W ramach VI MIĘDZYNARODOWEGO DNIA EDUKACJI POLONIJNEJ organizowanego przez Polish Academy of Social Sciences and Humanities in London, czasopismo literacko-artystyczne Ypsilon przeprowadziło Konkurs na POLONIJNEGO ARTYSTĘ ROKU „Kreatorzy uczuć i wyobraźni”.
W tym roku wyniki ogłaszaliśmy w Atenach.
Miło nam poinformować, że Jury Kwartalnika YPSILON w składzie:
Agnieszka Modrzejewska
Beata Poczwardowska
Grzegorz Misiak
Sylwester Kurowski
wyłoniło Laureatów w kategoriach: Poezja, Proza, Dzieła plastyczne.
1. W Kategorii Poezja Jury przyznało jedną nagrodę – miejsce pierwsze, Pani Zofii Delest z Niemiec.
Wiersze Pani Zofii Delest poruszają do głębi. Uderzają w emocje, pozostawiając w umyśle czytelnika wyraziste obrazy, skłaniając do zadumy i poruszając do głębi. Ich siła tkwi zarówno w treści, jak i w prostocie przekazu, który mimo subtelnej metaforyki, zachowuje dosadność fabularną i emocjonalną w swojej formie.
2. W Kategorii sztuki wizualne Jury przyznało również jedną nagrodę – miejsce pierwsze, Pani Magdalenie Scholle ze Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Styl artystyczny Magdaleny Scholle charakteryzuje się niezwykłą różnorodnością i głębią emocjonalną. W swoich pracach artystka często eksploruje tematy związane z duchowością, melancholią i intymnością relacji międzyludzkich. Jej obrazy wyróżniają się subtelnością w doborze kolorów, wyczuciem światła i cienia oraz kompozycją, co pozwala na przekazanie głębokich treści za pomocą oszczędnych środków wyrazu.
Artystka z powodzeniem łączy klasyczne podejście do portretu z nowoczesnymi technikami, co sprawia, że jej dzieła są zarówno ponadczasowe, jak i wyjątkowo osobiste.
Kategoria
3. Proza
W związku z tym, że w tym roku napłynęło bardzo dużo prac konkursowych, w kategorii proza, Jury postanowiło przyznać aż cztery nagrody. Miejsce trzecie, dwa równorzędne miejsca drugie i oczywiście miejsce pierwsze.
I tak: miejsce trzecie Jury postanowiło przyznać Pani Jadwidze Rudnickiej (Niemcy) za utwór pod tytułem ,,Ptak w sieci”.
Za ukazanie: rodzącej się w kobiecie niezależności, za mozolny acz skuteczny proces uwalniania jej spod jarzma patriarchatu, za wyplątanie bohaterki z sieci: bezsilności, pomówień, trosk i zmagań, które doganiały ją wszędzie, również na emigracji, by ostatecznie przegrać w starciu z jej siłą charakteru i odwagą oraz za zagrzewanie do walki o każdy nowy dzień, przeżyty w zgodzie z własnymi pragnieniami i dążeniami.
Miejsca drugie ex aequo:
Jury postanowiło przyznać miejsce drugie pani Kindze Eysturland (Urugwaj) za utwór ,,Fugloy”, który prowadzi nas do mroźnej i mrocznej Skandynawii drogą: tajemnicy, zaciekawienia i nieprzewidywalności, wyrzutu adrenaliny i ciarek na plecach, ale bez niezdrowej sensacji, przemocy czy kortyzolu.
Równorzędne miejsce drugie Jury przyznało Pani Paulinie Czubatce (Wielka Brytania) za utwór ,,Na pograniczach świata”.
Za intrygującą fabułę opartą na splataniu się dwóch równoległych światów: ziemskiego ze światem duchów, które dużo przeszły w swojej rodzinnej Kiernozi i nie bardzo chcą ją opuścić. Eliza i Anika to bohaterki dwóch różnych czasoprzestrzeni, które los pchnął w to samo miejsce ku innemu celowi. Utwór pozostawia duże pole interpretacyjne, by sam czytelnik mógł ocenić, który z tych światów da się zrozumieć naprawdę.
I wreszcie miejsce pierwsze Jury postanowiło przyznać Pani Zofii Delest (Niemcy) za utwór sceniczny pod jakże wymownym tytułem ,,Rzeź w języku esperanto. Europa. Postpamięć”.
Za eklektyzm sztuki słowa ze sztukami plastycznymi i muzycznymi, a także synkretyzm społeczno-polityczny. Za gotowość przypominania światu o jego słabościach, bolączkach i okrutnej powtarzalności. Historia jak tocząca się po zboczu piłka, wciąż uparcie upada na tę samą stronę. Czy ludzkość wreszcie czegoś się nauczy, spróbuje ocknąć z marazmu, a którąś z toczących się wojen raz na zawsze uczyni ostatnią? Z tymi rodzącymi się pytaniami, odsyłamy do utworu.
Laureatom najserdeczniej gratulujemy, a wszystkim uczestnikom tegorocznej edycji konkursu dziękujemy za wzięcie w nim udziału.
UTWORY
POEZJA
Zofia Delest
Szmata Weroniki
gdy słowo miłość
oznacza nagle tyle co dywan stary wytarty
na którym leżysz i błagasz o litość
więdną róże
a ty zastanawiasz się
„dlaczego nie krzesło?”
do niego można przecież przywiązać ręce i nogi
i bić do upadłego
siedzi pośród wiórów swojego jestestwa pocięta na kawałki
waży w ręku iluzje
które jej sprzedano jako małej dziewczynce gdy jej oczy miały jeszcze kolor
i próbuje się posklejać z trocin
w rozsypanych włosach skryły się wspomnienia które nie chcą zasnąć
trochę podobne do małych urwisów szukających po psocie schronienia w polu kukurydzy
co znaczy „kochać”? kto pisze słowniki
ogólnodostępne w bibliotekach? o kant dupy je obić
obok leży rozlane dziecko
rozrysowaliście w nas
z blizn utkaną pajęczynę spaliliście duszę
(z oczodołów nie da się przecież nic wyczytać)
głuchy pogłos niesie się wspomnieniem latami: to głowa
która uderzyła o te diabelnie drogie kafelki (czy on pamięta, jak je razem wybierali?)
szelest rozsypujących się na podłodze włosów postawił kropkę nad „i”
wybiła jej prywatna godzina zero
jej chustą Weroniki stanie się szmata
którą z namaszczeniem zbiera resztki tego
co po ostatnim kopnięciu wypłynęło z jej macicy
czy jeszcze kiedyś pobiegnę?
róża mogłaby równie dobrze nazywać się krzesłem a kamień dywanem
Kobietom, będącymi ofiarami przemocy domowej
PROZA - miejsce I - Zofia Delest
RZEŹ W JĘZYKU ESPERANTO
Europa. Postpamięć.
Wykorzystano prawdziwe historie oraz fragmenty rozmów z przedstawicielami społeczeństwa w Niemczech i Polsce. Koncept stworzenia i opracowania sztuki w zakresie merytorycznym: Zofia Delest.
Koncept opracowania sztuki w zakresie tanecznym: Zofia Delest i Beata Cholewa-Mazurowska. Choreografie: Tancerze występujący w spektaklu w konsultacji z Zofią Delest i autorami wykorzystanych prac plastycznych.
WPROWADZENIE
Sztuka ma być z założenia głosem ludu. Pierwsza wersja tekstu powstała w pierwszym kwartale 2022 r. i jest wynikiem ponadrocznej pracy z przedstawicielami różnych kultur, którzy w wywiadach, rozmowach, dyskusjach, warsztatach artystycznych, jak i podczas historycznej gry miejskiej odnosili się do postawionego im pytania, czym dla nich osobiście oraz w ich kręgu kulturowym jest pojęcie wolności. Uczestnikami tego
laboratorium badań były osoby z czternastu krajów położonych na czterech kontynentach.
Akt I jest wynikiem długich dyskusji prowadzonych z uczestnikami projektu nt. wydarzeń historycznych, które w ich pojęciu są kluczowe dla wybranego regionu i do dziś mają wpływ na jego sytuację polityczną. Rozmowy te autorka wsparła opiniami historyków, wykładowców filozofii oraz literatury. W wersjach „Europa XX w” oraz „Europa. Postpamięć” wykorzystano protokoły rozmów Churchilla z Mikołajczykiem.
Akty II i III bazują na zebranych osobistych historiach uczestników projektu, osób pochodzących z różnych grup społecznych. Rozmówcami byli m.in. migranci, uchodźcy, były oficer Stasi, neonazista, aktywiści organizacji pożytku publicznego, politycy itp. Dodatkowo w akcie II zaplanowano w ramach choreografii, taneczną interpretację wybranych z powstałych w ramach warsztatów artystycznych prac (rzeźb i kolaży), którymi uczestnicy odpowiadali na pytanie, czym dla nich są pojęcia wolności i demokracji. (Załącznik nr 2) W akcie III autorka oparła się o przeprowadzone przez nią wywiady z uczestnikami projektu w fazie zbierania materiałów do sztuki. Ten załącznik w wersji pisanej daje tylko zarys charakteru wypowiedzi w tej części. Oryginalny załącznik składa się z nagrań audio z przeprowadzonych przez autorkę wywiadów.
„Laboratorium badań nt. pojęcia wolności” de facto trwa nadal, a sama sztuka jest spektaklem modułowym. To oznacza, że poszczególne klocki całej układanki można wyjąć i ustawić w innej konstelacji, zmieniając przy tym charakter utworu. Niniejszy tekst stanowi już kolejną wersję pierwotnie powstałego dramatu, właśnie w wyniku podmiany poszczególnych modułów. Częścią składową treści dramatu jest załącznik z zebranymi historiami, które reżyser może wykorzystać i dowolnie układać w nowej inscenizacji.
Wskazówki dla reżysera:
Sztukę można określić jako work in progres. Autorka nadal zbiera historie, które dopisuje do poszczególnych załączników. Dramat ma strukturę modułową. Zawarte historie marionetek oraz opowieści odgrywane w II akcie można wymieniać na historie innych osób, zastępować nowymi, aktualniejszymi wydarzeniami bądź sięgnąć do odleglejszej historii i skupić się na wydarzeniach z przeszłości. Poszczególne moduły do podmiany znajdują się w załącznikach stanowiących integralną część dramatu. Dopuszczalne jest skupienie się na jednym regionie, czasie lub tj. jak autorka obecnie się zdecydowała, wskazać na
globalny i ponadczasowy wymiar podjętego tematu. Warunkiem jest, aby wybrane historie zostały zebrane w pracy ze społeczeństwem. Możliwe jest także odniesienie się do innych rzeźb, obrazów itd. poświęconych tematyce wolności oraz demokracji. W celu pozostania jak najbliżej idei głosu ludu autorka preferuje, aby to aktorzy stworzyli własne interpretacje choreograficzne do przedstawianych dzieł sztuki w II akcie, ewentualnie by zostały one wypracowane w ramach warsztatów teatralnych z lokalną społecznością.
Scena bójki i ewentualne historie w scenie „Rewolucji” wymagają od reżysera ciągłego śledzenia aktualnych społecznych konfliktów, a następnie wkomponowania ich w tekst sztuki.
AKT I
FILOKTET 1: Я Филоктет. Я стою на берегу, позади меня развалины Европы. FILOKTET 2: Ich bin Filoktet. Ich stehe an der Küste, im Rücken die Ruinen von Afrika. FILOKTET 3: Ana Filoktetes. Akef ualashate. Waraee anqadu Asia.
W tle rozbrzmiewają odgłosy wojny.
FILOKTET 1: Soy Filoctetes. Estoy de pie en la orilla, las ruinas de América del Sur detrás de mí. FILOKTET 2: I‘m Filoktet. I‘m standing at the edge. Behind me the ruins of Australia.
FILOKTET 3: Jestem Filoktetem. Stoję na brzegu, za mną ruiny Europy. FILOKTET 1: Я Филоктет. Я стою на берегу, позади меня…
Odgłosy wojny stają się głośniejsze, przeplatają się z fragmentami przemów dyktatorów oraz przywódców innych państw nawiązujących w swoich wystąpieniach do konfliktów zbrojnych. Filokteci próbują, jak największej liczbie osób przekazać swoją wiadomość, ale gdy otwierają usta są bezgłośni. Kiedy włącza się alarm przeciwbombowy, próbują jeszcze usilniej w pośpiechu przekazać swoją wiadomość innym. Eksplozja bomby. Filokteci upadają na ziemię. Ich ciała trzęsą się ze strachu. Gdy odgłosy wybuchu ucichają, rozbrzmiewa pisk podobny do szumu w uchu po wybuchy lub dźwięku aparatury po śmierci pacjenta. Postaci popadają w bezruch.
Muzyka. Leżący zaczynają się powoli poruszać, szukać innych. Ich ruchy przypominają jednak rośliny puszczające pędy. W końcu się odnajdują. Leżąc w kręgu obmacują się i wąchają nawzajem. Zaczynają budować małą wspólnotę, w której dochodzi do tańca magnesów (przyciąganie/odpychanie). Na koniec rozpadają się na indywidua. Filoktet ląduje na uboczu.
NEOPTOLEMOS zbliża się do Odyseusza. Ten leży na trawie, wkłada źdźbło trawy do ust i kieruje twarz w stronę słońca. Neoptolemos zaczyna znudzonym głosem, ziewając:
Nudno, nie uważasz?
Odyseusz milczy.
NEOPTOLEMOS: Odyseuszu!
ODYSEUSZ: Łapię promienie słoneczne.
NEOPTOLEMOS: Uważaj, żeby cię słońce nie spaliło1. Nie chcesz przecież skończyć jak Kotow.
Odyseusz patrzy w końcu na Neoptolemosa i siada.
ODYSEUSZ: No dobrze, co proponujesz?
NEOPTOLEMOS: Musimy zdecydować, co będzie naszą następną Troją. Pokazuje na oślep różne miejsca, na leżącej przed nim mapie.
ODYSEUSZ: Tak daleko nie zajdziemy. Musimy myśleć w bardziej zorganizowany sposób. Przez chwilę się zastanawia. Co już mieliśmy?
NEOPTOLEMOS: Wojnę trzydziestoletnią, dwie wojny stuletnie, wojny kolonialne, Chiny… Dużo tego było.
W tle daje się słyszeć krzyki i płacz.
NEOPTOLEMOS: Co to jest?
1 Odniesienie do filmu „Spalenie słońcem”.
ODYSEUSZ ruhig: Ach, włączyłem wrzaski uchodźców z Ukrainy za około 100 lat. Przy nich lepiej mi się myśli. Zastanawia się dłuższą chwilę, w końcu mówi: Musimy ściągnąć tego tam. Głową wskazuje na Filokteta. Potrzebujemy go do następnego rozdania kart.
NEOPTOLEMOS: Świetnie się składa. Akurat wczoraj byłem u rzeźnika.
Neoptolemos wyciąga z torby kawał mięsa i rzuca w kierunku Filokteta. Ten spogląda krótko na rzucone w jego kierunku mięso, ale zaraz odwraca się. Neoptolemos próbuje go zwabić tj. jak się przywołuje koty czy kury. Filoktet w końcu się odwraca i przygląda raz mięsu, raz Odyseuszowi i Neoptolemesowi.
