Znali go prawie wszyscy w mieście. Z widzenia. Zwykle mówili o nim: stary dziad, włóczęga, obwieś albo w sposób bardziej literacki: człowiek bezdomny, rezydent dworca głównego. Wszystko, co mówili, było prawdą. Rzeczywiście był już stary, nie miał stałego miejsca zamieszkania (tak przynajmniej wpisano do dowodu osobistego), często przebywał na dworcu głównym, może nawet z zamiarem stałego pobytu. W każdym razie na pewno z zamiarem ogrzania się w chłodne, deszczowe wieczory, przeczytania porzuconej przez kogoś gazety, czy skorzystania z dobrodziejstw dworcowej łazienki. Innym powodem, a może tym właściwym, było to, że mógł tam spotkać wielu różnych ludzi. Mógł na nich patrzeć bez jakichkolwiek przeszkód, pozostając przy tym niezauważony. Obserwować pośpiech, zdenerwowanie albo leniwe wytracanie czasu, okazywane spoglądaniem na zegarek lub bezmyślnym wpatrywaniem się w sufit. To, co interesowało go najbardziej, to reakcje. Zdarzało się, że ktoś potykał się o jego, może zbyt daleko wysunięte nogi, klął siarczyście na czym świat stoi, pochylał się z zamiarem wykrzyczenia najgorszych wyzwisk, po czym nagle zastygał nieruchomo, uśmiechał się z niedowierzaniem, mamrocząc niewyraźne:
− To pan? To pan… Proszę wybaczyć moją nieuwagę…
Przykładał wtedy palec do ust w geście nakazującym milczenie i uśmiechał się dobrotliwie.
Jak zwykle. Jak zwykle – myślał, kiwając głową. – To potwierdza tylko moją teorię. W łachmanach nie znaczysz nic.
Czasem przysiadał się ktoś, pytając, czy nie ma czegoś do jedzenia. Wyciągał wtedy z kieszeni płaszcza kromkę chleba, starannie zawiniętą w białą serwetkę. Podawał bez słowa.
Dni spędzał na ulicy, przechadzając się tam i z powrotem, przysiadając na ławkach w parku, zaglądając ciekawie przez wystawowe okna do eleganckich wnętrz. Czasem ktoś się za nim obejrzał, czasem splunął na chodnik. Młode matki troskliwie odciągały swoje pociechy, aby te nie dotknęły pulchną rączką, nie otarły się, a już na pewno nie przytuliły do zeszmaconego, zdawałoby się, nazbyt niehigienicznego płaszcza. Rozumiał to. Odwdzięczał się życzliwym uśmiechem, który na chwilę rozjaśniał oblicze. Ludzie. Kto ich zrozumie?
Często można było go spotkać również w piekarni. Zwykle siadał przy małym, okrągłym stoliczku, wciśniętym w róg sklepu. Stamtąd miał widok na wszystko. Mógł obserwować rumiane bochenki chleba, zawijane, drożdżowe chałki, rogale posypane makiem, okrągłe bułki parujące w drewnianych skrzynkach, a przede wszystkim ludzi stojących w kolejce. Nie kryli odrazy zerkając w jego stronę. Wymieniali uwagi między sobą, że nie powinien tam siedzieć, że to nie miejsce dla przybłędów, że to piekarnia, a nie przytułek, że przez takich jak on, chleb traci na wartości. Zdarzało się, że ktoś podarował mu pół bochenka. Scyzorykiem odkrajał wtedy jedną kromkę, zawijał ją w białą serwetkę i wkładał do kieszeni płaszcza. Z pozostałej części wydłubywał miąższ, palcami ugniatał w maleńkie kuleczki, układał po dziesięć na blacie stolika, w pięciu grupkach.
− Jak tak można! – zwykle ktoś się oburzał.
− Jaki przykład daje pan dzieciom? − z wyrzutem pytały kobiety.
Młodzi parskali śmiechem i odwracali się plecami.
− Panie kochany, czy nie można coś z tym zrobić? – wykrzykiwali w stronę starego piekarza, właściciela piekarni, panowie w elegancko odszytych garniturach.
Osoby w podeszłym wieku zwykle milczały, kiwały głowami, zdarzało się, że ze łzami w oczach.
Stary piekarz zaciskał wtedy szczęki. Nie reagował. Nie mógł. Związany był umową, a słowo, to słowo. Stary piekarz wiedział, że pod rękawem lichego płaszcza znajduje się obozowy numer, niechlubne piętno wojny. Sam też miał taki tatuaż. Z tego samego miejsca i czasu. Dobrze wiedział, że kulki chleba, to nic innego, jak obozowy różaniec, a palce, które ugniatają chleb, należą do wielkiego artysty. Wreszcie, że ten niepozorny człowiek przy stoliku w rogu sklepu ma nieprzeciętny dorobek naukowy, jako profesor socjologii i to zarówno w kraju, jak i za granicą. Teraz już na emeryturze, rzecz jasna.
