+48 736-84-84-44

Urodzony w getcie część IV

rozdział VII

Coraz cieplejsze dni pojawiały się w życiu Kubusia, a on wypełniał je zabawą z kolegami na podwórku albo towarzyszył babci na zakupach. Wędrował z pustą siatką w stronę Placu Wolnica, gdzie stały stragany, także te z warzywami,  na których można było kupić: ziemniaki, marchewkę, pomidory, ogórki i wiele innych. No i najważniejsze. Znowu będzie mógł popatrzeć z mostu na Wisłę. Wędrówka na nogach miała wiele zalet. W każdej chwili mogli się zatrzymać i podziwiać płynące statki i barki.
– Dokąd one wszystkie płyną? – zaciekawił się chłopiec.
– Statki płyną pewnie do przystani na bulwarze, a potem do Tyńca – babcia wskazała ręką
w stronę Wawelu – albo w drugą stronę, z towarami do innych miast – dodała, wskazując przeciwny kierunek.

– Daleko są te inne miasta?
– Daleko Kubusiu, nawet nad morzem. Chodźmy już, bo muszę zdążyć z obiadem, zanim twoja mama wróci z pracy.
Na Placu Wolnica stały w kilku rzędach stragany z warzywami, serem, pieczywem
i słodyczami, a przekupki wychwalały głośno swój towar. W innym rzędzie stali górale z baranimi skórami, góralskimi kierpcami, bundzem i oscypkami.
Babcia zrobiła zakupy i z pełnymi siatami pomaszerowali z powrotem. Po drodze znowu była Wisła i mały przystanek na moście.
– Odpocznijmy chwilę, ciężkie te siatki – sapnęła kobiecina.
Kubuś chłonął widoki. Odprowadzał wzrokiem barkę, aż zniknęła za przęsłami następnego mostu, a z przeciwnej strony właśnie nadpływała kolejna, zostawiając za sobą ślad w postaci dwóch rozchodzących się fal.

Za mostem skręcili w lewo, na ulicę Przy Moście i weszli w labirynt uliczek prowadzących na skróty na Rynek Podgórski, a potem dalej – na Rękawkę.

Kuba zastanawiał się, dlaczego Szymon się nie pojawia. A może pierścień nie działa w drugą stronę i przez własną głupotę odciął sobie drogę do niego? Ile to już dni minęło od ich ostatniego spotkania? Trzy, o ile dobrze policzył. A może przyszli do niego hitlerowcy na kolejną rewizję i znaleźli pierścionek? Przemknęła mu też przez głowę myśl, że Szymek wykorzystuje pierścień po swojemu i pojawia się tam, gdzie on chce. Możliwości było kilka.
Weszli z babcią na podwórko.
– Dzisiaj zrobię łazanki z kapustą, idź się trochę pobawić w piasku.
Babcia zniknęła w domku, a Kuba usiadł pod marszałek i smętnie popatrzył na kamienicę. Nie wierzył, że Szymon mógłby chcieć go oszukał, coś się musiało stać, a on nie mógł tego sprawdzić. Oczami wyobraźni widział, jak na podwórko wjeżdżają czarne ciężarówki i hitlerowcy wypędzają wszystkich z mieszkań. Każą im wejść na pakę, a potem odjeżdżają z nimi w stronę Płaszowa.
Jak ci się nudzi, to chodź do domu, pomożesz mi przy robieniu ciasta! – usłyszał głos babci.
Powoli powlókł się do mieszkania i zamyślony usiadł na taborecie przy stole w kuchni. Patrzył, jak z białego kopczyka mąki i żółtka, złocistego niczym zachodzące słońce, powstaje pulchne, kremowe ciasto, które ląduje na boku stolnicy, a kawałek dostaje się pod drewniany wałek.
– I po co ich tam wywożą?
Babcia przerwała wałkowanie ciasta i popatrzyła na wnuka.
– Kto kogo wywozi, Kubusiu?
– No… hitlerowcy Żydów.
Drewniany wałek wrócił z powrotem do pracy, a Kubie wydawało się, że z większą energią. W milczeniu ciasto przybierało kształt dużej wyspy, która pod wpływem kilku zręcznych cięć nożem zamieniła się na kilkucentymetrowej szerokości paski, a potem przyszła kolej na niewielkie kwadraciki.
Kuba czekał cierpliwie, czuł, że babcia zaraz zacznie mówić, i nie pomylił się.
Od kilku dni ciągle pytasz o starsze rzeczy. Sama przeżyłam koszmar wojny i nikomu tego nie życzę. Kto ci mówił o tym wszystkim? Nie lepiej zająć się zabawą na podwórku albo rysowaniem?
Kuba nic nie odpowiedział. Wyszedł przed domek i zobaczył siedzącego na piasku Szymona, który rozglądał się po podwórku z przerażeniem pomieszanym ze zdziwieniem.
– Jesteś wreszcie – ucieszył się. – Długo cię nie było.
– Tu mieszkasz? – Szymon wskazał głową na domek Kuby.
– Tak, to moje mieszkanie.
– Ale przecież tu były stajnie.
– A teraz jest mój dom.
– A co z hitlerowcami? Często tu przychodzą?
– Oj Szymek, już nie ma wojny, możesz być spokojny, chodźmy na ulicę, to sam zobaczysz.
– Masz coś do jedzenia?
– Poczekaj tu chwilę, zaraz ci przyniosę. Kuba pobiegł do domu.
Wpadł do kuchni, w której babcia nadal przygotowywała łazanki. Całe mieszkanie pachniało gotowaną kiszoną kapustą.
– Babciu, możesz mi ukroić dwie kromki chleba?
– Zgłodniałeś? A może poczekasz na obiad?
– Teraz bym coś zjadł.
– Ale masz apetyt. No dobrze, zaraz ci ukroję. Z czym chcesz?
Kuba podrapał się po głowie.
– Może z… – rozejrzał się po kuchni, szukając pomocy na półkach – z białym serem?
Cierpliwie poczekał na kanapki.
Na podwórku patrzył cierpliwie, jak Szymek pochłania je w błyskawicznym tempie.
– O matko, ale dobre. Nie pamiętam, kiedy jadłem ser – uśmiechnął się.
– Masz pierścień? To daj mi go, teraz będzie moja kolej.
Szymon pogrzebał w kieszeni.
– Masz. Jak to się dzieje, że nas przenosi?
– Nie mam pojęcia – Kuba wzruszył ramionami. – A co z mamą, zdrowieje?
– Lekarstwa pomogły – uśmiechnął się. – Pobawimy się?
– Może pójdziemy na Krzemionki i puścimy latawca?
– A możemy tam iść?