NEOPTOLEMOS wabiąc: No chodź! Będziesz miał okazję, aby użyć swojego łuku.
Filoktet zastanawia się, patrzy podejrzliwie.
NEOPTOLEMOS: Chodź, chodź. Kici, kici, kici. Cip, cip, cip.
ODYSEUSZ wtrąca się: Nie, to nie. Zagramy sami, a on może się przyglądać i żałować. ODYSEUSZ tasuje karty i mówi do Neoptolemosa: Teraz jesteś… Hmm, daj mi się zastanowić. NEOPTOLEMOS: Chcę być Brazylią!
ODYSEUSZ: Dlaczego akurat Brazylią?
NEOPTOLEMOS: Tak jakoś pomyślałem o wojnach narkotykowych. ODYSEUSZ: Nie Neoptolemosie, chcę pozostać na półkuli północnej. NEOPTOLEMOS: To w takim razie chcę być… Japonią!
ODYSEUSZ: To nie pasuje do mojego konceptu.
NEOPTOLEMOS: Właściwie, to dlaczego zawsze Ty decydujesz, kto jest kim?
ODYSEUSZ: Żebyśmy mieli większy ubaw. Ty jesteś teraz…hmm… Bułgarią… a… Nie! Ty jesteś teraz Polską, a on (wskazuje głową na Filokteta) jest Ukrainą.
Odyseusz rozdaje karty.
Gra 1: Rada Czterech – Polska – Ukraina
ODYSEUSZ (zwraca się do Neoptolemosa): Zgromadzenie podjęło decyzję, że otrzymacie tę kartę. NEOPTOLEMOS: (zaczyna niewyraźnie mamrotać pod nosem, splata i rozplata przy tym nerwowo ręce, niewidzącym wzrokiem prześlizguje się po różnych punktach, w sumie nie wiadomo do kogo mamrocze): Musimy podjąć decyzję o dostarczeniu czołgów Leopard. Tę jakże istotną decyzję należy rozważyć w sposób…
ODYSEUSZ (patrzy poirytowany w jego stronę): Na Zeusa! Rozum ci odjęło? Nie teraz człowieku! Jesteśmy ponad sto lat wcześniej.
NEOPTOLEMOS: Aha! (odchrząkuje, zmienia pozycję na ofensywną i zaczyna już innym, donośnym tonem.) Aby wyrównać historyczną niesprawiedliwość, która zakończyła się zniknięciem naszego kraju z kart Europy na ponad 120 lat, należą się nam jeszcze as kier oraz król i dama karo!
Filoktet podpełza powoli w kierunku grających i wyciąga swoją rękę po jedną z kart. Odyseusz na nowo tasuje karty i kładzie dwie z nich przed Neoptolemosem. Trzecią kładzie przed wyciągniętą ręką Filokteta. Gdy ten po nią sięga, Odyseusz przykrywa ją swoją dłonią i przesuwa w kierunku Neoptolemosa.
NEOPTOLEMEUS: Juhu! Śmieje się całym ciałem.
FILOKTET: Znowu mnie zrobiliście w bambuko.
ODYSEUSZ: Spokojnie. To była pierwsza runda. Teraz przyszedł czas na drugą.
Cała trójka zmienia swoje miejsca, jakby siedzieli na karuzeli.
Gra 2: ZSRR – Wielka Brytania – Polska
Odyseusz tasuje karty. Filoktet sięga po kawałek mięsa i wgryza się w nie.
ODYSEUSZ (zwraca się do Neoptolemosa): Jesteś ciągle Polską.
FILOKTET: Jestem najedzony. Z tej rundy rezygnuję. Muszę mieć potem jeszcze miejsce na kolejne przekąski.
Kładzie się i zasypia.
ODYSEUSZ zwraca się do Neoptolemosa, kładzie wolno kartę przed nim i zadaje pytanie:
Przyjmujesz tę ofertę?
NEOPTOLEMOS: Nie. Linia Kurzona nie wchodzi w rachubę. Nasz rząd nie może podjąć tej decyzji bez wysłuchania opinii narodu. Przy takim przebiegu granicy, stracilibyśmy prawie połowę naszych terytoriów.
ODYSEUSZ: You are callous people who want to wreck Europe. I shall leave you to your own troubles. You don‘t take care of the future Europe. You have only your own miserable selfish interest in mind.
NEOPTOLEMOS: Panie Premierze, jeśli walkę naszych żołnierzy na różnych frontach, w tym w pańskim kraju, nazywa pan egoizmem…
ODYSEUSZ: Jesteśmy sojusznikami.
NEOPTOLEMOS: Pozwoli pan przypomnieć sobie, że byliśmy nimi też przed pięcioma laty! Odyseusz: Co to ma znaczyć?
Neoptolemos prycha i kręci głową.
ODYSEUSZ: I feel like in a lunatic asylum. I don‘t know if our governemnt will continue to recognize you.
Odyseusz wstaje i opuszcza miejsce rozmów. Neoptolemos przeżywa załamanie nerwowe. Filoktet się budzi. (Bezgłośnie śmieje się całym ciałem.)
NEOPTOLEMOS krzyczy: Przyjdzie dzień, w którym Europa zażąda od nas solidarności! Tego dnia wystawimy wam rachunek!
ODYSEUSZ: Właściwie to mi ich żal.
FILOKTET: Chwila, jeśli tak jak on (wskazuje na Neoptolemosa) pozostaję w swojej wcześniejszej roli Ukrainy, to znowu mnie oszukaliście.
Zmiana miejsc jak na karuzeli.
Gra 3: Alianci zachodni – ZSRR – NRD
NEOPTOLEMOS (Zaczyna znowu niewyraźnie mamrotać pod nosem, splatać i rozplatać przy tym nerwowo ręce, ponownie niewidzącym wzrokiem prześlizguje się po różnych punktach). Musimy podjąć decyzję o dostarczeniu czołgów Leopard. Tę jakże istotną decyzję należy rozważyć w sposób…
Odyseusz tasuje karty i patrzy na niego z dezaprobatą, po czym mówi przez zęby.
ODYSEUSZ: Jeszcze nie teraz. (Po chwili wraca do swojej roli.) Podpisaliśmy porozumienie. Nagle Odyseusz unosi się częściowo. Wygląda jakby był marionetką, którą ktoś pociągnął za sznurki.
FILOKTET: O Bogowie! Znowu jakieś porozumienie. ODYSEUSZ: Mówię o starym układzie.
FILOKTET: (uspokojony) Ach, jeśli mowa o starych umowach… ODYSEUSZ: Musimy je zmienić.
FILOKTET: Nie, nie zgadzam się!
ODYSEUSZ (Odkłada potasowane karty i zaczyna zaznaczać granicę na niewidzialnej mapie.) Ten tutaj podzielony naród połączymy ze sobą, tych tutaj zostawimy podzielonych, a rakiety przesuniemy stąd tam. W zamian możemy im coś tam obiecać.
FILOKTET: Hola, hola! Co za przenoszenie rakiet?!
ODYSEUSZ: W zamian za gwarancję nienaruszalności twoich granic. To chyba dobry układ? NEOPTOLEMOS: Moment, gdzie my właściwie teraz jesteśmy? W Azji Wschodniej, czy gdzie? ODYSEUSZ: Tam graliśmy przedwczoraj.
NEOPTOLEMOS: (niepewnie) Bliski Wschód…? ODYSEUSZ: (zirytowany) Weź się skup!
FILOKTET: Nadal siedzimy w Europie i już to czuję, że mnie znowu wyrolujecie.
NEOPTOLEMOS: (zaznaczając na niewidocznej mapie tereny) Skoro jesteśmy w Europie, to chcę to tutaj, i jeszcze to. Tym razem Neoptolemos zaczyna się poruszać, jakby był marionetką, którą ktoś wprowadził w ruch.
ODYSEUSZ: I gdzie twoim zdaniem leżą te tereny?
NEOPTOLEMOS: Na granicy między blokiem wschodnim, a zachodnim.
ODYSEUSZ: Wreszcie zaczynasz myśleć. Aby Europę na nowo podzielić, trzeba najpierw zjednoczyć. W końcu chodzi o strefę buforową, tzw. drugi świat.
Zmiana miejsc jak na karuzeli.
Gra 4: Kohl (RFN) – Deutsche Bank – de Maizière (NRD)
Odyseusz tasuje karty.
FILOKTET: Proponuję połączenie naszych obydwu niemieckich hymnów. Poza kwestią gospodarki, wspólnej waluty, ustawodawstwa musimy mieć też na uwadze symbolikę wspierającą jedność naszego narodu.
ODYSEUSZ (zirytowany): Nie! Pan najwidoczniej nadal nie rozumie. My nie rozmawiamy tutaj o nowym tworze politycznym, tylko o przystąpieniu pańskiego kraju do naszego!
Neoptolemos zbiera karty. Zastanawia się chwilę, po czym daje jedną z nich Filoktetowi. Filoktet sięga po więcej, ale Neoptolemos trzepie go po wyciągniętej ręce. Filoktet patrzy z bólem na niego, następnie sięga po otrzymaną kartę i zaczyna się jej przyglądać. W końcu pyta.
FILOKTET: Kto właściwie wyprodukował te karty?
ODYSEUSZ: Nie mam pojęcia, przywiozłem je jako pamiątkę z podróży zza oceanu.
FILOKTET: Spójrzcie, co tu jest napisane. (Odczytuje tekst z karty na głos): ,,Wolność nie jest tym samym, czym jest niezależność.”
Neoptolemos zaczyna brać karty jedna po drugiej, sprawdza je, po czym zaczyna czytać na głos:
,,Panujące idee danego czasu były zawsze ideami panującej klasy“ (Marks). „Tylko zmarli widzieli koniec wojny“ (Platon).
ODYSEUSZ schyla się w kierunku Neoptolemosa, bierze następną kartę do ręki i też odczytuje głośno: „Zniewoleni mogą co kilka lat podjąć decyzję, którzy przedstawiciele klasy sprawującej ucisk, będą mogli reprezentować ich w parlamencie“ (Marks).
NEOPTOLEMOS czyta dalej: „Stwórzmy jeden, dwa, trzy Wietnamy“ (Che Guevara). FILOKTET: (zbliża się, bierze ostatnią kartę i odczytuje) „Każdy z nas może być następny“ (Gaddafi).
Wszyscy spoglądają na siebie z lękiem. Odsuwają się od siebie, rozglądając się niespokojnie. Nagle na pierwsze dźwięki „Procession” Vangelisa zaczynają się poruszać, jak lalki pociągane za sznurki. Niewidzialna siła odciąga je od siebie w trzech kierunkach.
AKT II
Jedna z marionetek próbuje uwolnić się jako pierwsza. Gdy udaje jej się zerwać ze sterujących nią nitek, zaczyna poruszać się normalnie i rozpoczyna swoją walkę o wolność. Stanowi ją taneczna interpretacja wybranej rzeźby lub kolażu z załączonego do tekstu katalogu. Dostrzega to druga lalka, która bierze z niej przykład i też stara się uwolnić. Na koniec dołącza do nich trzecia marionetka. Gdy pierwsza lalka kończy swoją walkę o wolność, staje się wraz z trzecią lalką
tłumem drugiej marionetki, która wchodzi teraz w rolę inicjatora protestu. Jej choreografia stanowi interpretację wybranej przez nią pracy artystycznej. Po zakończeniu swojej walki, dowództwo przejmuje trzecia lalka, która ruchem interpretuje wybraną przez siebie pracę. Dwie pozostałe marionetki naśladują ją.. Opowiadają przy tym równolegle swoje historie.
PIERWSZA MARIONETKA
Historia 1 (Iran): Kocham moje dziecko. To córka, której nigdy nie urodzę. Nazwałam ją Nawar – kwiat, ale nie chcę, aby kiedyś spotkało ją coś podobnego, co Mahsę Amini w kraju mojego pochodzenia . I co z tego, że żyję teraz w Niemczech? Historia pokazała, że po świecie chodzi wielu fanatyków, a panujące systemy polityczne są jak ruletka.
Historia 2 (Polska): Pochodzę z Łodzi, miasta czterech kultur. Polacy, Niemcy, Żydzi i Rosjanie żyli tutaj obok siebie. Druga wojna światowa zmieniła to ostatecznie. To wtedy mój dziadek trafił jako robotnik przymusowy do Brunszwiku. Budował tam schrony przeciwlotnicze. Po wojnie, po tej niezwykle miłej pracy, został z niego cień człowieka.
DRUGA MARIONETKA
Historia 1 (Ukraina): Jak co dzień obudziłam się i chciałam pójść do szkoły. Mama ze wzrokiem, jakby był koniec świata, powiedziała, że zaczęła się wojna. Zaczęłam płakać. Teraz jestem tutaj. Z innymi ludźmi, w innym życiu, a mój tata i brat walczą na froncie. Dlaczego wszyscy tak szybko do tego przywykli?
Historia 2 (RFN): Czy to jego wina, że kochał mężczyzn? Najpierw hitlerowcy wsadzili go do obozu za orientację seksualną, a po wyzwoleniu, przeniesiono go do więzienia, gdzie miał odbyć karę do końca. Wiecznie tam wracał po kolejnych wpadkach. Pewnego dnia chciał uciec do NRD, bo tam nie zamykali za homoseksualizm.
TRZECIA MARIONETKA
Historia 1 (Chiny): W Chinach to normalne, że ludzie czasem znikają. Mojej matce powiedziałam, że jeśli coś takiego przytrafi się mnie, ma mnie nie szukać, ale zapomnieć i po prostu żyć dalej.
Historia 2 (Niemcy): Mój dziadek jeszcze długo po wojnie wierzył w Hitlera. Dopiero, gdy wiele lat po jej zakończeniu dowiedział się, co naziści robili z ludźmi, załamał się kompletnie. To było dla niego za dużo. Od tamtej pory w domu nigdy nie rozmawiało się o wojnie.
Po tym jak wybrzmi ostatnia historia, każda z lalek opowiada ruchem swoją własną historię uczestnictwa w protestach. Druga marionetka traci w nich życie. Jedna z protestujących podbiega do niej, pochyla się nad zmarłą, po czym ją lekko unosi. Tworzą obraz Piety z dodanymi elementami rozstania ze zmarłym z innych niż europejski kręgów kulturowych. Podchodzi trzecia marionetka.
Wspólnie budują pomnik z poległej. Potem wściekłe wybiegają na ulicę, żeby okazać swój protest. W tym czasie w pomniku budzą się wspomnienia zadanych ran i ciosów. Na koniec każda z marionetek wraca do swojej początkowej opowieści, w której interpretowały jedną z rzeźb. Tym razem nie podążają za sobą, lecz każda z nich zagłębia się we własną historię. Gdy muzyka cichnie, zamierają.
AKT III
Po krótkiej chwili trzecia marionetka podnosi się i zaczyna mówić.
TRZECIA MARIONETKA: Właściwie to żadna sztuka protestować w dzisiejszej Europie Zachodniej. Tutaj to takie proste.
