+48 736-84-84-44

W załodze karetki pogotowia

Stalowa Wola, grudzień 1981, stan wojenny

Dla nas, a zwłaszcza dla mojej żony Grażyny, jest to bardzo trudny czas, bowiem spodziewamy się dziecka. Kupienie czegokolwiek w Stalowej Woli wymaga nie lada zabiegów i nieziemskich kombinacji. Przed świętami wybieram się na zakupy z listą sporządzoną mi przez Grażynę. Najważniejszym jej punktem są drożdże, wszystko ma być pełnopłatne na 100%, bez żadnych zniżek, ale problem polega na tym, że pomimo pełnej odpłatności, nic nie można kupić. Sprzedawczyni w sklepie PSS ,,Społem” przy ul. Komisji Edukacji Narodowej z miną świeżo nagrodzonej gwiazdy filmowej oznajmiła mi, że powinienem wiedzieć, iż drożdże były wczoraj. Jak widać, z tą wiedzą jestem do tyłu.
        To już moje kolejne złe doświadczenie z tego sklepu. Niedawno władze miasta wpadły na pomysł, aby brakujące towary sprzedawać po godz.16-tej, gdy pracownicy Huty Stalowa Wola będą po pracy. Może to w teorii i  niegłupie, ale wykonanie fatalne.  Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Sklep pełen jest klientów i bawiących się dzieci, których bez opieki matki nie zostawią przecież samych w domu. Rejwach nie do opisania. Bywa, że i bez deszczu dzieci się nudzą. Aktrisy zaczynają ważyć towary dopiero po 16-tej. Wcześniej były zajęte obsługą tyłojentów na zapleczu sklepu. Szczęk nożyczek, wycinanki z kartek żywnościowych lądują w słoikach. Dziesiątki par oczu ludzi stłoczonych w sklepie śledzi w napięciu misterium sprzedaży. Kalkulatory w głowach przeliczają, starczy dla mnie, czy nie? Czy znowu odejdziemy z pustymi rękami?

Jakby nie patrzeć, nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia bez babek i słonej bułki, które pamiętam od zawsze z domu w Krakowie. Grażyna pielęgnuje krakowskie zwyczaje z nadzwyczajną starannością i pietyzmem. W prezencie ślubnym dostała od mojej babci Marii jej zapisany ręcznie zeszyt z przepisami kulinarnymi. Są w nim kaligraficznie spisane różne stare przepisy, ilości jaj  podane w kopach, masło w funtach. Od dziecka służyłem jako siła fizyczna do pomocy w kuchni. Nieraz babcia nie mogła się pogodzić z tym, że wyrabiałem ciasto dwoma rękami lub, o zgrozo, ucierałem masę do tortu w lewą stronę. Było minęło, ale poszanowanie dla świątecznych zwyczajów mam w sobie, i jestem szczęściarzem, że mogę śmiało powiedzieć, iż mamy je wspólnie z Grażyną.    

Trudno sobie wyobrazić święta bez domowych wypieków, a więc dobrze byłoby mieć drożdże. Wyszedłem z domu, ale drożdży nigdzie nie udało mi się upolować, musiałem zacząć je zdobywać w inny sposób, jako tyłojent. Trafiam do piekarni w Rozwadowie. Wiem, że nie mam co pytać od frontu, w sklepie. Czasy są takie, że bez kombinacji i znajomości nie można nawet kupić drożdży – i to w najbardziej pożądanym czasie, czyli przed świętami. Ostrożnie zaglądam od zaplecza piekarni. Widzę wielkie kadzie maszyn do wyrabiania ciasta, zaskakujące swoimi wymiarami, i czuję ten charakterystyczny drożdżowy zapach unoszący się w powietrzu. Widok twarzy bladych od mąki, roznegliżowanych do pasa piekarzy – tworzy dziwne połączenie piekarni, młyna i plaża. Istne poplątanie z pomieszaniem. Wsuwam nieśmiało głowę przez drzwi, usiłując zagaić coś na początek. To takie klasyczne działania rozpoznawczo – zaczepne, mające usprawiedliwić jakoś moją obecność na tyłach piekarni i pozwolić zorientować się, jak skutecznie zagadać, żeby wyjść z drożdżami. Czas, w którym się zjawiłem, okazuje się nietrafiony lub używając współczesnego języka, niefortunny. Właściciel piekarni nie jest zainteresowany rozmową. Życie właśnie mu się niespodziewanie skomplikowało, gdy szlag trafił maszynę do wyrabiania ciasta. Jestem dla niego namolnym intruzem, który zawraca głowę w najmniej oczekiwanym momencie. Czuję, że powinienem się szybko i skutecznie wynieść. Robię dokładnie odwrotnie i proponuję pomoc w naprawieniu maszyny za walutę, którą ma być duża paczka drożdży. Po jego twarzy widzę, że rozmowa zacznie się kleić. Zdejmuję kurtkę, pytam o narzędzia i zaczynam rozbebeszać maszynę do wyrabiana ciasta.