– Oj! Szymek, teraz już nikt nie może nam niczego zabronić. Musisz jednak pamiętać, że oprócz mnie nikt cię nie widzi, tak samo jak u ciebie, tylko ty mnie widzisz i nikt inny.
– No racja, nie mogę się do tego przyzwyczaić.
Zrobiony przez Kubę latawiec składał się z dwóch złożonych na krzyż deseczek i kolorowej bibułki. Był prosty, ale najważniejsze, że latał. Starsi koledzy z kamienicy robili duże latawce skrzynkowe, ale to przekraczało możliwości Kubusia. Swój też skonstruował z pomocą babci.
Teraz przyszła kolej na przetestowanie go w powietrzu.
– Babciu, idę na Krzemionki – zawołał przed wejściem do domku.
Wziął z werandy wiszący na gwoździu latawiec i poszedł ścieżką za garażami.
Krzemionki to była wolność. Tam chłopcy z pobliskich kamienic spotykali się i organizowali sobie czas po swojemu. Wystarczył kawałek zielonej trawy i niewielkie wystające z ziemi białe skałki, żeby ruszyła fantazja. Skały zamieniały się w kryjówki, a trawiasty kawałek łąki w boisko piłkarskie. Czasami wystające skały były celem podczas strzelania z procy albo z łuku.
No i rzecz niebagatelna: z tej wysokości rozciągała się panorama całego miasta, a w czerwcu zbierały się tu dzieci z okolicznych podwórek, żeby podziwiać wianki i pokaz sztucznych ogni, który odbywał się pod Wawelem, a z Krzemionek widać go było najpiękniej.
Od tej chwili zaczynało się lato, dla chłopców chodzących do szkoły, pierwsza oznaka nadchodzących wakacji i jeszcze większej wolności.
Tam też były warunki do puszczania latawców. Nie raz Kuba zazdrościł kolegom ich dopracowanych do ostatniego szczegółu modeli. Najbardziej podobały mu się latawce skrzynkowe. Gdy się wzniosły do góry, na tle niebieskiego nieba wyglądały jak kolorowe kostki do gry.
Kuba z Szymkiem poszli na łąkę aż pod kościół św. Benedykta. Tam były najlepsze warunki do przetestowania ich modelu latawca.
Już przy trzeciej próbie czerwono-żółta powietrzna zabawka wzbiła się w lazurowe niebo i zaczął wznosić coraz wyżej i wyżej, aż stała się maleńkim, kolorowym klejnocikiem wśród białych chmur.
Obaj chłopcy zadarli głowy i obserwowali lot. Latawiec był tak wysoko, że trzymający go na uwięzi sznurek był niewidoczny i wydawało się, że latawiec żyje własnym życiem.
Kuba przywiązał sznurek do pnia niewielkiej brzozy, położył się na wznak i patrzył w niebo.
– Czy tu można żyć bezpiecznie? – usłyszał głos Szymka.
– Nic ci nie grozi – uspokajał go Kuba.
– To dlaczego ja muszę żyć tam?
To pytanie było zbyt trudne dla Kuby. Pomyślał, że każdy gdzieś żyje, ale nie wiedział, dlaczego jedni mieszkają tu, a inni gdzie indziej.