Do życia zostaje powołana druga lalka.
DRUGA MARIONETKA: Co masz na myśli? My w Niemczech musimy o wiele rzeczy walczyć! Ostatnie lata dobitnie to pokazały!
Z odrętwienia wybudza się pierwsza marionetka.
PIERWSZA MARIONETKA: Ona ma rację. Kiedy ostatni raz groziła wam śmierć na ulicach? DRUGA MARIONETKA: Czy zawsze musi chodzić o śmierć i życie?
PIERWSZA MARIONETKA: Wam to, tak czy siak, nie grozi. Twierdzicie, że u nas nie ma wolności, jesteście święcie oburzeni, gdy ludzie w tym czy w tamtym kraju wybierają, według waszego morale, nieakceptowalne partie, ale to wy posłusznie wykonujecie wszystko, co się wam każe. Ponad dwa lata nosiliście te kagańce na waszych mordach. Nosiliście je nawet wtedy, gdy już w innych krajach europejskich ten obowiązek zniesiono. My za to decydujemy o nas samych i sprzeciwiliśmy się tym głupim zasadom.
DRUGA MARIONETKA: Tak, i tym samym tylko stanowiliście zagrożenie dla innych. A poza tym to podobno u was pozamykano nawet lasy, a wy daliście się zaszczuć jak szczury.
PIERWSZA MARIONETKA: A wy wierzycie, że ta wasza chybotliwa demokracja jest taka genialna!
Włącza się trzecia marionetka, kierując swoje słowa do pierwszej lalki.
TRZECIA MARIONETKA: Oni przynajmniej przyjęli nas z otwartymi ramionami. Wy nie!
PIERWSZA MARIONETKA: Trzeba było nie robić z nas za wszelką cenę najbardziej jednolitego pod względem etnicznym narodu w Europie. Teraz zebraliście swoje żniwo. Poza tym wojna na Ukrainie pokazała, jak potrafimy otworzyć nasze domy i serca. To my decydujemy, kogo wpuszczamy do naszego domu. Nie oni!
TRZECIA MARIONETKA: Taaak, zwłaszcza dla tych ludzi przy granicy, tam bardziej na północ mieliście serca otwarte na oścież.
PIERWSZA MARIONETKA: Siedzą tam, bo toczą się u nich wojny, prowadzone eksportowaną przez was bronią. Śmiechu warte, jeden z największych eksporterów broni na świecie oferuje Ukrainie, po wybuchu wojny, pięć tysięcy hełmów. Żałosne!
(Ustawia się jakby w modlitewnej pozycji i zaczyna znowu niewyraźnie mamrotać pod nosem, splatać i rozplatać przy tym nerwowo ręce, ponownie niewidzącym wzrokiem prześlizguje się po różnych punktach.) Musimy podjąć decyzję… (patrzy niepewnie w stronę wcześniejszego
Odyseusza) Teraz? (po otrzymaniu potwierdzenia kiwnięciem głowy, kontynuuje:) Musimy podjąć decyzję o dostarczeniu czołgów Leopard. Tej jakże istotnej decyzję nie należy podejmować zbyt pośpiesznie. Może za rok albo półtora, gdy wszystko się uspokoi…(Dalej mamrocze coś, czego nie da się zrozumieć.)
TRZECIA MARIONETKA: Jak to?! To my giniemy z waszej broni? Jesteście po prostu zwykłymi dupkami! (Popycha pierwszą marionetkę, ta jej oddaje.)
PIERWSZA MARIONETKA: Dopasuj język do dzisiejszych czasów: dupkami i … (Chwilę się zastanawia.) Jak będzie politycznie poprawnie, tak żeby uwzględnić również kobiety? Dupeczkami? Pierwsza marionetka przysłuchuje się, aż głośno krzyczy, atakując drugą lalkę.
PIERWSZA MARIONETKA: Eee! Przyuważ, co mówisz!
Wybucha bójka. Pierwsza marionetka dołącza.
PIERWSZA MARIONETKA (Przedrzeźniając mamrocze:) Musimy podjąć decyzję o dostarczeniu czołgów Leopard. Może wyślemy je za pięć, a może za dziesięć lat, więc mamy czas na zastanowienie się.
W tle słychać muzykę heavymetalową. Bójka wygląda momentami kuriozalnie, groteskowo. Każda z lalek wygłasza przy tym swoją opinię na tematy, które ją zajmują.
TRZECIA MARIONETKA: Cholera, niby pestycydy eksportowali, a tam matki z dziećmi w ramionach umierały.
DRUGA MARIONETKA: Będzie mi tu wypominać maseczki na twarz. Przynajmniej pokazaliśmy solidarność społeczną. I u nas zmarło mniej ludzi niż u was.
PIERWSZA MARIONETKA: Daliśmy radę, a potem nam ludzi wpychają. Jak do nas miliony przyjechały, to nikogo się nie prosiliśmy, żeby ich rozdzielić.
TRZECIA MARIONETKA: Ja im dam dupeczkę.
W toku walki agresja pierwszej i drugiej marionetki kieruje się wobec trzeciej z nich. Zaczynają ją męczyć. Ta zaczyna prosić.
TRZECIA MARIONETKA: Zostawcie mnie. No już. Starczy. Proszę, zostawcie mnie! Nie tak miałyśmy się bawić.
Druga marionetka znajduje folię i zaczyna obwiązywać nią trzecią marionetkę. Druga jej w tym pomaga. Na scenę wkracza alter ego autorki sztuki. Krzyczy, pstrykając jednocześnie do góry uniesionymi palcami.
ALTER EGO AUTORKI: Stop!
AKT IV
Podchodzi do trzeciej marionetki, odwija ją z folii i zaczyna mówić.
ALTER EGO AUTORKI: Przypomnijmy sobie odmianę czasownika: milczeć.
Ja milczę, ty milczysz, on/ona/ono milczy, my milczymy, wy milczycie, oni ją dręczą. Przytula i odprowadza na bok męczoną wcześniej marionetkę. Pomaga jej usiąść. Zwraca się w stronę publiczności, prowokująco chodząc po scenie oraz między rzędami, wygłasza do niej swoją przemowę.
ALTER EGO AUTORKI: Myślicie, że ta akcja męczenia jej należy do treści spektaklu? Dlatego każdy siedzi i nie odzywa się? W teatrze trzeba przecież siedzieć cicho. Niegrzecznie jest przeszkadzać. A nie, przepraszam. Były przypadki. Na przykład spektakl ,,Do Damaszku” w reżyserii Klaty został przerwany przez kilkanaście osób, które oburzyły ich zdaniem obsceniczne sceny seksu. Tak! Seks i
obrażone uczucia religijne (jeśli uczucia w ogóle można obrazić). Na to reagujemy. Jeszcze na głodne czy chore dzieci, czasem na psy. Nie…, wskazywać palcem na was nie będę. To już w teatrze było. Obrażanie publiczności też, a ja nie lubię kopiować. Mogłabym powiedzieć, że ten kto nie chce słuchać tej mojej tyrady, może teraz wyjść, ale to wiąże się z ryzykiem żądań zwrotów za bilety. Jakby nie było, żyjemy w czasach kapitalizmu i komercji. Nie za bardzo mogę sobie zatem pozwolić na straty finansowe. Nie! Potrzebuję was tutaj do końca. A zatem wysłuchacie, co mam do powiedzenia.
Gdy chodzi o wolność własną lub najbliższych, to jesteśmy gotowi iść ze sztachetami na ulicę. A co, gdy krzywda dzieje się innym, a ja siedzę wygodnie w swoim fotelu?
Slajd pierwszy! Na ekranie pojawia się slajd z prezentacji ppt.
W Szwecji już w 1922 roku powstał Instytut Biologii Rasowej. Jeden z czołowych polityków tamtych czasów Arthur Engberg napisał: „Mamy szczęście należeć do rasy, która jak dotąd pozostaje stosunkowo niezepsuta, rasy, która jest nosicielką niezwykle wysokich i wartościowych przymiotów.” Dało to początek sterylizacji uznanych za gorszych osobników. Potem w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Szwecja stała się numerem jeden, w liczbie odbieranych rodzicom dzieci. A wszystko pod płaszczykiem państwa opiekuńczego, które przez swoje programy wsparcia rozerwało więzy międzyludzkie i nikogo już nie interesowało, co działo się za ścianą u sąsiada.
Slajd numer dwa! Na ekranie pojawia się slajd z prezentacji ppt.
W 2022 roku badacze UCE Research i platformy ePsycholodzy zapytali ponad tysiąc Polaków, czy w poprzedzających ankietę sześciu miesiącach doświadczyli co najmniej jednej z 19 sytuacji, które miały charakter stricte mobbingowy. Analiza wykazała, że 40 proc. badanych doświadczyło we wskazanym okresie tej formy dręczenia. 12,1 procent respondentów wskazało na niszczenie ich wizerunku… oraz na brak reakcji ze strony otoczenia.
Slajd numer trzy! Na ekranie pojawia się slajd z prezentacji ppt.
Myśl o sobie- przewodnie hasło naszych dzisiejszych czasów. Omijaj szerokim łukiem toksycznych ludzi i wszelkie konflikty. Jak wygodnie jest ukryć się za taką poradą i nie reagować, gdy jednostka łomocze do naszych drzwi i prosi o pomoc. Tak! Media społecznościowe, co rusz, wypluwają z siebie te mądre wskazówki, a wy rozgrzeszeni odwracacie się, odchodzicie, i dajecie tym samym przyzwolenie na bezkarność gnębicieli, w których sidła, co rusz, będą wpadać nowe ofiary. Te niby stojące na straży społeczeństwa demokratycznego instytucje, nie lepsze.
Niech Pani nie niszczy ładnego wizerunku integracji w naszym mieście. Tylko tyle usłyszała dziewczyna szukająca pomocy, którą organizacja pożytku publicznego doprowadziła na skraj, do samobójstwa.
Może kiedyś wasze dzieci…, które będą pukać do tysięcy drzwi, prosząc o pomoc, a w odpowiedzi usłyszą hasła, którymi tyle lat sami się karmiliście, sięgną po nóż z niemocy, z obrzydzenia do świata, jaki tu stworzyliście.
(Staje i wbija na wpół niewidzący wzrok przed siebie. Nagle przez jej ciało przechodzi jakby skurcz. Upada. Rozbrzmiewa fragment muzyki ze sceny tańca marionetek. Zaczyna taneczną interpretację rzeźby Bengi Akay „Klatka”, przy tym wygłasza poniższy tekst.)
ALTER EGO AUTORKI: Wierzycie, że zamykając kogoś w klatce, budując wokół niego pajęczą sieć, ciągle go sprawdzając, będziecie mogli kontrolować ruchy tej osoby. Nic głupszego! Człowiek zawsze wyskrobie sobie jakąś szparę, lukę w systemie. Największą siłę okażecie, otwierając przed kimś drzwi, tak by mógł on zostać lub odejść.
Muzyka cichnie, a ona wstaje, zwraca się do aktorek pstrykając jednocześnie do góry uniesionymi palcami.
ALTER EGO AUTORKI: The play goes on!
AKT V
Pierwsza i druga marionetka wyrzucają sobie przez chwilę, że przesadziły z męczeniem trzeciej z nich.
PIERWSZA MARIONETKA: Widzisz, przekombinowałaś. Nie byłoby teraz całej tej akcji z tą babą, i jej glindzenia, gdybyś się trochę pohamowała.
DRUGA MARIONETKA: Mądra się znalazła. Do tej pory zawsze funkcjonowało. Nikt się nie czepiał. Dobra, do roboty.
Druga marionetka bierze sznur i zaczyna się odgradzać od innych, podchodzi do trzeciej marionetki, podając jej sznur.
DRUGA MARIONETKA: Ty też, samo się nie zrobi.
Trzecia lalka wraca jeszcze urażona nieco na scenę, ale włącza się w dzielenie sceny sznurkiem. Wszystkie próbują jednocześnie zniszczyć pracę pozostałych, wytykając do siebie języki, czy też stosując inne zaczepki słowne. Poszczególne końce lin dostają do potrzymania widzowie z publiczności. W ten sposób powstaje sieć. Na koniec każda z marionetek wybiera sobie swoją przestrzeń, w której chce się odgrodzić od pozostałych. W tle muzyka. Każda z lalek zaczyna się kiwać w jej rytmie. Z czasem rozwija się z tych ruchów choreografia: taniec wolności, w której sami się ograniczamy.
Z głośników rozbrzmiewają fragmenty wywiadów z przedstawicielami różnych kultur nt. rozczarowania tudzież sceptycyzmu do systemu demokratycznego, względnie podejścia do wolności lub walki o nią:
Historia 1 (Polska): -Kiedy czułeś się naprawdę wolny?
-Gdy byłem młody.
-Mimo tego, że panował wtedy socjalizm i nie miałeś dostępu do różnych rzeczy?
-Wiesz, teraz to też nie jest tak, że jesteś naprawdę wolnym człowiekiem.
-Dlaczego?
-Bo to częściowo tylko fasada.
Historia 2 (Ukraina): „Are you satisfied with the reaction with other countries after the outbreak of the war in the Ukraine?”
„I appreciate the help. Hmm… When you are asking this question, you mean the war that started on the 24th of February 2022, but it’s not how the Ukrainians consider to be the beginning of the war. The Ukrainians find the war since 2014 and the reaction of the Western countries and Eastern countries and all the countries in the world to anexation of Crimea and occupation of Donbas was just no there. There was no reaction.”
Historia 3 (Rumunia): Moim zdaniem w każdym ustroju demokratycznym, w każdym kraju na świecie, niezależnie od tego czy panuje w nim ustrój demokratyczny czy autorytarny, mamy korupcję. To dzieje się zarówno w Europie Zachodniej, w Europie Wschodniej, jak i w Ameryce. Tego jestem pewien. Jedyną różnicę stanowi umiejętność ukrycia tego.
Historia 4 (Polska): Mam 54 lata. Nie przypominam sobie czasów, w których rodzina potrafiłaby się pokłócić przy stole na tematy polityczne. Naprawdę, nawet za komuny nie było takich sytuacji.
Wiadomo, ludzie mieli różne poglądy, ale potrafili rozmawiać, dyskutować na te tematy. Owszem, sprzeczali się. Były tarcia, ale nie tak jak dzisiaj. Jest to bardzo przykre. Takie szczucie człowieka na człowieka. Tu mówię wyraźnie: nie.
Historia 5 (Niemcy): Chcę ci powiedzieć, czego się nauczyłam z życia w obydwu systemach. Definicja poszczególnych pojęć zależy od nastawienia do świata. Demokracja, wolność, wolność słowa. Każdy zdefiniuje to według własnego punktu widzenia. To wytarte pojęcia. Każdy ci powie:
Tak, ale ja rozumiem pod tym to. I ta osoba ma do tego prawo, bo każdy postrzega świat inaczej. Weź na przykład takiego właściciela firmy. On ma poczucie, że postępuje demokratycznie, kiedy daje swoim pracownikom na Gwiazdkę jakiś bonus. Dla mnie to w ogóle nie ma nic wspólnego z demokracją. W moim odczuciu to zamydlenie oczu.
