+48 736-84-84-44

Uwierzcie wariatowi

Wodorki mojego oddechu drążyły powietrze. Myślałem, z płaczliwą zazdrością, że ja także chciałbym pofrunąć, oddalić się od siebie…

            Stałem jak słup pod budynkiem Izby Lekarskiej. Wyrzucili mnie za niestosowne zachowanie wobec profesora Marabuta. Ten przemądry człowiek egzaminował moją córkę na studiach z psychologii stosowanej, a mnie cztery razy zamykał w psychiatryku. Miałem do niego sprawę, a ponieważ znaliśmy swoje dobre i złe strony, wczoraj odważyłem się pójść do jego willi. Nie był zadowolony, chociaż ja byłem miły – a nie zawsze tak mam. Powiedział, że dla zdrowia psychicznego w domu nie rozmawia o sprawach zawodowych. Umówiliśmy się rano w gmachu Izby Lekarskiej. Na koniec jeszcze spytał: Panie Janku, leki pan bierze regularnie?, a ja kiwnąłem bez konkretów. Machnął ręką.

I dziś pojawiłem się na omówienie ważnej życiowej próby, a on znów – że nie ma czasu. Pytam więc, gdzie ma to przyniosę. Zrobił się zły i nie odpowiedział. Trudno, moją uprzejmość to przerosło. Nazwałem to chamstwo innym słowem – też na ,,ce – ha” – i ochroniarz wyprowadził mnie na zimno. 

            O 14.00 wszedłem jeszcze raz do środka budynku, tym razem bez mówienia prawdy. I-co za fart – lekarze właśnie skończyli naradę. Profesor Marabut idzie do mnie, kiwając w poziomie głową, a za nim inne fartuchy. Czuję, że Izba Lekarska właśnie wyprosiła za drzwi mój wniosek o uwolnienie ze mnie ludzkiego odruchu.

– Proszę pana, ze względu na chorobę nie możemy zrealizować pańskiej prośby – profesor Marabut mówi do mnie, ale patrzy na stojących za nim.

­- Jaką chorobę? – pytam i dorzucam na bezdźwięcznym marginesie pytania parę kurew i chujowin. Fartuchy już dogadują się wzrokiem, jak najlepiej wmówić mi niepoczytalność. 

– Panie Janku, to, że objawy się wycofały, wcale nie znaczy, że pan jest całkiem zdrowy. Schizofrenia wraca. To pańska córka musiałaby podpisać zgodę na pobranie organów od pana, głównie serca, na czym wyjątkowo panu zależy. A to też dopiero po śmierci. 

­- Ja pierdole, co za biuro – gnoju pieprzony już nie powiem.

– Takie buty.

Rozchodzą się bez wzruszeń, a ja zostaję sam – z krzywdą mojej nieuleczonej córeczki. Ona potrzebuje sprawnego serca. To, które nosi, włóknieje.

Stoję przed piękną aleją prowadzącą do Izby Lekarskiej. Ptaszek skacze przy moich nogach bez popłochu. Świeci słońce. Jest ciepło mimo październikowych mgieł.

Nic się nie liczy. 

*

            Dlaczego kilka lat temu żona Janka poszła w cały świat? Bo nie wytrzymała już wizyt Pana Młodego i wyskoków Zimy, o Gumisiu nie wspominając. Te psychiczne cienie piły krew całej rodziny. Dzieci siniały za wersalką, żona bladła z widelcem ukrytym pod pachą na wypadek ataku. Naprzeciwko nich – Jan z mrokiem świadomości.

Zima, ja nie mam ci nic do oddania. Spierdalaj z tym nożem!- Janek charkał flegmą w przerażone oczy żony, a Zima ani drgnęła. Jeśli jest się żoną, trzeba to rozumieć i znosić. Ale można przestać nią być.

Zanim Jan uwierzył w chorobę, minęły długie miesiące, bo – jak prawie każdy schizofrenik – tracił czas na dogadywanie się z nowymi. A porozumiewanie polegało na tym, że wyzywał wszystkich troje. Jak zginąć to w walce. Pewnego dnia zdzielił Gumisia deską klozetową, która czekała na montaż.

Znowu pachnidła za trzy stówy? – wrzeszczał i wyrzucał pieniądze z portfela w stronę zalęknionej córki, aż w końcu porwał ten plastikowy fragment klozetu i walnął nim szesnastoletnią Anetkę. Dziewczyna w tym dniu miała iść na imprezę, więc chciała podobać się chłopakom. A tu – podbite oko i złamany nos. Wtedy wreszcie zabrali nienormalnego do swoich, do Toszka. Tam wadliwa natura przeszła chemiczną kwarantannę.

