy najbliższą i najtroskliwszą rodzinę, że wyjedziemy, że nas NIE będzie. Nie ma sensu do nas dzwonić, ani tym bardziej przychodzić.
Gromadzę przedmioty wsparcia na tę ważną podróż. Ubrania wygodne, przekąski lekkie i pożywne, płynów dużo. Wszystko układam w zasięgu. W podróż chcę zabrać też idealną muzykę, światło, temperaturę ciała i otoczenia. Przygotowania się przeciągają, jakby to one były najważniejsze. Całe moje życie się przygotowuje i układa w pakowny bagaż, żeby tylko zmieścić się i być zabrane. Może za dużo? Może nie trzeba brać wszystkiego. Żeby tylko dobrze odważyć.
Chwila zawahania. Nie umiem oddzielić sekretów ścisłe tajnych od tych tylko poufnych i zastrzeżonych. Gdy będę się rozpakowywać na miejscu, zobaczysz mnie całą. Nie da się rozdzielić tego splątania. Nitki, sznurki, do tego rozparowane ostre strony rzepów rozrywające muśliny i jedwabie. Ostatecznie wszystko ląduje w jednym worze i jedzie ze mną.
Jestem na miejscu, przedmioty wsparcia z bagażu podręcznego już rozłożone, czas wypakować mój bagaż rejestrowany, czyli wór. Rzeczy i słowa rozsypują się jak szklane kulki po skalistej podłodze. Zaczynam od bełkotliwej noweli na temat kilku faktów i pewnych konkretów, układam ją delikatnie jako pierwszą na środku jaskini. Lekko bulgocze, ale już się uspokaja. Następnie wyciągam z wora rozwleczony tren o wielkim żalu po niewyrażonych pragnieniach. Ciągnie się i ciągnie, nie mogę go dokończyć. Chyba musimy wykupić kolejny turnus, żebym zdążyła wyjąć go całego.
Chcesz pomówić już o czymś innym. Nie, nie teraz, płynie mój monolog wewnętrzny i zewnętrzny. Teraz ty wypakowujesz swoje bagaże. Twoje są jakieś inne. Spodziewałam się innych kształtów i kolorów, ale twój bagaż na nasz turnus ma inne wymiary. Rozwijasz więc teorię strun, które rozkładają się w naszej jamce, jak straszne wielkie śliniki zajmując całą przestrzeń.
A nasza muzyka, którą zabraliśmy w podróż? Jest. Zaczyna się technodrama. I tak do zużycia akumulatorów, neuroprzekaźników i ujścia powietrza z balonów.
Koniec turnusu. Chyba nie bierzemy tego wszystkiego z powrotem? Nie, już nie potrzebuję. Część to śmieci albo przeterminowane produkty, tylko nie mogłam ich wcześniej nigdzie legalnie wyrzucić zgodnie z zasadami recyklingu. Przekazanie tego bagażu komukolwiek, byłoby nieetyczne. Zostawiam go zatem w jaskini. Tu można. Tak było zagwarantowane w katalogu biura podróży Wiosna/Lato 2023.
Słyszę, nie słyszę
Kody dźwięków i hałasów upewniają mnie, że wszystko jest dobrze. Spokojnie, wszystko jest tak, jak trzeba. No alarms and no suprises. Muszę tylko się upewnić.
Szczęk naczyń wstawianych do zmywarki i szum czajnika elektrycznego. Trzaśnięcia drzwi wejściowych. Pyknięcia głośnika w chwili połączenia i w przedchwili włączenia playlisty. Głosy domowników mieszczące się w skali codzienności. Dźwiękowe reakcje łańcuchowe, zwykłe sekwencje bez piano i bez forte. Opadanie noża na deskę do krojenia, chrzęst warzyw, popiskiwanie świnek morskich domagających się zieloności spoza codziennego menu. Potem kroki karmicieli i głosy dyskusji, że już dziś jadły, a może jeszcze nie? Tupot stóp o znajomych tempach i naciskach na podłoże. Te bose, te w skarpetkach, te kroczkiem, te ślizgiem. Góra, dół, góra, dół po schodach. Odhaczam w głowie dźwiękową checklistę i przechodzę do części B formularza: dźwięki z sąsiedztwa.
Znam trzaśnięcie każdej z furtek w promieniu 100 metrów i kroki wszystkich przechodniów, którzy spieszą się rano. Dziecięce rowerki i hulajnogi stukające o kostkę brukową – od lewej do prawej – w stronę przedszkola. Truchcik pantofelków młodych mam i sprężysty krok młodych ojców po odprowadzeniu przedszkolaków – od prawej do lewej. Za dwie godziny po śniadaniu i rytmice rozlegnie się armagedon dobrej zabawy z przedszkolnego podwórka. Czy wszystko się zgadza?
Jednak nie.
W plątaninie i szumie zwykłości nagle wychwytuję głosy mi nieznane. Krople potu wstępują na moje czoło, a serce przyspiesza. Słyszę ustalenia dotyczące czasu, terminu, wynagrodzenia. Natężenie przekleństw w moim dźwiękowym obszarze testowo-kontrolnym, niebezpiecznie się wzmaga. Czy dochodzi już do poziomu ekipy przeprowadzkowej? Doszło. I dalej się wzmaga. To ekipa remontowa! Jest jeszcze gorzej… sąsiedzi kładą kostkę brukową po horyzont, a żeby operacja trwała krócej, będą pracować po 12 godzin, a nie jak jakieś lenie tylko do 16-ej.
Tsunami huku, zgrzytu, bluzgu, trzasku, hałasu, łupania, walenia, wbijania, szlifowania i na końcu tej piekielnej zagęszczarki, miażdży mój mózg. Ściska go jak kalafior i rozłupuje na pojedyncze różyczki.
Czas na moją tajemną broń – włączenie niedosłuchu, który mam po dziadku. Tajna moc mojej rodziny. Ściana dźwięku zbliża się coraz szybciej i szybciej, ale ja stoję niewzruszona, pytając tylko: Co?!