Po ostatniej historii nadal słychać w tle muzykę. Pierwsza marionetka tańcząc, zaczyna się dokładniej przypatrywać trzeciej lalce. W końcu wydaje z siebie dźwięk, na który tamta reaguje ruchem. Tak zaczyna nią sterować. Po jakimś czasie pierwsza marionetka to dostrzega i włącza się do zabawy. Zaczyna, wydawanymi przez siebie dźwiękami, mieć wpływ na ruchy pierwszej
marionetki. Przez jakiś czas tak sobą wzajemnie sterują, aż w którymś momencie zaczynają wykonywać wspólnie choreografię, będącą w danym czasie hitem na TikToku, czy w innych popularnych mediach społecznościowych. W trakcie trzeciego powtórzenia układu trzecia marionetka zrywa sznurek z rąk i zaczynając uwalniać nogi, mówi.
TRZECIA MARIONETKA: To co, może zagramy znowu w karty?
Pozostałe marionetki chętnie przystają. Zaczynają zbierać rozsypane na podłodze karty, przeskakując przez liny, jakby grały w gumę lub czołgając się pod nimi jak małe dzieci. W końcu siadają i zaczynają przydzielać sobie role.
PIERWSZA MARIONETKA: Ja jestem Odyseuszem.
DRUGA MARIONETKA: Ty już nim byłaś. Teraz moja kolej. TRZECIA MARIONETKA: Dlaczego akurat ty masz nim teraz być? PIERWSZA MARIONETKA: Dobra, to ja jestem Neoptolemosem.
TRZECIA MARIONETKA: Ja już byłam Filoktetem. Nie, teraz mnie nie wyrolujecie. PIERWSZA MARIONETKA: Nie chcę być Filoktetem.
DRUGA MARIONETKA: Zagrajcie w papier, kamień, nożyczki i się rozstrzygnie. Raz, dwa, trzy! Pierwsza i druga marionetka grają w papier, kamień, nożyczki. Pierwsza przegrywa. Trzecia lalka się cieszy.
TRZECIA MARIONETKA: Ha! Ja jestem Neoptolemosem.
Odyseusz tasuje karty.
DRUGA MARIONETKA: Słuchajcie, co jeszcze robi Odyseusz? A! Musimy określić kraje. To może… Hmm… To może… Już wiem! Ja jestem Imperium Osmańskim, ty- Ententą, a ona- Kurdystanem.
PIERWSZA MARIONETKA: Jesteś beznadziejnym Odyseuszem. Ja robię to lepiej. DRUGA MARIONETKA: Przestań się ciągle czepiać!
PIERWSZA MARIONETKA: (przedrzeźniając) Przestań się ciągle czepiać! Akurat podczas traktatu w Serves Kurdystanowi przyznamy autonomię. Właściwie to mi się nawet podoba.
TRZECIA MARIONETKA: Ok! Gramy w to! Atatürk ma się potem wypiąć na te ustalenia, a Grecja, można powiedzieć, że mu przez swój atak niejako pomoże. Należy doprowadzić do rewizji pierwszego traktatu i tym sposobem dojdziesz do tego całego gówna z podzielonym Kurdystanem.
PIERWSZA MARIONETKA: Nie! Gramy w to pierwsze. Chcę być Kurdystanem i dostać autonomię. Bez żadnych dalszych traktatów.
DRUGA MARIONETKA: Popsułaś całą nieprzewidywalność zabawy, tego, co się dziś wydarzy.
PIERWSZA MARIONETKA: To trzeba było się lepiej przygotować. Daj mi lepiej te karty, bo sobie nie radzisz. (Próbuje wyrwać z rąk drugiej marionetki karty.)
DRUGA MARIONETKA: Zostaw! Moja kolej. Poradzę sobie. Zaraz coś nowego wymyślę, tylko daj mi się skupić.
TRZECIA MARIONETKA (zaczyna głośno zawodzić, żeby rozproszyć drugą lalkę): Lalalalalala!!! Odyseusz rozdaje karty. Pozostałe marionetki biorą je do rąk. Prowadzący grę, zwraca się do Filokteta.
DRUGA MARIONETKA: To ty jesteś…
Filoktet patrzy na otrzymane karty i nimi rzuca.
PIERWSZA MARIONETKA: Z takimi kartami to ja się nie bawię.
PROLOG
Filoktet wstaje i podchodzi bliżej publiczności. Gdy zaczyna mówić, pozostałe dwie marionetki wstają i również podchodzą z innych stron bliżej widzów. Wszystkie trzy wygłaszają w swoim tempie monolog. Rytm nadaje wyznaczony w grze Filoktet.
FILOKTET: Codziennie na nowo mnie odkopujecie. Wraz z wami jestem zaklęty w tangu historii. Czasem wierzycie, że po wciśnięciu przycisku pauzy, będzie można uporządkować teraźniejszość. Tylko, że te porządki zaczynają się od odkopywania moich zwłok. Niekończący się rytuał. Bogowie żądają swojej ofiary. Tysiące moich grobów stały się palami, na których wsparty jest ten świat.
Jestem wykończony. Pewnego dnia nie dam rady dalej dźwigać swoich grobów na własnych plecach. Tego dnia Atlas straci równowagę i niebo się zawali.
FILOKTET 1: Jestem Filoktetem. Stoję na brzegu, za mną ruiny Europy.
FILOKTET 2: Ich bin Filoktet. Ich stehe an der Küste, im Rücken die Ruinen von Afrika. FILOKTET 3: Ana Filoktetes. Akef ualashate. Waraee anqadu Asia.
W tle rozbrzmiewają odgłosy wojny.
FILOKTET 1: Soy Filoctetes. Estoy de pie en la orilla, las ruinas de América del Sur detrás de mí. FILOKTET 2: I‘m Filoktet. I‘m standing at the edge. Behind me the ruins of Australia.
FILOKTET 3: Я Филоктет. Я стою на берегу, позади меня развалины Европы.
FILOKTET 1: Mi estas Filokteto. Mi staras sur la bordo, la ruinoj de Eŭropo malantaŭ mi. FILOKTET 2: Ich bin Filoktet. Ich stehe an der Küste…
Odgłosy wojny stają się głośniejsze, przeplatają się z fragmentami przemów dyktatorów oraz przywódców innych państw nawiązujących w swoich wystąpieniach do konfliktów zbrojnych. Filokteci próbują, jak największej liczbie osób, przekazać swoją wiadomość, ale gdy otwierają usta, są bezgłośni. Na początku rozciągnięte liny stanowią barierę, utrudniającą im przemieszczanie się. Z czasem znajdują swoje metody, jak je pokonać. Kiedy włącza się alarm przeciwbombowy, próbują jeszcze usilniej, w pośpiechu, przekazać swoją wiadomość innym. Eksplozja bomby. Filokteci tym razem nie upadają na ziemię tak jak za pierwszym razem. Reagują wprawdzie z przestrachem, ale dźwięk jest im już znany. Każdy z nich cofa się przestraszony, aż cała trójka spotyka się plecami.
Odgłosy wybuchu ucichają i rozbrzmiewa pisk przypominający szum w uchu po wybuchy lub dźwięk aparatury po śmierci pacjenta. Cisza.
FILOKTECI: Jestem Filoktetem. Stoję na brzegu, za mną ruiny Antarktydy.
Rozlegają się odgłosy stada szczurów. Filokteci z pozycji stojącej schodzą do siadu. Wyglądają jak lodowiec, który się topi.
Ciemność.
ZAŁĄCZNIK 1
Gry w karty Bliski Wschód
Gra 1: Traktat w Lozannie: Grecja plus Obserwatorzy – Imperium Osmańskie – Kurdowie ODYSEUSZ: (zwraca się do Neoptolemosa.) Zgromadzenie podjęło decyzję, że otrzymaliście tę kartę. NEOPTOLEMOS: (zaczyna niewyraźnie mamrotać pod nosem, splata i rozplata przy tym nerwowo ręce, niewidzącym wzrokiem prześlizguje się po różnych punktach, w sumie nie wiadomo do kogo mamrocze.) Musimy podjąć decyzję o udzieleniu pomocy oddziałom Mazluma. Tę jakże istotną decyzję należy rozważyć w sposób…
ODYSEUSZ: (patrzy poirytowany w jego stronę.) Na Zeusa! Rozum Ci odjęło? Nie teraz człowieku! Grecją jesteś, powiedziałem. A nie mi tu ze Stanami teraz wyjeżdżasz i to jeszcze prawie sto lat później.
NEOPTOLEMOS: Aha! (odchrząkuje, zmienia pozycję na pewną siebie i zaczyna już innym, donośnym tonem.) Przystajemy na wymianę kart. My oddamy wam wszystkie ze znakiem karo, a w zamian chcemy otrzymać wszystkie wasze karty ze znakiem pik!
Filoktet podpełza powoli w kierunku grających i wyciąga swoją rękę po jedną z kart, ale Odyseusz przykrywa ją swoją dłonią i przesuwa w kierunku Neoptolemosa.
NEOPTOLEMOS: Juhu! Śmieje się całym ciałem.
FILOKTET: Ale przecież w Sevres daliście mi tę kartę!
NEOPTOLEMOS: Ale teraz ciebie nie było podczas nowych ustaleń i zdecydowaliśmy rozporządzić nią inaczej.
FILOKTET: Znowu mnie zrobiliście w bambuko.
ODYSEUSZ: Spokojnie. To była pierwsza runda. Teraz przyszedł czas na drugą.
Cała trójka zmienia swoje miejsca, jakby siedzieli na karuzeli.
Gra 2: USA – Irak – Kurdowie
Odyseusz tasuje karty. Filoktet sięga po kawałek mięsa i wgryza się w nie.
ODYSEUSZ: (zwraca się do Neoptolemosa.) Teraz jesteś Irakiem i występujesz przeciw Kuwejtowi. FILOKTET: A Ty? Kogo grasz?
ODYSEUSZ: To chyba jasne, a ty jesteś moim sojusznikiem.
ODYSEUSZ: (zwraca się do Filokteta, kładzie wolno kartę przed nim i zadaje pytanie.) Przyjmujesz tę ofertę?
FILOKTET: A co z tego będę miał? ODYSEUSZ: Pomyślimy o twoim statusie.
Cała trójka gra przez krótki moment zapalczywie w karty. Odyseusz podsuwa potajemnie kartę Filoktetowi i szepcze.
ODYSEUSZ: Użyj tego.
Filoktet spełnia polecenie, ale po chwili Neoptolemos zabiera Filoktetowi ostatnie karty.
FILOKTET: Ej! Oddaj!
Rzuca się na niego i próbuje mu wyszarpać karty. Krzyczy do Odyseusza.
FILOKTET: No, pomóż mi!
Odyseusz sięga po leżący nieopodal kawałek mięsa i zaczyna się nim objadać.
ODYSEUSZ: Mój drogi, ja w takie bijatyki, jakie ty tu urządzasz, wdawać się nie będę.
FILOKTET: Niech cię szlag trafi!
Zmiana miejsc jak na karuzeli.
Gra 3: USA – Turcja – Kurdowie NEOPTOLEMOS: Dobra, to gdzie teraz gramy? ODYSEUSZ: (zirytowany) Weź się skup!
FILOKTET: Nadal siedzimy na Bliskim Wschodzie.
ODYSEUSZ: Dokładnie. Jeszcze nie zakończyliśmy naszych rozgrywek. FILOKTET: A ja już czuję, że znowu mnie wyrolujecie…
NEOPTOLEMOS: Aha, wszystko jasne. (Znowu zaczyna niewyraźnie mamrotać pod nosem, splatać i rozplatać przy tym nerwowo ręce, ponownie niewidzącym wzrokiem prześlizguje się po różnych punktach.) Musimy podjąć decyzję o dostarczeniu broni oddziałom Mazluma. Tę jakże istotną decyzję należy rozważyć w sposób…
Odyseusz tasuje karty i patrzy na niego z lekkim zniecierpliwieniem.
ODYSEUSZ: Dobra, niech ci będzie. Gramy w to, ale to moja kwestia. Ty wcielasz się teraz w rolę Turcji.
Nagle Odyseusz unosi się częściowo. Wygląda jakby był marionetką, którą ktoś pociągnął za sznurki.
FILOKTET: O Bogowie! Byle nie Turcją. Nie lubię Turcji.
Odyseusz kładzie przed nim kilka kart.
ODYSEUSZ: A co ty się tak pocisz? Patrz, same piękne królowe.
FILOKTET: Nie, nie zgadzam się! Chcę silniejsze karty.
ODYSEUSZ: Ty nawet nie wiesz, jak silne one są. To oddziały kobiece. Całe lata traktowano je we wszelkich rozgrywkach tylko jako karty z ładnymi buziami. Teraz to one staną się asami.
FILOKTET: (nieufnie) Jak to?
NEOPTOLEMOS: (poirytowany) To przez tego cholernego Öcalana. Chciał koniecznie pokazać, że obowiązujące od lat reguły gry, można zmienić. I tak nagle asy leżą odłogiem, a całą siłę skumulowały w sobie królowe.
FILOKTET: (uspokojony) Na pewno?
ODYSEUSZ: Ależ oczywiście. Dokonają tego, czego nikt się nie spodziewał. To one, które przez lata słyszały wiecznie: nie- w sprawach małżeństwa, studiów, pracy, postawią skuteczny opór bojownikom ISIS.
FILOKTET: (zadowolony) To mi się nawet podoba. Takie rozdania to rozumiem.
ODYSEUSZ: (przygląda się swoim kartom, w końcu wyjmuje z nich kilka i daje je Filoktetowi.) A ja cię przy tym wesprę jeszcze tymi ze swoich kart.
NEOPTOLEMOS: Już nie przesadzaj. Niech sam sobie radzi.
ODYSEUSZ: Spokojnie, nie wprowadzam swoich asów. Kilka dziewiątek zaledwie. NEOPTOLEMOS: To i tak za dużo.
ODYSEUSZ: (ucisza Neoptolemosa) Ciii… Uwierz mi, że nie chcę cię wkurzyć.
Podaje Filoktetowi kartę za plecami.
NEOPTOLEMOS: To przestań mu podtykać karty! Myślisz, że tego nie widziałem?!
Tym razem Neoptolemos zaczyna się poruszać, jakby był marionetką, którą ktoś wprowadził w ruch.
FILOKTET : (wrzeszczy nagle radośnie) Udało się! Mam komplet, mam komplet! Tralalalalalala! Tralalalalalala!
ODYSEUSZ: Widzisz, mówiłem, że te królowe są potężniejsze od asów, ale Neoptolemos ma rację. Dalej musisz sobie radzić sam. W końcu jak siedziałem w Normandii, to też mi nie pomogłeś.
FILOKTET : (zdezorientowany) Nie możesz mnie teraz zostawić tutaj samego. ODYSEUSZ: Mogę i zrobię to.
Neoptolemos sięga po karty Filokteta i zagarnia sporą część. Filoktet patrzy przez chwilę na Odyseusza, w oczach pojawiają mu się łzy.
Zmiana miejsc jak na karuzeli.
Gra 4: Kurdowie i …
Odyseusz tasuje karty.