On sam też urodził się w małym, przylepionym do muru domku, który kiedyś był stajnią, a nie w kilkupokojowym mieszkaniu, w którym każdy miał swój azyl do życia.
Czy zazdrościł tego kolegom? Raczej nie. Jego dom był jak wyspa, na której mieszkali wszyscy, których darzył największym uczuciem. Pomimo przeciekającej werandy i corocznych pozimowych zacieków na suficie w pokoju, tu był jego azyl. Nie potrafił wyobrazić sobie życia w innym mieszkaniu, choć przecież odwiedzał dziadka Włodka w kamienicy przy Traugutta czy ciocię Zosię, która mieszkała w domu z ogrodem – bardzo lubił tam przebywać, wśród kotów i oswojonego gawrona. Zawsze jednak wracał do swojej maleńkiej chatki na podwórku.
– Nie wiem Szymku, widocznie tak już musi być.
Szymon usiadł na trawie i bezmyślnie rzucał małymi kamykami w pobliski pień drzewa.
– Zazdroszczę ci, wiesz? Nie pamiętam, kiedy siedziałem tak beztrosko i nie myślałem o niczym.
Kuba nic nie odpowiedział. Zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił zapraszając go. Chciał jak najlepiej, ale czy zawsze, gdy chcemy dobrze, tak wychodzi?
Wszystko zależy, jak na to popatrzymy. Każdy z nas rodzi się egoistą i zawsze najpierw myśli o sobie.
Popatrzył na mikroskopijny latawiec, który wyglądał teraz, jak wysoko szybujący ptak.

Ach, gdyby tak móc na jakiś czas zmienić się w orła – westchnął w myślach. Ptaków nie obchodzą granice, narodowości, nie interesuje ich, czy jest wojna czy pokój. Dalej szybują po niebie i z wysokości patrzą na cały świat. Pewnie dziwią się istotom, które chodzą na dwóch nogach – zastanawiają się, jak żyją i co robią.

