+48 736-84-84-44
Iren Rozdobudko

Iren Rozdobudko – znana ukraińska pisarka, scenarzystka, dziennikarka, wykładowczyni dramaturgii filmowej na Uniwersytecie Kijowskim im. Iwana Karpienki-Karoho, a także kilkukrotna laureatka międzynarodowej, prestiżowej nagrody „Koronacja Słowa”, nazywanej także literackim Oscarem Ukrainy.

Rozmawiała: Natalia Chintalian

O dzieciństwie i początkach twórczości

Czy Iren to Pani prawdziwe imię?

Tak, to moje pełnoprawne imię nadane mi przez rodziców. Nie jestem Ireną, lecz Iren. Zawsze tego pilnowałam i nadal pilnuję. Mój ojciec był zakochany w bohaterce powieści Johna Galsworthy’ego „Saga rodu Forsyte’ów” – Iren Forsyte. Mama była nawet swego czasu zazdrosna o tę bohaterkę (śmiech). Gdy rodzice poszli mnie zarejestrować w USC, doszło niemal do bójki – w Doniecku nie było wtedy imienia Iren, zwłaszcza bez „a”. Ojciec postawił jednak na swoim po godzinnej kłótni. Czasami ludzie sądzą, że to mój pseudonim, ale nie – to moje prawdziwe imię.

Czy utożsamiała się Pani kiedyś z tą bohaterką?

Kiedy mama przeczytała losy Iren Forsyte, zrozumiała, że to kobieta niezwykła, o trudnym losie. Uważała, że imię może kształtować przeznaczenie. Myślę, że miała rację. Moje życie prywatne też pełne było dramatów i namiętności. Tak, to imię z pewnością niejedno mi przyniosło. I dziś jestem z niego dumna.

Czy będąc dzieckiem, lubiła Pani słuchać opowieści rodziców?

Raczej to ja byłam typem opowiadaczki. Mówiłam bez przerwy. Nawet sama do siebie, gdy dzieci nie było na podwórku. Tworzyłam historie o kwiatach i ziołach. A kiedy moja siostra była chora, czytałam jej „Kandyda” Woltera – najpierw wiernie tekst książki, a potem, gdy mnie to znudziło, wymyślałam własną fabułę. Miałam wtedy siedem lat! (uśmiech). W pewnym momencie siostra zorientowała się i spytała: Zaraz, tego chyba nie było?! Musiałam przyznać, że reszta pochodziła z mojej wyobraźni.

Czy już wtedy rodziła się Pani jako pisarka?

Nie, wtedy chciałam… robić lody! Obok nas był lokal gastronomiczny, w którym kobieta w białym fartuchu włączała maszynę, z której płynęła do szklanek biała słodycz. Marzyłam, żeby też móc to robić.

Moje dzieciństwo nie było beztroskie. Rodzice przez kilka lat pracowali w Niemczech, a ja mieszkałam wtedy z babcią. Gdy wrócili, byli mi niemal obcy. Wiele sytuacji wymuszało na mnie obserwację, refleksję i samodzielność. To mnie ukształtowało.

Dlaczego porzuciła Pani poezję?

Pisałam po rosyjsku, publikowano moje utwory w „Komsomolcu Donbasu”, uczęszczałam do studia literackiego im. W.M. Sosiury. Wiersze były dla mnie sprawą życia i śmierci. Mówiłam mamie: To nie radość, to ból. Mogę się zapić, mogę umrzeć jak Mandelsztam, jak Cwietajewa. Z czasem przyszła fascynacja twórczością Liny Kostenko i Mikoły Winhranowskiego.

W Kijowie pojawiła się potrzeba samoidentyfikacji – kim jestem?, dlaczego mówimy po rosyjsku, choć jesteśmy Ukraińcami? Poezję się słyszy, nie konstruuje. Prozę można budować. Ukraiński to dla mnie morze, w którym czuję każdą falę. Rosyjski – jest jak nóż w maśle. Zbyt gładki. To mnie już nie interesowało.

Debiut i droga twórcza

Czy pamięta Pani pierwszą publikację książkową?

Bałam się iść z rękopisem do wydawnictwa, więc wysłałam anonimowo tekst na konkurs „Koronacja Słowa”, tzn. podpisałam się tam męskim nazwiskiem. Zdobyłam pierwsze miejsce ex aequo – to był debiut („Pułapka na żar-ptica”, w 2000 roku została wydana pod tytułem „Mercie”). Potem jakoś tak naturalnie przyszła książka, publikacja. Paradoksalnie, dzisiaj bardziej boję się premier swoich książek — odbieram je jako publiczny striptiz duszy. Oczywiście czekam na premierę, ale równocześnie myślę: Niechby jeszcze trochę nie wychodziła. Czuję się wtedy odsłonięta.

