(na podstawie wspomnień strzelca samolotowego, kaprala Teofila Gary)
Dowódca eskadry spojrzał na Fila i powiedział:
– A ty chyba masz już dość?
Strzelec uśmiechnął się zawadiacko i odrzekł:
– Jeszcze dziś muszę porozmawiać z Niemcami!
Wielu lotników spojrzało z uznaniem na niezwykłego kaprala, a potem skierowało wzrok w stronę polowego pasa startowego. Tuż za nim, w koniczynie, a następnie na polu ziemniaczanym podwozie straciły już dwa ,,Karasie”. Dwa samoloty skreślone z gotowości bojowej w ciągu jednej nocy! Na pokładach obu maszyn od godziny trzeciej nieszczęśliwie startował strzelec Teofil Gara. Nie miał żalu do pilotów – zrobili, co mogli, aby bombowce wzniosły się we wrześniowe niebo. Kapral przede wszystkim chciał walczyć z agresorem, ale musiał także z rozmaitymi przeciwnościami losu.
Dowódca eskadry popatrzył na ostatni gotowy do lotu samolot. Na osiem bomb lśniących między goleniami, na załadowane amunicją karabiny i zwrócił się do żołnierzy:
– Kto dołączy do naszego strzelca?
Z szeregu wystąpił pilot plutonowy Wacław Buczyłko. Ale pozostali lotnicy milczeli.
Dowódca uśmiechnął się wymownie, spojrzał na stojącego najbliżej obserwatora i podchodząc do niego zdecydował:
– Poleci sierżant podchorąży Stefan Gębicki!
* * *
Buczyłko wystartował sprawnie w niskiej mgle, pozostawiając Wsolę. Brązowo-niebieski ,,Karaś’’ miał pod skrzydłami czterysta kilogramów bomb. Była czwarta trzydzieści nad ranem drugiego dnia września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Pechowa sobota zdawała się odchodzić w cień, a pilot wzbił się na tysiąc sto metrów i poleciał w stronę Radomska oraz Częstochowy. Miała to być misja rozpoznawczo – bombowa, hamująca nieco niemieckie natarcie w kierunku wspomnianych miast.
Sierżant Gębicki siedział za plecami Buczyłki, rozglądał się i coś notował. Fachowość plutonowego znana była już wcześniej. Patrząc na poczynania pilota, dowódca załogi uśmiechnął się z uznaniem. Gara przestał oglądać ogonowego Vickersa i schował się nieco przed porannym chłodem, chociaż nie było to łatwe w odkrytym stanowisku strzeleckim. A w pałacyku pani Aleksandry Gombrowicz, gdzie nocował z innymi lotnikami, było tak przyjemnie…Ale nic to!
Wiatr tymczasem uderzał w duralowe blachy niedużego bombowca i w płowego lwa namalowanego na niebieskim tle. Kapral zawsze był dumny z tego, że zajmuje miejsce tuż obok godła eskadry i gotów był bronić go do ostatniego naboju!
,,Karaś’’ z miarowym terkotem silnika zbliżał się do Radomska. Z mniejszej odległości uwagę zwracały dopalające się ruiny centrum. Bombardowane od dwóch dni miasto, stało się piekłem, morzem płomieni i deszczem pocisków siekających wrogie sobie wojska. Stanowiska niemieckiej artylerii przeciwlotniczej znajdowały się na zachodnich peryferiach, a wróg miał nie tylko przewagę liczebną. Oddziały polskie walczyły jednak i to był jedyny pocieszający obraz.
* * *
Wściekły ogień dochodził niemal z każdej strony. Serie z faszystowskich działek przecinały wrześniowe powietrze, niszczycielskim pazurem poorały krawędzie skrzydeł, pierścień silnikowy i osłony kabin, przemykały tuż obok zbiornika z paliwem i głowy wychylonego kaprala Gary strzelającego do niemieckiej piechoty. Diaboliczny uśmiech wykrzywił twarz strzelca, który mógł pochwalić się już celnymi seriami z ogonowego Vickersa.
,,Karaś’’ wciąż leciał, bo plutonowy Buczyłko po mistrzowsku unikał artyleryjskiego ognia, kręcąc piruety. W pewnej chwili przeszedł w lot koszący, mknąc na wysokości około stu metrów. Wrogi ostrzał stał się trochę słabszy i pilot uśmiechnął się. Wiedział oczywiście, że oprócz umiejętności i odrobiny szczęścia, w walce potrzebna jest silna wiara. Kiedy o tym pomyślał, gromadzący się w kabinie gryzący dym, przeszkadzał mu już jakby mniej, a jego przednia, skromna siódemka zaskakiwała Niemców. Kilku rannych piechurów skoczyło do jakiegoś rowu, dwóch innych pozostało tam na zawsze. Na aryjskich twarzach utrwaliło się przedśmiertne zdumienie. Samolot przemykał tymczasem pomiędzy ogromnymi jęzorami płomieni i niczym stalowy grot strzelał nagle z czarnych, zadymionych obszarów.
Sierżant Gębicki chwalił w myślach dzielnego Wacka, ale jemu, w przeciwieństwie do pilota, zaczęły dokuczać osiadające na skórze spaliny. Pocił się, gdy Buczyłko eliminował kolejnych wrogów. Poniesiony jednak wojowniczą atmosferą, sierżant zszedł do gondoli i zajął miejsce dolnego strzelca. Maszyna plunęła nowym ogniem.
Tymczasem Buczyłko wpadł na pewien pomysł, przerwał ostrzeliwanie szkopów, wystrzelił w górę i ostrym skrętem poleciał na zachód. Sierżant Gębicki przyjął to w milczeniu, bo miał już dość lepkich spalin i potu.