Przeniósł wzrok na zamyślonego Szymona. Zaczynał rozumieć jego problemy i zmartwienia. Kraków, w którym żył jego kolega, był szary, smutny i niebezpieczny. Chciał coś zrobić, żeby wyrwać go z czarnych myśli. Żałował, że Szymon nie urodził się tu, w świecie bez wojny. Wstał z trawy i zaczął powoli zwijać linkę. Latawiec posłusznie zbliżał się do chłopców.
– Chodźmy na rynek, pokarmić gołębie – zaproponował Kuba, który starał się, jak mógł, żeby Szymon choć na chwilę zapomniał o swoim trudnym życiu tam. Wydawało mu się, że czasami osiągał cel, ale i tak widział w oczach przyjaciela lęk i obawę. Mimo że w tym świecie był niewidoczny, bał się.
Na rynku, jak zwykle, było trochę ludzi. Siedzieli na ławkach, czytali gazety, rozmawiali. Jakąś kobieta z dziewczynką w ich wieku karmiła gołębie, ktoś inny uczył swojego synka jeździć na rowerze. Tu życie toczyło się normalnym rytmem.
Szymon z zaciekawieniem patrzył w kierunku bramy, która w jego świecie oddzielała getto od reszty miasta.
– Chodźmy na Józefa – powiedział nagle Szymon. – Chcę zobaczyć mój dom.
– Byłem tam niedawno z dziadkiem, nic ciekawego.
– Jak to nic ciekawego? To mój dom, tam się urodziłem. To chyba wystarczający powód.
Kuba tylko westchnął.
– Dlaczego was stamtąd wyrzucili? – spytał, gdy przechodzili przez most na Wiśle.
– Wszystkich wyrzucili z Kazimierza i kazali mieszkać za Wisłą. Na naszym miejscu mieszkają Niemcy. Tate mówił, że nasze mieszkanie było atrakcyjne.
– Jakie?
– No, lepsze od innych. W zamian dali nam to na strychu – westchnął. – Tam miałem swój pokój, a tate chodził codziennie do synagogi. Żyliśmy zwyczajnie, nikomu nie wadząc. Mówiąc to, Szymon z zainteresowaniem obserwował wystawy sklepowe. Doszli do Placu Wolnica, na którym powitały ich wszechobecne gołębie i wysoka wieża kościoła Bożego Ciała. Poszli wzdłuż murów kościelnych i skręcili w ulicę Józefa.
– To moja ulica – na twarzy Szymona pojawił się uśmiech.
Stanęli przed jedną z kamienic. Była szara i zniszczona. Okna i drzwi miała zabite deskami, a farba z niegdyś zielonych drzwi odchodziła płatami.
Szymon zadarł głowę i popatrzył na dziury po oknach.
– Tam mieszkaliśmy – powiedział, wskazując ręką na pierwsze piętro. – Co oni zrobili z moim domem?
Ostatnie słowa wypowiedział szeptem.
Kuba milczał. Stał na ulicy z zadartą głową.
– A ty, czego tu szukasz, smarkaczu? – usłyszał nagle za sobą. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył tylko guziki starej, znoszonej marynarki. Jej właściciel był starszym, siwym mężczyzną z siwą brodą i patrzył na niego z góry groźnym wzrokiem.
– Gdzie twoi koledzy? – kontynuował mężczyzna. – Znowu coś kombinujecie? Wynocha mi stąd! Ta rudera to nie plac zabaw! Znowu coś się stanie i będzie nieszczęście jak kilka dni temu!
– Ale ja tylko patrzę – bąknął Kuba.
– Każdy niby tylko patrzy, uciekaj stąd smarkaczu, niczego tu nie znajdziesz!
Szymon mógł być tylko biernym obserwatorem tego zdarzenia, ale jego zdziwiona mina dużo mówiła.
Kuba powoli zaczął się wycofywać, a mężczyzna odprowadzał go wzrokiem, aż zniknął za rogiem.
– Czego on chciał?
Kuba wzruszył ramionami.
– Nie wiem, może nie lubi dzieci. Chodźmy stąd, już widziałeś swoją kamienicę.
– Musimy tu jeszcze kiedyś wrócić, chciałbym wejść do środka.
– Jak chcesz wejść do środka, skoro drzwi są zabite deskami.
– Coś wymyślimy. A teraz chodźmy, czas wracać do domu, długo mnie nie było i tate będzie się martwił.
– Nawet nie zauważy – uspokajał Kuba. – Tak to działa… Łap pierścionek.
– Kubuś, chodź na obiad, łazanki wystygną – usłyszał głos babci.
– Już idę.