Po niemal dwóch godzinach wychodzę z piekarni, zostawiając za sobą zadowolonego piekarza i sprawną mieszarkę. W ręce mam wielką paczkę drożdży, z którą wracam do domu. To cały mój zarobek, z którego jestem więcej niż bardzo dumny i szczęśliwy. W drzwiach wita mnie Grażyna, zdenerwowana tym, że przepadłem bez wieści wychodząc tylko po drożdże. Zdaję sobie sprawę, że młodym ludziom, którym współcześnie już od czasów ząbkowania dawane są komórki zamiast grzechotek, trudno będzie to zrozumieć. Sam przecież  wielokrotnie bywając teraz w sklepie, gdy zapominam, co miałem kupić, dzwonię. A gdy przypadkiem okaże się, że nie wziąłem ze sobą komórki, schodzę bardziej na ziemię i wracam do czasów słusznie minionych.

Pamiętam, że trudno mi było zrozumieć, kiedy rodzice opowiadali o sytuacjach z wojny, gdy ktoś wychodząc po papierosy do kiosku naprzeciwko, nigdy nie wracał. Nie porównuję absolutnie stanu wojennego do tragedii prawdziwej wojny, którą znam jedynie z historii, literatury, filmu i opowiadań naszej mamy Anny, żołnierza AK, ale ta codzienność stanu wojennego, poprzedzonego wieloma latami chwilowych braków w zaopatrzeniu, jak to przewrotnie nazywała partyjna propaganda, była jednak prawdziwą zmorą codziennego życia – nie tylko zresztą w Stalowej Woli. Kupienie mięsa, paliwa, zaspokojenie skromnych elementarnych życiowych potrzeb, to nasze codzienne upodlenie. Piszę o życiu, którego byłem zwykłym uczestnikiem, wraz z innymi.

Stan Grażyny oraz chęć wyręczenia i zaoszczędzenia jej dodatkowych zmartwień był dla mnie stanem wyższej konieczności. Któregoś dnia żona rozpłakała się, nie mając co do garnka włożyć. Po nocnych czuwaniach pod sklepem mięsnym,  kiedy w mroźne grudniowe noce w Stalowej przed sklepami płonęły ogniska, nie przynosiłem do domu niczego poza zapachem dymu na kurtce. Wtedy mocno postanowiłem, że czas najwyższy zadziałać inaczej. Sceny z filmów wojennych, m.in. z ,,Zakazanych piosenek”, oraz wspomnienia z dzieciństwa na Floriańskiej, gdzie zjawiał się desant mięsny ze wsi w osobie Pani Zającowej, podpowiadały kierunek działań.

