+48 736-84-84-44

Taniec światła i cieni

Światło przeszło przez szczelinę między zasłonami, rzucając świetlistą smugę na podłogę. Błyskawicznie prześlizgnęło się po śpiących na szerokim łóżku postaciach i dotarło do stojącego pod ścianą dziecięcego łóżeczka. Leżący w nim chłopczyk otworzył szeroko oczy w tym samym momencie, kiedy błyszcząca smuga spoczęła na jego szyi, oddzielając głowę od tułowia jak ostrze. Na twarzy dziecka odmalował się grymas bólu. Krzyknęło.

– Anika, mały płacze – wymamrotał na wpółprzytomny Nikodem. –Teraz twoja kolej.

Poczuł delikatne poruszenie materaca, a po chwili zapanowała cisza. Z ulgą przewrócił się na drugi bok i ogarnęła go błogość. Zatonął w niej z przyjemnością. Zaczął śnić.

Był w swoim ulubionym parku i spacerował alejkami, pchając wózek ze śpiącym synkiem. Z lubością przysłuchiwał się trelom ptaków, które właśnie zakładały gniazda w gęstych koronach wysokich drzew. Ptaki, tak jak on, upodobały sobie ten tajemniczy, cienisty park, jesienią i zimą nawet mroczny.

Nikodem odwiedził już wszystkie zielone miejsca w mieście, ale według niego tylko tu ptasi koncert był najgłośniejszy i najpiękniejszy, tylko tu czuł, jakby przekraczał próg czasu, wchodził do innej rzeczywistości. Fascynowała go niesamowita gra światła słonecznego, przedostającego się jakby w magiczny sposób przez liściaste baldachimy, by tańczyć na kobiercu ciemnozielonego, błyszczącego bluszczu, którego bujne pnącza oplatały także pnie starych: dębów, lip, klonów i brzóz. Otulały nagrobki pozostałe po dziewiętnastowiecznym cmentarzu ewangelicko-augsburskim, wspinały się na zabytkową bramę i stojącą nieopodal zdewastowaną kaplicę. Szczególnie ciekawiło Nikodema lapidarium. Nieraz zatrzymywał się tam na dłużej, próbując odszyfrować umieszczone na kamiennych płytach, zatarte czasem, nazwiska, daty urodzin i śmierci.

We śnie także przystanął przy jednym z okaleczonych przez czas nagrobków.

– Otton Schuh… Schuhma… cher – sylabizował półgłosem, wpatrując się intensywnie w litery. – Schuhmacher – wypowiedział w końcu, uśmiechając się z satysfakcją. – Urodził się w 1898 roku – czytał dalej. – Zmarł w 1898.

Uśmiech znikł z twarzy Nikodema jeszcze szybciej niż na niej zagościł. Ścisnęło mu się serce. Nie był sobie nawet w stanie wyobrazić cierpienia rodziców małego Ottona. Nie chciał… Młody mężczyzna pochylił się nad wózkiem, odsunął nieco kocyk, by spojrzeć na buzię Milana. Chłopczyk rozkosznie westchnął i delikatnie zadrżały mu blade powieki, przez które prześwitywały sine żyłki. Nie obudził się jednak, choć właśnie w tej chwili padło na niego światło. Nikodem podniósł głowę, by znaleźć wśród liści miejsce, przez które przebiło się słońce, lecz nad nim panowała ciemność. Zdziwiony znów skierował wzrok na synka. Niezwykła jasność bijąca z buzi dziecka zmusiła go do zamknięcia oczu. Kiedy po chwili z trudem je otworzył, wcześniej kilkakrotnie mrugając, światło zniknęło, a Milan spał dalej beztrosko. Nikodem złapał za poręcz wózka i ruszył do wyjścia, gdy nagle poczuł przymus, żeby się odwrócić. Blask bił teraz od nagrobka Ottona, ale już nie tak oślepiający, jak ten padający wcześniej na Milana. Z tego światła zaczęła wyłaniać się postać. Wysoka, szczupła, w czarnej, sięgającej do ziemi sukni. Zbliżała się do Nikodema powoli, jakby płynęła, a jej twarz, która na początku była tylko białą plamą, zaczęła nabierać ostrości. Pod czarnymi ściągniętymi w skupieniu brwiami błysnęły nienaturalnie błękitne oczy. Nigdy u nikogo nie widział tak intensywnego koloru tęczówek. To były niesamowicie piękne oczy. Bił z nich jednak obezwładniający smutek.

– Dzień dobry – rzucił oszołomiony Nikodem. – Coś się stało? Czy potrzebuje pani pomocy?

– Otton –wyszeptała kobieta i wyciągnęła ręce w kierunku wózka. – Otton – powtórzyła.

Miała dźwięczny i delikatny głos. Nikodem zauważył, że była bardzo młoda. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia lat.

– To Milan. Mój syn – wyjaśnił i odruchowo stanął tak, by odgrodzić kobietę od dziecka.

– Otton! – krzyknęła.

Jej pełne, sine usta zaczęły nabierać różowej barwy, by po chwili stać się czerwone jak dojrzała wiśnia. Nikodem patrzył zafascynowany na tę gwałtowną przemianę. Usta błyszczały, jakby dopiero co zostały muśnięte błyszczykiem. Kusiły do pocałunku. Mężczyźnie zaschło w gardle z wrażenia, przełknął ślinę by je zwilżyć, odchrząknął i nieco zachrypniętym głosem rzekł:

– Nie. Pomyliła nas pani z kimś.