FILOKTET: Żądam oddania mi moich kart, tak abym mógł właściwie połączyć swoje pary. ODYSEUSZ: (zirytowany) Żądać to pan sobie możesz jajka na twardo na śniadanie. Pan najwidoczniej nadal nie rozumie, że tego, co raz się podzieliło, nie da się tak łatwo znowu scalić! W tym tkwi sedno całej zabawy.
NEOPTOLEMOS: Zapomnij, że ja ci coś oddam ze swoich kart. Cóż za chora propozycja. Czy widziałeś w jakimkolwiek kasynie, żeby ktoś komuś oddawał dobrowolnie karty, albo jeszcze lepiej żetony na ruletkę?
W trakcie swojej wypowiedzi zbiera w kupkę swoje karty. Zaczyna je przeglądać. W końcu pyta.
NEOPTOLEMOS: Kto je właściwie wyprodukował?
ODYSEUSZ: Nie mam pojęcia, przywiozłem je jako pamiątkę z podróży zza oceanu. NEOPTOLEMOS: Spójrzcie, co tu jest napisane. (Odczytuje tekst z karty na głos:) „Wolność nie jest tym samym, czym jest niezależność.“
Filoktet zaczyna brać karty jedna po drugiej, sprawdza je, po czym zaczyna czytać na głos:
„Panujące idee danego czasu były zawsze ideami panującej klasy“ (Marks). „Tylko zmarli widzieli koniec wojny“ (Platon).
Odyseusz schyla się w kierunku Neoptolemosa, bierze następną kartę do ręki i też odczytuje głośno. ODYSEUSZ: „Zniewoleni mogą co kilka lat podjąć decyzję, którzy z przedstawicieli klasy sprawującej ucisk, będą mogli reprezentować ich w parlamencie“ (Marks).
Neoptolemos czyta dalej.
NEOPTOLEMOS: „Stwórzmy jeden, dwa, trzy Wietnamy“ (Che Guevara). FILOKTET: zbliża się, bierze ostatnią kartę i odczytuje: „Każdy z nas może być następny“ (Gaddafi).
Wszyscy spoglądają na siebie z lękiem. Odsuwają się od siebie rozglądając się niespokojnie. Nagle na pierwsze dźwięki „Procession” Vangelisa zaczynają się poruszać, jak lalki pociągane za sznurki. Niewidzialna siła odciąga je od siebie w trzech kierunkach.
PROZA - miejsce II - Paulina Czubatka
Na pograniczach świata
Anika jedzie wywyższona w żydowskim pochodzie śmierci. Jako jedyna siedzi na krześle, a jej oczy wypływają na wierzch. Jest punktem odniesienia, jej suknie łopoczą na wietrze niczym chorągiew. Ciało chybocze się na lewo i prawo, co jakiś czas kąt przechyłu robi się niebezpieczny. Upadek Aniki grozi wybuchem. Siedzi nabrzmiała, śmiertelnie poważna mina zastygła jej na twarzy na zawsze, plamy opadowe zmieniły jej skórę w kolorową mozaikę odcieni: żółci, zieleni, fioletu i błękitu. Wzdęła się pod wszystkimi swoimi sukniami i chustami. Chudziutka niegdyś Anika przypomina teraz robionego z baloników zwierzaczka; pieska albo kotka. Idący obok niej pamiętają, że w niemieckich rachunkach wszystko się musi zgadzać. Był rozkaz: „Pozbyć się z Kiernozi wszystkich Żydów!” WSZYSTKICH, także tych martwych.
Anika zawsze była uparta i nawet po śmierci nie poddała się zbyt łatwo. Jej oprawcy mieli problem, by usadzić stężałe już pośmiertnie ciało niepokornej Żydówki na krześle i aby to zrobić, musieli połamać jej ręce i nogi. Po tym wszystkim co widziała i czego doświadczyła za życia i po śmierci, nie mogła spokojnie odejść. Postanowiła, że zostanie w Kiernozi.
Anika krążyła nad własnym rozkładającym się zewłokiem. W swoich transach za życia nieraz opuszczała ciało, by zrobić w nim miejsce komuś innemu. Przenosiła się wtedy w niebyt. Niebyt pełen był bytów, które nigdy nie bywały, albo bywały mało. Całą swoją wiedzę Anika starannie przekazywała siostrzenicy Racheli, która przez jakiś czas służyła u gospodarzy z Osmolina. Dziewczyna po śmierci swojej pani i jej jedynego dziecka odeszła ze służby. Ojciec lamentował, że poszła na nauki do ciotki. Płakał, że nie wyjdzie za mąż. Próbował ją zbić, lecz gdy Anika usłyszała o pierwszej próbie przemocy, osobiście pofatygowała się do nerwowego szwagra. Nikt nie wiedział, co ciotka mu powiedziała, ale po jej wyjściu ojciec Racheli był milczący jak nigdy. Pobłogosławił córkę na drogę, dał parę groszy i powiedział, że będzie łożył na jej utrzymanie. Matka Racheli stała w cieniu izby i kiwała głową z zadowoleniem, lekko się przy tym uśmiechając.
Anika bywała mściwa. Bywała, ale nie była. Jako kobieta wiedziała więcej niż mężczyźni. Mężczyźni zawsze byli tacy sami. Niezależnie od wyznania, pozycji i majętności zawsze straszyli kobiety grzechem i konsekwencjami nieposłuszeństwa.
Chrześcijańscy mężczyźni, o ile się odważyli, straszyli Anikę mękami piekielnymi i diabłami, które będą ją szarpać za obwisłe piersi rozżarzonymi szczypcami oraz będą wkładać jej w różne otwory płonące pochodnie. Nie obywało się oczywiście bez starego sprawdzonego gotowania w kotle, wypełnionym wrzącą smołą.
Żydowscy mężczyźni, o ile się odważyli rzucić jakieś słowo, straszyli Anikę pustką szeolu i samotnością jakiej doświadczy, lub też brakiem dostępu do tegoż i porwaniem jej duszy przez demony. Ani jedni ani drudzy nie mieli racji. Anika znała męki tego i innych światów, ale nie czuła się zobowiązana do tłumaczenia komukolwiek, że jedyne co ich czeka to nicość.
Duch Aniki wędrował nad pogrążoną w krzyku i rozpaczy Kiernozią. Widziała Polaków, którzy ukradkiem ronili łzy nad wywożonymi w transporcie Żydami. Widziała żydowskie dzieci, skrzętnie poukrywane wśród tych polskich i niemieckich. To jak ich nowe matki głaszczą czarne główki, zalewające się łzami.
Anika długo pracowała na to, by w chwili największego zła, choć część z nich ocalała. By żyjący obok siebie Żydzi, Polacy i Niemcy poczuli, że zło jest złem, a jednak zawsze można coś zrobić. Anika urodziła się, dorastała, żyła i umierała w świecie zalanym przez okrucieństwo i podłość. W świecie, w którym aktem bohaterstwa była bezinteresowna pomoc bliźniemu. W świecie, gdzie pieniądze stanowiły o wartości istoty ludzkiej.
***
Eliza przedzierała się przez gąszcz malin i jeżyn. Poparzyła się pokrzywami. Było gorąco, a muszki, komary i inni mieszkańcy lasku chętnie pożywiali się jej wrzącą od upału krwią.
Lis – pies teściów Elizy – biegał luźno. Co chwilę zatrzymywał się i sprawdzał, czy Eliza na pewno za nim idzie. Nie miała dla niego smyczy, pies przywiązał się do rodziny, umiał o siebie zadbać i przybiegał na każde zawołanie. Choć naturę miał na wpół dziką.
Pewnego dnia po prostu pojawił się pod sklepem teściowej. Mały kundelek w typie corgi – krzyżówka border collie z jamnikiem. Teściowa go nakarmiła, poklepała po głowie, a ten z wdzięczności czekał na nią aż do zamknięcia sklepu i odprowadził ją do domu. Pies siedział pod bramą przez dwa dni, w tym czasie teściowa dokarmiała kundla, a że miała miękkie serce, to w końcu wpuściła go na podwórko. Pies się oswoił, pozwalał dotknąć i cieszył się na widok teściowej. Zaprzyjaźnił się z Tosią – suczką, niesamowicie starą, bezzębną i wredną ratlerką. Teściowa odrobaczyła i odpchliła Lisa – bo z racji rudawego odcienia sierści- tak właśnie go nazwano. I został z nimi na zawsze. Nikt nie znał jego historii. Wiadomo było jedynie, że był mocno związany z dziećmi. Kiedy teść dla żartu szarpał, któregoś z wnuków, Lis zrywał się z miejsca, zaczynał warczeć i szczekać. Wciskał się między „ofiarę” i „sprawcę”. Po demonstracji zawsze zbierał od wszystkich wyrazy podziwu i smakołyki. Zestresowany Lis już do końca dnia nie odstępował hipotetycznej ofiary i miał na oku hipotetycznego sprawcę.
Eliza minęła miejsce, w którym kiedyś z mężem robili ognisko. Miłe i bardzo intymne wspomnienia wywołały uśmiech na jej zamyślonej twarzy. Teraz szła sama. Mąż nie mógł z nią przylecieć. Chłopcy zostali u teściów, a ona postanowiła wybrać się w sentymentalną podróż po okolicy. Upał był coraz gorszy, Eliza doszła do zacienionego, brzozowego zagajnika. Pamiętała to miejsce, bo byli tu kiedyś na spacerze. Żydowski kirkut, gdzie między drzewami stał pomnik poświęcony pamięci ofiar Holokaustu. Eliza minęła cmentarz i poszła na polankę nad rzeką. Trawa i pokrzywy sięgały jej do połowy ud. Stanęła na brzegu mikroskopijnej rzeczki i zapaliła papierosa.
***
Anika siedziała na pomniku. Omijał ją czas i przestrzeń. Palcami widmowej ręki gładziła wgłębienia po radzieckich kulach. Dni i noce zmieniały światło wokół Aniki. Księżyc i słońce, wszystkie księżyce i słońca były i jednocześnie ich nie było. Wszystko co wydarzyło się od momentu jej śmierci do TERAZ, było naraz. Anika widziała małe brzózki, które były duże i jednocześnie jakiś mężczyzna wycinał je hałaśliwym narzędziem. Anika widziała nowe drzewka i złodziei, którzy kradli siatkę otaczającą kirkut. Anika była w tym samym miejscu, ale we wszystkich jego czasach, od momentu, gdy zmarła w getcie.
***
Eliza dopaliła papierosa i zawołała psa goniącego po rzeczce kaczkę z kaczątkami. Otarła pot z czoła. Wyjęła spray na kleszcze i komary i dokładnie się nim spryskała. Zawróciła. Między drzewami, tuż obok pomnika, zobaczyła siedzącego starszego mężczyznę. Przestraszyła się, nie była dobra w dostrzeganiu ludzi. Jej mąż wyłapywał obcych pierwszy, ich kolorystyka zazwyczaj zbyt mocno kontrastowała z leśnym poszyciem. Eliza nie miała takich zdolności, ale przynajmniej nigdy się nie zgubiła.
Serce jej łomotało. Staruszek siedział nieruchomo, opierał brodę o laskę. Miał zamknięte oczy, jakby drzemał lub wsłuchiwał się w szelest brzozowych liści. Eliza głośno gwizdnęła, tak by mężczyzna miał szanse ją zauważyć i by zaznaczyć, że ma ze sobą psa. Staruszek otworzył oczy i zamrugał. Nie dał po sobie poznać, że zauważył Elizę. Lis podbiegł do niego, merdając z zadowoleniem ogonem. Dał się pogłaskać i przybiegł do Elizy, jakby chciał zakomunikować jej, że wszystko w porządku. Staruszek zdjął z nosa grube okulary. Wyjął z kieszeni starannie złożoną chusteczkę, przetarł szkła i założył je z powrotem. Tak jakby przygotowywał się do rozmowy, która za chwilę nastąpi.
– Dzień dobry – zagadnął do Elizy, która znajdowała się od niego nie dalej niż pięć metrów. Miał mocny i pewny głos, zupełnie niepasujący do starczej pozy, grubych okularów i laski, którą trzymał w lewej ręce.
– Dzień dobry… Gorąco dziś. Komary pana nie gryzą? – zagadnęła Eliza, która stwierdziła, że mężczyzna nie może być niebezpieczny.
– Mam gorzką krew… – zaśmiał się w odpowiedzi – Komary mnie nie lubią. Pani chyba nietutejsza. Nie kojarzę z kościoła, nie widuję pani w sklepach.
– Nietutejsza i trochę tutejsza. Wżeniłam się w Kiernozię – zaśmiała się Eliza, choć nie była pewna, czy starszy pan załapał jej niezbyt wyrafinowany żart.
– Tak? Ale nie mieszkacie tu?
– Nie. Przyleciałam z synami do teściów na wakacje. Mąż został w domu. On jest rodowity Kiernozianin. Moja teściowa prowadziła kiedyś sklep na rynku.
– Już wiem od kogo pani jest. Ciekawe miejsce na spacer. Wie pani, że tu jest żydowski kirkut?
– Wiem, mąż mi opowiadał. Mój mąż spędził całe dzieciństwo, włócząc się po tych polach i lasach. Opowiadał, że był dzieckiem, jak radzieccy żołnierze przyjechali do Kiernozi. Czy to prawda, że robili sobie tu ćwiczenia?
– Tak. Wie pani, o tu w tym miejscu i jeszcze tu wyżej i na boku, tu były najgłębsze ślady po kulach. Na szczęście ci żołnierze nie mieli dobrego cela.
***
Anika widziała niemłodą już kobietę i całkiem starego mężczyznę. Czasy przestały wirować. Teraz swoimi półprzezroczystymi palcami gładziła szorstką powierzchnię pomnika. Usłyszała coś o ruskich żołnierzach. Duch Aniki rzucił jeszcze okiem na dziwną parę stojącą i rozmawiającą na żydowskim kirkucie. Życzyła im przyjaźni, choć postać mężczyzny była dla Aniki dużo wyraźniejsza niż postać dziwnej kobiety.
Nagle w powietrzu zamigotało światło. Duch Aniki powędrował za nitką, cieniutką jak włos, ledwie widocznym śladem wyraźnie łączącym coś z kobietą. Czasy znów zaczęły istnieć wszystkie naraz. Bez zatrzymania. Wszystkie chwile w jednej, jakby ktoś bardzo szybko przerzucał kanały w telewizorze.
Anika podążała za niteczką, która mieniła się, wyraźnie odcinając od wszystkich czasów i przestrzeni. Trop doprowadził ją do kiernowskiego rynku. Przysiadła na kościelnym murze, obserwując jak niteczka delikatnie wczepia się w plecy pięcioletniego chłopca, którego postać zmieniała się niczym niedostrojony hologram. Pojawiał się jako dwulatek, to znów jako młody mężczyzna, jako pięćdziesięciolatek z długą brodą i przerzedzoną kitką, a w tym samym czasie był też staruszkiem łysym jak kolano i czarnowłosym niemowlęciem.