Dobrze, że jesteśmy otoczeni życzliwymi sąsiadami, którym możemy zaufać. Rozmawiam z Zenkami. Jako lekarze mają większe od nas możliwości i rozeznanie: co, z kim i za ile. Obiecują, że pomogą. Nie wypytuję ich o szczegóły, ale widzę, że są mocno osadzeni w temacie. Należy działać niezwykle dyskretnie i nadzwyczaj ostrożnie. W paragrafach stanu wojennego, o których codziennie bębnią w ,,Dzienniku Telewizyjnym” prezenterzy w mundurach, nie ma dnia, żeby nie było czegoś o handlu mięsem i grożących za to karach.

Po kilku dniach Zenkowie zapraszają mnie na spotkanie konspiracyjne pod tytułem: świniobicie. Impreza ma być troszku grupowa, bo na całą świnkę po prostu nas nie stać. Niecałe dwa lata pracujemy w HSW i nasze inżynierskie pensje nie pozwalają na taki wydatek. Dowiaduję się, że na zdarzenie zostanę dowieziony i mam mieć przy sobie określoną ilość gotówki. Mam też nie zadawać pytań. Pomyślano o wszelkich aspektach dochowania tajemnicy.

Następnego dnia o wczesnoporannej godzinie pod nasz blok ma podjechać karetka pogotowia. Z kierowcą mam się przywitać w ściśle określony sposób, a mianowicie: Dzień dobry panie Fellini. To jest nasze umówione hasło, które potwierdzi kierowcy, że wsiadł ten człowiek, który wsiąść powinien; nie żaden inny. Karetka przyjeżdża na czas, witam się umówionym hasłem, kierowca i sanitariusz w jednej osobie, słowem Pan Fellini, zaprasza do samochodu i wiezie mnie w kierunku Sandomierza. Dokąd dokładnie nie wiem, bo i po co. O nic nie pytam, bo i nie wypada, a zresztą i tak  pewnie niczego więcej przed imprezą bym się  nie dowiedział. Zapowiada się ciekawie. Jedziemy sobie, nie rozmawiając zbyt dużo. Ja głównie słucham – co na co dzień raczej się nie zdarza, ponieważ jestem gadułą. Kierowca co chwilę dokładnie się rozgląda na lewo i prawo, głowa kręci się na jego szyi jak u pilota agro. W międzyczasie kierowca wydukał kilka słów o sobie. Wiozący mnie w nieznane kurier, ma po prostu na imię Felek. Jest sanitariuszem w Pogotowiu w Stalowej Woli, a Fellinim przezywają go koledzy.

W pewnym momencie z głośnika radiotelefonu karetki, odzywa się ruska mowa. Nie jakieś tam pojedyncze słowa, ale całe zdania i to wypowiadane w żołnierskim stylu. Pytam więc, szczerze zdziwiony i zaskoczony, tak po naszemu – znaczy po polsku:

– Panie Felku, a skąd, tu Ruskie? Dlaczego się odezwały w radiotelefonie?
Na co Felek:

 – Panie, to pan nic nie wie? Przecież ich wokół Stalowej jest tylu, co nas.
Mój przewodnik, który codziennie, o różnych porach dnia i nocy, objeżdża stalowowolskie przysiółki karetką pogotowia, recytuje jak z pamięci:  
– Panie! W Zaleszanach, za taką a taką stodołą, stacjonują. Padają precyzyjnie podawane pozycje dyslokacji ruskich oddziałów wojskowych, otaczających Stalową Wolę, jak na oficera szpicy zwiadu przystało. Pan Felek jest rzeczywiście doskonale zorientowany i mógłby być pomocny, gdyby np. trzeba było pozycje wroga nanieść na mapę.

Zjeżdżamy z głównej drogi i zbliżamy się karetką do jakiegoś gospodarstwa, z którego gospodarze wychodzą nam naprzeciw. O żadnych konwenansach, przedstawianiach nie ma mowy. Pada chłodne dzień dobry, bez oznak zaufania do mojej osoby – i to wszystko.
Felek zasypuje gospodarzy wiązanką pytań:

-Wrzątek nagotowany? Wanienka drewniana jest?