Czy po debiucie zamknęła Pani wcześniejszy rozdział zawodowy?

Nie, wszystko działo się naturalnie i przechodziło płynnie. Najpierw pracowałam jako konferansjerka w cyrku, później jako dziennikarka, filmowałam też fabryki.

Dziś młodzi mają plany i strategie, uczą się jak promować książki, budować komunikację z wydawcą. Kiedyś tego nie było – działaliśmy intuicyjnie. Trochę im nawet zazdroszczę – oczywiście w pozytywnym sensie. My nie wiedzieliśmy, jak to robić.

Z którym z wielkich pisarzy chciałaby Pani móc się spotkać?

Z Kunderą – ale przez bohaterkę mojej powieści „Dwanaście, albo wychowanie kobiety w warunkach nieprzyjaznych życiu”; nie osobiście, nie jako Iren Rozdobudko. Nie lubię wchodzić w rolę fanki. Miałam kiedyś okazję spotkać się ze swoim idolem-poetą i po tym kiedy nas sobie przedstawiono… uciekłam do toalety (śmiech).

Dlaczego?

Chciałam być równorzędnym partnerem, na takich samych prawach; nie kimś z ulicy. Przed spotkaniem z Margaret Atwood chciałabym, żeby wiedziała, kim jestem.

Czy ktoś z Pani rodziny został w Doniecku?

Mamę zabrałam w 2014 roku. Zostali tam tylko brat i bratowa mamy. Wujek jest starszym, schorowanym człowiekiem, jeździ na wózku, nie chciał się przeprowadzać. Nie rozmawiamy też na tematy polityczne.

Co wpłynęło na Pani decyzję o przeprowadzce do Kijowa?

Zawsze byłam samodzielna. Kiedy rodzice się rozstali, mama dała mi dużo wolności. Już w siódmej klasie podejmowałam własne decyzje. Byłam posłuszna, ale miałam silny charakter – to mnie nieraz ratowało.

O słowie, młodych pisarzach i melodii języka

Czym jest dla Pani słowo?

Słowo to Bóg, muzyka, zapach, ruch. Kiedy wybieram książkę, muszę poczuć dreszcz już przy pierwszym akapicie. Dla mnie słowo jest jak żywa istota, z którą należy rozmawiać z szacunkiem. Gdy piszę, mam wrażenie, że to ono prowadzi mnie – nie odwrotnie.

 I to jest piękne.

A co sądzi Pani o młodych pisarzach?

Są fantastyczni – zorganizowani, wspierający się, wiedzący, czego chcą. Kiedy jestem w ich środowisku, czasem mam wrażenie, że są dojrzalsi ode mnie (śmiech). Brakuje w nich naszej dawnej buntowniczości – ale to dobrze. My musieliśmy się buntować, oni mogą po prostu tworzyć.

Jaki jest Pani stosunek do audiobooków?

Jestem za, jeśli nie są pirackie. Świat się zmienił, ludzie słuchają książek, będąc w ruchu. Dzięki audiobookom książki żyją. Szkoda tylko, że autor nie ma z tego ani grosza. Niektórzy słuchają ich w samochodach, na spacerach – cieszę się, że moje słowa im wtedy towarzyszą.

To nowy rodzaj intymności.

Czy można dziś żyć z pisania?

Nie lubię słowa pisarz. Żeby się utrzymać, trzeba mieć inne źródła dochodu. Inaczej można stać się karykaturą samego siebie. Zawsze trzeba mieć zapasowe lotnisko. Wtedy loty są bezpieczniejsze.

Jak zatem określiłaby Pani swoją profesję, skoro nie mianem pisarki?

Jestem człowiekiem, który mówi do innych poprzez litery na papierze (uśmiech). Jeśli powiem, że jestem pisarką, Bóg może zakręcić kurek weny, lepiej więc mówić ciszej i pisać dalej.

Kino, scenariusze, wykłady

Czy miała Pani kiedyś do czynienia z sytuacją, w której ktoś naruszył Pani prawa autorskie?

Tak, choć to wiązało się bardziej z brakiem etyki i lojalności. Przykład? Na podstawie mojej powieści „Tu i teraz” powstał ośmioodcinkowy serial pod roboczym tytułem ,,Serce wie”, którego scenariusz został sześciokrotnie przerobiony przez cztery zatrudnione w tym celu osoby. Jako autorka dialogów współuczestniczyłam w procesie jego powstawania. Producent zdobył fundusze dzięki mojej pracy. Byłam w szoku. Gdyby choć zadzwonili, pogratulowali, byłoby inaczej. Serial wielu się podobał, mnie nie. Wystarczyłoby zachować ludzką przyzwoitość.