– Nein?! Du hast seinen Namen gesagt. Otton. Mein Kind[1].

Pomyślał, że to wszystko musi być wytworem jego wyobraźni. Czyżby stracił rozum? A może to tylko sen. „Tak. Musisz się obudzić. Natychmiast” – rozkazał sobie w duchu. Nadal jednak tkwił w parku, a naprzeciwko niego stała piękna nieznajoma. Piękna, zachwycająca i jednocześnie, w jakiś nieodgadniony sposób, przerażająca.

– Nie rozumiem. Muszę już iść.

Uchwycił kurczowo poręcz wózka, tym razem zdeterminowany, by wyjść na ulicę, pójść do domu, zapomnieć o wszystkim, co go spotkało. Kobieta stanęła mu jednak na drodze, a z jej oczu zniknął smutek, a pojawiła się wściekłość. Znienacka wyciągnęła z fałd sukni nóż, a w tym samym momencie padł na niego promień słońca. Ostrze zalśniło. Na jego powierzchni Nikodem zobaczył rdzawe plamy. Kobieta uniosła rękę jak do ciosu.

– Er muss sterben. Muss mit mir sein[2] – zawyła i zaatakowała.

– Nie – wrzasnął ile sił w płucach i wyszedł jej naprzeciw.

            Wtedy się obudził i dopiero po kilku sekundach, nadal osłupiały, skonstatował, że jest w domu. Poczuł niewypowiedzianą ulgę. W pokoju panowała cisza i jasność. Pewnie już południe – pomyślał Nikodem, przeciągle ziewając.

– Dlaczego mnie nie obudziłaś? Miałem koszmarny sen – zwrócił się do żony z udawaną pretensją.

W tej samej chwili spostrzegł, że Aniki nie ma obok. Natychmiast skierował wzrok w stronę dziecięcego łóżeczka. W miejscu gdzie stało, nadal panował półmrok, co go w pierwszym momencie zdziwiło. Nie zastanawiał się jednak nad tym długo. Patrzył z rozczuleniem na schyloną nad synkiem postać. Anika… Kobieta jego życia. Ofiarowała mu tak wiele. Dała szczęście. Ona i Milan. Już miał wstać i podejść do niej, przytulić i obiecać, że przez kolejnych kilka nocy przejmie dyżur przy dziecku, a wtedy postać wyprostowała się i spojrzała na niego. Niezwykle błękitne oczy lśniły i były po brzegi wypełnione smutkiem.

– Er muss sterben[3] – powiedziała kobieta ze snu i uniosła rękę.

Nikodem zerwał się z łóżka.

***

– Nie wierzę, że on to zrobił. Nie wierzę!

– Wiem, kochanie, wiem.

– To niemożliwe. To ktoś inny. Nie nasz syn. On ich kochał. Kochał…

Rodzice Nikodema, kiedy dowiedzieli się o śmierci wnuczka i synowej, byli zdruzgotani, wręcz na granicy szaleństwa. Nie docierało do nich, że syn stał się mordercą, że ich ukochane dziecko, któremu nigdy nie brakowało z ich strony miłości i zainteresowania, było zdolne do zmasakrowania swojej rodziny.

– Muszę z nim porozmawiać – wydusiła matka Nikodema.

– Już niedługo nam pozwolą.

– Kiedy?

– Nie wiem. Teraz jest w szpitalu – zmarszczył czoło i zaczął mechanicznie pocierać skronie. – Na obserwacji. Ale na pewno niedługo go zobaczymy.

Mężczyzna pocieszał żonę, choć sam trzymał się ostatkiem sił. Przeczuwał jednak, że i te resztki wkrótce go opuszczą. Co wtedy zrobi Oleńka? Kto się nią zaopiekuje? – myślał gorączkowo. – I co będzie z Nikodemem? Nie mogę się poddać. Dla nich. Dla nas. Wziął głęboki haust powietrza, przytrzymał w płucach i po chwili bardzo powoli wypuścił. Spojrzał na żonę, która, dotąd silna i energiczna, teraz była jedynie kłębkiem rozpaczy. Dasz radę. Musisz! – nakazał sobie i przyciągnął ukochaną. Odepchnęła go. Nie nalegał.

– Pytali mnie o… o jakąś kobietę z parku – odezwała się po chwili już nieco spokojniejszym, choć nadal drżącym od emocji tonem.

– Mnie też. Nie wiem, o kogo może chodzić.

– Nikodem kochał tylko Anikę. Nie wierzę, że mógłby… – urwała i otarła dłonią łzy z policzków.

– Na pewno nie, Oleńko.

– I… i jeszcze o Ottona. Kto to jest? – spojrzała mężowi w oczy. – Wiesz coś? Powiedz mi. Błagam.

– Niczego przed tobą nie ukrywam – odrzekł, próbując zachować spokój. – Nie wiem, kim jest Otton, ale zrobię wszystko, żeby się tego dowiedzieć. Uratujemy naszego syna. Przysięgam.

 

[1] Nie?! Powiedziałeś jego imię. Otton. Moje dziecko…

[2] On musi umrzeć. Musi być ze mną.

[3] On musi umrzeć.

Przejdź do treści