Czasy stanęły. Anika przekręciła z zaciekawieniem głowę i przyglądała się dziecku. Chłopiec trzymał za rękę matkę, Anika nie widziała jej twarzy. Dziecko zagadywało radzieckiego żołnierza, siedzącego na czołgu.
– Zdrastwujtie! – piszczał malec.
– Zdrastwujtie! – odpowiedział z uśmiechem żołnierz.
– Zdrastwójtie! – odkrzyknął chłopiec.
– Zdrastwujtie – odpowiedział znów ten drugi.
– Zdrastwujtie… – chłopczyk był niezmordowany.
Żołnierz odpowiedział trzeci i czwarty raz, starał się być miły. Za piątym razem słychać było w głosie poirytowanie. Tak jak i za siódmym i ósmym. Za dziewiątym razem żołnierz nie zdążył odpowiedzieć, bo matka pociągnęła chłopca za rękę i poszła w stronę kościoła.
Anika nie chciała lecieć do kościoła. Nie miała tam czego szukać. Nitka zamigotała na nowo i poprowadziła ją z powrotem w stronę lasku. Znów leciała przez wszystkie chwile i wszystkie miejsca, jakie mijała. Wróciła na cmentarz. Niteczka ponownie doprowadziła ją do chłopca. Twarz miał wymazaną maskującymi barwami, na głowie poniemiecki hełm, w ręku ściskał drewniany, pomalowany brązową farbą karabin. Kirkut był oddalony od niego jakieś dwadzieścia metrów. Ruscy żołnierze palili papierosy i pili coś z manierki. Dowódca kazał im się odsunąć od pomnika i ustawić w gotowości do ćwiczeń. Padł pierwszy strzał. Kula leciała w zwolnionym tempie i trafiła w palec starszego mężczyzny, który stał na cmentarzu z dziwną kobietą…
***
– Pięć lat temu nająłem murarzy i malarzy. Kazałem odnowić pomnik. Kiedyś ten teren był ogrodzony siatką. Ale rozkradli. Jak wszystko co nadawało się choć w minimalnym stopniu do użytku. Wie pani, że niejaki Geiss tuż po wojnie wykupił cały ten teren? – opowiadał starszy człowiek.
– Ciekawe. Mąż wspominał mi tylko, że miejscowa młodzież lubiła przychodzić tu w celu spożywania substancji wyskokowych. Eliza wyjęła paczkę papierosów i skierowała w stronę mężczyzny. Ten wyciągnął rękę, by sięgnąć po papierosa, ale w ostatnie chwili zawahał się i cofnął dłoń. Eliza odpaliła papierosa, zaciągnęła się i wypuściła dym w stronę komara, który krążył wokół niej, ale nie mógł się przebić przez warstwę ochronnego sprayu.
– Napije się pan kawy? Mam termos i kubek. Czarna bez cukru.
– Chętnie bym się napił, ale niestety muszę odmówić. Żołądek. Dotknął miejsca, w którym według podręczników anatomii znajduje się żołądek.
– Ale pani niech się nie krępuje.
Eliza usiadła obok mężczyzny i słuchała snutych przez niego opowieści. Mówił o żydowskim getcie w Kiernozi i wywózce Żydów do Warszawy. Opowiadał o Marii Walewskiej i jej romansie z Napoleonem. Opowiedział też o Racheli i jej ciotce Anice, których wszyscy się bali. Lis podchodził do nich co jakiś czas, łasił się do mężczyzny i Elizy. Gonił wiewiórki i płoszył ptaki. Eliza zauważyła, że podejrzliwie zerka w stronę pomnika, jakby coś na nim siedziało. Niczego nie dostrzegła, więc uznała, że pies zapatrzył się w promienie słońca, przebijające przez brzozowe liście.
Eliza zakręciła pusty termos i schowała resztę papierosów do plecaka.
– Dziękuję za tak ciekawie spędzony czas. Ma pan prawdziwy dar opowiadania. Powinien pan napisać książkę. Odprowadzić pana gdzieś?
– Pójdźmy kawałek razem, ale nie musi mnie pani podtrzymywać. Jestem bardziej dziarski niż na to wyglądam, a strasznie nie lubię robienia ze mnie niedołężnego dziadka – powiedział i zajrzał jej z uśmiechem prosto w oczy.
Oczy miał dziwnie zamglone, nieczytelne. Powiększone przez grube szkła, zdawały się nie mieć koloru. Eliza zerwała kwiat czarnego bzu i położyła na pomniku. Miała wrażenie, że coś albo ktoś się jej przygląda. Odgoniła od siebie tę myśl i poszła za starszym człowiekiem.
– Może się powtórzę, ale powinien pan napisać książkę. Mam nadzieję, że będzie nam dane jeszcze kiedyś się spotkać. Mam na imię Eliza – wyciągnęła do mężczyzny rękę.
– Wątpię – powiedział mężczyzna nie wyciągając swojej dłoni. – Miło było jednak panią poznać. Niech pani uważa na siebie, pani Elizo. Ja nazywam się Jan Gzula.
Odeszli, każde w swoją stronę. Lis jeszcze raz podbiegł do Jana, skoczył i podbił jego dłoń swoim pyskiem, wymuszając pożegnalną pieszczotę. Jan uśmiechnął się, pogłaskał psa i powolnym krokiem odszedł leśną ścieżką.
Lis dobiegł do Elizy, trącił ją w łydkę, jakby poganiając. Cały czas spoglądał nad Elizą. Ta odwróciła się, ale znów niczego nie zobaczyła. Weszła na podwórko, gdzie przywitali ją stęsknieni synowie. Lis został przy furtce i zawarczał, jakby nie chciał kogoś wpuścić.
***
Anika zatrzymała się nad furtką. Głupi kundel – pomyślała. Nie chciała nikomu zrobić krzywdy. Spodobała jej się dziwna kobieta. Chciałaby siedzieć na jej ramionach i podróżować przez świat. Podobały jej się też dzieci kobiety i ten dom. Wyczuwała niepokój. Anika nie chciała niczyjej krzywdy. Nie skrzywdziłaby jej, może z czasem usadowiłaby się wygodnie gdzieś w środku Elizy. Eliza, podobało jej się to imię. Eliza… – wychrypiała. Mlasnęła, jak gdyby to słowo, to imię pozostawiło w ustach przyjemny smak. Lis znowu zawarczał. Przebiegł karykaturalny ratlerek, który ujadał jak opętany.
– Tosia! Tosia do domu! – Anika usłyszała inny kobiecy głos. Przybiegła nieduża, starsza kobieta i pochwyciła Tosię w ramiona. Spojrzała wprost na Anikę. Nie jak inni przez Anikę, tylko na Anikę.
Kobieta przeżegnała się.
– Idź już, to nie twoje miejsce – powiedziała do Aniki. – Zostaw nas w spokoju. Odejdź i nie wracaj – przeżegnała się drugi raz. – Lis pilnuj i nie wpuszczaj jej.
Anice zrobiło się przykro. Chciała jedynie znów poczuć się żywa. Dotarło do niej, że naprawdę nie żyje. Że nie ma nad niczym władzy, a chce znów poczuć ludzkie ciepło. Zawisła w powietrzu i wpatrywała się swoimi czarnymi oczami w Lisa. Jej suknie wzdęły się i ukazały wychudłe połamane nogi. Lis miał zamiar siedzieć przy furtce całą noc. Anika również.
***
Eliza weszła do kuchni. Przeprosiła, że nie była na obiedzie i opowiedziała teściowej o dziwnym spotkaniu. Zjadła, po czym usiadły przy kawie. Chłopcy pobiegli na górę, by pooglądać z dziadkiem telewizję. Tosia nagle zerwała się ze swojego miejsca i wybiegła na dwór.
– Zna mama Jana Gzulę?
– Znam, znaczy znałam. A czemu pytasz?
– Bo tak przedstawił mi się ten facet, z którym rozmawiałam.
– Taaaaak? Niemożliwe, bo stary Gzula zmarł z pięć lat temu. Byłam nawet na pogrzebie. Teściowa spojrzała podejrzliwie na Elizę. Znała Gzulę, i z tego co pamięta, mogła powiedzieć, że był dobrym człowiekiem. Nie raz widywała zbłąkane dusze. Tak po prostu miała, nie bała się ich. Modliła się za nie, dawała na mszę. Kiedyś przyszedł do niej teść. Było tydzień po pogrzebie, a ona szykowała się do wyjścia. Odmówiła „Wieczny odpoczynek”, a na drugi dzień dała na mszę. Innym razem przyśnił jej się dziadek jej męża, który mówił jej, że tak mu źle i musi ciężko pracować. Jeszcze przed otwarciem sklepu teściowa waliła do drzwi kancelarii kościoła, by zamówić mszę za duszę udręczonego dziadka.
Tośka rozszczekała się na dworze, przy bramie.
– Pójdę po nią – powiedziała Eliza.
– Nie! – krzyknęła teściowa. – Ja pójdę. Ciebie tak dobrze nie zna. Jeszcze cię ugryzie – odpowiedziała już spokojniejszym głosem.
Eliza wzruszyła ramionami i zabrała się za ostatni kawałek sernika.
***
Jan podszedł cicho do Aniki. Złapał ją za kostkę i ściągnął na ziemię.
– Zabierz ją… – poprosiła teściowa Elizy.
– Zabiorę – odpowiedział Jan. – Podziękuj Elizie. Tak długo czekałem, by ktoś mnie wreszcie wysłuchał – poprosił.
– Choć Aniko, wiem, gdzie będzie nam dobrze. Nie chcesz chyba zostać dybukiem? Czyż Eliza nie była dla nas miła? – zwrócił się w stronę ducha starej Żydówki.
– Miła… Eliza jest miła… Chcę z nią zostać – wybełkotała Anika.
– Nie możesz. Choć, znam świetne miejsce. Pójdziemy do niego razem.
– Razem? – zapytała zdziwiona teściowa.
– Razem. Tam nie ma podziałów – wyszeptał i położył palec na ustach, dając znać kobiecie, by nigdy nikomu nie opowiadała o tym czego dziś doświadczyła.
– Nawet na spowiedzi? – zapytała, ściskając Tosię.
– Nawet na spowiedzi. Nie zrozumieją – odpowiedział Jan i wraz z Aniką rozpłynęli się w powietrzu.
Lis szczeknął tęsknie, wyrywając kobietę z zamyślenia, po czym wrócili do domu.
PROZA - miejsce II - Kinga Eysturland
Fugloy
– Nie wiem. Chyba tak, ale głowy nie dam – powiedział kapitan Joensen, patrząc na zdjęcie młodego chłopaka o ponurym niebieskookim spojrzeniu, nieokiełznanej fryzurze i nieco karykaturalnych krzaczastych brwiach.
– Dziwne, nie macie tu przecież tłumu pasażerów.
– Nie komisarzu, po prostu nie mam pamięci do twarzy. Ani do nazwisk.
Komisarz Jógvan Poulsen i towarzyszący mu policjant Martin Dahl, spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– Ej, Bergur – krzyknął Joensen do przechodzącego obok pierwszego oficera. – Rzuć okiem na to zdjęcie. Kojarzysz tego typa?
Bergur przelotnie zerknął na fotografię.
– Jasne, płynął na Fugloy w zeszłym tygodniu. Trudno zapomnieć taką monobrew – dodał złośliwie.
Poulsen natychmiast się ożywił.
– Było w nim coś szczególnego? Coś co zwróciło twoją uwagę? Coś dziwnego, niepokojącego może?
– Ponury gość, mrukliwy. Nie mówił zbyt dobrze po angielsku. Wyglądał na turystę, chociaż tych na Fugloy w lutym nie wybiera się zbyt wielu. Bergur zamilkł, po czym zawiesił wzrok na przybrudzonym bulaju.
– Czemu go szukacie? – zapytał kapitan. – Chłopak narozrabiał?
– Nie wiemy. Jego ojciec zgłosił zaginięcie. To Alex Koch, lat dwadzieścia trzy, obywatel Austrii. Ślad urywa się na Fugloy.
– Hm… Jest jedna rzecz, która wydała mi się zastanawiająca.
Śledczy synchronicznie unieśli brwi i w napięciu oczekiwali na zeznania pierwszego oficera.
– Większość turystów zazwyczaj upewnia się, że po nich wrócimy, dopytują o rozkład i czy będziemy zawijać do obu wsi, czy tylko do jednej. Cudzoziemcy z reguły boją się tu utknąć, zwłaszcza zimą. Tymczasem on nie miał żadnych pytań, po prostu zszedł z łajby na przystani w Hattarvíku i zniknął we mgle.
Kilkanaście minut później prom Ritan odbił od kei w porcie w Hvannasundzie i obrał kurs na dwie najbardziej odizolowane wyspy wschodnie: Svínoy i Fugloy. Pływał tak codziennie: dwa razy zimą, trzy razy latem. Zabierał od miejscowych śmieci, dostarczał pocztę, produkty spożywcze, materiały budowlane, beczki z ropą, czasem przewoził nawet małe auta. Dla mieszkańców tych farerskich końców świata oznaczał kontakt z cywilizacją.
Poulsen i Dahl stali przez chwilę na deku, jednak zimowy lodowaty wiatr stał się po jakimś czasie nie do wytrzymania. Schronili się w kokpicie, gdzie zaopatrzeni w kawową lurę z automatu, usiedli przy jednym ze stolików.
– Kurwa, coś mi tu nie gra – zaczął Martin. – Gość nie mówił po angielsku? Przecież jego ojciec wspominał, że Alex studiował w Cambridge.
– Widocznie nie chciał wdawać się w żadne rozmowy z załogą, możliwe, że w ogóle nie chciał być zapamiętany.
– To powinien był zgolić brwi.
Poulsen zaśmiał się pod nosem, po czym łyknął gorzką smołowatą neskę.
Śledczy wysiedli na przystani w Kirkji. Betonowe nabrzeże, smagane oceanicznymi falami, wyglądało brutalnie i niegościnnie. Przy sześciu w skali Beauforta Ritan próbował balansować na wstecznych silnikach, które wydawały z siebie niemiłosierny ryk. W międzyczasie do akcji wkroczył skrzypiący HDS, wyładowujący skrzynki z płytami gipsowymi, wiadrami farby i gwoździ. Zanim trafiły na ląd, huśtały się na wszystkie strony, jednak ostatecznie siła grawitacji wygrała z siłą wiatru.
– Nie zapomnijcie po nas wrócić, kapitanie! – rzucił na odchodne komisarz.
Joensen nie odpowiedział, wiedząc, że huk silników i tak zagłuszy jego słowa. Uśmiechnął się tylko, po czym twierdząco wystawił kciuk. Po chwili prom odpłynął w stronę drugiej osady – Hattarvíku i szybko zniknął za poszarpanym bazaltowym klifem.
– Ja pierdolę. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby tu zamieszkać? – powiedział Dahl.
Mężczyźni ruszyli w górę po betonowych schodkach, prowadzących do osady. W Kirkji było kilkadziesiąt domów. Tylko w pięciu paliło się światło. Udali się do pierwszego, w którym widać było jakąś ludzką aktywność. Otworzyła im rudowłosa kobieta w kuchennym fartuchu, mająca nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Z wnętrza dochodził zapach gotowanych baranich wnętrzności.