 Z pytań orientuję się, że Felek będzie dzisiaj grał pierwsze skrzypce w jednoosobowej orkiestrze – role: kata, rzeźnika i masarza, nie mylić z masażystą. Okazuje się, że z nami – jako wyposażenie karetki – przyjechała duża, profesjonalna, elektryczna maszynka do mięsa i zestaw lejków do napychania kiełbas. Mamy też bogaty zestaw jelit. Może się przydać, gdyby przypadkiem przyszło opatrywać postrzał brzucha. Wszystkie te szpeje wyjmuje Felek na moich oczach ze schowków karetki.

Kłapoucha blondynka, nieświadoma ostatnich chwil życia, biega po obejściu, ogłaszając swoją obecność głośnym kwiczeniem. Może pacjentkę zmylił widok karetki i biały kitel sanitariusza-kierowcy, może chce mu wyjawić swoje dolegliwości, a może jest po prostu zaskoczona wizytą służby zdrowia.

Felek staje jej na drodze z siekierą w ręku. Siekiera jest miejscowa i nie pochodzi z torby medycznej wyposażenia karetki. Narzędzie pewnie nie jest sterylne.

Fellini zadaje ofierze cios siekierą w głowę! Trzonek łamie się z trzaskiem! Zwierzę kwiczy niemiłosiernie i dalej biega jak oszalałe po obejściu. Gospodarze
i kat usiłują je dopaść. Patrząc na te sceny, staram się być jak najdalej, ale mimo to domyślam się ich przebiegu. Wprawdzie jeść trzeba (wegetarianinem nie jestem), ale dotychczas jedzona kiełbasa nie kojarzyła mi się nigdy ze śmiercią zwierzęcia. Udaję, że nie słyszę docinków gospodarzy w stylu: Ależ te miastowe cholernie wrażliwe!
Drewniana wanienka jest już w użyciu, a po wrzącej kąpieli sznur w stodole, przeprowadzony przez bloczek u belki, jest mocno naprężony. Sceny i zapachy na pewno nie z mojej bajki i chętnie bym stamtąd uciekł, gdyby nie konspiracyjny cel, który mnie przywiódł w to utajnione miejsce.

Mija godzina za godziną, zapada zimowy wczesny zmrok. Maszynka warczy, świnka już przebrana. Udaje: a to węża wychodzącego z maszynki do mięsa, a to kawior w ubranku kaszanki. Salcesony gotują się w wielkim kotle, w którym zazwyczaj gotowała się pasza dla dzisiejszej ofiary. Wyroby już rozdzielone pomiędzy uczestników tego konspiracyjnego spotkania, kasa zmieniła właścicieli. Denatka w odmienionych postaciach spoczywa w miednicy i zajmuje miejsce pod kocem na noszach. A nosze, jak nie trudno się domyślić, w karetce. Fellini, jak na sławnego reżysera przystało, przed drogą powrotną wręcza mi biały kitel i przedstawia scenariusz powrotu pacjentki do domu. Tak biało i sterylnie wyelegantowani towarzyszymy blondynce w jej ostatniej drodze. Jakoś mi smutno i przykro. Polędwiczki, podobno przysmak każdego świniobicia, podawane wprost z patelni, wcale mi nie smakowały. Ledwo je przełknąłem, bo byłem po prostu bardzo głodny. Pocieszam się myślą, że nie wszystkie interwencje medyczne zespołów pogotowia kończą się uratowaniem życia pacjenta.

To nie był głupi pomysł, aby pacjentka wróciła do domu na noszach. Nasz blok przy ul. Wojska Polskiego ma 10 pięter i kilka klatek, a w każdej z nich wiele okien, w których widzowie mogliby się podzielić swoimi obserwacjami z tymi, których wiedzy wolelibyśmy uniknąć.
 Sanitariusze szybkim krokiem wnoszą pacjentkę do bloku. Chora jest przykryta po samą głowę, czemu akurat trudno się dziwić, wszak koc na noszach lichutko cienki, a mróz pod wieczór trzyma siarczysty. Śnieg głośno skrzypi pod stopami załogi karetki pogotowia.

Przejdź do treści