− Eksperyment, tfu! Umowa! Że też dałem się na to wszystko namówić! Tyle pogardy! Tyle upokorzenia, niezasłużonych, raniących serce słów! Jak on to może wytrzymać? Taki wspaniały człowiek… – mruczał do siebie, kiedy miał pewność, że nikt go nie może usłyszeć.
Wieczorem, sponiewierany człowiek w płaszczu, wracał do swojego mieszkania. Spisywał spostrzeżenia z całego dnia, podsumowywał, obliczał statystycznie, wyciągał wnioski. Przed snem jeszcze chwilę malował. To go odprężało.
Całkiem podobnie wyglądał każdy następny dzień, do znudzenia przypominający ten poprzedni. Do czasu, aż oba dzieła profesora zostały ukończone. Wtedy on sam uporządkował swój wygląd zewnętrzny, przebrał się, ogolił, użył nawet ulubionej wody toaletowej. Z obrazem w jednej ręce i książką w drugiej, udał się do piekarni.
− Witam pana, panie profesorze! – ktoś z kolejki rozpoznał go. – Dawno pana nie wdziałem. Jak zdrowie?
Widziałeś. Widziałeś, tylko znać nie chciałeś, bo nie poznałeś – odpowiedział w myślach profesor, a głośno dodał:
− A dziękuję, wszystko dobrze i oby tak dalej.
− Po chlebek pan przyszedł? Proszę, może przede mną pan kupi. Mnie się dzisiaj nie spieszy – jedna z kobiet przesunęła się, aby mógł zająć jej miejsce w kolejce.
− Nie, nie! Dziękuję za uprzejmość, ale dzisiaj przyszedłem z prywatną wizytą do właściciela piekarni. Powspominać stare czasy – dodał tajemniczo, przeciskając się przez wąskie przejście w ladzie.
Na zapleczu spotkał się ze starym piekarzem.
− Rany boskie! Już myślałem, że ten eksperyment, jak go tam nazwałeś, nigdy się nie skończy! Nie wytrzymałbym ani dnia dłużej! Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.
− Właśnie się zakończył! – oświadczył profesor z zadowoleniem, wyjmując książkę z reklamówki. – A oto wyniki moich badań. Egzemplarz autorski. Dla ciebie, na długie, nudne wieczory. Ale ty i tak już wszystko wiesz.
Piekarz wziął książkę do ręki, pogładził okładkę. Poprawił okulary, aby lepiej dojrzeć litery.
− „W łachmanach nie znaczysz nic” – odczytał głośno. – Dobry tytuł. A co tam masz w tym drugim zawiniątku? Może obraz, o który prosiłem?
− Tak. Tak jak chciałeś. Wyjątkowy i specjalnie dla ciebie. Z podziękowaniem za współpracę.
Profesor rozerwał szary papier, w który zawinięty był obraz. Na płótnie namalowana była postać Matki Boskiej pochylającej się nad bochenkiem chleba, z chlebowym różańcem oplecionym wokół prawej dłoni. Obraz sprawiał wrażenie trójwymiarowego, z refleksami światła, z dopracowanymi najdrobniejszymi szczegółami. Był po prostu wspaniały. Piekarzowi z wrażenia aż zabrakło tchu. Wpatrywał się w niego jak zauroczony, przyciskając ręce do serca.
− Te oczy… − wyszeptał wreszcie po chwili. – To spojrzenie… Już je kiedyś widziałem. Nie mogę sobie przypomnieć…. Może na jakimś innym obrazie? Gdzieś w kościele?
Profesor pokiwał przecząco głową.
− Już wiem! Wiem! Pamiętam! – głos piekarza nagle załamał się ze wzruszenia. – Dzień wyzwolenia. Dziewczyna w żołnierskim mundurze przy wozie. Pamiętasz? Dzieliła chleb na kawałki i podawała na dłoni. Patrzyła właśnie takimi oczami. Widzieliśmy ją obaj tamtego dnia, zza kolczastych drutów. Pamiętasz? Staliśmy obok siebie. Była wtedy dla mnie tak ulotna. Tak ulotna jak zjawa, jak najcudowniejszy anioł prosto z nieba.
− Tak. Jak Matka Boska. Jak Matka Boska od chleba – dodał cicho profesor, przywołując w pamięci zdarzenie sprzed wielu, wielu lat.