Dlaczego nie występuje Pani już w filmach?

Nie jestem aktorką. Zagrałam epizodycznie w „Guziku”, pojawiłam się też w „Tajemniczej wyspie”, choć nie w rolach mówionych. Kiedyś, w młodości chciałam zagrać Marię Stuart, znałam nawet wszystkie monologi Schillera, do dziś potrafię je wyrecytować; ale teraz – nie. Wolę być po drugiej stronie kamery.

Jak doszło do tego, że została Pani wykładowcą akademickim?

Poznałam kierownika katedry reżyserii i dramaturgii filmowej uczelni Karpienki-Karoho, Valentyna Witalijowycza Marčenkę, który zapytał: Masz cztery dobre filmy, czemu nie uczysz? Otrzymałam taką propozycję. Najpierw odmówiłam; ale potem się zgodziłam. Tak to się zaczęło. Dziś uczę z pasją, ale też z odpowiedzialnością, bo młodzi słuchają bardzo uważnie tego, co mówię.

Jakie rady daje Pani studentom?

Czytać, słuchać dobrej muzyki (najlepiej klasycznej), oglądać dobre kino… i być sobą! A także nie bać się przyznać do niewiedzy. Mówić, jeśli coś jest nie tak. I nie kopiować, nie przejmować: ani cudzych pomysłów, ani cudzych lęków.

Czy jest coś, czego Pani zdaniem, brakuje dziś ukraińskiemu kinu?

Profesjonalizmu i teorii. Mamy czternaście struktur scenariuszowych – kto o nich pamięta? A to właśnie te narzędzia pozwalają robić kino głębsze i bardziej wyraziste. Ale to wszystko jeszcze przed nami.

Wojna, wolontariat i nowe książki

Jak zmieniło się Pani życie po 2022 roku, czyli po wybuchu wojny?

Nie zmieniła się moja codzienność – zostałam w Kijowie, prowadziłam zajęcia, starałam się trzymać wszystko w ryzach. Pomagałam tam, gdzie mogłam – bez rozgłosu. Piątego dnia wojny wysłałam książki dla dzieci ewakuowanych na Litwę. Staram się częściej angażować w podobne akcje – inni pisarze robią nawet więcej. Uważam, że o wojnie można pisać tylko wtedy, gdy samemu się ją przeżyło.

Czy nadal pisze Pani scenariusze?

Tak, ale rzadziej. Czekają na realizację u dobrych producentów, a ponieważ są trudne i kosztowne, trzeba najpierw pozyskać na nie środki. Scenariusz to rzemiosło.

Teraz bardziej chcę się skupić na pisaniu książek. I to takich, które się przykleją do duszy.

Czy „Rajskie jabłuszka” to książka dla dzieci?

Niezupełnie. To książka o okupacji Kijowa, o codziennym życiu w obliczu wojny oraz o doświadczeniach mieszkańców Donbasu. Ale choć jest to zbiór opowiadań wojennych, który przedstawia też ciężkie przeżycia; to chciałam, żeby mimo wszystko była optymistyczna. Anioły na okładce to moje szkice na szkle. Maluję, kiedy nie mogę pisać.

Czy tłumaczenie na język polski powieści „Przyleciała jaskółeczka”, opowiadającej o słynnej melodii ukraińskiego kompozytora Mykole Leontowycza, było Pani inicjatywą?

Nie. To prezent od wydawnictwa. Książka właśnie trafiła do polskich księgarń. Cieszy mnie to, bo Polska w sensie kulturowym zawsze była mi bliska.

Które z Pani książek wkrótce się ukażą?

Nowa powieść została oddana do wydawnictwa Vivat i o ile wiem, jest już w przedsprzedaży. Jej fragment stał się kanwą filmu ,,Po ludzku”, nagrodzonego w 2023 r. w Kanadzie na Toronto International Women Film Festival. Pracuję też nad kolejną książką, ale to na razie tajemnica, mogę zdradzić tylko tyle, że będzie bardzo osobista.

Jaka jest misja Pani twórczości? Co chciałaby Pani przekazać czytelnikom poprzez swoje książki?

Nie piszę książek tylko po to, żeby po prostu były. Świat jest dziś z jednej strony bardzo emocjonalny, a z drugiej – obojętny. Twórczość w XXI wieku powinna pełnić jakąś rolę, być narzędziem zmiany. To nie są tylko litery, które przeczytasz i zaraz zapomnisz.