Rozdział VIII

Ostatnie dni były przesiąknięte deszczem. Lało przez cały czas. Biedna babcia nie nadążała z podstawianiem misek i miednicy pod cieknący daszek werandy. Deski podłogi coraz bardziej się wypaczały.
Znudzony Kuba siedział z kredkami przed pustą kartką i zastanawiał się, co dzisiaj narysować. Bezmyślnie patrzył na kartkę. Jej biel go przyciągała i jednocześnie prowokowała do jakiegoś działania. Chciał ją pokryć kolorowymi plamami i kreskami, które w rezultacie przemówią obrazem, który teraz siedział gdzieś głęboko w jego mózgu. Zawsze lubił ten etap. Jeszcze nic nie było na kartce. Który kolor wybrać? Od tej decyzji zależał cały obrazek. Jak weźmie czerwoną, to kolejne elementy muszą do tego koloru pasować. Czarną narzuci całą atmosferę, będzie ciemno i tajemniczo. Jak wybierze zieloną, to pewnie powstanie wiosenna albo letnia łąka z kolorowymi plamami kwiatów. Tym razem postanowił zdać się na przypadek. Zamknął oczy i sięgnął do pudełka. Po chwili z ciekawością spojrzał na wynik swojego eksperymentu. W ręce trzymał dwa kolory: czarny i brązowy.
Co spowodowało, że akurat te? Przypadek? – pomyślał.
            Od czasu znalezienia pierścionka przestał wierzyć w istnienie przypadków. Przecież po coś go znalazł. Wiedział po co. Żeby spotkać Szymona i zobaczyć, kto mieszkał w tej kamienicy. Tamten świat bardzo go intrygował.
Wziął czarną kredkę i zrobił kilka kresek, potem zmienił na brązową, niebieską i czerwoną. Rysował tak zapamiętale, że nawet nie zauważył stojącej za jego plecami babci, która z ciekawością obserwowała ten proces tworzenia.
Na kartce pojawiły się czarne i brązowe postaci. Były na pierwszym planie, a za nimi klęczały i leżały pod butami żołnierzy o wiele mniejsze, namalowane delikatnym kolorem.
– Czy ty musisz rysować takie straszne rzeczy? – zaniepokoiła się kobieta.
– Babciu, to samo mi się tak narysowało.
– Co ty wygadujesz? Jak mogło samo się narysować?
– Nie wiem, po prostu się rysowało.
– Przecież to wojna.
– Wiem.
– I mówisz to z takim spokojem?
Kuba nie odpowiedział. Czuł, że ten rysunek w jakiś sposób nawiązuje do czasu, w którym spotykał się z Szymonem. Coś mu kazało to narysować. Czy to był znak? Od momentu kiedy znalazł ten pierścionek, jego życie się zmieniło. Może nie było tego widać na zewnątrz, bo dalej wszyscy traktowali go jak małego chłopca, którego życie kręciło się wokół podwórka, góry wysypanego w kącie piasku, klocków i kilku plastikowych modeli samochodów, ale on sam czuł i widział świat już inaczej. Otaczający go współcześni ludzie przestali go obchodzić jak dawniej. Nie leciał już na każde zawołanie kolegów, aż wreszcie dali mu spokój.
– Babciu zrób mi dwie kromki chleba, jestem głodny – zmienił temat.
– Z czym chcesz? Jest ser, ogórek, kiełbasa, ryba wędzona…
– Z serem i rybą.
Poczekał, aż babcia przygotuje kanapki. Jedną wziął do ręki, a druga powędrowała do kieszeni spodni.
Kuba nie zjawił się, jak zawsze, w przedpokoju Szymona, tylko przed wejściem do kamienicy, tam, gdzie w czasie deszczu tworzyła się największa kałuża.
Tu nie padało i była noc.
Co spowodowało, że właśnie tam się znalazł?
Na podwórku stał czarny samochód, o którym kiedyś opowiadał Szymon, a w nim siedziało dwóch żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami. Mówili coś do siebie i patrzyli w okna kamienicy.
Na pierwszym piętrze usłyszał jakieś stłumione krzyki. Ostrożnie wszedł po skrzypiących schodach na pierwsze piętro. Drzwi do obu mieszkań były otwarte i świeciło się w nich światło. Zobaczył jakichś ubranych w ciemne płaszcze mężczyzn. Coś krzyczeli na siedzących przy stole, a dwóch z nich zrzucało na podłogę zawartość kuchennego kredensu.
Pobiegł do mieszkania Szymka i wszedł do przedpokoju. Tu też było trzech wysokich mężczyzn w długich szarych płaszczach. Dwóch stało przy drzwiach, a trzeci wyciągał książki z półek, przewracał kilka kartek i rzucał na ziemię.
Szymon i jego rodzice siedzieli bez ruchu przy stole i patrzyli na obrus. Nie reagowali na spadające książki, zrzucone obrazy czy zerwaną firankę.
– Powiesz wreszcie, gdzie ukryłeś kosztowności? – mężczyzna podszedł do pana Stolzmana i podniósł go za klapy.
– Nie mam pieniędzy – szepnął.
Nagle otworzyły się drzwi na korytarz i stanął w nich wysoki oficer. Miał blond włosy i jasnoniebieskie oczy, którymi zlustrował mieszkanie. Na mundur miał narzucony czarny, skórzany płaszcz, a jego wysokie, czarne oficerki i kilka metalowych odznaczeń błyszczało w świetle żarówki.
Na widok oficera mężczyzna w szarym płaszczu zasalutował, po czym chwycił koniec obrusa leżącego na stole i pociągnął z całej siły. Leżące na stole naczynia pospadały z brzękiem na podłogę. Oficer zrobił kilka kroków, rozdeptując jedzenie, a następnie tylko kiwnął głową i bez słowa wyszedł.
Pierwszy na podłogę rzucił się Szymon i zaczął zbierać resztki jedzenia. Ojciec odwrócił się do okna, jakby nie chciał patrzeć na tę scenę. Tylko mama Szymka nadal siedziała przy stole ze spuszczoną głową.
Kuba nie wiedział, jak zareagować. Po raz pierwszy w życiu poczuł strach przed nieznanym. Nie mógł zrozumieć wielu rzeczy – na przykład tego, czego hitlerowcy chcą od mieszkańców kamienicy, dlaczego wchodzą do mieszkań bez pukania i robią bałagan. Wynoszą też różne przedmioty, jakby należały do nich.