Po okresie rewitalizacyjnym Jan wrócił do innego domu – do obozu nienawiści. Syn nienawidził wstydzić się za rodzinnego debila, żona i córka nienawidziły strachu przed nim. I stało się coś niespodziewanego. Żona Janka uciekła. Zadziałał instynkt i to zrozumiałe, ale dlaczego zostawiła z wariatem dzieci? Anetka z miłości do mamy przekreśliła tatę na zawsze. Przemek ożenił się przed maturą i wyprowadził z domu.              

            Mimo tego, że po szpitalu Jan czuł się dobrze, to silniej rozumiał te zmiany w uczuciach. Zdrowy cierpiał naprawdę. Doszedł do wniosku, że bez lekarstw był szczęśliwszy. Miał wtedy z kim pogadać, powalczyć o siebie. Czy to Pan Młody, czy Zima. Tylko Gumisia już nie chciał znać. Gumisia, który ciągle chciał forsy na nowe dziewczęce fanaberie…

*

            Noc. Dawniej nie znosiłem nocy. Budzili mnie, żeby męczyć do rana. Pokój zmieniał się w salę tortur. Pan Młody rzucał krawatem, sugerując, że powinienem dopasować pętelkę do haka. Ten zmyślony przygłup był skrócony do szyi, niczym ja w dniu ślubu. Też nie miałem wtedy głowy, tylko testosteron. Po co mi była głowa. O wszystkim decydowała jej, hę, wielka pani. Nigdy nie widziałem twarzy Pana Młodego, ale zawsze miałem wrażenie, że to moja gęba do niego pasuje. Zima z kolei siadała ogromnym cielskiem na brzegu parapetu i, patrząc na mnie – pożal się Boże – szydziła:

– Żona pakuje ci się w świat.

–  Przez was się pakuje!

– Taaa? A co myśmy jej? Synowi też coś przez nas? – błyskała zębami, znalezionymi w śmietniku.

Chwalił się, że przygarnął tę cząstkę człowieka, żeby nie marnować życia.

– Chłopak chce się wyprowadzić, bo nie ma poczucia humoru. Dałbyś mu trochę zdrowych przerzutów na chorą naturę. Wiesz  jaki jest sztywny w towarzystwie. Dajże dziecku uśmiech! – zjadliwym rechotem podnosiła aplauz.   

– Jak?

– A zabij się na wesoło. Tak, żeby się uśmiał.

– Co proponujesz?

– Umrzyj z wyszczerzonym ryjem.

            I zaczęła mnie gilgotać pod stopami. Nie cierpię takich zabaw, ale pozwalałem, niech się nacieszy. Potem zaczęło się to przeciągać. Ja jej przestań, a ona jak będę chciała. Śmiałem się, choć już mnie to nie śmieszyło. Potem przepona już mi nie wytrzymywała. Cztery godziny intensywnego chichrania – prawie umarłem. W ostatniej chwili Przemek wpadł do pokoju. Widok ojca spoconego jak prosię, na bezdechu, przeraził chłopaka. Krzyczał: paliłeś?! paliłeś trawsko?! i  wywracał szuflady. Szukał nie tego demona. W końcu podał mi jakiś psychotrop. Kiedy doszedłem do siebie, omamy ustały. Została przykrość, że mój syn, który wydarł mnie złemu, nadal jest smutnym młodym człowiekiem w imię psychicznie chorego ojca.

*

             Po rozmowie z nieżyczliwym Marabutem Jan pojechał do lasu odbezpieczyć pewne plany. Iglaste sanatorium przyjęło go sokiem żywicznym, mapą grzybobrań, wycieczek z leśnikiem. Ale ukłonił się zapamiętaniu, odsuwając błogostan, bo tym razem szukał innych doznań. Przyjechał do syna ciemności.

Na krańcach drzewostanu, przy przystanku, na którym autobus zatrzymuje się tylko w południe i o północy, stał jednorodzinny domek. Czworobok w stanie ciężkim. Dziury po cegłach, rupiecie domowego sprzętu i gruz. Drzwi otworem, okna wybite. Luksus dla szmaciarzy. W tej chatce, którą kiedyś otaczała aura mchu i paproci, zamordowano pięcioosobową rodzinę. Nikt nie wie, co się stało. Całe dochodzenie to jeden wielki domysł. Najprawdopodobniej przyszedł obcy, najprawdopodobniej chciał kasę i nie dostał, więc szarpnął z pniaka siekierę i zmienił leśną rodzinę w surowe mięso. Potem wystraszył się siebie, wypił kwas i zdechł jak pies – mówili ludzie. Leżał na klapie kompostownika. Świadkiem masakry był tylko ten stary dom.

