10/2024
Trzecia piętnaście (rano?)
lato pękło nagle
niczym krucha filiżanka
i od razu z jakichś ukrytych, podulicznych porów
wyroili się ci ludzie
mali, mokrzy, pokurczeni
śliscy jak grzyby
wszędzie ludzka pleśń
na placach, ulicach i mostach
ludzka pleśń w hipermarketach i multikinach
zapychająca metra, piwnice zamienione w knajpy albo galerie
przyrośnięta do krzeseł, biurek, poręczy
gnijąca w łóżkach i na mównicach
pokrywająca śluzem nie tylko siebie nawzajem
ale nawet jasność która jest światem
dziecięctwo, młodość, krótka pełnia, gnicie, śmierć
wiosna, lato, jesień, zima
cykl się zaciął
kolistość już się nie dopełnia
krew płynie z nawyku
a Księżyc
Księżyc na dobre utknął w gwiezdnym śluzie
gdyby czarny paznokieć nieba
zapukał nocą w moje okno
otworzę się na oścież