Nie przerywając swojej czynności, Szymon podniósł głowę i popatrzył na niego smutnym wzrokiem. Oprócz smutku Kuba dostrzegł minę kolegi, która pokazywała skrywaną zazdrość i zrobiło mu się wstyd.

Rodzice Szymka dalej tkwili w bezruchu. Mama przy stole, ojciec odwrócony tyłem i patrzący gdzieś w dal.
Kuba cofnął się do przedpokoju i czekał. W ręce przez cały czas trzymał kanapki z serem i rybą. Już wiedział, dlaczego jego przyjaciel był głodny. Odechciało mu się zabawy. Ale z drugiej strony, Szymon był przecież takim samym chłopcem jak on. Zabawa drejdlem, klockami czy autami sprawiała mu taką samą przyjemność jak innym chłopcom, którzy tak jak Kuba żyli poza gettem, w normalnych domach, bez strachu o każdy kolejny dzień.
Widać było, że Szymon tęskni za normalnością codziennego życia. Wreszcie wyszedł z pokoju.
– Już wiesz, czego się codziennie boimy – popatrzył na przyjaciela.
Kuba wyciągnął rękę z kanapkami.
– Pamiętałeś – ucieszył się, ale z jego twarzy zaraz zniknął wyraz radości, który zastąpił smutek i strach. – Jakoś nie jestem głodny.
– To weź na potem, kto powiedział, że musisz od razu to zjeść.
Szymon kiwnął głową.
– Przynosisz mi jedzenie, a ja się martwię, że tylko ja je mogę jeść. Nie mogę się podzielić z rodzicami, bo oni go nie widzą.
– Ale za to jak zjesz, to masz siłę, żeby im pomagać. Często przychodzą…?
– Oni? Bardzo nieregularnie, zdarzało się, że robili rewizję codziennie, ale był czas, że nie pokazywali się przez kilka dni.
– Co to za ludzie w tych szarych płaszczach? To chyba nie są Niemcy?
– Są jeszcze gorsi. To Żydzi, tak jak my. Przeszli na stronę wroga, bo im  dobrze zapłacono, a teraz się rządzą. Przychodzą do mieszkania, rozwalają wszystko, bo potrzebują pieniędzy na swoje uciechy. Właśnie byłeś świadkiem takiego nalotu.
Szymon wziął ostrożnie kanapki, jakby były największym skarbem, i schował je do kieszeni.
– Będą na później, ech! Chętnie bym zniknął z tego świata i zamieszkał tam, gdzie ty. Jak widzę rodziców po takim nalocie, to mi się wszystkiego odechciewa.
Kuba popatrzył w głąb pokoju. Pani Stolzman nadal siedziała przy pustym stole ze spuszczoną głową, a ojciec Szymona wciąż stał przy oknie. Jego wzrok błądził gdzieś poza horyzontem, jakby tam upatrywał nadziei. Gdzieś tam, na szczycie zielonych pagórków, zwanych Krzemionkami, było już inne życie, które mógł rozpoznać po zawsze oświetlonych oknach w kamienicach i willach.

Szymon po cichu zamknął drzwi.
– W takich sytuacjach wolę ich zostawić samych – szepnął. – Wiem, że dużo przede mną ukrywają, bo jestem dzieckiem, ale nie wiedzą, że dużo widzę i czuję. Machnął ręką.
– Niedawno podsłuchałem, jak tate rozmawiał ze znajomym, który powiedział, że i tak wszystkich nas prędzej czy później wykończą w Płaszowie, więc czy to nie obojętne, co się
wokół nas dzieje? Nie będziemy leżeć tam, gdzie nasi przodkowie, w bet chaim. Dużo bym dał, żeby jeszcze tam pójść na groby dziadków.
– Bet chaim? – podchwycił Kuba. – A gdzie to jest?
– Dom Życia, po waszemu cmentarz.
– To chodźmy – w dłoni Kuby błysnął pierścionek.
Znaleźli się na głównej alejce cmentarza. Po obu jej stronach stały w rzędach kamienne macewy. Jedne miały zwieńczenie półkoliste, inne trójkątne, a na niektórych leżały niewielkie kamienie. Przednie ściany pokryte były dziwnymi, nieznanymi Kubie znakami. Cały cmentarz tonął w zieleni, bluszcz oplatał pnie dębów i buków i oplatał niektóre groby, jakby je chciał zasłonić przed światem. Na przeciwko stał jednopiętrowy dom modlitw. Było cicho i pusto. Szymon poprowadził Kubę przez labirynt alejek. Mijali rzędy macew. Stały ciche i nieme – świadkowie minionych czasów. Niektóre groby były bardzo stare i zaniedbane, ale prawie na każdym leżał kamyk, znak, że ktoś tu był i pamięta o zmarłym.
Kuba przypatrzył się niektórym. Oprócz imion i nazwisk były widoczne jakieś wykute
w kamieniu wizerunki: rąk, dzbanów, książek czy narzędzi.
– Wiesz, co oznaczają te znaki?
– Wiem – odpowiedział Szymon, dumny, że może się pochwalić swoją wiedzą. – Popatrz na ten, tu ręce są w geście błogosławieństwa, taki symbol jest umieszczany na grobach kohenów, kapłanów, którzy mogli błogosławić, oni byli z rodu Aarona.
Podszedł do innego nagrobka.
– Tu jest wyrzeźbiony dzban, a to oznacza, że ten człowiek jest potomkiem rodu Lewiego. Do nich należało obmywanie rąk kapłanom przed błogosławieństwem.
O, a tam mamy książki, to są groby uczonych w Torze i biegłych w piśmiennictwie religijnym.