* * *
Echo walk ucichło, niebo pojaśniało i można było odetchnąć głębiej. Buczyłko zdradził wtedy Gębickiemu, że chciałby zbombardować jakąś niemiecką fabrykę. Dowódca przystał na to. Wtedy jeszcze załoga ,,Karasia’’ nie wiedziała, gdzie się znajduje. Pod samolotem rozciągał się stary las i dopiero po kwadransie lotnicy zorientowali się, że musi on należeć już do Trzeciej Rzeszy. W milczącej zgodzie i z rosnącą nadzieją, lecieli więc na zachód.
Kiedy samolot znalazł się za strefą zalesioną, sierżant Gębicki baczniej zaczął rozglądać się wokół, zerkając przy tym na mapy. Buczyłko utrzymywał kurs, a kapral Gara zapisywał coś na małej kartce, którą włożył do specjalnej torebki znajdującej się przy prawej burcie samolotu. Saszetka została przymocowana do stalowej linki i przesuwana była między załogantami. Generalnie służyła do przenoszenia rozkazów wydawanych przez danego obserwatora.
Wznieś się na tysiąc trzysta metrów i dla naszych cukierków poszukaj najbliższej szkopskiej fabryki – czytał pilot, gdy skorzystał już z pokładowych udoskonaleń. Automat nastawiony jest na pojedyncze, może trzeba będzie jednak zrzucić wszystkie od razu.
Buczyłko wysłuchał kolegi i zaczął piąć się na wskazany pułap, sierżant Gębicki zgodził się z tym w milczeniu, Gara zaś znowu poruszył Vickersem i wypatrywał wrogich myśliwców.
* * *
– Tam jest miasto! To chyba Ohlau! – krzyknął strzelec, odwracając głowę. Po chwili zorientował się, że nie będzie musiał pisać kolejnej kartki, bo pilot, za pośrednictwem Gębickiego, potwierdził:
– Tak, stary i przypnij spadochron, bo mamy wreszcie większy cel!
Ku zaskoczeniu załogi, artyleria przeciwlotnicza wciąż milczała. Sierżant Gębicki znowu zszedł do gondoli i przejął obowiązki bombardiera, Buczyłko zaś skupił się na zachowaniu odpowiedniej wysokości, a Gara po raz kolejny ścisnął karabin i bacznie rozglądał się po niebie w poszukiwaniu Messerschmittów BF110. Tego dnia nazistowskie samoloty znajdowały się na szczęście daleko.
Budynki Ohlau rosły tak, jak kominy fabryki chemicznej. Mieszkańcy miasta byli zaskoczeni, w dole można było zauważyć uciekających ludzi, wielu Niemców spoglądało jednak w niebo i odgrażało się polskiej załodze. Ci, którzy wykrzykiwali najbardziej wulgarne słowa i zatrzymali się zbyt blisko ceglanych hal, po kilku minutach stali się żywymi pochodniami lub ginęli w ułamkach sekund, rozrywani eksplozjami bomb. Mały ,,Karaś’’ udowadniał, że potrafi być rekinem! Buczyłko czuł to najmocniej, chociaż kołyskę zajmował Gębicki.
Jęki konających w dole mieszały się z ich krzykiem, tu i tam pędziły żywe płomienie, pozbawieni zaś rąk albo nóg słudzy dyktatora, umierali w cierpieniach… Lotnicy nie mogli widzieć tych krwawych scen, skupieni na realizacji zadania. Dla nich ważne było to, że w szarym błękicie nie widzieli wrogich myśliwców.
Fabryka chemikaliów płonęła. Lokalna aryjska duma została zachwiana. Straty Trzeciej Rzeszy były stosunkowo niewielkie, ale śmiały rajd i historyczny sukces polskich lotników podniósł wkrótce morale wszystkich obrońców Ojczyzny, a załoga małego ,,Karasia’’, który stał się wielkim drapieżnikiem, powróciła tymczasem na macierzyste lotnisko.
* * *
Buczyłko podniósł osłonę kabiny i nie wyłączył jeszcze motoru, gdy usłyszał syrenę alarmową. Kątem oka zauważył ruch – sierżant Gębicki w pośpiechu opuścił środkową kabinę, przebiegł około dwudziestu metrów i wskoczył do innego samolotu, nie czekając na przybycie pilota lub strzelca. Plutonowy uśmiechnął się z uznaniem i zaczął wpatrywać się w szaroniebieski horyzont, gdyż zatrzymał bombowiec skierowany na zachód. Po chwili dostrzegł charakterystyczne, zwarte sylwetki Messerschmittów Bf109 schodzących coraz niżej. Niemieccy piloci lecieli sześcioma parami i przez chwilę zdawali się być potworem, który w oka mgnieniu pożre niewielkich obrońców lotniska.
– Nic to! – powiedział Buczyłko.
Odczekał jeszcze kilka sekund. Gdy najbliższa sylwetka żółtoszarego myśliwca znalazła się w kole celownika, nacisnął spust. Dostrzegł płomienie buchające z silnika Messerschmitta i wykrzywioną przerażeniem twarz pilota. Po chwili usłyszał słowa Fila:
– To jeszcze nie koniec rozmowy, sukinsyny!
Kapral obrócił hydrauliczną podstawę karabinu ku wrogim samolotom i rozległ się charakterystyczny terkot. Buczyłko uśmiechnął się diabolicznie. Jak dotąd – nie opuszczało ich szczęście, a wiara rosła z każdą godziną.