Czy chciałaby Pani mieć prywatną bibliotekę?

Nie. Ale marzę o kawiarni przy trasie. Nazywałaby się „Omlet”. Może z dystrybutorem paliwa obok. Samotność i jednocześnie ruch dookoła (śmiech).

Przyjaźń w środowisku literackim

Czy prawdziwa przyjaźń istnieje w świecie literackim?

To zależy od człowieka; nie od środowiska. Ostatnio ktoś mi powiedział: Nie myśl, że ci nie zazdroszczą – zazdroszczą. Ale ja tego nie zauważam. Mam przyjaciółki, które bardzo cenię: Lesię Voronynę i Galinę Wdowyczenko. Mogę do nich zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Są też wierni towarzysze i ludzie, których sukcesy mnie cieszą.

Co budzi Pani irytację?

Złe pisanie. I jeszcze coś… Otóż mam podejrzenie, że sztuczna inteligencja zaczyna niektórym pomagać. Teksty są zbyt gładkie. Dlatego piszę inwersyjnie – żeby żaden algorytm się nie wcisnął.

Czy literatura, Pani zdaniem, powinna unikać kontrowersji?

Nie. Jeśli poddamy literaturę poprawności, nie będziemy mieli własnych Palahniuków czy Millerów. Pisarz może pisać o wszystkim, a czytelnik zdecyduje, co wybiera. Ważne, by nie utożsamiać autora z bohaterem. Jeśli pisarz zacznie się autocenzurować, to nie jest wolność.

Jak odebrała Pani sprawę z udziałem Lesi Voroniny?

Przypomnę, chodziło o to, że podczas prezentacji Pani książki przyjaciółka miała niefortunnie wypowiedzieć się o 12-letnim chłopcu z autyzmem. Półżartem, półserio powiedziała wtedy, że jest on ,,istotą, która przyciąga uwagę”, co wywołało kontrowersje i szeroką falę krytyki, ponieważ wypowiedź miała miejsce podczas dyskusji o literaturze dziecięcej i integracji osób z różnymi potrzebami. Voronina publicznie przeprosiła i wyjaśniła, że nie zdawała sobie sprawy ze stanu zdrowia chłopca w momencie wypowiedzi.

To mną wstrząsnęło. Przeżywałam to z nią bardzo. W naszym społeczeństwie wystarczy iskra. Uczę studentów: jeśli czegoś nie widziałeś i nie słyszałeś – nie oceniaj! Nie komentuj wprost. Nie bądź okrutny.

Życie prywatne

Jak poznała Pani swojego męża, Ihora Zhuka, który jest bardzo wszechstronnym człowiekiem?

Przypomnę: to bard, poeta i autor piosenek, dramaturg teatralny i filmowy, a także fizyk i projektant. Wielokrotny laureat Nagrody im. Wasyla Stusa (1997). Zdobywca I nagrody Ogólnoukraińskiego Wernisażu Poetyckiego „Róże i winogrona” im. Mykoły Rylskiego (2006) oraz laureat Ogólnoukraińskiego Konkursu „Koronacja słowa” (2019) – I miejsce w kategorii „Poezja śpiewana”.

Pierwszy raz zobaczyłam go w telewizji, będąc jeszcze małą dziewczynką. Minęły lata. Przypadkowe spotkania, wspólna praca, znajomi – tak się poznaliśmy. Jakby ta historia była napisana wcześniej…

Czym dla Pani jest macierzyństwo?

To bycie z dzieckiem zawsze: w radości i w smutku. Mam trzy córki, ale szczególną więź mam z Janą. Przeszłyśmy wiele. Zawsze byłam po jej stronie, nawet jeśli farbowała włosy na zielono. Innymi słowy – dałam jej swobodę, a ona sama wybrała dla siebie niezależne życie.

Dziękuję za rozmowę.

Na zakończenie wiersz Iren Rozdobudko

Poetę zabić – sprawa nie jest trudna.
On sam idzie na zew, jakby z więzienia,
Chory czy zdrów, gna w noc, wzywając wozaka,
W kłębku zapomnienia, w rozpaczy – bez tchu.

Gdy nie ma koni, a czas się rozmywa,
Myje kufle w karczmie dla hulaków,
Deklamując poematy ladacznicom.
A gdy i to mu się znudzi – odchodzi.

Zostaje wybór: rozkosz czy wieczność.
Wśród kłamstw i próżniactwa poeta
Znajdzie pogodny sposób na wolność…

I wieczna droga – przez sny i obozy.
I wieczny strach – służyć chamowi.
I wieczny ciężar – mówić ze światem.
I wieczna miłość – nad wieczność wyżej…

Przejdź do treści