Tu leżą moi przodkowie – wskazał z dumą jeden z grobowców. – Mój tate też jest uczonym w Torze.
Nagle spochmurniał.
– Nie wiem, gdzie my będziemy leżeć. Krążą plotki, że kogo zabiorą do Płaszowa, ten już nie wraca.
Kuba nie wiedział, co odpowiedzieć, zaczął mu się też udzielać nastrój Szymona. Przypomniał sobie rysunek, który zaczął rysować w domu przy maszynie. Stwierdził, że jego rysowanie ma pewnie związek z tym, co przeżywa tu, w świecie Szymona. Pojawiające się na kartce czarne postaci symbolizowały hitlerowców, a te pod ich stopami…Czyżby narysował Płaszów?
Szymon podniósł ze ścieżki mały kamyk, położył go na macewie i wzorem dorosłych oddał kilka ukłonów. Kuba, nie chcąc urazić przyjaciela, zaczął robić to samo.
– Bo pamięć o zmarłych jest bardzo ważna – powiedział Szymon, kiedy już przestał oddawać cześć przodkom. – Oni to widzą tam, z góry. To tak, jakbyśmy z nimi rozmawiali. Tate mówi, że czasami odpowiadają nam na pytania, tylko nie wszyscy potrafią słuchać. Pamiętam jak przez mgłę tamten czas, gdy jeszcze żyli dziadkowie. Siadaliśmy wszyscy w czasie szabasu przy jednym stole i słuchałem wyjaśnień treści Tory. Tate wtedy mówił, że mam słuchać, bo kiedyś sam będę uczonym w piśmie.
– Pewnie będziesz, masz mądrego ojca.
– Chciałbym, ale coraz mniej w to wierzę.