Jan przyjechał tutaj, bo tu żyła śmierć. A on chciał wiedzieć na jej temat jak najwięcej. Teraz chce umrzeć, ale tak, żeby Anetka na tym skorzystała. Niechby mu było wolno pomóc własnemu dziecku! Od miesiąca nie brał lekarstw, żeby oddać zdrowe serce chorej córce.

Patrzył przez wybite okno w zielony las – niskie runo, słabe poszycie, drzewa wysokie. Iglasty mur. Ziemska przyroda i nic. Ani powidoku trupowiska, ani paranormalnych nut, żadnego pozazmysłowego dyskursu. Zamknął oczy do śpiewania internetowej piosenki… ,,Jest tyle sposobów by umrzeć”… I nie mógł sobie przypomnieć słów, w których byłaby ukryta wskazówka. Tylko ten źle tłumaczony refren… ,,dumb ways to die”….

*

            Odwiedziny syna. Przemek puka  pięć razy – pauza – dwa. Znów przyjechał bez mojego wnuka. Nie pytam, ponieważ dyżur ma zawsze to samo kłamstwo: Kamilek ma katarek. Duparek – dopowiadają moje myśli urażone.

Przemek łasuje wzrokiem kuchnię. Zatrzymał oczy na pudełku z apteką. Nie mam czego się bać – ogłosiłem, że leków brać nie będę. Chcę się uwolnić od wolności. Chcę znów być czubkiem. Po tej stronie świata wszystko co nienormalne jest przynajmniej zgodne z zasadami. Zasadami anormalności. Wracajcie do mnie, demony!

– Tato, widziałem się z Marabutem – syn patrzy na mnie z wysokości swoich stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu. Zaciął usta i czeka, aż zacznę odpowiadać na zawieszone pytanie. Nie będę się gówniarzowi spowiadał, że muszę ratować córkę.

– Przecież Aneta nie potrzebuje żadnej operacji – jednak pociągnął rozmowę sam. – Jest zdrowa. Studiuje. Będzie psychiatrą – tłumaczy z udziałem rąk.  

            Nic się nie odzywam. Tylko ja wiem, że serce mojej Anetki to ugnity ogryzek uczuć do ojca. Że tylko przeszczep mojej miłości może nam pomóc. Nawet jeśli mnie już nie będzie…

Znów siedzimy bez słów. On zaczyna trochę o Kamilku. Wzruszam się. Poszedłbym z wnuczkiem do dinoparku, na basen piłkowy, na karuzelę… To z dziećmi przeżywa się najwięcej dobrego.

            Pukanie inne. Poczwórny dwutakt pięścią. Anetka. Otwieram drzwi. Jej impet uderza mnie drewnianym skrzydłem. Moja córka wnosi mebel – krzesło z podłokietnikami i nie tylko. Są tu paski do przypięcia, do przybicia rąk. Przy nogach dubel kajdan. Anetka popycha mnie w to więzienie. Boże, jaki ja jestem słaby. Wpadam na siedzisko jak worek kartofli.

– Nienawidzę cię, ty wstrętny psycholu. Zdechniesz na tym tronie!

            Przemek oddala swój autorytet w sprawie siostry. Poszedł w kąt i maleje. Jest już wypłoszonym zającem. Ja z pokorą pozwalam córce przypinać się do krzyża. Z jej klatki piersiowej wylatują zadry serduszka.

            Pobiegła do ubikacji. Mocuje się z czymś, coś wyrywa… Przemek patrzy w moje oczy i wreszcie rozumie chorego psychicznie ojca.

*

            Pokój Anety jest dość widny, mimo że okna bardzo wysoko. Tak musi być – bezpiecznie. W końcu to izolatka. Aneta poleży w szpitalu, aż wygoi guza losu. Jeszcze nie ma diagnozy: czy to załamanie nerwowe, czy ojcowizna. Przemek jej nie odwiedza. Liczy, że siostra zapomni, kto zadzwonił na 112, gdy urządzała tacie krzesło. Profesor Marabut, ze względu na dobre oceny Anety z psychologii stosowanej, załatwia jej działanie w afekcie. Jan po paru razach ciężką deską klozetową jest w śpiączce. Wydaje się nieżywy. Ale to tylko behawioralna gra. Słychać w oddechu nieprzerwany monolog:

– Gumiś walnął mnie tą dechą i krzyknął: zemsta!!! Wiem za co.  Jęknąłem, że biorę winę na siebie, tylko niech przestanie. I nagle wpadli lekarze, policjanci, nawet straż. Powykręcali diabelstwo i nie wiem, co później. Po całej sprawie podszedł do mnie Pan Młody i pierwszy raz przytulił. Powiedział, że Zima nie żyje. Że teraz tylko on będzie się mną opiekował. Na chwilę wyrosła mu głowa. Boże, jaki podobny do Przemka…

Przejdź do treści