– Dzień dobry, jesteśmy… – zaczął Martin.
– Wiem, kim jesteście – otaksowała ich wzrokiem, po czym uśmiechnęła się. – Bergur wysłał mi wiadomość, że płyniecie na Fugloy. To mój syn. Ja mam na imię Heidi.
Kobieta zaprosiła ich do środka. Zanim przeszli do salonu, pobiegła do zaparowanej kuchni, w której bulgotały cztery gary, wypełnione owczymi łbami, jelitami, sercami oraz płucami. Wnętrze domu stanowiło połączenie skandynawskiego minimalizmu i babcinego maksymalizmu. Dizajnerskie lampy Vernera Pantona dyndały na tle przaśnych geometrycznych tapet, a krzesło od Arnego Jacobsena za kilkadziesiąt tysięcy koron stało tuż obok rozklekotanej kanapy z popękaną brązową skórą i drewnianego stolika kawowego, którego blat czasy świetności miał już za sobą.
– Widziałam go tamtego dnia w Hattarvíku. Przyjechałam pomóc siostrze przy montażu mebli. Te wynalazki z Ikei to istny tor przeszkód. Siedziałyśmy akurat nad szafkami kuchennymi, kiedy usłyszałyśmy, że przypłynął Ritan. Natychmiast wyszłyśmy przed dom. Zawsze to jakaś atrakcja. Tego dnia w Hattarvíku wysiadła tylko jedna osoba – to był on, na pewno. Siostra zagadała do niego po angielsku, tak wiecie, o pogodzie, ale on tylko się uśmiechnął, pomachał do nas i tyle.
– Pamiętasz, dokąd poszedł?
– Nie. Olał nas, a my jego. Spaliłyśmy szybko po pecie i wróciłyśmy do pracy. Kuchnia sama się nie złoży.
– Zawieziesz nas do Hattarvíku? – zagaił Martin.
Kilka minut później przemierzali czarną Toyotą Rav4 asfaltową pięciokilometrową drogę, łączącą jedyne dwie wsie na wyspie. Było już ciemno, a na jezdni co chwilę pojawiały się zdezorientowane owce.
– Ruch nie jest duży, ale i tak trzeba tu uważać – rzuciła Heidi.
Po chwili rozbrzmiał dzwonek w telefonie Jógvana. Komisarz natychmiast odebrał. Słuchał uważnie, od czasu do czasu wydając jedynie twierdzące pomruki. Na koniec podziękował i zakończył połączenie.
– Dzwonili z Atlantic Airways – ogłosił. – Alex Koch kupił bilet na Wyspy Owcze w jedną stronę.
– Boże – jęknęła Heidi. – Myślicie, że on przyjechał na Fugloy się zabić?
– Na tym etapie śledztwa nie możemy niczego wykluczać. Jego ojciec wspominał, że chłopak ma depresję i czuje się wypalony… – spekulował Jógvan.
– Spokojnie, może miał wracać SAS-em i dlatego Atlantic nie ma go w systemie. Albo planował wydostać się z Wysp Owczych promem – zastanawiał się Martin.
Gdy dojechali do Hattarvíku, światła paliły się zaledwie w jednym domostwie – u siostry Heidi – Herdis.
– Tak, widziałam go jeszcze później tamtego dnia, jakąś godzinę po twoim wyjściu – powiedziała Herdis, spoglądając na siostrę. – Wyglądało na to, że wracał ze szlaku do latarni morskiej.
– A widziałaś może, jak wsiadał na powrotnego Ritana? – dopytywał komisarz.
– Nie, on poszedł tą samą drogą, którą tutaj przyjechaliście. Powędrował do Kirkji.
– Co? Dziwne, nikt go tam nie widział. Jesteś pewna? – zapytała zaskoczona Heidi.
– Nie wiem, czy dotarł do Kirkji, ale na pewno udał się w tamtą stronę. Zrobił sobie jeszcze krótki postój na heliporcie, a potem widziałam, jak znika za górą.
– Jutro trzeba tu będzie ściągnąć śmigłowiec do poszukiwań – zarządził Poulsen, a następnie spojrzał na zegarek. – Możliwe, że szukamy ciała.
Nazajutrz Alex Koch został odnaleziony w fugloyskich górach. Austriak chciał po prostu odpocząć od świata zewnętrznego, mediów społecznościowych oraz ludzi, nabrać dystansu, przewartościować swoje życie. Przez tydzień mieszkał w namiocie i medytował. Załodze SAR powiedział, że wiadomości o jego śmierci są mocno przesadzone.
Na ekipę ratunkową czekało jednak inne ponure znalezisko – na północnych brzegach wyspy – było nim ciało młodej czarnej kobiety, której zaginięcia nikt nigdy nie zgłosił.
PROZA - miejsce III - Jadwiga Rudnicka
Ptak w sieci
Na froncie
Mój tato był pijakiem. Tak, był. Na jednej z lekcji religii dowiedziałam się, że jeśli poświęcę miejsce, przy którym on siada, to zło, które każe mu pić, odejdzie. Wzięłam więc z kościoła wodę święconą i pokropiłam krzesło oraz stół trzy razy, żeby działanie było pewniejsze. Wkrótce po tym ojciec znowu przyszedł do domu pijany. Kazał mamie podać jedzenie. Na obiad była bardzo dobra zupa pomidorowa, jednak niewystarczająco dobra dla niego, bo jednym ruchem ręki rzucił nią o ścianę i krzyknął:
– Co to za gówno! A gdzie obiad?! Dawaj obiad do cholery!
Zawsze, kiedy ojciec przychodził do domu wypity, mama z jakichś niewytłumaczalnych dla mnie powodów stawała się odważna.
– Nie podoba ci się, to sam sobie ugotuj!
– Grafini się znalazła! Ja ci zaraz ugotuję!
– A ty, stary, idź tam, skąd przyszedłeś! Niech oni ci dadzą jeść!
– Góralka pier…a! Będzie mi mówić, gdzie mam jeść!
– Ukrainiec!
– Ja ci dam Ukraińca!
Pamiętam taką scenę, gdy okopaliśmy się na przedpokoju, przy jakimś dużym kwiatku, mama była przy nas, a ja płakałam. Tata co chwilę wyskakiwał z kuchni i krzyczał w naszym kierunku. Mama coś odpowiadała, ruszając przy tym całym ciałem, co mnie również strasznie wytrącało z równowagi. Czułam się tak, jakby mnie ktoś okładał pięściami. Januszek siedział przy mamie. Tosiu był na mnie zły, że płakałam. Brakowało tylko Radusia. Zastanawiałam się, co się z nim stało, pomyślałam, że pewnie zaszył się w jakimś ciemnym kącie. Mama, zwracając się do mnie od czasu do czasu kategorycznie, mówiła:
– Nie płacz.
A kiedy na horyzoncie pojawiał się ojciec, dodawała podniesionym głosem:
– Nie myśl, że ktoś się ciebie boi, ty skur…
Kłócili się bardzo głośno, ale ta demonstracja sił nikomu nie wychodziła na dobre. Kiedy próbowałam uspokoić mamę, bo taty bałam się panicznie, ona odpowiadała:
– Ty uspokajaj, cholero, starego, a nie mnie. Niech nie myśli, że się go boję!
A potem to już nikogo uspokoić się nie dało…
Tę waleczność mama często przepłacała sińcami na całym ciele. A ja modliłam się w głębi duszy o spokój tego domu i o zgodę, której sens był zapisany złotymi literami na makatce w kuchni: Zgoda buduje, niezgoda rujnuje…
Proces jak u Kafki
Rodzice znowu strasznie się pokłócili. Tym razem czułam, że powietrze zrobiło się aż gęste od złowrogich uczuć. I wtedy akurat przyszedł do mnie Janek. Siedzieliśmy w moim pokoju przy herbacie i paliliśmy papierosy. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wpadł ojciec.
– A co pan tu robi? – spytał. – Ja pana nie znam. Proszę stąd natychmiast wyjść!
– Spokojnie. Jasiu wstał i próbował z ojcem porozmawiać. – Jestem kolegą pana córki. Nazywam się Jan Kobalek. Przychodzę w celach pokojowych.
– Nie obchodzi mnie w jakich celach przychodzisz, ani jak się nazywasz! Wynocha!
– Tato, przestań, to mój kolega ze szkoły.
– Nie obchodzi mnie, skąd jest.
Janek spokojnie wyszedł do przedpokoju i właśnie ubierał płaszcz, gdy tato krzyczał za nim:
– Ale już cię nie ma! Won stąd! Spier….j! I żebym cię tu więcej nie widział!
Próbowałam przerwać ten nienawistny proces. Bez powodzenia.
Mój tato nie rozumiał filozofii i jak sam twierdził, miał też w dupie literaturę. Wyrzucił Jasia za drzwi, trzaskając za nim niemiłosiernie.
Jak ja wtedy ojca szczerze nienawidziłam! Czułam się tak, jakbym została złapana w sieć, jak ten ptak z plaży. Nie mogłam się sama z niej wydostać, wydawało mi się, że tracę oddech. Kiedy próbowałam się poruszyć, moje serce przeszywał ból. Jasiu został tak źle potraktowany! Jak on się czuł! Sama też zostałam dotkliwie poraniona. Wstydziłam się. W tamtej chwili nie chciało mi się żyć. Zamknęłam się więc w puszce samotności. W bezgłośnym proteście zamrożenia. W bezruchu, który pomagał mi przetrwać najtrudniejsze chwile.
Ślub
Przyszła jesień. Rozłożyła dywany z liści pod naszymi stopami. Biegaliśmy po nich, załatwiając formalności związane ze ślubem, a wieczorami spacerowaliśmy po parku, trzymając się za ręce i marząc o szczęśliwym życiu we dwoje.
Na bardzo skromną ślubną uroczystość moja mama po raz pierwszy w życiu pożyczyła pieniądze z banku. Dwa dni wcześniej była bardzo zdenerwowana.
– Mamo, co się z tobą dzieje? – spytałam.
– Nic.
– Jak to nic? Przecież widzę.
– Chcesz wiedzieć? Zaraz ci coś pokażę – odparła mama i wyszła do przedpokoju. Po chwili wróciła do kuchni i pokazała mi kolorową pocztówkę.
– Czytaj! – nakazała.
„Kochany Waldeczku. Ślę serdeczne pozdrowienia z Kołobrzegu. Żałuję, że Ciebie tutaj nie ma. Jest tak pięknie. Twoja Iwonka.”
– Skąd masz tę kartkę? – spytałam.
– Ojciec miał ją w kieszeni, w spodniach.
Mama była totalnie zdruzgotana. Przez chwilę zrobiło mi się przykro, ale byłam zbyt szczęśliwa, żeby się przejmować romansem ojca. Moje życie miało przecież wyglądać zupełnie inaczej.
Nazajutrz odbyła się w kościele nasza ceremonia ślubna. Maks był ubrany w granatowy garnitur, niebieską koszulę i aksamitną muszkę. Ja miałam na sobie niebieską suknię i biały kapelusz z niebieskimi różami. Mama uważała, że nie powinnam iść do ślubu w białej sukni. Co by na to ludzie powiedzieli. Byłam w drugim miesiącu ciąży. Oboje z Maksem chcieliśmy tego dziecka. Ślub i tak był planowany przez nas od dawna, a po moim brzuchu nic a nic nie można było jeszcze stwierdzić. Ale mama się uparła. A potem tak rzewnie płakała w kościele. Zresztą nie tylko ona. Mama Maksa również. I wszystkie jej córki. I moje sąsiadki. I kto wie, kto tam jeszcze.
Tuż przed zakończeniem ceremonii nagle zaczęło padać. Właściwie nie padało, tylko lało jak z cebra. Jakaś kobieta podała nam parasolkę, żebyśmy nie zmokli, przechodząc przez plac kościelny do samochodu. Nie chciałam jej wziąć, ale Maks nalegał. Bez tej parasolki, moim zdaniem, byłoby bardziej romantycznie. Nie rozumiałam, dlaczego starsze panie w drzwiach kościoła załamywały ręce, że co to będzie za małżeństwo, skoro tak pada. Potem w domu mama powiedziała mi, że deszcz wróży życie pełne łez. Wszyscy zaproszeni goście byli zgodni co do tego, że w kościele prezentowaliśmy się przepięknie i że wspaniale przyrzekaliśmy sobie miłość. Jednak deszcz to zły znak.
– Oj, to niedobrze, że padało – przekonywali nas zgodnie.
Jakby ten deszcz miał zadecydować o naszym szczęściu.
Usiedliśmy do stołu. Przy drugim daniu siostra Maksa zrobiła podobno głupią minę, co miało oznaczać, że ma pretensje do mojej mamy, iż ta nie podała jej ziemniaków. Potem już ich nie chciała, twierdząc, że są zimne. Mama zdenerwowała się i odparła:
– Mogła mi pani pomóc, to byłyby ciepłe. Nikt w niczym nie pomógł, a teraz pretensje mają wszyscy.
Na to teściowa powiedziała, że jeszcze nie była na takim weselu, żeby matka panny młodej była taka nieuprzejma. Znów odpowiedziała coś moja mama… I skończyło się tym, że obie panie: teściowa i ta szwagierka od ziemniaków wyszły z wesela przed czasem. Próbowałam interweniować, ale kto by wygrał z kobietami, które zawsze mają rację. Potem, pod wieczór, po wypiciu alkoholu mój mąż tłumaczył coś naszej świadkowej, obejmując ją. Nie pamiętam o czym rozmawiali. Nawet nie wiem, czy w ogóle coś słyszałam. Jednak zapamiętałam gesty jego dłoni: widziałam, jak gładzi naszą świadkową po ramieniu. Próbowałam sobie tłumaczyć, że nie powinnam być zazdrosna, ale z drugiej strony, to był przecież nasz ślub. I to my powinniśmy się obejmować.
Wyszłam z pokoju, w którym byli goście, a wtedy moja mama uparła się, żeby mi wbić do głowy, że ojciec ją zdradza. Zapytała:
– Co ty byś zrobiła, gdybyś znalazła u swojego męża w kieszeni taką kartkę z życzeniami? I znowu mi ją pokazała.
Odparłam:
– Mamo, to jest tylko kartka. Nie przejmuj się. Jesteś jeszcze piękna i młoda.
– Ty byś się nie przejmowała? No powiedz – nalegała mama.
– Pewnie tak.
Biedna mama. Kiedyś miała swoje marzenia. Przed wojną pracowała u modniarki. Godzinami opowiadała o naciąganiu i modelowaniu filcu, z którego potem powstawały modne kapelusze. Tak bardzo pragnęła kiedyś otworzyć swój własny kapeluszowy sklepik. Na pewno chciała być też kochana. Czemu więc tkwiła tak uporczywie przy ojcu i marnowała swoje życie?