Zamilkł na chwilę, jakby się głęboko nad czymś zamyślił.
– Wiesz – zaczął znowu. – Chciałbym być raczej taki, jak mój dziadek. Podobno wnuki bardziej upodabniają się do swoich dziadków niż do rodziców, a mój dziadek był rabinem i ja też chciałbym nim zostać. Mój dziadek był mądry i dobry, często opowiadał mi różne historie. Postanowiłem, że gdy sam będę dziadkiem, to  też będę  swojemu wnukowi opowiadał i tłumaczył mądrości Tory. Bo w Torze, gdy mądrze szukasz, znajdziesz wszystko, co pomoże ci żyć.
Popatrzył na jedną z macew, na której był wyrzeźbiony wizerunek kilku książek. Kątem oka zauważył, że na sąsiednich macewach oprócz ksiąg są jeszcze korony i pięcioramienne świeczniki.
– W tej części cmentarza są pochowani sami rabini.
Zerwał się wiatr, zaszeleścił liśćmi na drzewach. Kilka baraszkujących po alejach wiewiórek uciekło w popłochu na wyższe gałęzie. Na ich widok uśmiech zagościł na poważnej twarzy Kuby. Przypomniał sobie spacery z dziadkiem na Plantach, kiedyś siedzieli na ławce i obserwowali razem wiewiórki. Pewnego dnia dziadek przyniósł orzechy w papierowej torebce, a Kuba rzucał im po jednym na ścieżkę, żeby podeszły bliżej. Jedna nawet wskoczyła na ławkę i porwała orzech z oparcia.
– Chyba będzie padać – Kuba zadarł głowę i spojrzał na prześwitujące przez korony drzew niebo. – Musimy wracać – zarządził.
– Mam ochotę pójść na Kazimierz, to przecież niedaleko.
– Wiesz, że tam nie możesz?!
– I co z tego?! – Szymek wzruszył ramionami. – Już mi obojętne, czy mnie złapią na Józefa czy na Szerokiej, albo czy przyjdą do mieszkania. Wszędzie jest tak samo.
– Nie mów tak! Nie wygląda na to, żeby was wyrzucili z kamienicy, nie po to kazali się wam tam przeprowadzić –  Kuba sam nie wierzył w to, co mówi.
– Jesteś dobrym przyjacielem – uśmiechnął się Szymon. – Nigdy takiego nie miałem. Ale przyjaciel jest też po to, żeby mówił prawdę, nawet tę najstraszliwszą. Chcę jeszcze zobaczyć moją dzielnicę, tam gdzie się urodziłem.
Odwrócił się i skierował do wyjścia.
– Szymon!
Udawał, że nie słyszy i pewnym krokiem szedł w kierunku bramy cmentarnej. Zaczął kropić wiosenny, majowy deszcz, krople spadały na liście, a potem spływały na groby i alejki.
Wyszli na ulicę. Kuba odruchowo spojrzał, czy nie ma żołnierzy, ale ulica była pusta. Szymon jak w transie maszerował w kierunku Starowiślnej. Tam na pewno spotka hitlerowców, chodzili po ulicach i legitymowali każdego.
Doszli do wylotu Miodowej i weszli w tłum spieszących w obu kierunkach ludzi, cywilów i wojskowych. Uciekali przed coraz bardziej padającym deszczem.
Szymon odważnie wyszedł na ulicę i skierował się w stronę Szerokiej do jednego z warsztatów krawieckich. Prawdopodobnie znał byłego właściciela
i naiwnie myślał, że może się tam schować. Ale warsztatu już nie było, drzwi zastał zamknięte, a na rogu stał żołnierz i znudzonym wzrokiem obserwował zalaną deszczem ulicę. W ręce trzymał jabłko i od czasu do czasu odgryzał kawałek.
Zobaczył Szymona i jego ręka zamarła w drodze do ust. Zdziwionym wzrokiem obrzucił chłopca. Dobrą chwilę stali naprzeciw siebie.
– Junge, chodź – odezwał się łamaną polszczyzną i kiwnął na Szymka. Wyciągnął rękę z odgryzionym jabłkiem.
Kuba mógł tylko obserwować całe zdarzenie.
Szymon powoli podszedł do żołnierza. Nieufnie patrzył mu w oczy. Jabłko, jak w zwolnionym tempie przeszło z ręki do ręki.
– Essen – na twarzy żołnierza pojawił się uśmiech – Jude?
Szymon nieznacznie kiwnął głową.
Dopiero teraz dotarło do Kuby, w jakim niebezpieczeństwie znalazł się jego przyjaciel. Każdy Niemiec mógł bezkarnie zastrzelić Żyda, którego spotkał poza granicami getta. Jednak ten był inny, uśmiech nie schodził z jego twarzy. Ręką pokazał boczną uliczkę.
– Auf diese Weise gehen[1] – po krótkim namyśle sięgnął do kieszeni i wyciągnął połamaną tabliczkę czekolady.
Nehmen Siewenn Sie hungrig sind[2] –mówiąc to rozejrzał się dookoła, jakby się czegoś bał.
Gehen schonleicht! [3]
Szymon chyba zrozumiał, wziął czekoladę i nie oglądając się za siebie, pognał w zaułki Kazimierza. Zatrzymał się dopiero przed swoją kamienicą.
– Ale miałeś szczęście – wydyszał Kuba. – A teraz lepiej chodź do domu, nie kuśmy już dzisiaj więcej losu.
Przekradali się bocznymi uliczkami, co chwilę chowając się w bramach. Przy moście Kuba nie wytrzymał.
– Złap mnie za rękę – wyciągnął pierścień i zamknął oczy, po chwili znaleźli się na podwórku.
Było ciche i puste.
– Przyjdź znowu – uśmiechnął się do Kuby.

            Chłopiec znalazł się z powrotem przy maszynie do szycia.
– Powiesz mi wreszcie, skąd ci się biorą takie pomysły Kubusiu? – usłyszał głos babci zza kotary. – A może namalujesz coś dla mnie?
– A co chcesz?
– Może być słoneczna łąka z kolorowymi kwiatkami?

 

[1] Idź tamtędy.

[2] Weź, pewnie jesteś głodny.

[3] Idź już, szybko.

Przejdź do treści