Po wymianie zdań z mamą poszłam do swojego pokoju i po ciemku położyłam się na tapczanie. Celowo nie zapalałam światła, żeby nikogo nie oglądać i nie słuchać. I żeby też nie myśleć. Może jeszcze, żeby nie oddychać, nie wiem. Poza tym noc była jasna, księżyc nie szczędził światła, zachęcając do podglądania skradających się zewsząd cieni. Leżałam, patrząc w okno i podziwiając stare grusze. Widok drzew uspakajał mnie i dodawał otuchy. Lubiłam te drzewa. Wczesną jesienią obdarowywały nas owocami, które ojciec zrywał z moimi braćmi i układał w spiżarni na półkach. Kiedy trochę poleżały, robiły się dojrzałe i soczyste jak moje marzenia. Lubiłam też, kiedy w maju drzewa pokrywały się białymi kwiatkami, a wiatr zdmuchiwał je, przyozdabiając, to nasze ziejące wyschniętym gruntem, łyse podwórko.
Nagle wydało mi się, że coś mignęło mi przed oczami. Jakaś znajoma postać. Zerwałam się na równe nogi i podeszłam bliżej okna. Nie, nie wierzę! Janek? Ależ tak, to ON! Struchlałam. On tutaj? – pomyślałam najpierw. – Dlaczego? Skąd się wziął? A potem uzmysłowiłam sobie, że pewnie dowiedział się o moim ślubie. Ale dlaczego nic mi nie powiedział, że jest? Czy bardzo cierpiał? Może wszyscy wiedzieli o Janku, tylko nie ja. Zawsze dowiadywałam się o wszystkim ostatnia. Tyle pytań naraz kołatało mi się po głowie, gdy on tak chodził. Nie próbował zaglądać do środka, nie. Nic, tylko chodził pod moim oknem, miarowo i jednostajnie, jak jakiś żandarm: tam i z powrotem. Albo jak ktoś zdenerwowany, ktoś, kto zgubił drogę do domu. Albo do serca.
Szczerze powiedziawszy, najpierw nawet się trochę przestraszyłam. Sama nie wiem, dlaczego. Może cała ta dziwna sytuacja napełniła mnie lękiem? A może moja dusza zaczęła się obawiać o to, że bezpowrotnie w życiu coś traci?
Obserwowałam go dalej zza firanki. W pewnej chwili Janek zaczął uciekać. Po co? Co on robi? Boże! No nie! Za nim biegł mój brat! Nie do wiary! Co za obciach! Dlaczego gonił go mój brat? Janek nie zrobił nic złego. Było mi bardzo przykro. Sparaliżował mnie wstyd i lęk. Zamknęłam oczy. Ale ciekawość wzięła górę. Zajrzałam znowu: Janek wskoczył po drzewie na dach, a Tosiek za nim! Gonił go po tym dachu! Potem obaj zniknęli z mojego pola widzenia. Wszystko działo się tak szybko! Wyszłam na podwórko, ale nikogo już tam nie było.
Wróciłam do pokoju i długo nie mogłam się otrząsnąć; myślałam o przypadkowości mojego życia i zastanawiałam się, co jest z nim nie tak. Może wszystko? A może tylko trochę? Całkowicie zawładnęło mną uczucie upokorzenia i smutku. Ptak, który tak dawno nie odzywał się w moim sercu, nagle się przebudził i zaczął trzepotać skrzydłami, jakby chciał odlecieć, ale nie mógł. Dziobał więc i dziobał okruchy dawnych wspomnień jak oszalały.
Z marazmu wyrwało mnie głośne pytanie Maksa:
– Co ty wyprawiasz? Jak możesz.
– Przepraszam, byłam znużona.
– Już dobrze – Maks przytulił mnie do siebie. – Chodźmy do gości.
W poniedziałek rano Maks poszedł do pracy dopełnić formalności kadrowych, a ja szukałam jednego z moich szkolnych świadectw w szufladzie mamy. Nagle natknęłam się na plik listów. Czyżby sekretne życie Tani Radeckiej? Przyjrzałam się dokładniej wierzchniej kopercie. Ależ nie! One były zaadresowane do mnie! Znajome pismo. Tak! To było pismo Janka! Krew gwałtownie napłynęła mi do głowy, a serce waliło jak oszalałe. Janek pisał do mnie! Czułam się tak, jakby mnie coś rozsadzało od środka. Pobiegłam do kuchni. Mama siedziała przy stole i czytała jakiś skrawek papieru.
– Dlaczego mi to zrobiłaś?
– Co?
– Schowałaś przede mną listy od Janka! – krzyknęłam, wskazując na trzymane w ręce koperty.
– No to co – skwitowała obojętnie.
– Jak to co? To były moje listy! Nie miałaś prawa!
– Już jesteś mężatką. O co ci chodzi?
– O zasady. O to, że nie pozostawiłaś mi wyboru!
– Uważałam, że tak będzie lepiej – odpowiedziała mama.
– Lepiej dla ciebie?
– Nie. Dla ciebie – odparła spokojnie, jak nigdy dotąd.
Wróciłam do pokoju. Wszystkie koperty pozaklejane. Listy nieprzeczytane, słowa uwięzione w białych, niewinnych zakamarkach czasu. Zamknięte na samym dnie moich niespełnionych tęsknot. Otwierałam je po kolei, smakowałam, wycierałam z soli i wypuszczałam na wolność. Wyfruwały jak gołębie z klatki, trochę przestraszone i zdezorientowane. Niektóre próbowały zawrócić, ale nie pozwalałam im na to. Musiały odejść do dawnych marzeń. Raz na zawsze.
Wspomnienia z sądu i sylwester do wglądu
Wezwanie do sądu w sprawie rozwodu otrzymałam pocztą po paru miesiącach. Już wcześniej rozmawiałam z Alicją na ten temat, ale co innego przypuszczać, a co innego stanąć przed faktem. Bałam się. Sama nie wiem czego. Na myśl o rozwodzie bolał mnie brzuch. Nie umiałam przepracować bólu, który napierał na mnie ze wszystkich stron, wolałam więc go nie czuć. Spychałam go do żołądka, przykrywałam zapomnieniem i przysypywałam nieurodzajnymi sokami obojętności. Nie mogłam inaczej, ból był nie do zniesienia. Stawałam się wtedy zapatrzoną w dal, lekko przywiędłą roślinką.
Zostawiłam chłopców pod opieką mamy i wsiadłam do autobusu, jadącego do powiatu. W drodze na sprawę rozwodową próbowałam sobie uzmysłowić, w jaki sposób tak naprawdę rozleciało się moje małżeństwo. Kiedy dokładnie? I od czego się zaczęło? Była przecież miłość i ślub.
A potem kłótnie i zazdrość! Czułam się, jak córka pijaka i jego sponiewieranej, hardej żony, która otoczona wianuszkiem dzieci, nie była w stanie zmienić w swoim życiu czegokolwiek.
Kim byłam? Kobietą z nizin społecznych? Dlaczego wtedy uwierzyłam teściowej, że pochodzę z bagna? Ona powiedziała to w złości, a ja pozwoliłam, żeby to przekonanie przylgnęło do mnie. A kiedy próbowałam sobie coś racjonalnie wytłumaczyć, przeszłość wracała jak bumerang. Wracały też wspomnienia związane z Maksem, z naszym niezrozumieniem, brakiem empatii, egoizmem i głupotą.
Nie wiem dokładnie, kiedy straciłam nadzieję i zaczęłam się wycofywać z życia. I z miłości. Której jednocześnie tak bardzo pragnęłam. Ta sytuacja powodowała ciągłe konflikty. Wszelkimi sposobami próbowałam jeszcze rozbudzić w mężu uczucie, lecz gdy on skłaniał się ku mnie, chcąc go ukarać za zdradę, odwracałam się obrażona, pełna gorzkich prawd i złych wspomnień. To było niezamierzone. I zupełnie nielogiczne.
Autobus dowiózł mnie na miejsce. Wysiadłam i udałam się prosto do sądu. Na korytarzu, przy wyznaczonym pokoju rozpraw, czekał już Maks. Przy nim stał adwokat, ubrany w czarną togę. A więc Maks wziął adwokata. Jednak nie znał mnie. Byliśmy razem dziesięć lat, a on myślał, że będę mu w sądzie robiła sceny, próbowała zatrzymać na siłę. To nie ja. Pomylił mnie z kimś innym. Ja też nie podejrzewałam nawet, że Maks będzie się ukrywał za czarną togą. Było mi przykro. Stanęłam przy oknie, a na szybie zaczęły wirować płatki śniegu. Zatrzymałam wzrok na jednym z nich, a on poprowadził mnie jeszcze bardziej w głąb mojej duszy, w zimową przeszłość.
Podczas naszego ostatniego sylwestra, Marzena miała na sobie czarną sukienkę. Wyglądała ponętnie. Była ode mnie niższa, ale nie nosiła szpilek. Gdybym ja miała jej wzrost, chętnie ubierałabym buty na obcasach. Niestety, miałam wymiary Klaudii Schiffer. I tak samo patykowate łydki jak ona. A przecież nie mieszkałam w Warszawie, ani w Berlinie, tylko na zadupiu, gdzie ludzie byli powgniatani w ziemię i nosili przeważnie robocze ubrania. Wydawało mi się, że gdybym ubrała wysokie buty, moje nogi powyginałyby się na wszystkie strony, mogłyby się nawet połamać. A gdyby ludziska chcieli powiedzieć mi coś do ucha, musieliby wchodzić po drabinie. Ha, ha, ha! Mimo wszystko nie straciłam poczucia humoru. Ale wiem, że nie akceptowałam siebie takiej, jaką byłam. Na Marzenę patrzyłam oczami mojego męża: wydawała mi się piękna, dziewczęca i kobieca jednocześnie. Jej włosy miały lekko kasztanowy odcień, a oczy oprawione ciemnymi rzęsami i brwiami, podczas rozmowy nieustannie i jakby za szybko mrugały. Na jej czoło opadał jeden kosmyk, który był na tyle długi, żeby przeszkadzać, a na tyle krótki, żeby mógł się wymykać reszcie włosów i swobodnie sobie fruwać przed oczami.
Cały ten pamiętny sylwester wrył sią zadrą w moje serce. Maks był nieuchwytny, ciągle czymś zajęty, zapracowany. Nie było go przy mnie. Miałam nawet takie wrażenie, że byłam dla niego niewidoczna. Siedziałam przy stoliku ze znajomymi, zerkając przez cały czas w stronę wejścia, żeby się upewnić, iż Maks wreszcie nadchodzi. Znajomi śmiali się, a ja starałam się ukryć swoje prawdziwe uczucia, śmiejąc się wraz z nimi. W pewnej chwili podeszła do mnie moja przyjaciółka Alicja, i schylając się, szepnęła mi do ucha:
– Igo, czy ty wiesz, że twój mąż zamknął się w biurze z tą młodą praktykantką?
– Nie.
–Tak! Widziałam, jak z nim wchodziła, a zaraz po tym usłyszałam odgłos przekręcanego w zamku klucza.
Struchlałam.
– Wszedł z tą młodą brunetką? – spytałam, jakby czekając na zaprzeczenie.
– Nie! – odrzekła ona. – Z tym głupim i brzydkim czupiradłem.
Alicja już wcześniej mówiła mi o Marzenie, ale nie chciałam wierzyć, cały czas mamiąc się nadzieją, że to się nie dzieje naprawdę. Cała ta sytuacja było jak zamieć śnieżna: mogła nadejść, ale nie musiała. Domyślałam się, że lawina zimnej prawdy w każdej chwili może zostać uwolniona, a jednak kiedy nadciągnęła, moje przerażenie mieszało się z niedowierzaniem. Przecież nie chciałam nic widzieć ani słyszeć! Teraz, kiedy już nie było ucieczki od konfrontacji z rzeczywistością, wyłam w duszy, wystawiona na widok publiczny. Pragnęłam być spokojna, szczerze uśmiechnięta i szczęśliwa; zamiast tego przykleiłam sobie do ust sztuczny uśmiech, wstałam od stolika i zaczęłam tańczyć w kółku z innymi, jak gdyby nigdy nic, jakbym była bez uczuć. Przez chwilę czułam się jak oszustka, która podaje się za kogoś innego. Potem zamknęłam oczy i pozostając sama ze sobą, wyłączona od miejsca i czasu, po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na pełne odczuwanie. Chłonęłam cierpienie wszystkimi zmysłami, całowałam się z nim jak z czułym kochankiem. Delektowałam się moją klęską. Teraz mogłam tańczyć mój taniec głębokiego smutku i cierpienia z uśmiechem na ustach.
Ziemia obiecana
Pamiętam dobrze poranek, kiedy wyjeżdżałam do Niemiec. Byłam taka podekscytowana. Miałam wyjechać na zawsze do wymarzonej krainy szczęśliwości i spokoju. Do ziemi obiecanej! Koniec ze zmartwieniami, biedą i samotnością!
Spakowałam swoje rzeczy do torby i wyniosłam je do samochodu. To było takie dziwne uczucie: ostatnie wyjście z tego domu, bez oglądania się za siebie. Radość mieszała się z niepewnością, czy aby na pewno dobrze robię. Jechałam w nieznane, do wymarzonego przeze mnie raju, bez znajomości języka. Pełna jednak wiary i miłości. Miałam czterdzieści sześć lat.
Alkoholowe pomówienia
Do kościoła przychodzili wszyscy. Oczywiście nie wszyscy byli przeciwko mnie. Tylko ta ogrodowa grupa, która trzymała się zawsze razem. To oni okopali się murem nienawiści i siedząc w ławkach po drugiej stronie, spoglądali na mnie złowrogo. Byłam trochę zła na samą siebie z powodu tych głupich serwetek. Mogłam po prostu odpuścić, ale myślę, że tak do końca, to nie o nie chodziło. Jest takie znane powiedzenie, że jak się chce psa uderzyć, to kij się zawsze znajdzie. Po mszy siedziałam jeszcze w ławce, kiedy do moich uszu dotarły słowa:
– To my nie mamy pracy, a taka przyjeżdża bez znajomości języka i zostaje!
– Ala? – spytałam, niedowierzając. – A ty, nie przyjechałaś przypadkiem do Niemiec z tabliczką „Ich suche Arbeit?” (Szukam pracy). Sama mi o tym opowiadałaś. Poza tym żadna z was nie jest bezrobotna – próbowałam się bronić, wstając z ławki.
Przy wyjściu z kościoła, jeszcze w drzwiach, usłyszałam o sobie:
– O, idzie ta alkoholiczka.
– To do mnie?
– Do ciebie, nie słyszysz?! – krzyknęła Józia, żona kościelnego.
– Pani mnie z kimś pomyliła.
– Z nikim cię nie pomyliłam. Przychodziłaś przecież do mnie na libacje alkoholowe.
Nie wierzyłam własnym uszom, ta kobieta kopała dołki pod sobą, żeby i mnie poniżyć.
– Nie przychodziłam do pani na libacje, tylko na kolacje – uśmiechnęłam się.
Niektórzy, po tym moim stwierdzeniu, zaczęli się śmiać. Mnie nie było wtedy do śmiechu, więc na pocieszenie przyszły mi do głowy słowa z baśni Andersena „Świniopas”: „Ach, kochany Augustynie, wszystko minie, minie, minie!.”
Musiało się jednak jeszcze trochę wydarzyć, zanim wszystko rzeczywiście rozpłynęło się we mgle wspomnień.